Więzień Nieba

Więzień Nieba

Autor: Carlos Ruiz Zafon
Wydawnictwo Muza, 2012
Liczba stron: 411
Carlos Ruiz Zafon jest jednym z tych autorów, po którego książki sięgam w ciemno. Zaczarował mnie swoim "Cieniem wiatru", potem "Grą Anioła", następnie były jeszcze powieści, nazywane mianem młodzieżowych. Każda z tych książek miała w sobie to coś, co jeszcze utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to autor, którego książki będę czytać i nic mnie przed tym nie powstrzyma. Przyszedł w końcu i czas na "Więźnia Nieba" - powieść, której niespecjalnie było po drodze do mnie, w końcu jednak trafiła...

Pamiętacie Cmentarz Zapomnianych Książek? Ten, kto czytał dwa wyżej wspomniane tytuły na pewno kojarzy, o czym mowa - i słusznie. To tajemnicze miejsce (swoją drogą bardzo chciałabym zobaczyć to na żywo) pojawi się i tutaj, "Więzień Nieba" jest bowiem kolejną częścią wspomnianych wcześniej powieści. Znowu znajdziemy się w księgarni Sempere i Synowie, znowu spotkamy się z Danielem i jego ojcem, z żoną Daniela Beą oraz jego najlepszym przyjacielem Ferminem. I to właśnie tego ostatniego w głównej mierze dotyczy ta książka. Fermin przygotowuje się do ślubu ze swoją ukochaną. Pewnego dnia jednak w swojej księgarni Daniel przyjmuje tak tajemniczego, co odrażającego wręcz klienta. Klient ów wydaje masę pieniędzy na książkę, którą z kolei dedykuje... Ferminowi. Skąd przyjaciel Daniela zna tego mężczyznę, co kryje jego przeszłość?

Fermin Romero de Torres jest dość tajemniczą postacią i zdaje się, że nie tylko dla czytelnika... bo również dla samego Daniela... Skrywa bowiem przeszłość, o której najchętniej by zapomniał, a która właśnie teraz wraca do niego - w najmniej odpowiednim momencie. Tajemniczość jednak to jest jeden z atutów Zafona - jego powieści zawsze są owiane mniejszą lub większą tajemnicą i takie też zostają praktycznie do końca. O Danielu przecież też nie wiemy wszystkiego... To samo było z głównym bohaterem "Gry Anioła" Davidem Martinem... David wraz z Ferminem pojawi się i tutaj, okaże się bowiem, że dawno, dawno temu drogi obu mężczyzn się skrzyżowały... I być może wreszcie odkryjemy część tej tajemnicy...

Długo nie mogłam się doczekać tej książki, więc gdy tylko wpadła w moje ręce, zaczęłam ją czytać. Spodziewałam się klimatu podobnego do "Cienia wiatru" czy "Gry Anioła" - i taki też klimat dostałam - trochę sennego, ponurego miasta, jakim u Zafona jest Barcelona, ale w tym dobrym znaczeniu, takim, że chętnie sama bym ją obejrzała na własne oczy i przeszła się jej uliczkami. Barcelona jednak czaruje od początku, odkąd tylko mamy styczność z Cmentarzem Zapomnianych Książek. Tutaj więc nie jest to nowością. I być może nic nie jest tu nowością oprócz tajemnic i opowieści Fermina, ta książka ma jednak w sobie to "coś"... Może ja nie jestem obiektywna co do autora, bo go uwielbiam, książka jednak zbierała (i zbiera) masę pozytywnych opinii, a o czymś chyba to świadczy, prawda?

Mnie się zawsze doskonale czyta Zafona, zarówno tę jego - nazwijmy to - serię (chociaż niespecjalnie to słowo mi tutaj pasuje), jak i pozostałe powieści, "niby" młodzieżowe. Niby - bo są one dla każdego, nie tylko dla młodych czytelników. Wracając jednak do książek z serii Cmentarza Zapomnianych Książek - podoba mi się tutaj również to, że wszystkie te trzy powieści są jakby niezależnymi od siebie historiami, których nie trzeba czytać po kolei, ale tak, jak nam to odpowiada. Każda z nich jednak jest kolejną częścią układanki względem poprzedniej i doskonale się uzupełniają, a razem tworzą niezwykłą całość... I mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec. "Więzień Nieba" też i jednoznacznie się nie kończy, a pozostawia nas z dalszymi pytaniami, na które, mam nadzieje, autor jeszcze odpowie. A nawet sam Zafon nam tutaj mówi, że to absolutnie nie koniec historii, że ona się tutaj tak naprawdę dopiero zaczyna. Trzymam go za słowo, bo oprócz "Księcia Mgły", którego jeszcze nie miałam okazji czytać, a którego lekturę planuję już niedługo - nic mi już do przeczytania z książek tego autora nie zostało...

Dzięki Zafonowi mam ogromny sentyment do Barcelony i Cmentarza Zapomnianych Książek. Jestem też ogromną fanką jego pozostałych powieści, pełnych tak charakterystycznej dla autora magii. Jeśli więc jeszcze nie mieliście okazji poznać jego twórczości - zachęcam, chociaż ostrzegam, że Zafon zaczarowuje i to bardzo szybko, że nawet nie zauważycie kiedy, a już będzie po Was :-)
Ogród cieni

Ogród cieni

Autor: Virginia Cleo Andrews
Wydawnictwo Świat Książki, 2013
Liczba stron: 333
Wreszcie dotrwałam do końca tej opowieści. Serii, która mimo upływu czasu nadal jest bardzo popularna, do tego stopnia, że doczekała się nawet wznowienia. I niejeden czytelnik kojarzy Virginię Andrews i "Kwiaty na poddaszu", pierwszą część owej serii. Na mnie zrobiła ona ogromne wrażenie. Wreszcie oto mam już za sobą jej piątą część... Wreszcie.

"Ogród cieni" to już nie jest opowieść o Cathy i Chrisie. I chyba dobrze, bo myślę, że wszystko w tej kwestii zostało już wyjaśnione. Dzięki tej powieści wrócimy jednak do początku całej historii, a nawet przeniesiemy się jeszcze bardziej w przeszłość. "Ogród cieni" bowiem to opowieść o matce Corrine, czyli babce dzieci uwięzionych na poddaszu, Olivii oraz jej mężu, Malcolmie. Czytając więc tę piątą część poznamy jakby genezę wszystkich wydarzeń, ich okoliczności - bo skutki przecież już dobrze znamy.

Muszę przyznać, że chociaż cała seria bardzo mi się podobała, to jednak pierwszy jej tom był zdecydowanie najlepszy. I chyba większość czytelników się ze mną zgodzi. Może i prawdą jest, że autorka kolejne tomy pisała trochę na siłę, powtarzała się w kolejnych częściach, a książki stały się dzięki temu dość przewidywalne - ja sama podeszłam do nich z pewną rezerwą i może dlatego dość mile zaskakiwał mnie każdy kolejny tom. Cieszę się jednak, że "Ogród cieni" to już koniec tej historii, której wielu czytelników uważa za już i tak za długą.

Nie wiem, czy potrzebne było wracanie do wczesnej przeszłości i opowiadanie o dziadkach Cathy, Chrisa, Cory'ego i Carrie. Może i nie. Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że absolutnie nic nie wnosi do historii - wręcz przeciwnie. "Ogród cieni" opowiada bowiem o tym, jak w ogóle doszło do małżeństwa Olivii i Malcolma oraz jak wyglądało ich małżeństwo. Pamiętam, że gdy czytałam pierwszy tom, babka rodzeństwa wydawała mi się osobą okrutną, bez żadnych skrupułów i uczuć do dzieci. Tutaj zaczęła mi się mienić jednak w zupełnie innym świetle i może was zdziwię, ale nawet ją polubiłam. Na pewno jednak jej współczułam. Dziewczyna, która bardzo pragnęła miłości i uczucia, zakochana i wydawałoby się szczęśliwa, już pierwszego dnia po ślubie poznaje prawdziwą twarz swego męża - człowieka, który szukał tak naprawdę dobrej żony, która urodzi mu dzieci i która umiała będzie poprowadzić tak wielki dom. Jej marzenia zderzyły się brutalnie z rzeczywistością, wcale nie tak kolorową. Łatwiej dzięki temu rozumieć jej zachowanie. Plusem jest również to, że narratorem tej części jest sama Olivia, poznajemy ją więc również dzięki jej przemyśleniom i odczuciom. I zaskoczyło mnie to, że bohaterka ta wcale nie była tak okrutna, jaką wydawała się na początku... Była po prostu bardzo nieszczęśliwą kobietą, która trafiła pod niewłaściwe drzwi.

Dobrze, że ta historia tak się kończy, że nie ma już dalszych części, bo cóż jeszcze można by dopisać? Autorka wykorzystała swój pomysł chyba aż nadto, bo spotykam się często z opiniami, że to i tak za dużo. Cóż, jest pięć części i już - nie ma co nad tym filozofować. Mnie podobał się każdy tom z osobna, a "Ogród cieni" jest zwieńczeniem tego wszystkiego i warto go poznać przede wszystkim ze względu na perspektywę Olivii. Fajny był pomysł na to, aby znów wrócić do początku, chociaż niewiele jest w stanie nas już zaskoczyć. Całą serię jednak polecam, bo ja sama spędzałam przy tych książkach bardzo miło czas i trudno będzie je ot tak zapomnieć.

Stos na koniec wakacji [#21]

Stos na koniec wakacji [#21]

Koniec wakacji zbliża się wielkimi krokami. Ja wakacji oczywiście nie mam, bo do szkoły już dawno nie chodzę, zawsze jednak koniec sierpnia wiąże się nie tylko z końcem miesiąca, ale i końcem samego lata... nie wiem, czemu tak jest, lato przecież mamy (przynajmniej to astronomiczne) do 23 września :-) W każdym razie mam nadzieję, że wrzesień będzie jeszcze ciepły i słoneczny i ładna pogoda nie da nam o sobie tak szybko zapomnieć :-)

Nie przybywa do mnie ostatnio dużo książek, ograniczam się raczej do stałych współprac, biblioteki i własnych, tych, którym nie mogę się oprzeć w księgarni. Stosik więc znowu nie jest jakiś olbrzymi, są za to pozycje, na które od dawna miałam wielką ochotę :-)


Część już przeczytana, powieści biblioteczne świeżutkie, bo z wczoraj, ale już nie mogę doczekać się Zafona. No i moja perełka, Alibi na szczęście, którą kupiłam też kilka dni temu, powstrzymać się było nie sposób, bo tę książkę chciałam mieć od bardzo, bardzo dawna. Więc w końcu mam :-) Teraz sobie pewnie jakiś czas poleży na półce, bo mi będzie szkoda ją czytać (tak czasem mam, musi odleżeć swoje), ale pewnie i tak nie długo :-)
Najważniejsze, że książek do czytania mi nie brakuje :-)


Studnia bez dnia

Studnia bez dnia

Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, 2012
Liczba stron: 248
Legendy nie są po to, aby w nie wierzyć, czy nie... ale po to, by je opowiadać. Faktem jednak jest, że prawie każda legenda zawiera w sobie ziarno prawdy. Faktem jest również to, że legendy istnieją w naszym życiu, będą opowiadane zawsze i zawsze będą ubarwiały naszą historię i dawne wydarzenia. A słucha się ich jak bajek w dzieciństwie - każdy z nas jednak ma w sobie coś z dziecka, nawet, jeśli dzieciństwo to tylko daleka przeszłość.

Czy legenda o słynnym toruńskim kupcu, Martinusie Teschnerze, który rzekomo miał w planach podarować swojej kochance piękny pierścień z ogromnym rubinem, jest prawdziwa, tego nie wie nikt. Człowiek taki jednak istniał naprawdę. Legenda głosi, że pierścienia swojej ukochanej nie zdążył podarować - zginął bowiem wrzucony do studni przez męża kochanki razem z drogocennym klejnotem, robionym specjalnie na zamówienie. Marcelina nie przypuszczałaby, że legenda owa będzie miała spore znaczenie w jej życiu. Po śmierci męża postanawia rozpocząć nowe życie. Nie stać jej na utrzymanie starego mieszkania, przeprowadza się więc do kamienicy i dostaje dodatkową pracę na stoisku z upominkami - jej pracodawcą jest znany toruński rzeźbiarz Tadeusz. Marcelina pomaga mu również w jego pracowni - miejscu, które skrywa wiele tajemnic, a największą z nich jest głęboka studnia. Jaki związek stara studnia będzie miała ze słynną toruńską legendą? Okazuje się, że bardzo wiele...

Od bardzo dawna miałam wielką ochotę na tę książkę, Katarzynę Enerlich uwielbiam, jej seria prowincjonalna skradła mi serce od samego początku. Byłam więc ogromnie ciekawa tego, jaka może być ta właśnie książka, która z Mazurami nie ma nic wspólnego oprócz pochodzenia głównej bohaterki Marceliny. Cała akcja bowiem toczy się w zupełnie innym polskim mieście - Toruniu. Nie spodziewałam też się po tej powieści czegoś szczególnie specjalnego - miałam nadzieję jednak, że mi się spodoba. Nie zawiodłam się.

W Toruniu nigdy nie byłam, nie wiem, czy w najbliższym czasie będzie okazja, aby się tam znaleźć, ale dzięki tej książce Toruń jest miastem, które odwiedzić mimo wszystko bym chciała. A nie miałam tego w planach wcześniej, więc chyba jednak coś w tej książce jest. "Studnia bez dnia" w zupełnie innym świetle pokazała mi to miasto - Kasia potrafi pisać w ten sposób, że trudno choć na chwilę nie zostać oczarowanym przepięknymi miejscami, które opisuje. Za to ją lubię. Ale cenię ją również z innego powodu - za zawsze ciepłych bohaterów, które tworzą niepowtarzalny klimat jej powieści, za częste wspomnienia i powroty do dzieciństwa, za kult prostoty, natury i tego, że życie mamy jedno i trzeba je przeżyć jak najlepiej. Wśród kochanych osób i miejsc. Taka była "Prowincja..." i taka jest również "Studnia bez dnia". Dokładnie w stylu Kasi Enerlich, a ja ten jej styl uwielbiam.

Bohaterowie są niczym nasi najlepsi przyjaciele: Marcelina, Anna, Natalia, Tadeusz i jego żona, pan Józek... Nie da się ich nie lubić. Samo nawiązanie do legendy również jest intrygujące... Chociaż książka jest za krótka, aby wydarzenia bardziej się rozwinęły, a zagadka była mniej przewidywalna, to jednak książkę tę czyta się bardzo dobrze, chociażby ze względu na jej klimat, a tego tutaj nie brakuje. Nie zawiodłam się więc na "Studni...", chociaż niektórzy czytelnicy po takiej książce pewnie będą oczekiwali czegoś innego. Mnie w niej nie brakowało niczego - bo moim zdaniem nie chodzi tu o samą legendę i do czego doprowadzi znalezisko Marceliny, ale o inne spojrzenie na to, co nas bezpośrednio otacza, łącznie z miejscami i osobami wokół nas.

Warto więc przenieść się do Torunia takiego, jaki serwuje nam autorka - warto poznać jego historię i legendy, zatrzymać się na starówce, skosztować toruńskich pierników... A przy tym razem z Marceliną przeżywać jej smutki i radości. Warto też poznać ten dość specyficzny styl Katarzyny Enerlich, o którym wspomniałam wcześniej. Bo to niby z pozoru zwykła literatura dla kobiet, ale tak naprawdę niezwykła, bo nawet jeśli tylko na kilka chwil, to jednak zmienia nasze spojrzenie na świat wokół nas, sprawia, że zauważamy rzeczy, których na co dzień się nie dostrzega...
Jane Eyre. Autobiografia

Jane Eyre. Autobiografia

Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo Mg, 2013
Liczba stron: 607
Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o książce pt. "Dziwne losy Jane Eyre" albo chociażby o filmie pod tym samym tytułem. Nawet ktoś, kto w ogóle książek nie czyta skojarzy ten tytuł, nie sądzicie? Charlotte Brontë właśnie z tej powieści jest najbardziej znana, to właśnie ta powieść przyniosła jej światową sławę i zaliczana jest do klasyki literatury światowej. Ja od zawsze chciałam ją przeczytać, gdzieś na półce w domu u rodziców stoi jeszcze jej stare wydanie, a może i dwa. Nigdy jednak nie było czasu albo miałam coś innego pod ręką do czytania. Film również kojarzę dość mgliście - z czego się cieszę, bo gdy w końcu w moje ręce wpadło najnowsze wydanie powieści Charlotte Brontë, ucieszyłam się, że w końcu będzie okazja, nie szukałam więc kolejnych wymówek.

Jane Eyre poznajemy jako dziesięcioletnią dziewczynkę, która, straciwszy oboje rodziców, wychowywana jest u swojego stryja. Jednak gdy i ten umiera, zostaje sama z ciotką i kuzynami, którzy nie bardzo za nią przepadają. Postrzegana jako ciężar i kula u nogi, przy pierwszej nadarzającej się okazji zostaje wysłana do szkoły dla sierot, utrzymywanej z celów dobroczynnych. W szkole o dość surowym rygorze Jane zdobywa wykształcenie i zostaje nauczycielką. Nie chcąc jednak wiązać się na stałe ze szkołą znajduje posadę guwernantki w posiadłości pana Rochestera - ma uczyć kilkuletnią Adelkę, również sierotę przygarniętą przez pana domu. W Thornfield Hall, gdzie zamieszka, Jane w końcu znajdzie namiastkę rodziny w postaci małej Adelki, pani Fairfax - gospodyni oraz Edwarda Rochestera - swojego pracodawcy. Nad tym ostatnim jednak wiszą czarne chmury, upomina się o niego przeszłość, a Jane, choć przywiązana do Thornfield Hall, wkrótce wbrew sobie opuści ukochanego pana, aby szukać własnej drogi w życiu.

Wiele z Was pewnie doskonale zna fabułę tej powieści. Ja, jak napisałam wczęsniej, dopiero teraz poznałam tę książkę, chociaż nic nie stało na przeszkodzie i mogłam ją przeczytać o wiele wcześniej. Na niektóre dzieła jednak chyba musi przyjść odpowiedni czas. I taki też czas w końcu przyszedł na najsłynniejszą książkę Charlotte Brontë. Nie muszę Wam już pisać, że powieści epoki wiktoriańskiej uwielbiam, jestem miłośniczką nie tylko Charlotte, ale i Emily, a także Anne. Każda z tych sióstr ma w sobie coś, co czytelnika przyciąga - może jest to wieloznaczeniowość ich powieści, może uniwersalność, a może wszystko naraz? Faktem jest jednak na pewno to, że chyba nigdy nie stracą na znaczeniu i będą czytane zawsze - bo to klasyka w pełnym znaczeniu tego słowa.

"Jane Eyre. Autbiografia", czyli najnowsze wydanie "Dziwnych losów Jane Eyre" jest więc dokładnie taka, jakiej się spodziewałam: klasyczna, a zarazem wciągająca, intrygująca, mimo że pisana wiele lat temu. Trudno się od losów Jane oderwać, każdy kolejny rozdział zapowiada coś nowego. Sporo się też tutaj dzieje, biorąc pod uwagę czasy, w jakich żyła autorka, jej styl pisania i ogólnie styl takich powieści - nie jest to przecież literatura, w której akcja goni, a raczej spokojna opowieść. Tutaj narratorką jest Jane, co łatwo było przewidzieć i rzeczywiście opowiada ze spokojem o wydarzeniach, które działy się w jej życiu, ale że działo się mało i było ono nieciekawe - tego powiedzieć nie można. Książka jest bardzo wciągająca i nawet nie zorientowałam się, że tak szybko przebrnęłam przez te 600 stron.

Warto również wspomnieć, że powieść ta zawiera wątki autobiograficzne. Może nie jest to autobiografia w takim znaczeniu, jakie znamy dzisiaj, jednak Charlotte pisząc "Dziwne losy Jane Eyre" wzorowała się na własnych odczuciach, cierpieniach i tęsknotą za drugim człowiekiem. Autorka dobrze wiedziała co to samotność, sama sporo wycierpiała i wszystko to przelała na karty książki. Wyszła jej z tego piękna historia o miłości, przyjaźni, cierpieniach i tęsknocie, ale i o kobiecie niezależnej, pewnej siebie, która wie czego chce.

Trzeba też oczywiście dać plus samemu wydawnictwu za tak piękną okładkę i ogólnie wznowienie tej książki. Wydanie aż miło wziąć do ręki (a ja mam szczególny sentyment do powieści sióstr Brontë wydanych przez wydawnictwo Mg). Cieszę się, że dzięki czemuś takiemu pamięć o autorce nie zginie... chociaż czy da się zapomnieć w ogóle o tej powieści? Nie sądzę. Należy już od jakiegoś czasu do klasyki i czytelnicy, którzy jeszcze nie mieli książki w rękach, powinni to jak najszybciej nadrobić - takie jest moje zdanie.

Za kolejną podróż do epoki wiktoriańskiej w wykonaniu Brontë serdecznie dziękuję wydawnictwu Mg

Złodziejka książek

Złodziejka książek

Autor: Markus Zusak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2008
Liczba stron: 495
Na Złodziejkę książek Markusa Zusaka polowałam bardzo długo. Na mojej liście 'must read' raz spadała na niższe w kolejności miejsca, raz znowu wchodziła na szczyt, ale zawsze była na liście książek, które przeczytać muszę. Jak widać, w końcu mi się to udało.

O czym jest Złodziejka książek? Wiele osób tę książkę chwali, chyba nie spotkałam się z żadną jej negatywną opinią, a być może i Wy macie ją już za sobą albo co najmniej słyszeliście o niej. Sam wydawca jednak nie do końca nam to zdradza. Przytacza jedynie cytaty i opinie, z których dowiadujemy się, że oto narratorem powieści jest sama Śmierć, a druga wojna światowa to tło wydarzeń. I tylko tyle. Jest jednak rok 1939. Dziesięcioletnia dziewczynka, Liesel Meminger trafia do rodziny zastępczej. Nie rozumie, dlaczego matka musiała ją oddać, załamuje się po stracie młodszego braciszka, który umiera podczas podróży. Trafia do Molching, małego miasteczka niedaleko Monachium, do wiecznie wrzeszczącej kobiety i jej męża, malarza pokojowego. Liesel jednak bardzo szybko przekona się, że wielka jak szafa, o kaczym chodzie Rose, przybrana matka, w rzeczywistości ma równie wielkie serce, a jej przybrany papa, malarz-akordeonista Hans, zostanie jednym z pierwszych jej przyjaciół w nowym miejscu i że dzięki niemu nauczy się czytać. Że Himmelstrasse w Molching stanie się jej domem, w zasadzie jedynym domem, jaki ma. Że znajdzie tu przyjaciela Rudy'ego, mieszkającego raptem kilka domów dalej... I że pojawi się w jej życiu jeszcze ktoś... Ktoś, kto tak naprawdę nie powinien się pojawić.

Jak wiadomo, rok 1939 to początek drugiej wojny światowej. Partia nazistowska jednak już od 1933 roku zaczęła wprowadzać w życie program, mający na celu całkowite odizolowanie i odcięcie od wszelkich praw ludności żydowskiej. Dziesięcioletnie dziecko jednak jeszcze nie jest w stanie zrozumieć wszystkiego, nie jest świadome tego, co się dzieje. Gdy więc do domu Hubermannów trafia Max, proszący o pomoc, dziewczynka początkowo się go boi, nie mając pojęcia kto to i dlaczego trafił pod ich dach. Rose i Hans, mimo tego, że nie powinni, i zdając sobie z tego sprawę, zaczynają pomagać mężczyźnie ukrywając go w piwnicy. Tak, Max jest niemieckim Żydem. A Liesel z czasem stanie się jego najlepszą przyjaciółką. 

Można by powiedzieć, że to zwykła książka. Niejedna przecież powieść rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej, niejedna opowiada o zagładzie Żydów... A jednak zwykła książka to nie jest, choćby dlatego, że samym jej narratorem Zusak uczynił Śmierć, a wojna i śmierć idą ze sobą zawsze w parze. A ile w życiu przeczytaliście książek, których narratorem była Śmierć?... Pewnie zaskoczę Was też tym, że Śmierć nie przybiera tutaj postaci kostuchy czy szkieletu w czarnym płaszczu z kapturem, nie trzyma w rękach kosy. A wręcz przeciwnie.

"Ja naprawdę potrafię być wesoły. I przyjacielski. I sympatyczny. I życzliwy. A to dopiero początek wyliczanki. Tylko nie proście mnie, żebym był miły. Ta cecha nie ma ze mną nic wspólnego"
(str. 9)

Mamy więc Śmierć. Mamy wojnę. Mamy Holocaust. Ale mamy też Niemcy. A trzeba przyznać, że niewiele jest powieści, które pokazują II wojnę światową z perspektywy społeczeństwa niemieckiego. Tutaj wszystkie wydarzenia mają miejsce w III Rzeszy pod dyktaturą Fuhrera. I mamy również złodziejkę książek. Małą dziewczynkę, której przyszło w tych czasach żyć. Powiecie: kolejna powieść o wojnie... Nie. Ona nie opowiada o wojnie, chociaż mamy tu wojnę w tle, mamy nazistowskie Niemcy, NSDAP i wojna bez wątpienia pełni tu dość ważną rolę. O czym więc jest ta książka? O przyjaźni, miłości i przede wszystkim o człowieczeństwie. O tym, że zawsze trzeba być człowiekiem, nieważne, czy żyjemy w targanym wojną państwie czy gdziekolwiek indziej. Takimi ludźmi na pewno byli Rosa i Hans Hubermannowie. I taka też była Liesel, mimo młodego swojego wieku. Ta książka przypomina nam o tym, że III Rzesza to nie byli tylko naziści i bezwzględny Hitler, to nie tylko partia, nie tylko ludzie, którzy ludźmi w rzeczywistości wcale nie powinni się nazywać. Niemcy miały też tę drugą stronę medalu - społeczeństwo, rodziny, które na wojnie traciły najbliższych, ludzi dobrych, współczujących, którzy nie zawahali się pomagać nawet wtedy, gdy mogło kosztować to ich życie. Pod tym też względem książka ta trochę mi przypomina Pozwólcie nam krzyczeć Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Chociaż są to tak naprawdę dwie różne książki napisane przez różnych autorów.

A Markusa Zusaka tylko i wyłącznie można podziwiać za to, że stworzył taką książkę. Mimo że nie żył w tamtych czasach i miał z tym naprawdę niewiele wspólnego. Nie przeżył prześladowania, nie przeżył czasu, jakim jest wojna, nie poznał na własnej skórze rządów Hitlera. I dzięki Bogu. Podziwiam go więc za to, że stworzył tak piękną książkę, która z pewnością pozostanie w mojej pamięci na długo. Dlaczego? Bo trudno, naprawdę trudno o niej zapomnieć. Zapomnieć o Liesel, która jest tak prawdziwa... nie idealna, bo nikt idealny nie jest, ale o dobrym sercu, mimo że kradnie, że jest uparta i zawzięta. Zresztą każdy bohater, każdy mieszkaniec Himmelstrasse ma w sobie coś, dzięki czemu trudno go nie pokochać. Wszyscy oni są rzeczywiści i prawdziwi. I ciężko się z nimi rozstawać... Chociaż Śmierć, narrator książki nie raz i nie dwa zdradzi nam wydarzenia z ich przyszłości, wydarzenia, które nie każdy czytelnik chciałby znać na tym etapie - nie psuje to lektury. Koniec i tak zaskoczy i wzruszy. A nie jest to książka z tych, co kończą się happy endem, niestety.

Takie powieści zawsze robią na mnie ogromne wrażenie i przeczucia co do Złodziejki książek nie zawiodły mnie. Ta książka jest cudowna i piękna, chociaż nie do końca opowiada o pięknych czasach. Książka bez wątpienia dla każdego, lektura, która wzrusza i daje do myślenia. Powieść na miarę klasyki.

"Kiedy narratorem czyni się Śmierć, a tematem Holocaust, można spodziewać się kłopotów. Markus Zusak radzi sobie jednak znakomicie. To nie są wspomnienia, Złodziejka książek nie rości pretensji do oddania historycznej prawdy, tylko raczej - historycznej sprawiedliwości. Wysiłek godzien zastanowienia"
Jarosław Lipszyc, poeta i publicysta
Katarzyna Wielka. Gra o władzę

Katarzyna Wielka. Gra o władzę

Autor: Ewa Stachniak
Wydawnictwo Znak, 2012
Liczba stron: 506
Katarzyna II Wielka jest bardzo znaczącą postacią w historii. Caryca Rosji od 1762 roku, była władczynią bezwzględną, rządzącą twardą ręką, zdecydowaną, która miała swój wkład również w historię Polski. Brała udział w rozbiorach naszego kraju. Mało kto jednak wie, że nie tylko to ją łączyło z Polską, bowiem w 1755 roku poznała 23-letniego Stanisława Augusta Poniatowskiego, wówczas osobistego sekretarza sir Charlesa Williamsa i niedługo poem wdała się z nim w niebezpieczny romans, którego owocem była ich córka, Anna Piotrowna.

Nie da się ukryć, że Katarzyna II jest bardzo ciekawą postacią historyczną. Rosja zresztą od jakiegoś czasu mnie przyciąga, nie mogłam więc oprzeć się tej książce; książce, w której Ewa Stachniak przedstawia portret kobiety, przybyłej na dwór rosyjski jako pruska księżniczka, a która stała się ostatecznie Imperatorową Wszechrusi. Kobiety, która z niewinnej, na pozór nieśmiałej, młodej dziewczyny staje się pewną siebie, bezwzględną i potężną carycą. Młoda księżniczka Anhalt-Zerbst, Zofia, przybywa na zaproszenie carycy Elżbiety do Pałacu Zimowego. Elżbieta widzi w niej dobry materiał na żonę swojego siostrzeńca i następcy tronu, Piotra. Nie wszystkim jednak podoba się fakt, że po rosyjskim dworze przechadza się pruska księżniczka, nawet mimo tego, że ma ona dopiero czternaście lat. A w Pałacu Zimowym wszystkie ściany mają uszy, każdy musi uważać na to co mówi i nie wierzyć w to, co słyszy - oszukują bowiem wszyscy bez wyjątku.

Jak można wywnioskować z samego tytułu, główną bohaterką powieści Ewy Stachniak, Polki mieszkającej w Kanadzie, jest Zofia (po przyjęciu prawosławia Katarzyna). Jednak nie tylko. Mamy tu bowiem jakby dwie główne bohaterki. Od razu na początku czytania zwraca naszą uwagę również narratorka całej opowieści, pochodząca z Polski dziewczyna, córka introligatora, Barbara, zwana częściej przez bohaterów Warwarą Nikołajewną albo Warieńką. Warwara po stracie matki udaje się z ojcem na dwór Elżbiety, a po śmierci ojca przygarnia ją sama Elżbieta jako jedną ze swoich... informatorek-szpiegów. Pałac Zimowy jest bowiem miejscem pełnym kłamców, którzy wychwycą każde słowo, każde małe zdanie, pełnym donosicieli i konfidentów.  To Warwara zostaje narratorką powieści Ewy Stachniak i jednocześnie staje się drugą z głównych bohaterek książki. Czytelnik bowiem nie tylko śledzi osobę Katarzyny, jej przemianę, ale również Barbarę, jej rozterki, troski i małe szczęścia, jej dzieciństwo, młodość i dorosłość.

"Katarzyna Wielka. Gra o władzę" to nie jest biografia, chociaż na pierwszy rzut oka można tak pomyśleć. Jest to raczej zbeletryzowana historia dojścia do władzy jednej z najbardziej znaczących postaci historii zarówno Rosji, jak i Polski. Chociaż poparta dużą ilością faktów, pisana na podstawie nie tylko biografii Katarzyny, ale nawet jej własnych pamiętników, książka ta nie jest taka, jakiej pewnie wiele z was się spodziewa - stuprocentowej powieści historycznej z masą dat i wydarzeń. Historii samej w sobie jest tu mało, mamy za to obraz życia w osiemnastowiecznej Rosji, życia na carskim dworze oraz praw nim rządzących, opis strojów, komnat, klejnotów i całego tego rosyjskiego przepychu. Mamy powieść, w której w literacką fikcję zgrabnie wplecione są wątki historyczne, książkę, którą czyta się szybko i z wielkim zaciekawieniem. W pewnym momencie nawet zauważyłam u Ewy Stachniak pewne podobieństwo do znanej niejednemu czytelnikowi Philippy Gregory - pisarki, która bardzo podobnie to wszystko ze sobą łączy. Jeśli więc lubicie Philippę, tak jak ja, ta książka powinna wam się również spodobać.

Na mnie zrobiła ona wrażenie niemalże takie samo, jak niektóre książki angielskiej pisarki. I chociaż historia Anglii jest ciekawa, to uwierzcie, Rosja może być równie interesująca, jeśli nie bardziej. I uważam tak nie tylko dlatego, że przeczytałam tę książkę. Postać Katarzyny II intryguje mnie już od dłuższego czasu, może w końcu znajdę motywację do tego, aby sięgnąć po jej prawdziwą biografię? Takie książki jak "Katarzyna Wielka. Gra o władzę" niech jednak powstają dalej. Mam świadomość tego, że nie każdy interesuje się historią tak jak ja, dzięki takim powieściom jednak może poznać ją w łatwy i bezbolesny sposób. Tym, którzy tę powieść już czytali i którym również się spodobała pozostaje teraz tylko czekać na to, aż autorka napisze część drugą (a takowa już powstaje) i na to, kiedy ów drugi tom pojawi się na rynku.
Top 10 - ulubione wydawnictwa

Top 10 - ulubione wydawnictwa


 Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



 Wciąż jestem w trakcie czytania kolejnej książki (w ostatnich dniach mniej miałam czasu na czytanie), więc na jej recenzję jeszcze będziecie musieli poczekać. W weekend mam zamiar nadrobić zaległości :-) Dzisiaj jednak zaszczycę Was postem, który miałam w planach od dawna, tak zwaną zapchajdziurą co prawda, ale i tak jestem ciekawa, jak wyglądałoby Wasze Top 10 w tym temacie. A tematem tym są ulubione wydawnictwa. Kolejność oczywiście przypadkowa :-)


Wydawnictwo Nasza Księgarnia - za całokształt, chociaż rozpoczęło się to "Cukiernią pod Amorem" M. Gutowskiej-Adamczyk, faktem jest, że wydania ich książek są po prostu ładne i aż przyjemnie wziąć je do ręki.

Wydawnictwo Muza - również za całokształt, ale głównie za to, że książki tego wydawnictwa towarzyszyły mi już od wczesnego dzieciństwa - głównie więc właśnie za to.

Wydawnictwo Mg - za piękne wydania powieści z epoki wiktoriańskiej i za "Prowincje" K. Enerlich.

Wydawnictwo Promic - za serię powieści Corpus delicti, wydawnictwo zrobiło kawał dobrej roboty pod tym względem.

Wydawnictwo W.A.B. - za kryminały, głównie Marininy i literaturę skandynawską.

Wydawnictwo Czarna Owca - tu już ogólnie za powieści kryminalne, których jestem fanką.

Grupa Wydawnicza Publicat - za Philippę Gregory oczywiście, piękne wydania i jeszcze piękniejsze niekiedy okładki.

Wydawnictwo Bellona - za ogólny profil historyczno-militarny wydawnictwa.

Wydawnictwo Świat Książki - darzę je ogromnym sentymentem, po Muzie jest jednym z wydawnictw, które towarzyszy mi bardzo długo.

Wydawnictwo Albatros - za powieści jednego z moich ulubionych autorów, Guillaume Musso.


A jak u Was jest z tymi wydawnictwami? 
Macie jakieś ulubione albo takie, do których macie specjalny sentyment? 
Czy nie zwracacie na to zupełnie uwagi?...

Ostatnie spotkanie w Paryżu

Ostatnie spotkanie w Paryżu

Autor: Lynn Sheene
Wydawnictwo Otwarte, 2012
Liczba stron: 360
Zawsze, gdy tylko jakaś książka bardziej lub mniej dotycząca Paryża wpadnie w moje ręce, jest od razu obdarzona znacznie większym zainteresowaniem niż inne powieści, jakkolwiek ciekawe by nie były. W Paryżu jestem zakochana od zawsze, na razie tylko i wyłącznie platonicznie (o ile można to tak nazwać), bo nigdy jeszcze tam nie byłam. Poznałam je jednak całkiem nieźle głównie dzięki książkom i różnorakim przewodnikom. Zresztą dałam również temu wyraz nie raz i na moim blogu. "Ostatnie spotkanie w Paryżu" skusiło mnie więc głównie swoim tytułem, ale nie tylko. Również czasem, w jakim dzieje się cała akcja - drugą wojną światową.

Rok 1940. Claire wyjeżdża z Nowego Jorku, próbując niejako ukryć się przed swoim mężem, którego nigdy nie kochała. Jakiś czas temu jednak poznała Laurenta, Francuza, który to wzbudził w niej chęć poznania miasta świateł - Claire udaje się więc do stolicy Francji. Wkrótce po przybyciu do Francji jednak Paryż dostaje się pod okupację niemiecką. Mimo wszystko Claire chce tu zostać - miasto jej się podoba nawet podczas wojny, kobieta właśnie tutaj odnajduje swój dom, swoje miejsce na ziemi. Miasto nawet wtedy nie traci nic ze swojego uroku, tym bardziej, że właśnie tutaj, zbiegiem okoliczności, Claire pozna tajemniczego Thomasa Greya....

Zaczynając czytać tę książkę byłam raczej przygotowana na zwykły romans, rozgrywający się podczas drugiej wojny światowej. Ja jednak określiłabym tę powieść bardziej jako obyczajową. Wiadomo, Paryż kojarzy nam się przede wszystkim z jednym - z miłością. Zawsze była ona jedną z najważniejszych rzeczy, nieważne, czy na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, kiedy miasto przeżywało swój największy rozkwit, czy podczas drugiej wojny światowej, czy teraz - dla nas zawsze będzie to miasto miłości i sztuki, która to uczucie wyrażała. "Ostatnie spotkanie w Paryżu" to książka o Paryżu właśnie. Ale czy o takim mieście, z jakim nam się ono kojarzy? Niekoniecznie.

Powieść przedstawia historię Claire począwszy od 1940 roku, dnia jej wyjazdu z Ameryki, aż do zakończenia wojny i wyzwolenia miasta w 1945 roku. I teoretycznie opowiada nam o głównej bohaterce. Ale czytając powieść nie trudno zauważyć, że to nie Claire (a na pewno nie tylko ona) jest główną postacią w tej opowieści, głównym jej bohaterem jest bowiem samo miasto. Piękne miasto, które na oczach kobiety niszczeje w walkach, kapituluje, dostaje się pod okupację niemiecką. Miasto, w którym kwitnie podziemie i ruch oporu, ludzie ryzykują życie, aby ocalić to, co zostało z Paryża, znaleźć sposób, aby wygrać z okupacją. Siłą rzeczy Claire wpada właśnie w to środowisko, jakby niezależnie od siebie... I to właśnie tam pozna Thomasa... Sam miłosny wątek nie jest w tej książce aż tak rozwinięty, wydaje mi się jednak, że autorka zrobiła to celowo, na pierwszym miejscu stawiając inną miłość - miłość do Paryża, w którym nie sposób się nie zakochać...

Chciałabym, aby miasto, jeśli już uda mi się tam znaleźć, zaczarowało mnie tak samo, jak bohaterkę książki Lynn Sheene. Po raz kolejny wpadła w moje ręce książka, która w ten sposób przedstawiła mi stolicę Francji, że chciałabym znaleźć się tam już teraz. Chociaż nie ma już tego miasta świateł, jakim to miejsce było na początku ubiegłego wieku, to jednak wciąż zachwyca - ciekawa jestem, czy tak samo zachwyciłoby mnie.

"Ostatnie spotkanie w Paryżu" naprawdę dobrze się czyta i absolutnie nie jest to książka tylko i wyłącznie dla miłośników miasta, tak jak ja. To jest również książka, która w innym świetle przedstawia ten mały kawałek historii, przybliża nam działania podziemia i całe to środowisko, jak również samą mentalność Francuzów, ale i Niemców jako okupantów. Ale jeśli ktoś z Was lubi rozmanse czy powieści obyczajowe, "Ostatnie spotkanie..." również będzie dla takich osób bardzo ciekawą książką. Może sama akcja nie pędzi tam na łeb na szyję, a wszystko rozgrywa się dość spokojnie, to jednak nie brak tu momentów trzymających w napięciu, a do bohaterów jesteśmy w stanie się do tego stopnia przyzwyczaić, że po prostu z niektórymi trudno się rozstać. Powieść zrobiła na mnie znacznie większe wrażenie, niż miałam co do niej początkowe przekonania - więc jak widać, warto ją przeczytać.
Ponieważ Cię kocham

Ponieważ Cię kocham

Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo Albatros, 2011
Liczba stron: 300
Oj, brak mi już było jakiejkolwiek książki Guillaume. Ostatnio czytałam cokolwiek tego autora dobre pół roku temu, a przecież postanowiłam sobie kiedyś, dawno temu, że przeczytam wszystkie jego powieści... Wciąż kilka mam przed sobą, i wciąż mam w planach wszystkie jego książki postawić na swojej prywatnej półce w prywatnej biblioteczce. Tak się jednak złożyło, że miałam ogromną ochotę na jakąś jego powieść i akurat znalazłam "Ponieważ Cię kocham" w bibliotece... Nie mogłam oczywiście przejść obok niej obojętnie...

Pięć lat temu, jako pięcioletnia dziewczynka, zniknęła Layla. Będąc na zakupach z opiekunką dziecko zaginęło bez śladu. Ani policja, ani nikt inny nie był w stanie jej odnaleźć. Tropy urywały się w centrum handlowym. Zniknięcie dziewczynki bardzo przeżyli jej rodzice i chociaż matka, Nicole, jakoś była z czasem w stanie się z tym pogodzić, to ojciec, Mark już nie. Jego małżeństwo z Nicole rozpadło się, a sam mężczyzna porzucił karierę psychologa, by z czasem wylądować jako bezdomny na ulicy. Pięć lat po zniknięciu Layli ktoś ratuje życie Nicole, napadniętej na ulicy - okazuje się, że jest to Mark. Kilka dni później pojawia się.... Layla, dokładnie tego samego dnia pięć lat po wydarzeniach, dokładnie w tym samym centrum handlowym. Gdzie była dziewczynka i jaką tajemnicę kryje - nie tylko ona, ale jak się okazuje, również jej matka? Gdzie była Layla przez ostatnie pięć lat, co się z nią działo?...

"Zanim zabiorą się państwo do lektury, chcę poprosić o dyskrecję: proszę nie zdradzać zakończenia książki przyjaciołom!" (str. 7)

Guillaume Musso zaskoczył mnie już samym powyższym zdaniem. Czyżby znowu czekało nas zaskakujące zakończenie, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a które po raz kolejny wbije nas w fotel? Cóż, Musso jest z tego bardzo dobrze znany. Trzeba przyznać, że tworzy nie tylko oryginalne historie, okraszone odrobiną magii, on potrafi tak zakręcić czytelnikiem, że w pewnym momencie czytający jest zupełnie zdezorientowany: "ale... o co chodzi?" Musso potrafi tak poskładać ze sobą fakty, których na pierwszy rzut oka w ogóle nic ze sobą nie łączy, że aż trudno w to uwierzyć, że tak się w ogóle da. Do tego wymyśla tak oryginalne historie, tworzy tak interesującą fabułę, że trudno, naprawdę trudno przejść obok jego książek obojętnie. I dzięki temu nie bez powodu stał się jednym z moich ulubionych autorów.

Mogę Wam to obiecać: zakończenie będzie nieprzewidywalne i zaskakujące. Tutaj nas autor nie zawiedzie, zresztą po raz kolejny. "Ponieważ Cię kocham" jednak to nie tylko historia dziewczynki, która pewnego dnia zniknęła. To historia trzech, na pozór zupełnie niezwiązanych ze sobą osób, które kilka razy, nawet o tym nie wiedząc, spotkały się już ze sobą w jednym miejscu i czasie i które miały wpływ na swoje wzajemne dalsze losy. Poznamy więc Marka, ojca Layli, ale to żadna niespodzianka. Poznamy jednak także Alyson, córkę znanego miliardera, kleptomankę, oraz Evie, piętnastoletnią dziewczynkę bez rodziców, żądną zemsty sierotę. Co połączy te trzy osoby? Wspólne wydarzenia z przeszłości, ale nie tylko. Aby się o tym dowiedzieć, musicie jednak sięgnąć po tę powieść, sam autor przecież apeluje do czytelnika, aby nie zdradzać zbyt wiele szczegółów.

Nie wiem, czy znacie Musso i jego książki. Część z Was pewnie tak, część pewnie nie. Pierwsi na pewno sięgną po "Ponieważ Cię kocham", bo trudno nie sięgnąć znając już jakąkolwiek inną powieść autora. On wręcz zmusza do tego, aby nie poprzestać na jednej. Zaczarowuje. Ci, którzy go jeszcze nie znają, powinni bez wątpienia poznać, o ile lubią historie zaskakujące, nieprzewidywalne, nierzadko z odrobiną magii, ale piękne i pełne ciepła. "Ponieważ Cię kocham" to książka w sam raz na początek przygody z francuskim pisarzem. To dopiero przedsmak tego, co znajdziemy w innych jego książkach, ale powiem tylko jedno - warto! Ja przepadłam :-)
Podsumowanie lipca 2013

Podsumowanie lipca 2013


Książki przeczytane w lipcu: 9
Liczba przeczytanych stron: 3278
Średnia stron dziennie: 106
Liczba opublikowanych recenzji: 9
Egzemplarze recenzenckie: 2
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 4
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 2
Liczba książek z wymiany: 0

Tak mniej więcej przedstawia się moje lipcowe podsumowanie. Jednak liczba przeczytanych książek jest złudna, bo jeśli chodzi w ogóle o ilość stron, wynik przestawia się podobnie do poprzedniego miesiąca - czytam więc tyle samo :-) Więcej za to piszę, co mnie cieszy :-) Mam nadzieję, że sierpień będzie pod tym względem podobny do lipca, z ostatniego miesiąca bowiem jestem bardzo zadowolona - przy takiej ilości innych obowiązków :-)

Lista przeczytanych w tym miesiącu książek (jak i w poprzednich) jak zawsze TUTAJ.

A jak Wam udał się lipiec?

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli