Studnia bez dnia

Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, 2012
Liczba stron: 248
Legendy nie są po to, aby w nie wierzyć, czy nie... ale po to, by je opowiadać. Faktem jednak jest, że prawie każda legenda zawiera w sobie ziarno prawdy. Faktem jest również to, że legendy istnieją w naszym życiu, będą opowiadane zawsze i zawsze będą ubarwiały naszą historię i dawne wydarzenia. A słucha się ich jak bajek w dzieciństwie - każdy z nas jednak ma w sobie coś z dziecka, nawet, jeśli dzieciństwo to tylko daleka przeszłość.

Czy legenda o słynnym toruńskim kupcu, Martinusie Teschnerze, który rzekomo miał w planach podarować swojej kochance piękny pierścień z ogromnym rubinem, jest prawdziwa, tego nie wie nikt. Człowiek taki jednak istniał naprawdę. Legenda głosi, że pierścienia swojej ukochanej nie zdążył podarować - zginął bowiem wrzucony do studni przez męża kochanki razem z drogocennym klejnotem, robionym specjalnie na zamówienie. Marcelina nie przypuszczałaby, że legenda owa będzie miała spore znaczenie w jej życiu. Po śmierci męża postanawia rozpocząć nowe życie. Nie stać jej na utrzymanie starego mieszkania, przeprowadza się więc do kamienicy i dostaje dodatkową pracę na stoisku z upominkami - jej pracodawcą jest znany toruński rzeźbiarz Tadeusz. Marcelina pomaga mu również w jego pracowni - miejscu, które skrywa wiele tajemnic, a największą z nich jest głęboka studnia. Jaki związek stara studnia będzie miała ze słynną toruńską legendą? Okazuje się, że bardzo wiele...

Od bardzo dawna miałam wielką ochotę na tę książkę, Katarzynę Enerlich uwielbiam, jej seria prowincjonalna skradła mi serce od samego początku. Byłam więc ogromnie ciekawa tego, jaka może być ta właśnie książka, która z Mazurami nie ma nic wspólnego oprócz pochodzenia głównej bohaterki Marceliny. Cała akcja bowiem toczy się w zupełnie innym polskim mieście - Toruniu. Nie spodziewałam też się po tej powieści czegoś szczególnie specjalnego - miałam nadzieję jednak, że mi się spodoba. Nie zawiodłam się.

W Toruniu nigdy nie byłam, nie wiem, czy w najbliższym czasie będzie okazja, aby się tam znaleźć, ale dzięki tej książce Toruń jest miastem, które odwiedzić mimo wszystko bym chciała. A nie miałam tego w planach wcześniej, więc chyba jednak coś w tej książce jest. "Studnia bez dnia" w zupełnie innym świetle pokazała mi to miasto - Kasia potrafi pisać w ten sposób, że trudno choć na chwilę nie zostać oczarowanym przepięknymi miejscami, które opisuje. Za to ją lubię. Ale cenię ją również z innego powodu - za zawsze ciepłych bohaterów, które tworzą niepowtarzalny klimat jej powieści, za częste wspomnienia i powroty do dzieciństwa, za kult prostoty, natury i tego, że życie mamy jedno i trzeba je przeżyć jak najlepiej. Wśród kochanych osób i miejsc. Taka była "Prowincja..." i taka jest również "Studnia bez dnia". Dokładnie w stylu Kasi Enerlich, a ja ten jej styl uwielbiam.

Bohaterowie są niczym nasi najlepsi przyjaciele: Marcelina, Anna, Natalia, Tadeusz i jego żona, pan Józek... Nie da się ich nie lubić. Samo nawiązanie do legendy również jest intrygujące... Chociaż książka jest za krótka, aby wydarzenia bardziej się rozwinęły, a zagadka była mniej przewidywalna, to jednak książkę tę czyta się bardzo dobrze, chociażby ze względu na jej klimat, a tego tutaj nie brakuje. Nie zawiodłam się więc na "Studni...", chociaż niektórzy czytelnicy po takiej książce pewnie będą oczekiwali czegoś innego. Mnie w niej nie brakowało niczego - bo moim zdaniem nie chodzi tu o samą legendę i do czego doprowadzi znalezisko Marceliny, ale o inne spojrzenie na to, co nas bezpośrednio otacza, łącznie z miejscami i osobami wokół nas.

Warto więc przenieść się do Torunia takiego, jaki serwuje nam autorka - warto poznać jego historię i legendy, zatrzymać się na starówce, skosztować toruńskich pierników... A przy tym razem z Marceliną przeżywać jej smutki i radości. Warto też poznać ten dość specyficzny styl Katarzyny Enerlich, o którym wspomniałam wcześniej. Bo to niby z pozoru zwykła literatura dla kobiet, ale tak naprawdę niezwykła, bo nawet jeśli tylko na kilka chwil, to jednak zmienia nasze spojrzenie na świat wokół nas, sprawia, że zauważamy rzeczy, których na co dzień się nie dostrzega...

7 komentarzy:

  1. A mnie książka zupełnie nie przypadła do gustu - nie zachwycił ani styl, ale fabuła, choć lubię powieści, w których autor wykorzystuje motyw legendy, tajemnicy z przeszłości, itp. Było to moje pierwsze i zarazem ostatnie spotkanie z prozą pani Enerlich.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. To taka trochę inna od pozostałych książka Kasi Enerlich, ale bardzo mi się podobała. Doskonale oddany klimat Torunia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna książka, choć irytowałam się, gdy bohaterka przyjaźniła się z kochanką męża, nie rozumiem tej postawy, choć wiem, że różne sytuacje się w życiu zdarzają.

    OdpowiedzUsuń
  4. Brzmi nawet ciekawie, będę ją gdzieś tam w pamięci miała, ale póki co mam sporo innych pozycji, które na mnie czekają :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba gdzieś już czytałam o tej książce... Zapowiada się ciekawie, rozejrzę się za nią.

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękna okładka. Książki jeszcze nie miałam okazji czytać, ale kiedyś to zmienię

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z piórem Kasi Enerlich, ale bardzo chętnie bym to zrobiła ;)

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli