Podsumowanie listopada 2013

Podsumowanie listopada 2013

 
Książki przeczytane w listopadzie: 6
Liczba przeczytanych stron: 3269
Średnia stron dziennie: 109
Liczba opublikowanych recenzji: 7
Egzemplarze recenzenckie: 2
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 3
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 1
 
 Tak właśnie minął mi ostatni miesiąc, który właśnie dobiegł końca. Liczba książek może nie jest imponująca, większość z tych książek jednak jest dość pokaźnych rozmiarów, więc jestem zadowolona. Listopad zleciał mi ogromnie szybko, nawet nie wiem, kiedy. Obecnie odliczam jednak tylko dni do urlopu, który zaczynam 18 grudnia, urlopu bowiem nie miałam od początku kwietnia, odkąd zaczęłam pracę - tym bardziej czekam na niego z utęsknieniem... I mam nadzieję, że będzie więcej czasu na ukochane książki :-) Chociaż przez te 3 tygodnie, kiedy będę miała w końcu to upragnione wolne...
A jak Wam minął listopad?... :-)


Zielony skarabeusz

Zielony skarabeusz

Autor: Philipp Vandenberg
Wydawnictwo Sonia Draga, 2012
Liczba stron: 368
Starożytność zawsze była mi dość obca. Nie jest to "moja" epoka, kojarzyła mi się zazwyczaj tylko i wyłącznie z Rzymem. Niesłusznie. Starożytność jest ciekawa i nie wiem, czemu tak się przed nią broniłam. Obecnie na studiach zgłębiam właśnie tajniki starożytnej Grecji, a traf chciał, że ostatnio w moje ręce trafiła dodatkowo książka, która ze starożytnością również ma wiele wspólnego, tutaj jednak mamy jeszcze coś innego - Egipt. Czemu więc nie przeczytać? Tym bardziej, że autor, Philipp Vandenberg, jest jednym z ulubionych autorów mojej Siostry - poznać go prędzej czy później i tak musiałam.

Cała akcja książki skupia się na egipskiej świątyni Abu Simbel, do której przybywa niemiecki inżynier, Artur Kaminski, by wziąć udział w pracach, mających na celu przetransportowanie świątyni w inne miejsce; w obecnym grozi jej bowiem zatopienie. W trakcie prac Kamiński zupełnie niespodziewanie odkrywa tajemniczy grobowiec z dobrze zachowaną mumią, trzymającą w ręku słynny amulet: zielonego skarabeusza. Mężczyzna zabiera żuka z grobowca, wkrótce jednak wokół niego zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Lekarka obozowa, Hella Hornstein, do której wzdycha inżynier, zaczyna dziwnie interesować się mumią, próbując nakłonić Kaminskiego do tego, aby pokazał jej grobowiec. Artur nie przypuszcza jednak, że to właśnie ta kobieta będzie przyczyną kolejnych nieszczęść i dziwnych rzeczy, które dzieją się w miejscu rozbiórki świątyni... Tylko jaki rzeczywiście udział w tym wszystkim będzie miała kobieta?...

Prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedziałam, czego się tak naprawdę spodziewać po tej książce... czy jest to kryminał, powieść historyczna, przygodowa, czy jeszcze innego gatunku. Nie miałam też pojęcia, o czym ona tak naprawdę jest... Zaczynając więc czytać byłam nastawiona dość sceptycznie - jak się potem okazało - niepotrzebnie. Na pewno wpłynęło na to moje małe (naprawdę małe) zainteresowanie starożytnością (może dlatego, że się właśnie o niej uczę, choć to zupełnie inne tematy)... Jeśli więc ktoś naprawdę interesuje się tą epoką i Egiptem samym w sobie, książka na pewno przypadnie takim czytelnikom do gustu. Ale mnie chyba najbardziej podobało się w tym wszystkim to, że to ogólnie powieść przygodowa nie tylko z jednym bohaterem (chociaż wszystko na początku wskazuje na to, że będzie to Kaminski), ale gronem zupełnie różnych, ciekawych postaci... z wątkiem historycznym, z którego możemy wynieść choć cząstkę historii starożytnego Egiptu i choć trochę ciekawostek na temat jednego z najsłynniejszych egipskich faraonów, Ramzesa II. W końcu - jeśli ktoś interesuje się reinkarnacją - to książka również dla takich osób. Więcej jednak nie zdradzę...

Powieść niemieckiego autora wciąga, jest intrygująca i na pewno nie sposób się przy niej nudzić. Fakt, są momenty trochę wolniejszej akcji, wszystko jednak przyspiesza w odpowiednim momencie i w takim samym zwalnia - Philipp Vandenberg jest w stanie zaciekawić czytelnika, a jak widać, nawet stać się ulubionym autorem. Ja na pewno nie poprzestanę na tej jednej jego powieści - w dalszym ciągu intryguje mnie to, jak pisze i o czym pisze - bo że pisze ciekawie, to już wiadomo. Zachęcam więc jak najbardziej do sięgnięcia po tę książkę, summa summarum powieść przygodową, ale z elementami historii starożytnej, która nie nudzi, bo nie ma jej dużo, a jest opowiadana w taki sposób, że tylko bardziej intryguje. Po prostu świetna książka, którą świetnie się czyta - mam nadzieję, że inne tego autora będą podobne.
Ogród Kamili

Ogród Kamili

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 366
Marzenia ma każdy z nas, większe lub mniejsze. I to głównie od nas samych zależy to, czy się spełnią, czy nie. Marzenia w naszym życiu jednak są zawsze, nie sposób ich się pozbyć - nawet jeśli wydaje nam się, że wszystkie już się spełniły, zawsze znajdzie się coś, czego pragniemy, a czego jeszcze nie mamy...

Kamila Nowodworska ma i duże, i małe marzenia. Mieszkająca z ciotką dwudziestoczteroletnia kobieta, tuż po studiach, chce przede wszystkim jednak znaleźć pracę. Kamila jest bowiem bezrobotna, na utrzymaniu ciotki. Ma w jej małym mieszkanku swój własny pokój, marzy jednak o tym, aby w końcu być niezależną finansowo. Największym jednak marzeniem Kamili jest większy dom z ogrodem. Dziewczyna kocha róże i to właśnie ogród różany najczęściej pojawia się w jej wyobraźni. Jak jednak w dzisiejszych czasach zarobić na utrzymanie, kiedy perspektywy pracy są marne, nie mówiąc już o odkładaniu jakichkolwiek pieniędzy na marzenia?... Kamila, swego czasu potraktowana okrutnie przez los, najpierw śmiercią matki, później odejściem bez słowa ukochanego mężczyzny, jest jednak przede wszystkim realistką. Nie umiejąca zapomnieć tego, co było osiem lat temu, wciąż nie potrafiącą przestać kochać Jakuba, sporo starszego od siebie mężczyzny, nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że los szykuje jej prawdziwą niespodziankę. A właściwie nie sam los, a ktoś, kto najbardziej zranił dziewczynę lata temu. Marzenia Kamili w jednej chwili zaczynają się spełniać, wszystkie, jedno po drugim... Kto za tym stoi?...

Życie Kamili zmienia się dosłownie z dnia na dzień. I tak naprawdę może się to zdarzyć każdemu z nas. Trzeba tylko mocno uwierzyć w to, że jesteśmy w stanie spełnić nasze marzenia. Fakt, nie zawsze to się udaje, życie nie zawsze bywa kolorowe, a czasem nawet wręcz przeciwnie - jakby wszystko zmówiło się przeciwko nam. A nawet szczęśliwy człowiek ma w życiu takie momenty, kiedy traci wiarę we własne siły albo ma po prostu zwykłą chandrę. Ja właśnie w takich momentach lubię sięgać po powieści Katarzyny Michalak - bo choć na chwilę można się oderwać od codziennych problemów i choć przez kilka kolejnych stron śledzić losy bohaterów, którym się po prostu układa. Kiedy jednak zaczęłam czytać "Ogród Kamili", pierwsze co sobie pomyślałam to: "Boże, jakie to wszystko jest nierealne... przynajmniej w dzisiejszym świecie..." No bo kto dostaje na tacy piękny (no może nie piękny, bo ruderę, ale jak najbardziej do remontu) dom, dobrze płatną pracę i cudowny różany ogród, dokładnie taki, o jakim marzyliśmy? A do tego puchate konto na ten remont i pieniądze do wydawania wedle uznania? Nierealne, przynajmniej w dzisiejszej Polsce. Co z tego, że Kamila nie dostała tego wszystkiego od losu, ale osoby, która bardzo dobrze znała jej marzenia? Takie coś po prostu się nie zdarza. Ale wiecie co? Za to właśnie uwielbiam Katarzynę Michalak, za to, że pozwala wierzyć w te nawet całkiem nierealne marzenia, a przede wszystkim za to, że swoją powieścią potrafi poprawić humor, sprawić, że chociaż możemy o tym poczytać, skoro niemożliwe jest to w prawdziwym świecie...

Ale nie dajcie się nabrać na to, że życie Kamili w jednym dniu stanie się piękne, szczęśliwe i kolorowe... O nie. Los nie jest tak łaskawy. Tak, los jednak będzie miał w tym wszystkim swój udział i wyrówna wszystko, aby było sprawiedliwie. Bo to nie jest książka z tych szczęśliwie się zaczynających i kończących. Nie. Kasia z każdą kolejną powieścią udowadnia mi, że jest wspaniałą pisarką, bo tylko tacy potrafią napisać książkę, którą będę czytać nie mogąc się oderwać od każdej kolejnej strony, która pozostawi mi ogromny niedosyt, bo jej zakończenie to nie zakończenie, a dopiero początek, który nas pozostawi z mnóstwem pytań... Książkę, o której będę potem myśleć w pracy i w domu, zastanawiając się, jak skończy się ta historia i ile przyjdzie mi czekać na dalszy ciąg. Takie właśnie uczucia wzbudziła we mnie ta powieść, tak wiele emocji, o których czasem naprawdę trudno jest pisać. Jednym słowem: po prostu uwielbiam twórczość Katarzyny Michalak, przede wszystkim tą teraźniejszą, obecną - każda jej kolejna książka tak na mnie ostatnio wpływa - a to chyba o czymś świadczy. I nie mogę się pozbierać po "Ogrodzie Kamili", przede wszystkim dlatego, że to pierwsza powieść, którą czytałam, a która skończyła się w ten sposób, że czytelnik mimo wszystko zadaje sobie pytanie: Ale... to już koniec?... Jak to?... Jak to się może skończyć w takim momencie???

Cóż, trzeba czekać na kolejną premierę... A że przeczytam wszystkie tomy kwiatowej serii wiedziałam już po kilku rozdziałach "Ogrodu Kamili". Tak, może i jest słodko (ale ja tę słodycz w książkach Kasi uwielbiam i wcale mnie nie mdli), jest też czasem smutno, nawet tragicznie, co równoważy poprzednie słodkości, może i są marzenia, które stają się realne, chociaż w prawdziwym świecie nigdy takie nie będą... Ja chcę o czymś takim czytać. Szczególnie, gdy mam chandrę, doła, albo zwyczajnie jestem zmęczona lub po to, by jeszcze bardziej poprawić sobie humor. Chociaż życie Kamili nie jest kolorowe i na takie się nie zapowiada, to jednak jej marzenia się spełniają... A Kasia dodatkowo daje nam wiarę w to, że i nasze mogą - jakiekolwiek by nie były i nawet jeśli ta wiara trwa tylko pięć minut... warto.

Ogród Kamili | Zacisze Gosi | Przystań Julii
Starcie królów

Starcie królów

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2011
Liczba stron: 920
George Martin zdobył już wielu fanów nie tylko w Polsce. Trzeba jednak przyznać, że w naszym kraju jego epopeja Pieśni Lodu i Ognia robi niezwykłą furorę i ma już wielu zagorzałych wielbicieli. I nie mówię tu tylko i wyłącznie o książce, którą chyba już każdy zna chociażby z tytułu, ale również o serialu, który chyba zna jeszcze więcej osób. Ja stałam się, tak jak większość (do czego zwykle nie lubię się przyznawać, gdy jest to tak powszechne, a "bierze" i mnie) fanem i tego, i tego. Niestety. A może i stety...

Pierwszą część cyklu czytałam wcale nie tak dawno temu i książka bardzo mi się podobała - mimo tego, że znałam losy bohaterów z wcześniej obejrzanej ekranizacji. Postawiłam sobie wtedy też pewien cel: że przeczytam całą serię, zanim telewizja zacznie emitować kolejny sezon "Gry o tron" (czyli do marca przyszłego roku). Cóż, jak na razie jakoś mi to idzie, mam nadzieję, że cel sam w sobie uda mi się zrealizować i o kolejnych losach bohaterów będę mogła czytać z niewiedzą, a potem dopiero skonfrontować to z serialem.

Fabuła drugiej części opiera się na dalszej walce o władzę. Po śmierci Roberta kolejni wasale ogłaszają się królami i jedynymi, którzy mają prawo zasiadać na Żelaznym Tronie, walka trwa nawet wśród rodzonych młodszych braci Roberta. Ponadto najdłuższe w historii lato nieubłaganie się kończy, biały kruk zwiastuje nadchodzącą zimę i okazuje się, że to właśnie ona nie wiadomo jak długo będzie trwała i prawdopodobnie będzie największym wrogiem...

Pokrótce tak to wygląda, trudno bowiem opisać tak obszerną powieść w kilku zdaniach, aby nie zdradzić za wiele. Jest to jednak kontynuacja "Gry o tron", pierwszej części sagi i w żadnym razie nic nie zmierza jeszcze do końca, a wręcz przeciwnie - to dopiero początek - mimo że oba tomy są dość obszerne i mam wrażenie, jakbym przeczytała w tym czasie z 10 książek; cieszę się jednak, że tyle jeszcze przede mną, bo trzeba przyznać, że George R. R. Martin wykonał kawał świetnej roboty, pisząc tę historię, jest to naprawdę dobra, a nawet bardzo dobra książka, jeśli chodzi o fantastykę. Nie ma tu nie wiadomo czego, wszystko jest naturalne, bez przesytu, a ja mam po prostu wrażenie, że czytam znakomitą powieść historyczną - bo w takim klimacie utrzymana jest właśnie Pieśń Lodu i Ognia Martina. I szczerze mówiąc nie mogę doczekać się kolejnego tomu - mimo że wiem, że jego przeczytanie znów zajmie mi dobry tydzień - nie będzie to jednak tydzień stracony. Przy Martinie nie można się nudzić, bo to jest po prostu niemożliwe.

Jeśli ktoś do tej pory nie mógł się przekonać do tej książki, albo odkładał sięgnięcie po nią na wieczne nigdy, to zachęcam tym bardziej - nie ma co bać się objętości, bo Martina czyta się naprawdę szybko (gdyby nie obowiązki, to pewnie przeczytałabym ją znacznie szybciej); wciąga niesamowicie (podobnie jak serial telewizyjny - chociaż ja zawsze będę zachęcać najpierw do czytania, potem do oglądania). Ci z Was, którzy już mają pierwszy krok z "Grą o tron" za sobą, z pewnością przyznają mi rację. Jest intrygującą, niezwykle ciekawą powieścią, opowiadaną z perspektywy różnych bohaterów (nawet tych z pozoru złych), a ich po prostu nie da się nie lubić (nawet tych, których lubić się w zasadzie nie powinno). Zachęcam więc mocno do czytania :-)
Niedzielny stos listopadowy [#23]

Niedzielny stos listopadowy [#23]

Pogoda dzisiaj typowo listopadowa... Jesień w pełni, a na mojej półce znalazło się ostatnio sporo nowych książek, pora więc odświeżyć trochę posty z cyklu stosikowego, bo ostatnio bodajże, o ile dobrze sobie przypominam, taki był we wrześniu. A pogoda dzisiaj jak najbardziej zachęca do ukrycia się pod kocem i spędzenia całego dnia przy lekturze - takie dni lubię najbardziej. Bo ciągle jestem zapracowana, zajęta nauką i naprawdę chciałabym, aby tego wolnego czasu było trochę więcej. Ale niestety sobie go nie rozciągnę... 


1. Joanna Chmielewska, Nawiedzony dom - pożyczona od siostry, która jest wielką fanką pisarki i wiadomość o jej śmierci nią wstrząsnęła nie mniej niż mnie...;
2. Joanna Chmielewska, Zbrodnia w efekcie - j.w.;
3. Charlotte Brontë, Villette - od Wydawnictwa Mg, nie mogę się doczekać, kiedy ją wezmę do ręki i zacznę:-)
4. Katarzyna Michalak, Ogród Kamili - od Wydawnictwa Znak, czytana w chwili obecnej;
5. Philipp Vandenberg, Zielony skarabeusz - kolejny ulubiony autor mojej Siostry, więc można się też domyślać, skąd tę książkę mam :-)
6. Gert Heidenreich, W mrokach czasu - j.w.;
7. Eduardo Roca, Warsztat książek zakazanych - j.w.;
8. George R. R. Martin, Starcie królów - z biblioteki, co zresztą widać :-)

Na brak lektur nie narzekam, czasami tylko wciąż narzekam na brak czasu, bo zapału też mi nie brakuje :-) A taką jesienną pogodę też lubię, dobrze mi się kojarzy i jeszcze lepiej przy niej czyta. Muszę tylko jeszcze popracować wciąż nad lepszą organizacją czasu własnego...
Jak Wam się podoba mój stos? Widzicie coś ciekawego? Cokolwiek czytaliście?


Wyznaję

Wyznaję

Autor: Jaume Cabré
Wydawnictwo Marginesy, 2013
Liczba stron: 768
Gdy widzi się po raz pierwszy książkę Jaume Cabrè pt. „Wyznaję”, można się za głowę złapać i zniechęcić już samym widokiem. Dlaczego? Powieść ma ponad 700 stron i jest po prostu „duża” – o ile można to tak określić. Ale to tylko na pierwszy rzut oka. Gdy czyta się opis wydawcy, zaczynamy się zastanawiać… Pierwsza, przetłumaczona na polski powieść szanowanego w Hiszpanii pisarza, Jaume Cabrè; tzw. powieść- katedra; książka, którą czyta niemalże cała Europa. Coś w niej więc jednak musi być, skoro tak jest chwalona i czytana… Tylko ta objętość troszkę zniechęca…

Adrian Ardèvole mieszka w Barcelonie wraz z rodzicami i opiekunką, prawą ręką matki, Małą Lolą. Od wczesnego dzieciństwa wychowuje się wśród książek i muzyki. Muzyka w jego życiu towarzyszy za sprawą matki, która pragnie z niego zrobić sławnego skrzypka. Ojciec widzi przyszłość syna zupełnie inaczej. Adrian ma zostać naukowcem, językoznawcą, który w przyszłości będzie znał kilkanaście języków. Sam chłopiec, który dopiero zaczyna dorastać i chodzić do szkoły, specjalnie nie ma nic do powiedzenia. Musi podporządkować się woli już nawet nie matki, a ojca, bo to on decyduje o przyszłości chłopca; na skrzypcach gra tylko i wyłącznie z jego dobrej woli. Na szczęście Adriana zainteresowania idą ścieżką, którą wyznaczył dla niego ojciec – języków uczy się chętnie i łatwo, a sam rodzic jest dla niego dużym autorytetem. Ten ostatni pewnego dnia do domu przynosi skrzypce – jak się okazuje, bardzo cenny egzemplarz, dość wiekowe z inskrypcją i własnym imieniem – a takie skrzypce to nie byle co. To właśnie te skrzypce zdominują w pewnym momencie życie Adriana – one i pewna kobieta, w której zakocha się Adrian, ale która, ze względu na wzajemne niesnaski obu rodzin, nie będzie mogła z Adrianem być.

Powstało wiele powieści o miłości, a pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy słyszę, że książka to jedno wielkie wyznanie miłosne, to znane wszystkim choćby z samego tytułu dzieło „Miłość w czasach zarazy” Marqueza. Nie wiem dlaczego akurat z tą książką na początku skojarzyło mi się „Wyznaję”. Bo czytając, coraz bardziej zagłębiając się w świat Adriana, zauważyłam, że jednak obie te książki są bardzo różne… Tak, to prawda: „Wyznaję” jest wyznaniem miłosnym – bo cała książka napisana jest w formie listu do Sary, miłości Adriana, to do niej zwraca się narrator, czyli sam główny bohater. I miłość do kobiety to jedna z dwóch rzeczy, które dominują tutaj i w całym życiu Adriana; drugą taką rzeczą jest historia Viala, cennych skrzypiec, które za sprawą Feliksa Ardèvola znalazły się w domu chłopca i które towarzyszyły mu przez całe późniejsze życie. Można by powiedzieć nawet, że Vial jest tutaj nawet znacznie ważniejszy – cała jego historia sięga bowiem od średniowiecznej inkwizycji, przez XVIII i XIX wiek aż po drugą wojnę światową. I mimo że na pierwszy rzut oka historia miłości i dzieje skrzypiec niby nie mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak w końcu można się przekonać, że tak nie jest – bowiem wszystko w tej książce się ze sobą łączy.

A historii w niej jest wiele. Nie tylko te dwie wyżej wspomniane. Autor bowiem często przeskakuje do średniowiecza czy początku XX wieku, przedstawiając historie ludzi często nie mających wiele wspólnego z fabułą. Wszystko to jest wplecione w opowieść Adriana w sposób wymagający od czytelnika sporego skupienia – gdy choć przez chwilę oderwiecie się myślami od książki, jestem wręcz pewna, że w następnym zdaniu nie będziecie mieli pojęcia, kto aktualnie mówi, czy jest to główny bohater czy ktoś z przeszłości. Zwykle nie ma takich problemów, gdy czytamy zwykłą książkę, tutaj jednak całej narracji często brak cudzysłowów, myślników czy przecinków. Poszczególne historie nie są od siebie oddzielane w ogóle, wplecione jakby na chybił trafił, dokładnie tak, jak opowiada o tym Adrian – jednak w tej książce wszystko ma swój cel. Wszystko się ze sobą łączy, czasem już na początku, czasem w połowie, a czasami trzeba na to czekać do samego końca.

Ja wiem, że wszystko to razem wzięte potrafi zniechęcić… Warto jednak dać tej powieści szansę. Bo jest to nie tylko historia o miłości, nie tylko opowieść o skrzypcach i muzyce, ale też cudowna książka z klimatem Barcelony, podobnym do tego ze świata Zafona. To jest książka mimo wszystko napisana pięknym językiem (i myślę, że tłumaczka, przekładająca książkę na polski, miała w tym swój udział), powieść o istocie zła i jego konsekwencjach. Książka o książkach; o wielkim uczuciu do kobiety i dzieciństwie bez miłości rodziców oraz  jego wpływie na późniejsze życie; o niepowodzeniach, które przeżywa główny bohater, ale które równie dobrze może przeżyć każdy z nas. Naprawdę nie sądziłabym, że ta powieść tak mnie pochłonie, mimo że jej akcja jest raczej umiarkowanie spokojna, bo i takie jest całe życie Adriana. I wbrew temu wszystkiemu, mimo tych 768 stron, mimo dość specyficznej narracji, przeskakiwania z wątku na wątek – czyta się ją bardzo szybko. Niewiele jest takich książek – ta od teraz jest dla mnie jedną z tych cenniejszych, bo o niej  nie da się tak szybko zapomnieć. Po prostu się nie da. Ale żeby to zrozumieć, trzeba zwyczajnie wziąć ją do ręki i zacząć czytać.
Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie

Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie

Autor: Piotr Zychowicz
Wydawnictwo Rebis, 2013
Liczba stron: 511
"Obłęd '44" to książka, która jak mało która, budziła szerokie kontrowersje jeszcze przed swoją premierą. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na jej podtytuł... Uczeni jesteśmy w szkołach o bohaterskich czynach warszawiaków, o ich woli walki, zapale i chęci zwycięstwa... Ale nikt tak naprawdę nie zastanawia się wtedy, czy to zwycięstwo w ogóle było możliwe? Czy jednak porwaliśmy się z motyką na słońce i poszliśmy na pewną śmierć?

Piotr Zychowicz jest historykiem i publicystą, pisze głównie o II wojnie światowej i historii XX wieku. Ale takich historyków jak on jest jednak mało. Dlaczego? Być może dlatego, że nie brak mu odwagi w wyrażaniu własnego zdania, często sprzecznego ze zdaniem ogółu. Pewnie dlatego właśnie książka ta zrobiła niemałą furorę jeszcze przed wydaniem. Wiele ludzi pytało: ale jak tak można, nie można skupić się na bohaterstwie powstańców, a nie wywlekać na światło dzienne faktów, o których wiele ludzi wolałoby nie słyszeć, zatkać uszy i udawać, że tego nie było? Przecież powstanie miało miejsce prawie 70, po co do tego wracać? A może właśnie dlatego, żeby niektórym, a przede wszystkim zwykłym ludziom otworzyć oczy na prawdę? Ludziom, przed którym ta prawda była tak długo ukrywana, niczego nieświadomym?

Piotr Zychowicz nie neguje bohaterstwa naszych rodaków w walkach o Warszawę, wręcz przeciwnie - chwali ich za odwagę, wolę walki i chęć zwycięstwa. I o tym nie wolno zapominać. Ale jednocześnie stawia pytanie, czy ta walka w ogóle miała sens? Czy sens miało to zbiorowe samobójstwo, które wykonała na siebie Polska, czy śmierć tylu ofiar, zarówno ludzi, którzy mieli wielkie znaczenie dla kultury i państwa polskiego, jak i zwykłych warszawiaków, często jeszcze dzieci - czy ta śmierć w ogóle była potrzebna? "Obłęd '44" stawia wiele pytań, ale nie są to pytania bez odpowiedzi - autor konsekwentnie na wszystkie odpowiada. Konsekwentnie mówi: nie. Nie była potrzebna śmierć tylu Polaków, ginących najpierw w akcji Burza, przez maskarę na Wołyniu i w Galicji, kończąc na Powstaniu Warszawskim. Jednocześnie Piotr Zychowicz niczego nie owija w bawełnę i bezwzględnie przeciwstawia bohaterstwo powstańców z nieudolnością i naiwnością polskich władz emigracyjnych oraz kierownictwa Armii Krajowej. Bez wątpienia byli to bowiem ludzie, którzy absolutnie nie powinni znaleźć się na stanowiskach, na jakich faktycznie się znaleźli. Do końca głupio liczyli na "sprzymierzeńców" (celowo wziętych przeze mnie w cudzysłów) oraz "sprzymierzeńców naszych sprzymierzeńców", nie dopuszczając do siebie myśli, że ci "sprzymierzeńcy" to tak naprawdę nasi najwięksi wrogowie. 

Bo Polska wrogów miała dwóch: III Rzeszę oraz Sowietów. Dlaczego więc jednego z naszych wrogów nagle zaczęliśmy nazywać sprzymierzeńcem? Polacy skupili się na Hitlerze jako wrogu numer jeden, zaniedbując obronę z drugiej strony, z którą to stroną w końcu podpisali sojusz. Jednak to właśnie Stalin zagrażał Polsce bardziej. To Stalin powinien stać na pierwszym miejscu jako wróg państwa polskiego. I to Stalinowi, na mocy sojuszu Sikorski-Majski podaliśmy na tacy (a może lepiej użyć tu po prostu słowa: oddaliśmy) Wilno i Lwów, dwa miasta do tej pory pełniące rolę najważniejszych ośrodków kultury polskiej. Serce się kraje na samą myśl o tym. Piotr Zychowicz świetnie porównuje obu naszych sąsiadów i zaborców, zestawia ich ze sobą i zadaje kolejne pytania oraz wyciąga wnioski. Odpowiedzi na te pytania wcale nie są takie, jakie większość z nas chciałaby teraz, po 70 latach usłyszeć, ale... otwierają nam oczy i uświadamiają co do tego, jak naprawdę było z tym naszym sowieckim sojusznikiem i jak nieodpowiedzialni ludzie, nie potrafiący rozumnie myśleć, stali na czele państwa polskiego. No bo jak nazwać decyzję o wszczęciu Powstania Warszawskiego w czasie, kiedy Polska kompletnie nie była na to przygotowana? Kiedy nie mieliśmy żadnych szans na jakiekolwiek zwycięstwo? Kiedy decyzja ta była kompletnym szaleństwem?... Co z tego, że warszawiacy, i nie tylko, mieli chęci do walki? Jak walczyć, gdy nie ma się broni? Gdy w ręku ma się zaledwie butelkę z benzyną, a i to było wielkim szczęściem, bo większość po prostu nie miała czym walczyć. Nie było granatów, o broni wielu mogło pomarzyć. Zresztą - jak długo można mieć ten zapał, gdy widzi się umierających wokół ludzi, gdy widzi się już po kilku godzinach od wybuchu powstania jego wielką klęskę; klęskę, którą dowództwo utrzymywało przez 63 dni... i pozwoliło zginąć wielu osobom, które tej śmierci mogły uniknąć...

Podziwiam autora za tę książkę, za odwagę, która mu pozwoliła zmierzyć się z prawdą i tę prawdę nam przekazać. Nie można bowiem być ślepym na takie rzeczy. Trzeba mówić o tym, choćby były to rzeczy przykre dla naszego państwa, nie można tego pomijać, zamykać oczu i udawać, że nie, przecież tego nie było. Było - i należy to do naszej historii - niestety. Historia jednak nie zawsze jest kolorowa, nie skupia się tylko na zwycięstwach i dobrych dowódcach - bo to wtedy nie będzie historia w pełnym znaczeniu tego słowa. Historia to jest to co było, czy to było przykre i złe, pełne zdrady, czy bohaterskie i wielkie - na wszystko trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Piotr Zychowicz nam te oczy otwiera - jestem zafascynowana jego książką.
Kokon

Kokon

Autor: Mark Billingham
Wydawnictwo G+J, 2008
Liczba stron: 358
W kryminale mordercy chodzi przede wszystkim o to, żeby zabić. Oczywiście same motywy mogą być różne, zależy od wyobraźni autora. Głównie chodzi jednak o to, aby pozbawić kogoś życia. Mark Billingham stworzył jednak kryminał, w którym oczywiście są ofiary trupy, ale... nie o trupy tutaj chodzi. "Kokon" to powieść, w której mordercy nie chodzi o zabijanie, ale... o przeżycie.

Mężczyzna zabił już trzy kobiety. Czwarta leży sparaliżowana w szpitalu; paraliż spowodowany jest udarem, ten zaś wywołał u niej właśnie morderca. I wszystko wskazuje na to, że właśnie o to mu chodziło, a poprzednie trzy ofiary to "tylko" nieudany eksperyment. Inspektor Tom Thorne będzie musiał jak najszybciej odnaleźć człowieka, który eksperymentuje na niewinnych kobietach. To, co im robi pozwala zawęzić krąg podejrzanych do osób, posiadających dość dużą wiedzę medyczną, obracających się w kręgach szpitalnych. Jednak, wbrew pozorom, żadne listy, wysyłane przez mordercę do policjanta nie będą tu zbyt pomocne, Tom będzie mógł jedynie stwierdzić, że sprawca ma w planach raczej grę w kotka i myszkę, a wybór Toma na inspektora prowadzącego śledztwo był od początku jego największym życzeniem. Czy mordercy zależy na tym, aby jak najdłużej mógł pozostać na wolności, czy wręcz przeciwnie?...

"Kokon" to debiut literacki Marka Billinghama. Chociaż autor może być już znany niejednemu z Was - jego książki są popularne nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w całej Europie. I tak też sama go poznałam - dzięki jego wielkiej popularności i dzięki wspaniale zaopatrzonej bibliotece. Po raz kolejny nie rozczarowałam się - na swojej intuicji jednak zawsze można polegać. Z drugiej strony doszedł mi kolejny autor, którego książki chciałabym czytać i kolejny inspektor, którego dalsze losy chciałabym poznać. Książek do przeczytania ciągle więc przybywa, a czasu jak na złość ostatnio ciągle brakuje.

Mark Billingham pisze z różnych perspektyw. Nie wiem, jak w innych jego kryminałach, ale "Kokon" pozwala nam poznać dość dobrze głównego bohatera, Toma Thorne'a, ale od czasu do czasu "oddaje" również narrację swojemu czarnemu charakterowi, czyli mordercy, a nawet kobiecie, która przeżyła eksperyment i jest żywym dowodem na to, że sprawcy chodziło nie o zabicie, ale o przeżycie ofiary. I aż dziwne, że to właśnie ona, mimo że jej życie stało się nie życiem, a wegetacją, mimo tego, co przeżyła, potrafi zachować najwięcej spokoju, zdrowego rozsądku, a nawet zwykłego poczucia humoru. Tyle tylko, że tak naprawdę nikt o tym nie wie, oprócz czytelnika. Dziewczyna bowiem z trudem porozumiewa się z lekarzami i pielęgniarkami za pomocą mrugnięć powiekami, czasem wręcz niezauważalnych. Kto mógłby zrobić coś tak strasznego? Musi to odkryć główny bohater; bohater, którego zresztą nie da się nie lubić, który podchodzi do życia z tą odrobiną zdrowego sceptycyzmu i realizmu, ale i poczuciem humoru - z czymś, o czym powinien pamiętać każdy, nieważne w jakiej sytuacji się znajdzie.

Mark Billingham to autor głównie dla tych, którzy zaczytują się w powieściach kryminalnych. Angielski kryminał znacie głównie za sprawą Agathy Christie? Pora to zmienić. Billingham na pewno na to zasługuje. Ja z pewnością sięgnę jeszcze po jego powieści, a Was mogę jedynie zachęcać - nikt nie powinien być rozczarowany.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Na zawsze wygnańcy

Na zawsze wygnańcy

Autor: Fiorella de Maria
Wydawnictwo Promic, 2013
Liczba stron: 344
Piekło w naszej świadomości to coś, co może nas spotkać jedynie tak naprawdę po śmierci. Ale czy naprawdę? Otóż... okazuje się, że nie. Że piekła równie dobrze człowiek może doświadczyć jeszcze za życia na ziemi. A co jest w tym wszystkim najgorsze - może go zaznać od drugiego człowieka.

Warda, jak również Ursula czy Perpetua - w zależności od tego, jakiego okresu jej życia dotyczy historia - to kobieta, która właśnie takiego piekła zaznała. Dziewczynka, której los praktycznie wcale nie obchodził jej rodziny, wychowywała się głównie na ulicy, musiała liczyć sama na siebie, kradnąc i często chodząc głodna. Szczęśliwym trafem, w odpowiednim czasie i miejscu poznała ojca Antonina - to on tak naprawdę był pierwszym człowiekiem, który przygarnął ją pod prawdziwą opiekę i zaczął przekazywać swoją wiedzę - o medycynie, uczciwym życiu bez przestępstw i kradzieży, miłości do Boga. To właśnie dzięki niemu Warda postanowiła w pełni oddać swoje serce Bogu i zostać mniszką. Los jednak okazał się dla niej mniej łaskawy. Nie było jej przeznaczone spokojne życie w klasztorze, jako lekarza i uzdrowicielki. Pewnego bowiem dnia na miejscowość, z której wraca od pacjenta, napadają piraci. Od tej chwili los Perpetuy (bo takie imię przyjęła w klasztorze) będzie pasmem nieszczęść - będzie prawdziwym piekłem na ziemi. Zostaje złapana, a potem sprzedana na targu niewolników w zupełnie obcym i odległym od jej własnej ojczyzny kraju.

Powieść Fiorelli de Marii to właściwie tylko jedna forma opowieści - jest nią spowiedź. Wardę poznajemy w momencie, gdy zostaje znaleziona ledwo żywa jako rozbitek, wyłowiona z morza. Wiedząc, że jej życie dobiega końca, prosi o rozmowę z księdzem i spowiedź. Całą więc historię dziewczyny, od początku, od jej pierwszego spotkania z ojcem Antoninem, po chwilę teraźniejszą, poznajemy z jej własnej spowiedzi - ale nie tylko. Cała książka to rozdziały-retrospekcje nie tylko Wardy, ale również innych ludzi z jej bezpośredniego otoczenia, ludzi, którzy mieli z kobietą bezpośredni kontakt przez cały czas w jej życiu. Osób tych jest sporo. Ale i narrator wszechwiedzący się tu pojawia. Poszczególne rozdziały więc, niekiedy bardzo krótkie, opowiadane są przez naprawdę różne osoby, przez samą główną bohaterkę, ojca Antonina, aż po piratów, z którymi miała do czynienia w ostatnim etapie swojego życia. Cała opowieść jest więc przedstawiona z naprawdę różnych perspektyw.

Cały ten zabieg autorki "Na zawsze wygnańcy" jest celowy - pozwala z różnych stron poznać historię Wardy, zamierzone jest też to, że autorka napisała powieść, która ma formę spowiedzi. Niestety, Warda ma o czym opowiadać. Jej życie nie było bezbarwne, chociaż pewnie sama Warda pragnęłaby takiego życia dla siebie zamiast tego, co naprawdę otrzymała. Dzieciństwo na ulicy, wychowanie ojca Antonina i decyzja życia w klasztorze to jeszcze nic - piekło dla bohaterki miało dopiero tak naprawdę nadejść. Warda bowiem w pewnym momencie straciła coś, co większość ludzi w XVII wieku (kiedy to toczy się akcja tej powieści) a na pewno każdy teraz, w XXI wieku uważa za coś naturalnego - straciła wolność, została sprzedana i oddana w niewolę w nieznanym, dalekim kraju. Ale to jeszcze nie wszystko. Trudno jest bowiem pogodzić się z tym, że największe piekło na ziemi człowiekowi potrafi zgotować inny człowiek. Los, który spotkał Wardę zmusił ją do zupełnie innego niż dotychczas postrzegania świata, zmusił ją również do zabijania - i chociaż robiła to zawsze w obronie własnej, to jednak nigdy nie potrafiła wyrzucić swoich czynów ze swego sumienia. "Na zawsze wygnańcy" to historia kobiety, która przeżyła coś, czego nie życzy się nawet największemu wrogowi. To spowiedź kobiety, która przeżyła prawdziwe piekło w swoim życiu, kobiety, zmuszonej do życia takiego, jakiego nie życzyłaby nikomu, o którym nie pomyślałaby, że w ogóle może ją spotkać.

Jak skończy się ta historia? Można się domyślać, najlepiej jednak samemu przeczytać tę książkę. Na pewno nie jest to jednak powieść z tych radosnych i optymistycznych, co zresztą można zauważyć już po przeczytaniu noty od wydawcy na okładce. Na pewno jest to coś, nad czym się potem siądzie w odrobinie refleksji - bo inaczej po prostu się nie da. Cieszę się jednak, że jest to tylko fikcja literacka (chociaż nie można wykluczać faktu, że takie rzeczy takie kobiety jak Warda przeżyły naprawdę). Niestety, ludzi złych na świecie brakować nie będzie nigdy. 

Mimo tego wszystkiego książkę tę czyta się dość szybko, bo jest napisana dość przystępnym językiem, a swoje robią też dość krótkie, niekiedy bardzo króciutkie, rozdziały. Ja lubię jednak takie książki, które pozostawiają mnie na koniec z chwilą refleksji, których się tak po prostu nie zapomina. To jest właśnie jedna z tych książek. Wciągająca, intrygująca, ale zarazem dość smutna i dająca do myślenia opowieść. Polecam szczególnie tym, którzy nie boją się takich książek, z dość głębokim przesłaniem. Warta jest tego, aby po nią sięgnąć.

Za powieść serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic
http://www.wydawnictwo.pl/
Podsumowanie października 2013

Podsumowanie października 2013

Powiem szczerze: nie jestem zadowolona z października. Chociaż nie, inaczej - nie jestem zadowolona z tego podsumowania. Dlaczego? Bo nie oddaje ono tego, co było naprawdę. Tak, przeczytałam 5 książek - z tego nie jestem zadowolona, bo dla przyjemności przeczytałam 4, jedna to lektura na studiach. Przeczytałam jednak znacznie więcej, bo to właśnie studia stanęły u mnie w poprzednim miesiącu na pierwszym miejscu. A czytania, różnych tekstów źródłowych przede wszystkim, mam od groma. Czytałam więc znacznie więcej, niż oddaje to dzisiejsze podsumowanie.
No ale skoro już te podsumowania są, to i będzie październikowe, oto ono:

Książki przeczytane w październiku: 5
Liczba przeczytanych stron: 2201
Średnia stron dziennie: 71
Liczba opublikowanych recenzji: 5
Egzemplarze recenzenckie: 1
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 0
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 0


Miesiąc jednak minął, jest za nami i nie ma co rozpamiętywać :-) Październik odbił się jednak również na moim blogu, co mam nadzieję, było tylko chwilowe i wszystko już teraz wróci do normy :-) Bo książek do czytania mi nie brakuje, a mam również w planach odwiedzić księgarnię, bo kilka nowości kusi, i to tak bardzo, że po prostu trudno jest się oprzeć :-) No i kilka recenzji do napisania też czeka. Dobrze, że są te dwa wolne długie weekendy, będzie więcej czasu na przyjemności :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli