Listy lorda Bathursta

Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2013
Liczba stron: 402
Powieści marynistyczne były do tej pory dla mnie czarną magią. Ba, nawet nie miałam pojęcia, że taki gatunek w ogóle istnieje. Nazwisko Marcina Mortki jednak było mi już znane ze słyszenia, jego twórczości jednak nigdy nie miałam okazji poznać. Aż do teraz. I muszę przyznać się szczerze przed sobą, jak i przed wami, że trochę obawiałam się tej książki. Lubię nowe wyzwania, szczególnie jeśli chodzi o gatunki literackie, takiemu też wyzwaniu pojęłam się tym razem.

„Listy lorda Bathursta” to najnowsza książka Marcina Mortki, powieść, która miała swoją premierę zaledwie parę dni temu. Dobrze wiedziałam, że będę miała do czynienia z powieścią w klimacie żeglarskim, że będzie morze, statki, marynarze i bitwy morskie. I nie pomyliłam się. Głównym bohaterem jednak jest w tej powieści wcale nie tytułowy lord Bathurst, lecz Peter Doggs – kapitan, skazany na śmierć… właściwie można by powiedzieć, że już nie żyje… Jest bowiem tuż przed egzekucją. Przed śmiercią ratuje go bowiem tajemniczy Bathurst, chcąc, by wziął udział w tajemniczej rządowej, niebezpiecznej misji na morzu. Peter jednak niewiele wie o samym zadaniu, które ma do wykonania – wie jednak, jakie kroki ma poczynić, dzięki listom od lorda Bathursta, dostarczanym mu co jakiś czas. W zasadzie jednak i tak nie wiadomo, czego dotyczy zadanie, a Doggs jest z tych, którzy nie lubią nie wiedzieć i nienawidzą być posłuszni innym. Dlaczego więc zgadza się na udział w misji? Cóż, lord ma na niego haka w postaci córki Petera, Emily – kapitan właśnie dla niej jest w stanie zrobić wszystko, a los szesnastoletniej Emily zależy tylko i wyłącznie od posłuszeństwa Doggsa.

Jak wspomniałam wcześniej, po raz pierwszy w życiu miałam okazję czytać tego typu powieść. I muszę przyznać, że jestem mimo wszystko pozytywnie zaskoczona tą książką. Jej głównym atutem jest przede wszystkim główny bohater – Peter Doggs. Na pewno nie jest to wzór wszelkich cnót, ma mnóstwo wad, nie lubi być posłuszny i zależny od innych. Głównie to właśnie zaprowadziło go przed pluton egzekucyjny. Można więc się domyślić, jak bardzo nie podoba mu się to, co ma do zrobienia w związku z misją lorda Bathursta – bo właściwie nie wie co to za zadanie, co ma zrobić i po co – o kolejnych etapach informują go kolejne listy lorda. Ale i to nie wszystko – tajemniczy Bathurst tak dobrał załogę swojego statku, aby Doggs praktycznie na każdym kroku był pilnowany przez przekupionych marynarzy. Doggs jest szalenie dobrym żeglarzem i kapitanem dla swoich marynarzy, jest jednak niezwykle uparty, wie, czego chce i aby osiągnąć swoje cele nie cofnie się przed niczym. Okazuje się jednak, że są znacznie gorsi od niego i to na jego statku – przykładów może być wiele, jak na przykład Stirling. Główny bohater jednak, mimo swoich liczny wad, ujął mnie nie tylko swoją stanowczością i uporem, ale również ciętym językiem i specyficznym humorem – nie jest to postać, której się nie lubi – wręcz przeciwnie, od pierwszych stron zdobywa sympatię czytelników.

Książkę Marcina Mortki czyta się naprawdę szybko i łatwo. Ja osobiście lubię takie wyzwania, miałam nadzieję, że mu podołam i nie pomyliłam się. Podobał mi się ogromnie klimat tej książki, który jest kolejną jej zaletą, podobał mi się opis morskich bitew, ogromnie podobała mi się cała gama różnorodnych bohaterów, podobały opisy, które naprawdę działają na wyobraźnię czytelnika, szczególnie realia życia na statku oraz zwykła żeglarska lojalność i solidarność. Ta książka jest naprawdę dobra i mimo że nie mam porównania, bo to pierwsza książka tego typu, którą miałam okazję czytać, to i tak widać to na pierwszy rzut oka nawet dla takiego laika jak ja. I muszę przyznać, że chętnie przeczytałabym więcej – chociaż do tej pory nie zaczytywałam się w podobnych gatunkach, nie pałałam jakąś większą sympatią do piratów, opisów bitw morskich i wydarzeń, które w 99% rozgrywają się tylko i wyłącznie na morzu. Teraz wiem, że takich książek nie muszę się bać, a już na pewno nie trzeba się bać twórczości Marcina Mortki.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to nie jest książka dla każdego, bo po prostu niektórym nie musi odpowiadać jej tematyka. Nie każdy to polubi, chociażby nie wiem ile filmów obejrzał i ile książek przeczytał. Ja polecam autora głównie tym, którzy jeszcze nie mieli z nim do czynienia, którym nieznane są powieści marynistyczne i żeglarskie, ale którzy chcieliby spróbować czegoś nowego. Moim zdaniem warto poświęcić czas na tę książkę.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów:

7 komentarzy:

  1. Przykro mi to mówić, ale zupełnie mnie ta książka do siebie nie przekonuje., Widzę jednak, że dla fanów tematu będzie to lektura dobra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każdy lubi takie książki, mi osobiście przypadła do gustu i zaintrygowała :)

      Usuń
    2. Dokładnie! Podobne odczucia z mej strony...

      Zapraszam: http://imunimum.blogspot.com/2013/07/marcin-mortka-listy-lorda-bathursta.html

      No i z tego, co wiem, Fabryka Słów nie życzy sobie takiego oficjalnego podziękowania za egzemplarze;>

      Usuń
  2. Ja oceniłam ją wyżej, choć z marynistyką też miałam do czynienia po raz pierwszy. Dla mnie Mortka wzbił się na szczyt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten gatunek też jest mi obcy. Muszę zobaczyć czy mi przepadnie do gustu

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja czekam na swój egzemplarz, który niebawem dostarczy listonosz :P
    Marcin Mortka świetnie pisze, zatem nie mam wątpliwości co do tego, czy książka jest interesująca :) Nie mogę się już doczekać, aż wpadnie w moje ręce!

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie znam twórczości Mortki, ale chyba nieprędko sięgnę po jego dzieła. W każdym razie w przypadku powyższej książki podziękuje, gdyż jej tematyka w ogóle mnie nie zaciekawiła.

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli