Podsumowanie kwietnia 2013

Podsumowanie kwietnia 2013

No i kwiecień minął... Nawet nie wiadomo kiedy, ale tak to już jest, że czas płynie szybko i niepostrzeżenie... Dla mnie ten miesiąc był przede wszystkim początkiem nowej pracy, a co się z tym wiąże, mniejszą ilością czasu na czytanie i - niestety - na bloga, co mi się nic a nic nie podoba... Ale recenzje będę starała się (i staram) zamieszczać regularnie i regularnie odwiedzać również Wasze blogi. Ciągle jeszcze trudno mi jest się przyzwyczaić do nowej pracy i nowego trybu życia, rok niepracowania jednak zrobił swoje.


Ale miał być to post podsumowujący, a nie o wynurzeniach z mojego prywatnego życia, więc wróćmy do tematu :-)
W kwietniu udało mi się przeczytać 10 książek, częstotliwość zmniejszyła się w drugiej połowie miesiąca z wyżej wspomnianego powodu, ale z wyniku i tak jestem zadowolona... A więc:

Książki przeczytane w kwietniu: 10
Liczba przeczytanych stron: 3844
Średnia stron dziennie: 128
 Liczba opublikowanych recenzji: 11
Egzemplarze recenzenckie: 2
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 3
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 0
Liczba książek z wymiany: 0

Mam nadzieję, że w maju wynik będzie podobny, a może uda mi się go pobić, kto wie?

Zabójca mimo woli

Zabójca mimo woli

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., 2008
Liczba stron: 290
To już kolejna powieść rosyjskiej autorki, Aleksandry Marininy, którą miałam okazję czytać. Z bólem serca muszę przyznać, że powoli zbliżam się do końca, jeśli chodzi o wydane w Polsce i przeczytane przeze mnie książki tej pisarki, ponieważ po cykl o Anastazji Kamieńskiej zawsze sięgam bardzo chętnie i ma do niego ogromny sentyment. „Zabójca mimo woli” absolutnie od tego nie odstaje – kryminał w stylu Aleksandry, dokładnie taki, jaki lubię.

Daria pewnego dnia znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Od tego czasu grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. A wszystko za sprawą zwykłych zbiegów okoliczności. Dasza śledzona jest przez trójkę wynajętych przez moskiewskiego przestępcę ludzi – człowieka, który sam nie może spać spokojnie nie tylko przez samą dziewczynę, męczą go również demony z przeszłości i popełnione dawno temu morderstwo. W problem Daszy angażuje się więc Kamieńska – początkowo chcąc się dowiedzieć tylko i wyłącznie tego, kim jest dziewczyna, podejrzewana o kradzieże, dochodzi wkrótce do wniosku, że Dasza jest tylko ofiarą, na której życie czyhają niebezpieczni przestępcy. Mimo woli więc Nastia znajduje się w samym środku zawiłej intrygi, którą dodatkowo tylko ona jest w stanie rozwiązać – ale rozwiązanie wcale nie jest takie proste, skoro major Kamieńska będzie potrzebować pomocy „ojca chrzestnego” moskiewskiej mafii.

„Zabójca mimo woli” jest jedną z pierwszych powieści autorki i widać, że Marinina tak naprawdę dopiero się rozkręca. Trzeba przyznać, że jest widoczna różnica między jej pierwszymi kryminałami a tymi późniejszymi, bardziej dojrzałymi. Sama nie wiem, która faza jej twórczości jednak podoba mi się bardziej – mają swój urok bowiem i te pierwsze książki, i te ostatnie – wszystkie czyta się z zapartym tchem, a na pewno z wielkim zainteresowaniem. Ja dodatkowo uwielbiam Rosję w jej książkach i typową rosyjską mentalność bohaterów, więc dodatkowo mam sentyment do tej pisarki. Na każdą jej powieść jednak zawsze czekam z wielką niecierpliwością i nie mogę się doczekać,  kiedy zacznę czytać. Nie wiem sama, co w sobie takiego ma cykl o Nastii, mnie urzeka bardzo za każdym razem.

W „Zabójcy mimo woli” jednak wątek kryminalny stoi trochę z boku. Zbrodnie są, a i owszem, jednak tu bardziej liczą się zwykłe, ale jak się okazuje, bardzo niebezpieczne zbiegi okoliczności i chęć zemsty. To właśnie stoi na pierwszym miejscu, wraz z zawiłymi relacjami rodzinnymi niektórych bohaterów (dotyczy to również głównej bohaterki) i zwykła przyjaźń i przywiązanie do drugiego człowieka. Jest to pierwsza z książek Marininy, której zakończenie nie spodobało mi się w ogóle, sama życzyłabym sobie innego rozwiązania, a na dodatek nawet łza w oku jest w stanie się zakręcić. Autorka zawsze potrafi mnie czymś zaskoczyć w swoich kryminałach i „Zabójca mimo woli” jest tego doskonałym przykładem.

Niektórzy czytelnicy narzekają na ogromną ilość bohaterów w jej książkach, których trudno spamiętać i zlewają się w całość. Faktem jest, że rosyjskie imiona i nazwiska nie są zbyt piękne i trudno je zapamiętać, bo są do siebie bardzo podobne, ja jednak myślę, że to kwestia przyzwyczajenia do stylu autorki. Duża liczba bohaterów nie jest regułą, jednak jest charakterystyczna dla Marininy, ale w sumie nawet to mi się tutaj podoba. Mnie osobiście rzadko się mylą, pewnie jest to rzecz własnego, osobistego odbioru takich powieści.

Polecam tę autorkę wszystkim miłośnikom kryminałów. Jej książki zawsze szybko się czyta, a intrygi i zagadki zawsze wzbudzają w czytelniku zainteresowanie, fabuła jest intrygująca i zawsze świetnie pomyślana. Cykl o Nastii, jak i główna bohaterka należą od dawna do moich ulubionych, nie pozostaje mi więc nic innego, jak zachęcać Was do tego, abyście sięgali po powieści Marininy, warto!

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Cena purpury

Cena purpury

Autor: Frank Stefan Becker
Wydawnictwo M, 2011
Liczba stron: 476
Ostatnio bardzo polubiłam powieści historyczne, których akcja rozgrywa się w starożytności. Kiedyś nie do końca lubiana przeze mnie epoka teraz interesuje mnie na tyle, aby sięgać po książki, które rozgrywają się właśnie w tym czasie. Miałam też jakiś czas temu okazję czytać pierwszą część przygód Flawiusza, „Zmierzch orła”, teraz sięgnęłam po kontynuację i jestem zachwycona tą powieścią tak samo, jak jej pierwszym tomem.

Trewir, koniec trzeciego wieku po Chrystusie. W Cesarstwie Rzymskim aż roi się od politycznych intryg, a w samym ich środku niestety znalazł się Flawiusz, który powoli, ale skutecznie pnie się do góry i robi karierę jako bardzo znaczący urzędnik. Jego życie jednak nie jest usłane różami – bo tak wiele jak przyjaciół, Flawiusz i jego rodzina ma także mnóstwo wrogów, którzy nie zawahają się przed niczym, aby pozbawić go tego, co już posiada, łącznie z Aqmat, jego żoną. Flawiusz znajduje się w samym środku więc zarówno kłamstw, które nie dają spać cesarzowi, jak i osobistych utarczek z własnymi nieprzyjaciółmi oraz prześladowań, które dotykają bezpośrednio jego najbliższych. Czy w Cesarstwie Rzymskim znowu zapanuje spokój, a Flawiusz będzie mógł spać spokojnie? Tego już Wam nie zdradzę.

Muszę przyznać, że ogromnie wciągnęła mnie historia Flawiusza. Nie wspominając już nawet o tym, że czytając zarówno „Zmierzch orła”, jak i „Cenę purpury” przyzwyczaiłam się do bohaterów tej powieści i stylu autora, postaci stały się jakby moimi przyjaciółmi, a ich wrogowie moimi wrogami. Uwielbiam książki, dzięki którym można zapomnieć o bożym świecie i nie liczy się nic poza przygodami bohaterów. Uwielbiam bohaterów, którzy towarzyszą nam przez wiele dni i przyzwyczajamy się do ich obecności, jakby byli obok nas, a nie na kartach książki. Taki właśnie urok posiada ta powieść – a ja to cenię bardzo i takie pozycje darzę dodatkowym sentymentem. Do takich też będą należeć obie te powieści.

Można w tej książce wyczuć również charakterystyczny klimat – nie tylko samych czasów starożytnych, ale i intryg, które wstrząsały w tamtym czasie Cesarstwem Rzymskim, wojen domowych, które wybuchały niemalże non stop, walk o władzę i panowanie. Głównie właśnie to nie pozwalało bohaterom tej powieści prowadzić spokojnego życia – wciąż uciekający przez wrogami, nie tylko swoimi, ale i barbarzyńcami, napadającymi na Cesarstwo nie mieli wyboru – musieli wieść życie w ciągłym strachu. Do tego dochodzą prześladowania chrześcijan, a ten temat zasługuje tutaj na dodatkową uwagę. Dotyczy to również bezpośrednio rodziny głównego bohatera, Flawiusza, czytelnik więc chce czy nie chce – śledzi z niecierpliwością kolejne wydarzenia.

Jeśli chodzi o samego Flawiusza, obserwujemy i idziemy z nim przez niemalże całe jego życie. Poznajemy go bowiem w „Zmierzchu orła” jako kilkunastoletniego chłopca, a kończąc drugą część powieści Flawiusz jest już niemalże sześćdziesięciolatkiem. Obie książki są więc opowieścią o życiu głównego bohatera, ale są również (jeśli nie przede wszystkim) historią Cesarstwa Rzymskiego na przestrzeni tych kilkunastu lat, obserwacją życia mieszkańców w mocarstwie wciąż nawiedzanym przez barbarzyńców, w którym ciągle wybuchają coraz to nowsze wojny domowe. A całość do tego czyta się niezwykle lekko, co jest dość rzadko spotykane w tego typu powieściach, przyjmuje się bowiem, że książki historyczne, a już szczególnie te o starożytności, są nieciekawe, ciężkie i męczące. Nic bardziej mylnego – aby się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po twórczość Franka Beckera. Ja cieszę się bardzo, że miałam okazję poznać tego autora, tym bardziej, że powieści historyczne, to obok kryminałów, mój ulubiony gatunek literacki.

Warto sięgnąć po tę książkę, nikt nie powinien się na niej zawieść – nawet ktoś, kto nie lubi historii, nawet czytelnik, który nie przepada za starożytnością – można bowiem po prostu potraktować tę książkę jako zwykłą powieść przygodową, historię życia Flawiusza – wciągającą i interesującą. Ja jednak zachęcam również do tego, aby zwrócić uwagę na jej całą otoczkę historyczną – nie ukrywam, że właśnie to najbardziej mi się tu podobało. A ułatwić to sobie możemy słowniczkiem na końcu, krótką chronologią wydarzeń w datach, wykazem postaci (gdy trudno nam spamiętać wszystkich) czy – co mnie osobiście najbardziej zainteresowało – listą nazw miejscowości i krain z ich obecnymi odpowiednikami. Już bardziej nie da się ułatwić lektury, chociaż i bez tego można się bez problemu obyć. Zachęcam mocno – ja nie żałuję, że trafiłam na tę książkę.

Za powieść bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu M:

Konkurs z okazji pierwszej rocznicy

Konkurs z okazji pierwszej rocznicy

Nie tak dawno tamu, bo jakieś dwa tygodnie, obchodziłam swoją pierwszą rocznicę prowadzenia tego bloga. Co prawda myśl o konkursie z tej okazji miałam od dawna, jednak nie był to pomysł dokładnie sprecyzowany i odłożyłam go w bliżej nieokreśloną przyszłość. Do dzisiaj :-)

 
Z okazji pierwszych urodzin mam dla Was konkurs, a raczej losowanie, a do wyboru są trzy książki. 
Oto one:


Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga In Trinity's world of books, czyli ja :-)
2. Konkurs trwa od dziś, czyli 23 kwietnia 2013 do 23 maja 2013 (do godz. 23.59), czyli równiutki miesiąc.
3. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia wygrywajki
4. Zwycięzca konkursu jest zobowiązany w ciągu 3 dni wysłać adres do wysyłki na e-mail: trinity801@autograf.pl. Jeśli nie otrzymam adresu, zostanie wybrany nowy zwycięzca.
5. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające adres korespondencyjny na terenie Polski.
6. Nagrodą w konkursie są trzy książki: "Kompozytor burz", "Barwy pożądania" oraz "Single" - do wyboru, będzie więc trzech zwycięzców.
7. Sponsorem nagrody jest autorka bloga In Trinity's world of books, a nagroda nie podlega wymianie na ekwiwalent pieniężny.
8. W konkursie mogą brać udział osoby prowadzące bloga, jak i nieposiadające go.
9. Nie jest obowiązkowe zamieszczanie bannera z informacją o konkursie, aczkolwiek będzie to bardzo mile widziane :-)
 
Co trzeba zrobić, aby zakwalifikować się do losowania?
1. Oczywiście, jak zawsze, w pierwszej kolejności trzeba wyrazić chęć udziału w konkursie i podać swój adres e-mail, abym miała szybki kontakt z Wami w razie zwycięstwa.
2. Jest to losowanie dla obserwatorów mojego bloga, więc trzeba dodać mojego bloga do obserwowanych - albo tutaj, albo na FB - do wyboru dla Was.
3. Pytania konkursowego nie ma - konkurs jest w formie losowania, więc jedyne co trzeba zrobić, to nie zapomnieć podać w komentarzu:
~ swojego adresu e-mail
~ tytułu książki, którą się wybiera
~ informacji, gdzie obserwujecie (blogspot czy FB)

Zapraszam wszystkich zainteresowanych. Książki są dość różnorodne, więc myślę, że większość powinna znaleźć coś dla siebie :-)
 
~~~~~
A na koniec trochę prywaty. Przepraszam Was bardzo mocno za to, że ostatnio mało komentuję. Wpisy staram się zamieszczać regularnie, ale i tak faktem jest, że mam mniej czasu, nie tylko na komentowanie, ale i na samo czytanie. Od 15 kwietnia zaczęłam w końcu nową pracę. Siedzenie w domu od dawna mi doskwierało, więc cieszę się, że coś w końcu zaczęło się u mnie układać. Mimo wszystko jednak staram się czytać i książki, i Wasze recenzje, wybaczcie jednak, gdy nie znajdziecie pod nimi kilku słów ode mnie - będę starać się to robić również regularnie, na razie jednak sama mam taką fazę eksperymentalną - muszę się przyzwyczaić do nowego trybu życia :-)
~~~~~

Pozdrawiam i życzę szczęścia w losowaniu!


Barwy pożądania

Barwy pożądania

Autor: Megan Hart
Wydawnictwo Mira/Harlequin, 2013
Liczba stron: 428
Ostatnio wydawnictwa zalewają nas wręcz powieściami erotycznymi. Zaczęło się oczywiście od słynnego Greya, którego również ja miałam okazję czytać, choć książka ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Po Greyu zaczęła się jednak pojawiać cała masa tego typu powieści, pisanych przez różnych autorów i nie ukrywajmy, jedne zdobywają wielką popularność, inne nie. Do mnie trafiła ostatnio książka Megan Hart „ Barwy pożądania”. Dlaczego po nią sięgnęłam? Aby sprawdzić, czy jest to książka pokroju Greya, czy jednak pani Hart tworzy zupełnie coś innego, świeższego, wartego zauważenia. Bo nie ukrywam, powieść ogólnie, jak i fabuła przedstawiały się bardzo obiecująco.

Paige DeMarco jest dwudziestokilkuletnią kobietą, już po rozwodzie. Jej małżeństwo zaczęło się bardzo wcześnie i bardzo szybko skończyło. Paige jednak jest szczęśliwym singlem, od kilku miesięcy z nową pracą i nowym, własnym mieszkaniem. W jej życiu jednak wszystko się zmienia, gdy w swojej skrzynce pocztowej znajduje kolejne listy od tajemniczej osoby. Nie są to zwykłe listy, niektóre typu „Jutro zjesz na śniadanie owsiankę” albo „Dziś założysz do pracy niebieską koszulę”, niektóre jednak bez wątpienia z podtekstem erotycznym. Paige jednak dochodzi do wniosku, że nie są one przeznaczone dla niej, a dla kogoś o podobnym numerze skrzynki pocztowej, mimowolnie jednak daje się przez nie kontrolować… Do czego to wszystko doprowadzi?

Patrząc na ocenę, jaką dałam tej powieści, można uznać, że mi się prawie w ogóle nie podobała. Z bólem serca, ale muszę przyznać, że tak jest w istocie. Spodziewałam się po tej ciekawej fabule czegoś innego, dostałam książkę, która nie jest interesująca w ogóle, w której akcja się nie rozwija tak, jak powinna i która jest przewidywalna. Nie wspominając już o tym, że słownictwo, którym posługuje się autorka (a może to wina tłumacza?) jest tak pospolite, proste i bez przerwy się powtarzające, że niekiedy mocno irytuje. Skoro to powieść dla dorosłych to weźmy chociażby sam seks, na którego określenie nie znalazłam żadnego innego słowa oprócz „pieprzenia się”… Tam nie ma nic innego, każdy się pieprzy, jakby zabrakło określeń, którym można by nazwać sam akt seksualny. No litości! Można od czasu do czasu używać tego samego słowa, ale żeby czasem dwa razy w tym samym zdaniu???... Po kilkunastu stronach miałam dość głównej bohaterki, jej pieprzenia się i całej tej książki…

Paige DeMarco to jeszcze inny temat na całą rozprawkę. Bohaterka niczym nie zdobyła mojej sympatii, jest nieciekawa, a jedyne co jej siedzi w głowie, to jest to, żeby ją ktoś wreszcie przeleciał. W każdym mężczyźnie nie widzi nic innego, jak tylko kogoś, z kim może się przespać. Miałam wrażenie, że to jakaś nimfomanka, która bez przerwy, nieważne, czy w domu, czy w pracy, myśli o seksie. Uważa się za doskonałą, idealną i seksowną piękność, której nie oprze się żaden facet. Jednocześnie sama nie może się zdecydować, czy zostać singielką, czy może związać się z własnym byłym mężem, a może tajemniczym sąsiadem? Jej obiektem seksualnym staje się nawet własny szef! Ach, nie wspomniałam o tym, że Paige odkrywa dodatkowo w sobie jakieś zapędy sadomasochistyczne, dzięki listom, które znajduje w swojej skrzynce. Bez komentarza.

Odchodząc trochę od tematu tej książki, wspomnieć należy również o jej wątkach obyczajowych. Takie są, a owszem, szkoda tylko, że autorka trochę bardziej ich nie rozwinęła. Chociaż i tu nie ma jakiegoś wielkiego szału. Paige jest nieślubną córką dwojga ludzi, którzy nigdy nie byli małżeństwem, a dziewczyna jest po prostu owocem ich romansu. Na uwagę zasługują tutaj relacje rodzinne, które panują zarówno w rodzinie ojca, jak i matki. Szkoda tylko, że sama główna bohaterka również w tej kwestii irytuje czytelnika. Paige bowiem sprawia wrażenie, jakby rodzina naprawdę mało ją obchodziła, młodszych braci, synów ojca traktuje bardziej jak siostrzeńców, nie obchodzi ją, co myśli o niej ojciec ani jego żona, trochę cieplejsze uczucia ma do matki i jej młodszego syna, jednak i tak mam wrażenie, że najważniejsze dla niej jest to, aby ją ktoś w końcu przeleciał, nieważne, czy to będzie szef, były mąż czy przypadkowo poznany w klubie facet.

Książka zapowiadała się naprawdę nieźle, ale zawiodłam się na niej okropnie, jak jeszcze chyba na żadnej. Nie podobała mi się pospolitość tej książki, ciągła powtarzalność, nie polubiłam Paige w ogóle, bardziej niż dziewczyna zasługują na uwagę jej pozostali bohaterowie. Wątek obyczajowy jest bardziej godny uwagi niż jej „część erotyczna”, chociaż moim zdaniem i tak nie jest rozwinięty na tyle, na ile by mógł. Powieść miała naprawdę niezły potencjał, ale chyba nie do końca został on wykorzystany, a ja się przy tej książce tylko wynudziłam. Teraz nawet żałuję, że nie wzięłam zamiast niej jakiegoś mrożącego krew w żyłach kryminału… Nie wspominając już o tym, że po „Barwach pożądania” wręcz krew mnie zalewa, gdy słyszę słowo „pieprzyć się”.

Ale że mnie się ta książka nie spodobała nie znaczy, że nie spodoba się innym. Musicie sami to sprawdzić na własnej skórze. Ja sobie już daruję tego typu powieści, wystarczy mi Grey i wystarczy mi to, co zaserwowała mi autorka tej książki, Megan Hart. Dziękuję, więcej nie skorzystam.

Za książkę mimo wszystko bardzo dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin:


Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy

Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy

Autor: Sherry Argov
Wydawnictwo G+J, 2010
Liczba stron: 206
Ostatnio pisałam Wam o jednej z moich ulubionych książek-poradników, pt. „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”. Chociaż lektur z tego gatunku nie mam za sobą zbyt wiele, bo i za nimi nie przepadam, ta książka naprawdę zdobyła moje wielkie zainteresowanie. I chyba ta recenzja właśnie zmobilizowała mnie ostatnio do tego, aby sięgnąć również po kolejną, bardzo podobną do wspomnianej, książkę autorki, „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy”, poradnik, obok którego do tej pory przechodziłam dość obojętnie, sama nie wiem, dlaczego. Pierwsza jej część przecież zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

„W życiu połowa sukcesu zależy od wyboru soczewek, przez które będziesz na siebie spoglądać. Twoja satysfakcja zależy od tego, czy wybierzesz szkła dodatnie, czy ujemne.”

Być może słyszeliście już nazwisko samej autorki, Sherry Argov, jest ona bowiem autorką licznych artykułów do znanych na całym świecie magazynów, jak np. „Cosmopolitan”, występowała również w wielu programach telewizyjnych. Jej pierwsza książka natomiast, wspomniana przeze mnie wyżej, została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków i sprzedała się, i sprzedaje do tej pory, w ogromnym nakładzie. O popularności tej książki pisać nie będę, bo podjęłam ten temat już przy poprzedniej recenzji, nie ulega jednak wątpliwości, że zdobyła serca rzeszy czytelniczek (bo skierowana jest właśnie do kobiet) na całym świecie. O czymś to świadczy, prawda?

„W miłości nie ma dla mężczyzn nic bardziej atrakcyjnego od kobiety pełnej godności i pewnej siebie.”

Trzeba jednak przypomnieć, kim jest zołza według Sherry Argov. Nie jest to bowiem obłudna, wredna i perfidna kobieta, ale niezależna od nikogo, radząca sobie świetnie sama, a przede wszystkim szczęśliwa, z kimś lub sama – nieważne. Zołza bowiem nie uzależnia swojego szczęścia od mężczyzny ani kogokolwiek innego – jeśli ktoś jej nie akceptuje, nie przejmuje się tym, w końcu jest to opinia tylko jednej osoby, więc nie należy sobie nią zawracać głowy. Zołza jest ponadto miła, nie kłamie, jest w porządku wobec innych i przede wszystkim nie gra. To siebie stawia na pierwszym miejscu i swój komfort osobisty, ma własne życie, własne zainteresowania. I właśnie głównie tym zdobywa szacunek i podziw otoczenia, nie wysila się aby zdobyć uznanie innych osób, ona to po prostu ma, sama z siebie.

„Lepiej, żeby cię lubiano za to, kim jesteś, niż kochano za to, kim nie jesteś.”

Taki obraz zołzy przedstawia nam w swojej książce autorka, zarówno w poprzedniej, jak i tej części. „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy” nie jest jednak książką, która radzi, jak za wszelką cenę złapać męża, jak skłonić mężczyznę, aby się z nami ożenił, albo przynajmniej kupił ten pierścionek zaręczynowy. O nie! Zołza bowiem nie jest desperatką! Chociaż poradnik bardzo by takim osobom pomógł, zdesperowanym dziewczynom, które myślą, że do szczęścia potrzebne im już tylko i wyłącznie małżeństwo. Ale nie tylko dla takich kobiet przeznaczona jest ta książka – sądzę, że zarówno tę, jak i „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” powinna przeczytać każda kobieta – bez znaczenia, czy posiada już męża czy jeszcze nie, czy ma faceta, czy uzależnia od niego wszystko czy ma własne życie i własne zainteresowania. Na pewno każdej z nas ta książka jest w stanie rozjaśnić trochę w głowie, trochę zrozumieć płeć przeciwną (wbrew pozorom wcale nie jest to takie trudne), trochę pokazać, jaką drogą kroczyć, aby zrealizować cele, nie tylko te małżeńskie.

„Kiedy kobieta skupia się na własnych dążeniach i doskonaleniu się, mężczyzna uzna, że ożenek z nią jest bezpieczny. Nie boi się, że taka kobieta będzie chciała mu coś zabrać.”

Sherry Argov stawia głównie właśnie na niezależność kobiety i to, jak atrakcyjne jest to dla mężczyzn. Facet bowiem nie chce, aby kobieta go tłamsiła, była jego drugą mamusią – chce mieć równorzędną partnerkę – i na tym skupia się ta książka. Autorka podejmuje również takie tematy, jak wspólne mieszkanie przed ślubem, seks, niezależność finansowa – a wszystko to podane w takiej formie, aby czytało nam się niezwykle szybko, aby nie znudziło, a przede wszystkim z ogromnym poczuciem humoru, podejściem z dystansem do ważnych wydawałoby się dla nas spraw, ale śmiałym i zdecydowanym. Podobnie jak poprzedniczka, ta lektura zdobyła już sporo zarówno pozytywnych, jak i negatywnych opinii i zdobędzie ich jeszcze sporo. Na pewno nie należy sobie brać do serca wszystkiego, co radzi autorka, ale najlepiej znaleźć tak zwany „złoty środek” – to jest chyba najlepsze wyjście przy poradnikach tego typu.

„Zołza nie czyni aluzji na temat małżeństwa ani nie pyta: ‘dokąd zmierzamy?’. Zamiast tego sugeruje, że wycofa się ze związku. Słowo ‘ślub’ nie pada ani razu.”

Ja osobiście muszę przyznać, że mnie ta książka, podobnie jak jej pierwsza część, bardzo się podobała. Daję jej niższą ocenę, bo wiele teorii autorka przedstawiła już w „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” i po prostu były mi już znane, do tej pierwszej poza tym mam od dawna ogromny sentyment ze względu na czas, kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy. Obie jednak książki są warte przeczytania i uważam, że powinna je poznać każda kobieta, zarówno ta, która już zołzą jest, jak i miła dziewczyna, która po lekturze ma wielką szansę nią zostać, zrozumieć, jak ważna jest niezależność w naszym życiu. Polecam!

Zobacz również:


Ruth

Ruth

Autor: Elizabeth Gaskell
Wydawnictwo Mg, 2013
Liczba stron: 532
Lubię klasykę… szczególnie angielską klasykę w stylu sióstr Brontë i ten niesamowity klimat tamtych powieści. Dlatego bardzo chciałam przeczytać nigdy wcześniej niewydawaną w Polsce książkę Elizabeth Gaskell. Sama autorka znana jest u nas przede wszystkim z takich powieści jak „Północ i południe” czy „Żony i córki” – i chociaż ja żadnej z tych książek nie znam, a „Ruth” jest pierwszą powieścią tej autorki, z którą miałam do czynienia, wiedziałam, że książka przypadnie mi do gustu.

Ruth Hilton, główna bohaterka książki jest młodą sierotą, która zostaje zatrudniona jako szwaczka w zakładzie pani Mason. Ma tam posadę i dach nad głową, jednak gdy właścicielka zakładu pewnej niedzieli widzi Ruth na spacerze z panem Bellinghamem, zwalnia dziewczynę z dnia na dzień pozbawiając ją pieniędzy i domu, podejrzewając o to, że jest kobietą grzeszną i nie postępuje zgodnie z tym, czego oczekują wszyscy. Pan Bellingham więc, oczarowany niezwykłą urodą Ruth, proponuje jej schronienie i opiekę. Nie trwa to jednak długo, a Ruth, zrozpaczona, zostaje przygarnięta przez rodzeństwo Bensonów – pastora i jego siostrę. Otrzymuje wraz z ich propozycją szansę na nowe życie i zapomnienie o przeszłości. Jednak czy tak łatwo będzie zapomnieć? Przeszłość niestety lubi wracać w najmniej odpowiednich momentach.

Ruth nie jest niestety bohaterką, do której pała się sympatią od pierwszych stron. Podejrzewam, że niektórzy czytelnicy nie będą w stanie polubić jej w ogóle. Ja miałam do niej mieszane uczucia, bardzo często mnie irytowała. Ruth bowiem jest bardzo naiwna i gdy jeszcze tę jej naiwność można wytłumaczyć młodym wiekiem na początku powieści, to jednak z biegiem czasu niekoniecznie się to zmienia. Ruth jest tutaj wykreowana na ofiarę losu, bohaterkę, której życie nie rozpieszczało, nie tylko w dzieciństwie, ale także później, w dorosłym wieku. Dziewczyna więc jest bez przerwy udręczona przez życie, ciągle wisi nad nią przeszłość i obawa, że w pewnym momencie wszystko wyjdzie na jaw. Bohaterka do tego jest w pełni świadoma swojej winy. A przy tym jest nad wyraz piękna i dobra aż do znudzenia. Najbardziej jednak irytowała mnie w niej jej wrażliwa natura i płacz nad praktycznie wszystkim. Mało jest momentów, w których Ruth się uśmiecha, bez liku jest natomiast tych, podczas których płacze i się nad sobą użala.

Nie wiem, czy autorka była świadoma tego, jaką bohaterkę tworzy, mam nawet czasem wrażenie, że zrobiła to specjalnie. Tutaj bowiem nie liczy się sam charakter Ruth i jej natura, ale ludzie, którzy ją otaczają. Społeczeństwo, które do bólu jest prawe i nie chce mieć do czynienia z czymkolwiek lub kimkolwiek, kto jest zły i postępuje niezgodnie z obowiązującymi konwenansami. Gdy więc prawda o dziewczynie wychodzi na jaw, zostaje natychmiast odsunięta od wszystkiego. Nie odwracają się od niej tylko pan i panna Benson – i zdobyli dzięki temu mój ogromny szacunek. Jest to para bohaterów, która jak najbardziej zasługuje na uwagę – sprzeciwiają się bowiem ogółowi nawet kosztem utraty szacunku i sympatii ludzi. Czy Ruth będzie w stanie odbudować na nowo swoją opinię?

Nie zawiodłam się na typowym, lubianym przeze mnie od dawna, klimacie tego typu powieści. Książki, których akcja rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii zawsze są przeze mnie mile widziane i prawie nigdy nie są w stanie mnie rozczarować. Nie inaczej było z „Ruth”. Nawet, jeśli książka nie ma aż tak wartkiej akcji – a taka właśnie jest powyższa. Mimo wszystko czyta się ją z wielką przyjemnością.

„Ruth” to doskonały obraz dziewiętnastowiecznego, angielskiego społeczeństwa, którym rządzą nakazy i nie ma miejsca na odbieganie od utartego schematu. Jest to powieść o typowym angielskim klimacie. Jeśli więc lubicie takie powieści – nie ma się nad czym zastanawiać. Na mnie ta książka zrobiła wrażenie, czytało mi się ją miło i nie żałuję czasu spędzonego nad nią. Polecam.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg:

Prawo krwi

Prawo krwi

Autor: Tess Gerritsen
Wydawnictwo Mira/Harlequin, 2013
Liczba stron: 300
Z amerykańską autorką Tess Gerritsen jeszcze nie miałam do czynienia. Chociaż jest bardzo popularna, ma mnóstwo fanów, to jednak jej książkom do tej pory nie było do mnie po drodze. Bardzo chciałam jednak poznać twórczość tej pisarki, czytałam masę dobrych opinii na temat jej powieści, a są to powieści z gatunku, który bardzo lubię. Doszłam więc do wniosku, że siłą rzeczy kiedyś sięgnę po którąś z powieści Tess i tak też się w końcu stało.

Bohaterką powieści jest Willy, córka zaginionego podczas wojny w Wietnamie pilota. Jej ojciec, Bill Maitland był bardzo odważnym żołnierzem, nieustraszonym, niebojącym się niczego, dlatego też szybko zdobył sławę jako bohater, Dziki Bill. Jego zaginięcie i śmierć jednak nigdy nie zostały wyjaśnione, samolot rozbił się podczas kolejnej ważnej akcji, jednak jego zwłok nie udało się znaleźć. Willy zresztą nigdy nie wierzyła, że ojciec zginął w tym wypadku. Dwadzieścia lat później Willy na prośbę swojej umierającej matki wyrusza do Azji, aby poprowadzić własne śledztwo i być może w końcu ostatecznie uwierzyć w śmierć ojca. Nie będzie to jednak takie proste, bowiem nawet po tylu latach nad tajemniczą misją, w której uczestniczył Bill, czuwają pewne osoby, które za wszelką cenę nie chcą, aby prawda na ten temat wyszła na jaw. Willy grozi więc śmiertelne niebezpieczeństwo, jednak zdecydowana jest na to, aby poznać prawdę.

W Azji Willy poznaje Guy’a, który początkowo chce ją wykorzystać do własnych celów, sam bowiem chce odnaleźć Billa, uznanego jako zdrajcę, o ile ten istnieje i mieć z tego korzyść finansową. Szybko jednak zmienia zdanie i zaczyna pomagać Willy. I trzeba przyznać, że oboje z tych bohaterów to postaci wzbudzające sympatię. Fakt, może i Willy jest trochę niezdecydowana co do osoby samego Guy’a, jest jednak kobietą, która nie boi się niebezpieczeństwa i chce za wszelką cenę poznać prawdę o ojcu. Guy również jest facetem, którego się lubi, mimo swoich nie do końca na początku czystych zamiarów. Kreacja tych dwóch postaci w książce jednak bardzo mi się podobała, o innych nie jestem w stanie wiele powiedzieć, bo jest ich po prostu za mało, pojawiają się za rzadko.

Można się domyślić, że w tak skonstruowanej fabule będzie również miejsce na wątek romantyczny – i tu nas autorka nie zawodzi. Można to zresztą przewidzieć od pierwszych stron. Jeśli chodzi o sam romans, jaki rodzi się między bohaterami, jest w porządku, jednak dla mnie dzieje się to wszystko za szybko i jest trochę zbyt cukierkowe. Jednak nie jest źle, książkę dzięki temu czyta się z ciekawością. Ja bym się przyczepiła jedynie ogólnie do wydarzeń, które się w niej rozgrywają, i całej akcji – jest co prawda pełna zwrotów i wartka, jednak zdecydowanie za szybko to wszystko się toczy, nie jest zbyt dokładnie rozwinięte. Na pewno jest to spowodowane tym, że książka jest dość krótka, a w wydaniu użyto dość dużej czcionki – powieść się więc wręcz czyta migiem, nawet nie wiadomo kiedy, a już jest koniec. I to jest chyba moje główne zastrzeżenie – za krótka. Wolałabym bardziej rozwinięte wątki, mogłaby być nawet dwa razy grubsza objętościowo – mnie by to nie przeszkadzało. Fabuła bowiem jest interesująca i tak czy inaczej czytałoby mi się tę książkę z przyjemnością.

Jednak i tak pierwsze moje spotkanie z Tess Gerritsen uważam za bardzo udane. Z „Prawem krwi” spędziłam bardzo mile czas, co prawda krótko, ale liczy się przecież jakość. I dzięki tej powieści mam jeszcze większą ochotę na książki autorki – mam nadzieję, że teraz historie, które tworzy, nie będą mnie omijać z daleka. Ciekawa jestem bardzo innych jej powieści, bo zdaję sobie sprawę z tego, że „Prawo krwi” (wydane zresztą już wcześniej pod innym tytułem: „Nigdy nie mów żegnaj”) to nie jest jeden z jej najlepszych tytułów. Jest to jednak znakomita pozycja dla miłośników książek sensacyjnych czy kryminałów z wątkiem romantycznym oraz dla tych, którzy miło chcą spędzić czas przy lekturze i się odprężyć.

Za powieść bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin:

Zagrajmy w 55!

Zagrajmy w 55!

Zabawa ostatnio pojawiła się na blogach i od razu zdobyła moją sympatię. Dlaczego? Bo jest inna niż dotychczasowe i dotyczy książek - a to jest to co lubię. A więc pobawię się i ja :-)


10 książek, które bardzo mi się podobały:
Jest ich całe mnóstwo, więc to będzie wybór losowy...

Pan Lodowego Ogrodu - Jarosław Grzędowicz
Kobiety z domu Soni - Sabina Czupryńska
Chłopiec w pasiastej piżamie - John Boyne
Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka
Dziewczynka w zielonym sweterku - Krystyna Chiger
Marina - Carlos Ruiz Zafon
Będziesz tam? - Guillaume Musso
Kochanice króla - Philippa Gregory
Jeden dzień - David Nicholls
Kiedyś byłam księżną - Jacqueline Pascarl-Gillespie

9 książek, które mniej mi się podobały:
...czyli takie, które nie podobały mi się w ogóle albo które mnie rozczarowały...

Szeptem - Becca Fitzpatrick
50 twarzy Greya - E. L. James
Miasto niepokoju - Dennis Lehane
Złodziej z szafotu - Bernard Cornwell
Zapach spalonych kwiatów - Melissa de la Cruz
Gwałt - Joanna Chmielewska
Równoumagicznienie - Terry Pratchett
Kapłanka w bieli - Trudi Canavan
Lato nagich dziewcząt - Stanisława Fleszarowa-Muskat

8 blogów, które najchętniej czytam:
Osiem to za mało, więc również będzie losowo :-)

Czasu coraz mniej, a książek coraz więcej
Czytadła Tetiisheri
Dama w salonie
Katta
Myśli skrzętnie ukryte
Tirindeths's Books
Waniliowe Czytadła
Z kubkiem kawy

7 książek, które chcę przeczytać:
znowu losowo, bo jest ich bez liku...

I była miłość w getcie - Marek Edelman
Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafon
Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Świat w mroku - Ignacy Chiger
W cieniu Pałacu Zimowego - John Boyne
Za zakrętem - Marika Krajniewska
Złodziejka książek - Marcus Zusak

6 powodów, żeby sięgnąć po książkę:

~ ucieczka od stresu i relax
~ telewizja nie oferuje nam nic ciekawego, czyli prawie zawsze
~ na półce piętrzą się stosiki
~ nadchodzi wieczór i pora do łóżka
~ czekam na to od samego rana, a nie mam czasu
~ ponieważ uwielbiam czytać

5 powodów, żeby nie sięgnąć po książkę:

~ zbiera same negatywne recenzje
~ słyszę o niej na każdym kroku, w tv, reklamach itp.
~ należy do gatunku, którego nie lubię
~ rozpoczęta inna książka (nigdy nie czytam kliku na raz)
~ nielubiany autor

4 miejsca, w których najlepiej się czyta:

~ kanapa
~ łóżko - przed snem
~ kocyk nad rzeką w ciepłe dni
~ każde inne, gdzie nikt mi nie przeszkadza

3 autorów, na których książki czeka się zawsze za długo:

Guillaume Musso
Jarosław Grzędowicz
Håkan Nesser

2 dobre ekranizacje:

Dziewczyna z tatuażem - na podstawie książki Larssona
Jeden dzień - na podstawie powieści Nichollsa

1 autor niesłusznie zapomniany:

Adam Asnyk - coraz mniej się o nim pamięta, a jego poezja jest piękna...

Sekretne życie CeeCee Wilkes

Sekretne życie CeeCee Wilkes

Autor: Diane Chamberlain
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2013
Liczba stron: 542
To było moje pierwsze spotkanie z Diane Chamberlain. Chociaż autorka jest lubiana na całym świecie, a jej książki pną się po szczytach list bestsellerów, ja szczerze mówiąc do tej pory niewiele o niej słyszałam, może oprócz tego, że często jej twórczość porównywana jest do powieści Jodi Picoult. Czy rzeczywiście? Oczywiście musiałam się o tym przekonać na własnej skórze, a jej najnowszej powieści, „Sekretne życie CeeCee Wilkes” nie sposób było się oprzeć, gdy zobaczyłam ją jakiś czas temu na półce bibliotecznej.

CeeCee jest szesnastolatką, pracuje jako kelnerka w barze w kampusie studenckim i mieszka z przyjaciółką. Dziewczyna nie miała łatwego dzieciństwa, jej matka zmarła na raka piersi zaledwie cztery lata temu, od tamtej pory CeeCee często zmieniała miejsce zamieszkania, trafiając do różnych rodzin zastępczych, w końcu jednak udało jej się wynająć pokój razem z koleżanką. To właśnie w miejscu pracy poznaje Tima – studenta, który to właściwie jako pierwszy zwraca na CeeCee uwagę, dziewczyna jednak szybko się w nim zakochuje. A i Tim wydaje się odwzajemniać to uczucie. Pewnego dnia chłopak zwierza się CeeCee i wyznaje, że jego siostra skazana jest wyrokiem śmierci za zabójstwo, na wyrok może wpłynąć tylko i wyłącznie decyzja gubernatora stanu. Ale jak tego dokonać? Otóż razem z bratem Tim ma świetny plan – porwanie żony gubernatora, aby ten pod wpływem szantażu zmienił wyrok. Tim prosi więc CeeCee o pomoc w pilnowaniu kobiety, podczas gdy oni będą prowadzić pertraktacje… Nie wspomnieli tylko  o jednej, bardzo ważnej rzeczy: Genevieve jest w zaawansowanej ciąży.

Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że to, co proponuje jej Tim, jest złe. Jest jednak zaślepiona miłością do Tima… I trzeba powiedzieć, że cała ta książka to powieść o miłości właśnie – nie tylko kobiety do mężczyzny, ale również matki do dziecka i odwrotnie, czy o miłości brata do siostry… Nie zawsze jednak to uczucie jest tak czyste, jakby się to wydawało na pierwszy rzut oka. Czasem bowiem bywa, że jesteśmy zaślepieni uczuciem, a druga osoba bez skrupułów to wykorzystuje… Autorka w swojej powieści też niczego nie ubarwia – ukazuje to uczucie jako pełne emocji, ale nie zawsze w różowych barwach…

Można by mieć zastrzeżenia do głównej bohaterki CeeCee, która w wieku szesnastu lat według prawa jest już dorosłą osobą, powinna więc odróżniać dobro od zła… Któż z nas zgodziłby się na udział w porwaniu? Nikt. Ale gdy weźmiemy pod uwagę okoliczności tego wszystkiego, gdy przypomnimy sobie o tym, jak słaba była dziewczyna, jak ciężkie miała życie po śmierci matki, jak bardzo łaknęła miłości i poczucia bezpieczeństwa, jak bardzo chciała wynagrodzić Timowi to, co przeszedł i co sam jej dawał – ta decyzja nie jest już taka prosta… Czytelnik więc z czasem zastanawia się, czy nie postąpiłby podobnie, mimo że to co robi, jest złe i niezgodne z prawem. CeeCee zdecydowała się na to kosztem swojego przyszłego życia, czy było warto? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, niestety. Na pewno jednak każdy z nas czasem postępuje nie tak, jak nakazywałoby sumienie, ale czy zawsze potem tego żałujemy? Czasem bowiem nawet te złe doświadczenia to jednak jakieś doświadczenia, niektóre z nich dają nam jednak bezcenne chwile, o których często nie chcielibyśmy zapominać… Bardzo często zdarza się więc, że są dwie strony medalu każdej sytuacji.

To było, jak wspomniałam we wstępie, moje pierwsze spotkanie z Diane Chamberlain, ale jednak bardzo udane. „Sekretne życie CeeCee Wilkes” wzbudziła we mnie mnóstwo emocji, nie tylko tych pozytywnych, ale i czasem negatywnych. Ja jednak sobie bardzo cenię takie książki i chętnie do nich wracam. A historię CeeCee Wilkes niełatwo będzie zapomnieć – jest to jedna z tych książek, które pozostaną ze mną na długo, bo opowieść w niej zawarta jest ponadczasowa, piękna i jak najbardziej warta poznania. I chociaż książka ma dobre ponad 500 stron, ja pochłonęłam ją bardzo szybko i w chwili obecnej mam ochotę rozejrzeć się za innymi powieściami autorki. A co do porównania jej twórczości z Jodi Picoult, absolutnie się z tym nie zgadzam. Co prawda książek Jodi przeczytałam już sporo, Diane tylko jedną, to nie uważam, aby były do siebie podobne – fakt, obie podejmują trudne tematy, jednak piszą zupełnie innym stylem, inaczej się ich powieści czyta. A ja mam przeczucie, że zostanę wielką fanką twórczości Diane Chamberlain.
Zmierzch orła

Zmierzch orła

Autor: Frank S. Becker
Wydawnictwo M, 2010
Liczba stron: 482
Starożytność zawsze była moją piętą achillesową, jeśli chodzi o epoki historyczne. Nie ukrywam, że od zawsze jestem zafascynowana wiekami średnimi, starożytność nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Powoli jednak zaczęło się to zmieniać za sprawą książek właśnie. Nie lektur szkolnych, a powieści, po które sięgałam ot tak, mimochodem, aby umilić sobie czas – i starożytność polubiłam sama nie wiem, kiedy, ale niedawno. Byłam więc bardzo zainteresowana książką Franka Beckera, chociaż autora nie znam i spotkałam się z jego twórczością pierwszy raz.

Wydarzenia, które rozgrywają się w książce to trzeci wiek naszej ery. Głównym miejscem wydarzeń jest Cesarstwo Rzymskie, które chyba już zawsze będzie kojarzone ze starożytnością. Na tle wojen o władzę i panowanie oraz ustalanie granic obserwujemy losy młodego Rzymianina, Flawiusza. Chłopiec, którego poznajemy, gdy ma zaledwie czternaście lat, wychowywany jest przez wuja, Juliusza i jego żonę, Druzyllę – matka jego została porwana przez Germanów podczas ataku na rodzinne miasto, ojciec zaginął w wojnie. Marzeniem Flawiusza jest jednak wyruszenie w podróż, mającą na celu odnalezienie świątynnego portalu, ukrytego przed wrogami, ale najważniejszym, czego pragnie, jest odnalezienie matki, która często nawiedza go w snach, oraz ojca – o ile jeszcze żyją. Wyrusza więc z majątku swojego wuja w czasie niezbyt spokojnym dla Cesarstwa Rzymskiego. Czy uda mu się osiągnąć cel swojej podróży? Tego wam nie zdradzę.

Książki tego typu zwykle zrażają czytelnika językiem, jakim są napisane. Głównie dlatego właśnie niekiedy obawiam się autorów powieści, którzy fabułę swoich książek osadzają w starożytności. Frank S. Becker jednak udowadnia, że tak wcale nie musi być – że takie książki nie muszą być napisane trudnym językiem, nie musi ich się ciężko czytać, tutaj tego nie ma. Jego powieść czyta się niezwykle gładko, jak dobrą powieść przygodową – bo do takiego gatunku można by ją zaliczyć, gdyby nie czas, w jakim rozgrywają się wydarzenia i sytuacja w Cesarstwie Rzymskim. Dla mnie, ze względu na to, jest to głównie powieść historyczna, dopiero później przygodowa.

Nie chcę tu jednak przez to powiedzieć, że to książka, która zbombarduje nas faktami historycznymi, opisami wojen,, potyczek i sytuacji politycznych krajów starożytnych. Absolutnie nie. Tego jest tutaj mało, bowiem na pierwszy plan w tej powieści wysuwa się głównie Flawiusz i jego losy. Jest to bohater konkretny, wyrazisty i taki, który bez problemu daje się lubić. W ogóle kreacja bohaterów w tej powieści zasługuje na uwagę, nawet można by rzec, że Flawiusz pod tym względem nie jest tutaj na pierwszym miejscu – bardzo polubiłam bowiem również Aqmat – kobietę niezależną, która wie czego chce, wojowniczkę, która bez problemu mogłaby dorównać mężczyźnie. Ciekawych postaci jest w tej książce więcej, są różnorodni – więc każdy może tu znaleźć coś dla siebie i nikt nie powinien być zawiedziony.

Frank S. Becker prowadzi nas przez kolejne wydarzenia gładko, przechodzi z jednego wątku do drugiego bez problemu, opowiada ciekawie i przede wszystkim potrafi zainteresować czytelnika tymi wydarzeniami. Bardzo podobało mi się to, co zastosował autor, a z czym nie spotkałam się jeszcze w żadnej książce, a mianowicie zabieg, który nie pozwala się znudzić i zmusza czytelnika do czytania dalej, często bowiem rozdziały, albo nawet krótkie podrozdziały kończą się jednym króciutkim zdaniem w stylu: „kilka dni później stało się jednak zupełnie inaczej” albo „podróż ta była jednak dopiero początkiem tego, co miało się stać”. Autor takich wstawek używa bardzo często i ma to swój wielki urok, ale przede wszystkim tajemnicę i wprawia czytelnika w ogromną ciekawość, co też takiego mogło się tam wydarzyć.

Klimat tej powieści to również jej zaleta – pokochałam wręcz atmosferę powieści, których akcja rozgrywa się w starożytnym Rzymie – a Becker oddał ten klimat znakomicie. Prowadzi nas ponadto nie tylko ścieżkami Cesarstwa Rzymskiego, ale również Palmiry czy Babilonu, w których sytuacja tak samo była niepewna… Z przyjemnością podróżuje się z Flawiuszem, przeżywa razem z nim przygody, często pełne niebezpieczeństw, zdobywa nowe doświadczenia… Ale także… przeżywa razem z nim namiętności, uczucie pierwszej, ale i kolejnych miłości i rozterki życiowe. I dzięki temu każdy czytelnik powinien znaleźć w tej powieści coś, przy czym powiedziałby bez wahania: „To jest dokładnie to, co lubię!”.

Bardzo mi „Zmierzch orła” przypadł do gustu, mile spędziłam z nim czas i już nie mogę doczekać się kolejnych przygód bohaterów. Frank Becker bowiem kolejne ich losy przedstawił w powieści pt. „Cena purpury”, która również stoi na mojej półce. Chociaż pierwsza część skończyła się dla bohaterów dobrze i w sumie można by na tym poprzestać, jestem bardzo ciekawa kontynuacji. „Zmierzch orła” natomiast jest na pewno książką, przy której nie żałuje się spędzonej ani minuty – jest dobrą, interesującą, ciekawą opowieścią, po którą warto sięgnąć.



Za powieść bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu M

W cudzym domu

W cudzym domu

Autor: Hanna Cygler
Wydawnictwo Rebis, 2013
Liczba stron: 360
Z Hanną Cygler, polską autorką miałam już do czynienia kilka miesięcy temu za sprawą trylogii o Zosi Knyszewskiej. I nie będę ukrywać, jest to jedna z moich ulubionych historii, pokochałam jej bohaterów i zafascynowana śledziłam kolejne wydarzenia. Dlatego od początku, gdy tylko zobaczyłam na oczy nową książkę Hanny Cygler, wiedziałam, że ją przeczytam. Wielkich oczekiwań w stosunku do niej nie miałam, bo nie lubię się nastawiać na coś, czego potem być może nie dostanę. Jednak kiedy książka wpadła w moje ręce, trudno było mi się jej oprzeć i z przyjemnością zaczęłam jej lekturę.

Akcja powieści toczy się w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Poznajemy trójkę bohaterów: Joachima, który przypadkiem podsłuchuje rozmowę na swój temat odnośnie małżeństwa, które niebawem miałby zawrzeć – wyjeżdża więc z Gdańska, aby uwolnić się od przymusu małżeństwa i móc dalej poznawać świat. Poznajemy Luizę, pół-Polkę, pół-Francuzkę, której los podobny jest do losu Joachima, matka planuje jej małżeństwo, chociaż sama Luiza wcale nie ma ochoty wychodzić za kogokolwiek, a tym bardziej za oszusta, którego podsuwa jej matka. Ucieka więc z Paryża w poszukiwaniu prawdziwego ojca, który ponoć żyje, chociaż matka zapewnia ją o jego śmierci. Poznajemy w końcu radcę Szuszkina – Rosjanina, zaborcę, nienawidzącego Polaków i wszystkiego, co polskie. Tę trójkę bohaterów los połączy w Warszawie, do której trafią, chcąc rozpocząć nowe życie. Okoliczności tych spotkań jednak będą różne. Joachimowi bowiem będzie grozić szubienica, w najlepszym wypadku zaś wywóz na Syberię, jego los będzie w rękach Szuszkina.

Do powieści Hanny Cygler przekonał mnie głównie czas, w jakich toczy się jej akcja, a mianowicie koniec XIX wieku, kiedy to Polska była pod zaborami, a jako państwo nie istniała na mapie. Uwielbiam powieści historyczne, więc tę książkę po prostu musiałam przeczytać. I muszę przyznać, że się na niej nie zawiodłam. Od początku wciągnęłam się w wir wydarzeń, polubiłam bohaterów i oddałam się temu specyficznemu klimatowi XIX-wiecznemu. Autorka stworzyła naprawdę wartościową książkę, która oddaje w pełni realizm tamtych czasów. Przenosi nas nie tylko do Warszawy, ale i do Gdańska, Paryża czy carskiego Petersburga. Czytelnik trochę „skacze” po wszystkich tych miastach, akcja raz toczy się w jednym miejscu, by zaraz przenieść nas gdzieś indziej – jest jednak tak skonstruowana, aby nie zniechęcić czytelnika, a dodatkowo zaintrygować. Wydarzenia również nie dzieją się chronologicznie – autorka od czasu do czasu wraca do wydarzeń kilka lat wstecz, aby dać nam pełniejszy obraz sytuacji dotyczących bohaterów i wydarzeń historycznych. Nie przeszkadza to jednak – „W cudzym domu” czyta się z niemałym zainteresowaniem.

Atutem są tutaj również bohaterowie. Wyraziści, ciekawi, sympatyczni. Nawet Dmitrij Szuszkin, który teoretycznie powinien wzbudzać w nas niechęć ze względu na swoje pochodzenie, przekonania i charakter, nie do końca jest tą złą, negatywną postacią. Ale również wzbudziła moją ciekawość w tej książce miłość i to, jak została ukazana. Bo wydawałoby się, że nic nie jest w stanie stanąć na jej drodze, a jednak – były to czasy, kiedy niekoniecznie liczyło się uczucie, ale to, co wypada, a co nie, dobre wychowanie i etykieta – i miłość ta poddawała się temu, niestety. Podobało mi się również to, że Hanna Cygler, chociaż prowadzi nas przez wydarzenia, które na pierwszy rzut oka wydają się być przewidywalne, to jednak ostatecznie wcale takie nie są, zaskakują, są pełne emocji. Jest namiętność, jest przyjaźń, nie tylko ta prawdziwa, ale również pełna fałszywości, jest dużo niedomówień, są spiski i zawiłe intrygi.

Bardzo mi się podobała ta książka. Chociaż trylogia o Zosi Knyszewskiej będzie u mnie stała zawsze na wysokim miejscu, ta książka również warta jest spędzonego nad nią czasu. Tym bardziej, że czyta się ją niezwykle szybko – głównie dlatego właśnie, że szalenie wciąga w swój XIX-wieczny klimat. Idealna powieść dla kogoś, kto ma ochotę na trochę historii, trochę romansu i odrobinę sensacji.
Pierwsze urodziny

Pierwsze urodziny

I oto nadszedł ten dzień :-)

Trochę patetycznie na początek, ale tak, zgadza się - dzisiaj mój blog obchodzi pierwszą rocznicę istnienia. Dokładnie rok temu, 5 kwietnia 2012 roku opublikowałam pierwszy wpis na tym blogu, co prawda nie była to żadna recenzja, ale po prostu wstęp i zaproszenie, chociaż nie bardzo wierzyłam w to, że ktokolwiek się moim blogiem zainteresuje, założyłam go tylko i wyłącznie dla siebie, aby mieć miejsce, w którym będę mogła pisać o książkach, które mi się podobają, których nie cierpię i które kocham. Miejsce, do którego zawsze mogę wrócić i przypomnieć sobie o ulubionych lekturach.

Kto by pomyślał, że - znając czasem mój słomiany zapał - wytrwam w tym tak długo, że dotrwam do tego dnia, który właśnie dzisiaj jest - pierwszej rocznicy?... Ja na pewno rok temu nie pomyślałabym, że tak mnie to wciągnie i że ta strona w ogóle doczeka swoich pierwszych urodzin :-)

 

Co mi dał ten rok?

Cóż, muszę się przyznać do tego, że nigdy wcześniej nie napisałam ani jednej recenzji, chyba że było to wypracowanie dawno temu w szkole (chociaż i tak nie pamiętam, abym coś takiego kiedykolwiek stworzyła). W ogóle pisać nie lubiłam, bo byłam do tego zmuszana w szkole, miałam jakąś okropną awersję. Myśl o blogu powstała jednak już w lutym 2012 roku, w kwietniu odważyłam się to zrealizować... bo polubiłam pisanie. Molem książkowym jestem bowiem od zawsze, od dzieciństwa, kiedy tylko nauczyłam się czytać. Ten blog był jednak przede wszystkim czymś, co odciągnęło mnie od problemów ze znalezieniem pracy, był miejscem, które nie pozwalało mi na ześwirowanie od siedzenia w domu, tak po prostu. Musiałam czymś się zająć. 

Nie sądziłam jednak, że aż tyle osób będzie chciało tu zaglądać, że przybędzie mi aż tyle obserwatorów, że dodacie całą masę komentarzy... To mi się nawet nie śniło. I dlatego muszę podziękować przede wszystkim Wam, bo bez Was ten blog zapewne szybko umarłby śmiercią naturalną, a mój zapał szybko ostygł. Dzięki Wam się to nie stało, a ja nadal mam wielką frajdę z tego :-)

Teraz, po roku, dużo się zmieniło, ja znalazłam w końcu pracę, nie będę już świrować siedząc w domu, blog jednak pozostanie, bo lubię tu być i żadnego miejsca w sieci nie polubiłam jeszcze tak bardzo, jak właśnie tego. Nie wyobrażam sobie, że miałby po prostu nie istnieć.

Więc już nie zanudzam i dziękuję jeszcze raz, że jesteście, mam nadzieję, że nadal ze mną będziecie przez kolejny rok, a może nawet i lata :-)

Pozdrawiam,
Trinity

Stos biblioteczno-recenzencki na kwiecień [#17]

Stos biblioteczno-recenzencki na kwiecień [#17]

Pogoda na zewnątrz nie zachęca do wyjść i spacerów, wiosna nie chce do nas przyjść, trzeba więc sobie poprawić humor stosikiem lektur, które będę czytać w najbliższym czasie i których recenzji możecie się spodziewać niedługo. Co prawda nie jest tak obszerny jak poprzedni i jak te, na które trafiam u Was w ostatnich dniach, mi jednak wystarczy to co mam - nie wiem bowiem, ile czasu w ogóle będę miała na czytanie w drugiej połowie miesiąca - te dwa ostatnie tygodnie kwietnia będą takim rozeznaniem się i przyzwyczajeniem do tego, co mnie czeka :-)

Oto obiecany stos:


Diane Chamberlain "Sekretne życie CeeCee Wilkes" - czeka w kolejce na najbliższe dni;
Camilla Läckberg "Zamieć śnieżna i woń migdałów" - książka doskonała na dzisiejszą pogodę, u mnie właśnie sypie śnieg... Recenzja tutaj;
Hanna Cygler "W cudzym domu" - również biblioteczna jak widać, swoją drogą u mnie w bibliotece można znaleźć ostatnio naprawdę sporo nowości, co mnie ogromnie cieszy :-)
Megan Hart "Barwy pożądania" - od Wydawnictwa Mira/Harlequin;
Tess Gerritsen "Prawo krwi" - również od Miry;
Marcin Mortka "Listy lorda Bathursta" - od Fabryki Słów, ciekawa, trochę inna od wszystkich książka dla fanów pirackich powieści, recenzja tutaj;
Frank S. Becker "Zmierzch orła" oraz "Cena purpury" - od Wydawnictwa M;
Elizabeth Gaskell "Ruth" - od pani Doroty z Wydawnictwa Mg.

Ostatnia pogoda jak najbardziej zachęca do czytania, chociaż szczerze mówiąc już chyba każdy z nas z utęsknieniem czeka na wiosnę... Cóż, musimy wszyscy uzbroić się w cierpliwość... Ja mam już naprawdę dość tej zimy.


Dlaczego mężczyźni kochają zołzy

Dlaczego mężczyźni kochają zołzy

Autor: Sherry Argov
Wydawnictwo G+J, 2010
Liczba stron: 206
Za każdym razem, gdy jestem w jakiejkolwiek księgarni, zastanawiam się, na czym polega popularność tej książki. Wciąż jest jedną z najlepiej sprzedających się pozycji, mimo że od dnia jej premiery minęły już prawie trzy lata – niesamowite! Ja sama nie ukrywam, że lektur tego typu nie czytam często, bardzo rzadko wpada w moje ręce jakikolwiek poradnik, książka Sherry Argov należy jednak do grona jednych z moich ulubionych pozycji. Chociaż wokół niej jest mnóstwo kontrowersji, chociaż niektórzy sądzą, że „prawdy” w niej zawarte są powszechnie znane i nic nowego nie wnosi do życia i związków, to jednak drugie tyle osób to jej fani – i ja należę do tej drugiej właśnie grupy.

"Zołzę od kobiety zbyt miłej różni najbardziej strach. 
Zołza pokazuje, że nie boi się żyć bez mężczyzny."

O czym jest ów poradnik? To doskonale mówi nam już sam tytuł: „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?”. Nic już w sumie nie trzeba dodawać, może oprócz tego, że definicja zołzy z tej książce nie ma nic wspólnego z wredną kobietą, mściwą i złą, zołza nie jest perfidna i nie zrzędzi. Nie nie, nie o to tu chodzi. A nawet wręcz przeciwnie:

"Zołza – kobieta, która nie wali głową w mur, żeby zdobyć uznanie innych ludzi, czy to będzie mężczyzna, czy ktokolwiek inny w jej życiu. Rozumie, że jeśli ktoś jej nie akceptuje, to tylko opinia jednego człowieka, więc nie ma to wielkiego znaczenia. Nie stara się spełniać wymagań innych, tylko swoje własne. Z tego powodu w szczególny sposób podchodzi do mężczyzn."

Innymi słowy, zołza to kobieta pewna siebie, która wie, czego chce i do tego dąży. Stawia na pierwszym miejscu przede wszystkim siebie. Nie stara się przypodobać innym, a już na pewno mężczyźnie, nie szuka u niego usilnie uznania ani zainteresowania, nie skacze wokół niego i ma własne zdanie, którego nie boi się wypowiadać. Jednym słowem, ma swoje własne życie, a mężczyzna jest tylko dodatkiem do niego. I w żadnym razie nie jest egoistką! Jest życzliwa, miła, ma poczucie humoru i jest po prostu sobą.

"Kobieta zraża mężczyznę, wymagając od niego zbyt wiele. 
Pozwól, żeby dawał tyle, ile sam chce dawać. I wyciągaj wnioski."

Niby powszechnie jest wiadome, że faceci cenią kobiety, które oprócz nich mają własne życie i zainteresowania, kobiety pewne siebie, które wiedzą, czego chcą od życia. I trzeba przyznać, że autorka wcale Ameryki nie odkryła. Dlaczego więc książka jest tak popularna, dlaczego wciąż jest obecna na listach bestsellerów? Prawdopodobnie dlatego, że daje konkretne rady – przede wszystkim dla kobiet zbyt miłych, które zatraciły się w swych związkach, zgubiły gdzieś tę iskrę, a z czasem i szacunek partnera. I może nie wszystkie „dobre rady” należy sobie wziąć do serca, na pewno jednak część z nich może pomóc. Chociaż wiele osób zarzuca tej książce, że wskazówki w niej zawarte są proste, że przecież każda z nas wie takie rzeczy… Ale czy na pewno? Dlaczego więc ciągle wokół nas jest mnóstwo kobiet, które utożsamiłyby się bez problemu z tą „miłą dziewczyną”, która opisywana jest w książce? Bo przeciwieństwem zołzy jest właśnie miła dziewczyna, która wychodzi z siebie, aby zadowolić faceta, aby zdobyć u niego uznanie i odrobinę miłości, która rezygnuje z własnych zainteresowań, bo jedynym jej zainteresowaniem staje się on. Ja sama znam w swoim bezpośrednim otoczeniu mnóstwo osób, którym ta książka by się przydała, ba, w niektórych przykładach nawet odnalazłam samą siebie…

"On musi czuć, że jesteś z nim z wyboru, a nie dlatego, że go potrzebujesz. 
Tylko wtedy będzie cię uważał za równorzędną partnerkę."

Popularność tej książce daje z pewnością również forma, w jakiej została napisana. Nie jest to bowiem typowy poradnik, a raczej książka z dużą dozą humoru, czyta się ją niezwykle szybko, wciąga mnie za każdym razem, kiedy do niej wracam. Na uwagę zasługuje również 100 zasad atrakcyjności wg Sherry, niektóre z nich są naprawdę trafne. I nie są to spostrzeżenia tylko samej autorki, Sherry Argov oparła swoje tezy na wielu rozmowach z mężczyznami – od osiemnastolatków po siedemdziesięciolatków.

"Mężczyźni nie reagują na słowa. Reagują na brak kontaktu."

Ta książka ma naprawdę ogromną ilość zarówno fanów, jak i krytyków. Przy takich poradnikach chyba najlepiej jest, gdy czytelnik po prostu znajdzie złoty środek – wiadomo, nikt nie zna nas tak dobrze, jak my same, i żaden poradnik nie rozwiąże naszych problemów, prawda? Dla mnie książka ta to jedna z ulubionych pozycji, dlaczego, sama nie wiem. Może dlatego, że na niektóre sprawy otworzyła mi oczy, gdy przeczytałam ją rok temu po raz pierwszy, uświadomiła, że zmierzałam chyba nie w tym kierunku, w którym powinnam – i ja ją bardzo cenię. Tym, którzy nie czytali – polecam – chociaż zdaję sobie sprawę, że jednym się spodoba, innym nie – taki już urok lektur tego typu.

 
Listy lorda Bathursta

Listy lorda Bathursta

Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2013
Liczba stron: 402
Powieści marynistyczne były do tej pory dla mnie czarną magią. Ba, nawet nie miałam pojęcia, że taki gatunek w ogóle istnieje. Nazwisko Marcina Mortki jednak było mi już znane ze słyszenia, jego twórczości jednak nigdy nie miałam okazji poznać. Aż do teraz. I muszę przyznać się szczerze przed sobą, jak i przed wami, że trochę obawiałam się tej książki. Lubię nowe wyzwania, szczególnie jeśli chodzi o gatunki literackie, takiemu też wyzwaniu pojęłam się tym razem.

„Listy lorda Bathursta” to najnowsza książka Marcina Mortki, powieść, która miała swoją premierę zaledwie parę dni temu. Dobrze wiedziałam, że będę miała do czynienia z powieścią w klimacie żeglarskim, że będzie morze, statki, marynarze i bitwy morskie. I nie pomyliłam się. Głównym bohaterem jednak jest w tej powieści wcale nie tytułowy lord Bathurst, lecz Peter Doggs – kapitan, skazany na śmierć… właściwie można by powiedzieć, że już nie żyje… Jest bowiem tuż przed egzekucją. Przed śmiercią ratuje go bowiem tajemniczy Bathurst, chcąc, by wziął udział w tajemniczej rządowej, niebezpiecznej misji na morzu. Peter jednak niewiele wie o samym zadaniu, które ma do wykonania – wie jednak, jakie kroki ma poczynić, dzięki listom od lorda Bathursta, dostarczanym mu co jakiś czas. W zasadzie jednak i tak nie wiadomo, czego dotyczy zadanie, a Doggs jest z tych, którzy nie lubią nie wiedzieć i nienawidzą być posłuszni innym. Dlaczego więc zgadza się na udział w misji? Cóż, lord ma na niego haka w postaci córki Petera, Emily – kapitan właśnie dla niej jest w stanie zrobić wszystko, a los szesnastoletniej Emily zależy tylko i wyłącznie od posłuszeństwa Doggsa.

Jak wspomniałam wcześniej, po raz pierwszy w życiu miałam okazję czytać tego typu powieść. I muszę przyznać, że jestem mimo wszystko pozytywnie zaskoczona tą książką. Jej głównym atutem jest przede wszystkim główny bohater – Peter Doggs. Na pewno nie jest to wzór wszelkich cnót, ma mnóstwo wad, nie lubi być posłuszny i zależny od innych. Głównie to właśnie zaprowadziło go przed pluton egzekucyjny. Można więc się domyślić, jak bardzo nie podoba mu się to, co ma do zrobienia w związku z misją lorda Bathursta – bo właściwie nie wie co to za zadanie, co ma zrobić i po co – o kolejnych etapach informują go kolejne listy lorda. Ale i to nie wszystko – tajemniczy Bathurst tak dobrał załogę swojego statku, aby Doggs praktycznie na każdym kroku był pilnowany przez przekupionych marynarzy. Doggs jest szalenie dobrym żeglarzem i kapitanem dla swoich marynarzy, jest jednak niezwykle uparty, wie, czego chce i aby osiągnąć swoje cele nie cofnie się przed niczym. Okazuje się jednak, że są znacznie gorsi od niego i to na jego statku – przykładów może być wiele, jak na przykład Stirling. Główny bohater jednak, mimo swoich liczny wad, ujął mnie nie tylko swoją stanowczością i uporem, ale również ciętym językiem i specyficznym humorem – nie jest to postać, której się nie lubi – wręcz przeciwnie, od pierwszych stron zdobywa sympatię czytelników.

Książkę Marcina Mortki czyta się naprawdę szybko i łatwo. Ja osobiście lubię takie wyzwania, miałam nadzieję, że mu podołam i nie pomyliłam się. Podobał mi się ogromnie klimat tej książki, który jest kolejną jej zaletą, podobał mi się opis morskich bitew, ogromnie podobała mi się cała gama różnorodnych bohaterów, podobały opisy, które naprawdę działają na wyobraźnię czytelnika, szczególnie realia życia na statku oraz zwykła żeglarska lojalność i solidarność. Ta książka jest naprawdę dobra i mimo że nie mam porównania, bo to pierwsza książka tego typu, którą miałam okazję czytać, to i tak widać to na pierwszy rzut oka nawet dla takiego laika jak ja. I muszę przyznać, że chętnie przeczytałabym więcej – chociaż do tej pory nie zaczytywałam się w podobnych gatunkach, nie pałałam jakąś większą sympatią do piratów, opisów bitw morskich i wydarzeń, które w 99% rozgrywają się tylko i wyłącznie na morzu. Teraz wiem, że takich książek nie muszę się bać, a już na pewno nie trzeba się bać twórczości Marcina Mortki.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to nie jest książka dla każdego, bo po prostu niektórym nie musi odpowiadać jej tematyka. Nie każdy to polubi, chociażby nie wiem ile filmów obejrzał i ile książek przeczytał. Ja polecam autora głównie tym, którzy jeszcze nie mieli z nim do czynienia, którym nieznane są powieści marynistyczne i żeglarskie, ale którzy chcieliby spróbować czegoś nowego. Moim zdaniem warto poświęcić czas na tę książkę.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów:

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli