Podsumowanie stycznia 2013

Podsumowanie stycznia 2013

Miesiące płyną bardzo szybko, sama nie wiem, jak to się dzieje. Dopiero co zaczynaliśmy nowy rok, a tu już pierwszy miesiąc tego roku mamy za sobą. Też Wam czas ucieka przez palce, tak jak u mnie? Rozumiem jeszcze osoby pracujące, ale ja w dalszym ciągu nie pracuję i pracy szukam... Więc niby czas powinien płynąć wolniej dla mnie, prawda?... No ale czas wszędzie płynie tak samo niestety :/

Jeśli chodzi o pierwsze podsumowanie miesiąca w 2013 roku, to pod względem książkowym wypadł on bardzo dobrze, a nawet super. Listę przeczytanych przeze mnie książek i linki do ich recenzji zawsze możecie znaleźć tutaj. Oczywiście zdominował moje lektury w tym miesiącu "Pan Lodowego Ogrodu", którym byłam zachwycona (i to wszystkimi 4 tomami, co się rzadko zdarza). I co najciekawsze: wszystkie, z przeczytanych przeze mnie książek Wam polecam, bowiem żadna nie otrzymała oceny mniejszej, niż 7/10, co jest zadziwiające. Styczeń po prostu obfitował u mnie w naprawdę wspaniałe książki, jak jeszcze nigdy, i szalenie się z tego cieszę :-)

Myślałam nad tym, aby zrobić w tym roku jakiś nowy rodzaj podsumowań, myślałam też, aby całkiem z nich zrezygnować, jednak na razie pozostaną, w niezmienionej formie. Czas więc na odrobinę liczb:
Książki przeczytane w styczniu: 11
Liczba przeczytanych stron: 5618
Średnia stron dziennie: 182
Egzemplarze recenzenckie: 0
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 3
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 0

Chociaż są w moim podsumowaniu i zera, to jestem ze stycznia zadowolona i mam nadzieję, że luty będzie równie dobry. I nie tylko o książki mi chodzi, wiecie bowiem, że borykam się ze znalezieniem pracy i to jest dla mnie w tej chwili najważniejsze. Teraz dodatkowo nie jestem u siebie, a zrobiłam sobie urlop/odpoczynek (raczej psychiczny, bo tego fizycznego już mam dość) u rodziców, przepraszam tym samym, że tak często u Was nie komentuję - mam na to za słabe łącze i czasem, aby wczytać jakąś stronę, potrzeba pół godziny. Ja jestem z tych cierpliwych, ale bez przesady :D
A jak u Was wyglądał styczeń?

Delirium

Delirium

Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo Otwarte, 2012
Liczba stron: 360
A gdyby miłość była śmiertelną chorobą? Gdyby istniało na nią lekarstwo, bez którego grozi śmierć? Zdecydowalibyście się wyleczyć? Gdyby można było żyć bez uczuć, bez nienawiści, ale i bez miłości – zaaplikowalibyście sobie remedium, aby mieć święty spokój na całe życie?

Lena żyje w takim świecie. Jest siedemnastolatką, która kończy właśnie szkołę i niedługo zacznie studia. W swoje osiemnaste urodziny zostanie „wyleczona”, każdy bowiem, kto wchodzi w wiek pełnoletni, otrzymuje remedium, aby w przyszłości nie zarazić się niebezpieczną, śmiertelną, zaraźliwą chorobą amor deliria nervosa. Zostanie też sparowana z mężczyzną, za którego w przyszłości wyjdzie za mąż i z którym będzie żyła do końca życia. Lena cieszy się więc ostatnimi wakacjami przed wstrzyknięciem remedium, które zmieni jej życie na zawsze. Dziewczyna jednocześnie odlicza dni do swoich 18 urodzin i nie może się doczekać tego dnia… do czasu. Poznaje bowiem w wakacje Alexa. Alex jest już po zabiegu i niby nic jej przy nim nie grozi ani jemu przy dziewczynie, jednak… wkrótce Lena zacznie zauważać u siebie pierwsze objawy niebezpiecznej delirii.

Od dawna miałam ochotę na tę książkę, chociaż tak do końca nie byłam do niej przekonana. Pomyślałam, że to pewnie kolejna powieść rozpoczynająca kolejną popularną trylogię dla nastolatek. Jednak liczne, czasem rewelacyjne wręcz recenzje, a na pewno w większości chwalące tę książkę coś musiały znaczyć. Książka więc trafiła w moje ręce i bardzo się z tego ucieszyłam mimo wszystko, chociaż podeszłam do niej trochę sceptycznie – jak do każdej książki tego gatunku.

I co? I jestem bardzo mile zaskoczona. Autorka przede wszystkim zaskoczyła mnie niecodzienną fabułą. Któż z nas bowiem wpadłby na to, że miłość może być śmiertelną chorobą? Tutaj jest to rzeczywistością, traktowaną jako coś zupełnie naturalnego. Naturalne jest również to, że istnieje na nią lekarstwo i że każdy w każdej chwili może się wyleczyć. Ale atutem są tu również główni bohaterowie, którzy, przyznajmy szczerze, w książkach tego gatunku niekoniecznie, mimo wielkich chęci autorów, są godni uwagi. Tutaj jest przeciwnie. Polubiłam zarówno Lenę, jak i Hanę, jej najlepszą przyjaciółkę, a także Alexa. Nie ma mdłych dialogów, przyznać muszę szczerze, że książka wciągała mnie z każdą stroną coraz bardziej, autorka potrafiła wzbudzić we mnie ciekawość – interesującą fabułą, pełną zwrotów akcji i niespodziewanych wydarzeń, tajemnicą, którą skrywa Alex oraz niecodziennym światem, w którym panuje deliria, oraz jego przeciwieństwem – Głuszą… aż po zakończenie – nieprzewidywalne, które sprawia, że od razu mamy ochotę sięgnąć po kolejną część. I nie przeszkadzało mi w tym nawet to, czego nie lubię, a co tutaj się pojawia: narracja w czasie teraźniejszym. Jakoś specjalnie nawet tego nie zauważyłam, powieść jest bowiem na tyle ciekawa, że na jej wady, o ile takie są, nie zwracamy uwagi. Plusem całości jest również to, że o wszystkim opowiada Lena. Jest to bardzo charakterystyczna cecha wszelkich trylogii dla młodzieży w ostatnim czasie, muszę jednak przyznać szczerze, że narracja z punktu widzenia głównego bohatera to jest coś, co w literaturze zawsze lubiłam i lubię.

Do tej pory omijałam szerokim łukiem takie powieści jak „Delirium”. Głównie te o wampirach, wilkołakach, aniołach i tym podobnych. Nie potrafię tego przełknąć. Ale coraz bardziej przekonuję się do powieści, w których wyżej wymienieni nie występują. I dzięki takim książkom jak ta przekonam się do nich chyba ostatecznie. „Delirium” jest wciągającą, interesującą i ciekawą powieścią nie tylko dla młodzieży i ja na pewno w niedługim czasie sięgnę po następne jej części. A Was zachęcam. I nie dziwi mnie to, że książka ta zdobywa coraz to lepsze recenzje. Przekonajcie się sami.

Delirium | Pandemonium | Requiem
Pan Lodowego Ogrodu [tom 4]

Pan Lodowego Ogrodu [tom 4]

Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2012
Liczba stron: 880

To już ostatnia część „Pana Lodowego Ogrodu”. Ostatnia część przygód Vuko Drakkainena, który podróżuje po planecie Midgaard, próbując znaleźć ekspedycję naukowców i sprowadzić ich z powrotem na Ziemię… Doprowadzić do porządku tamtejsze sprawy i oczyścić świat ze zła oraz zostawić go takim, jakim był kiedyś, zanim wylądowali tam ludzie i przewrócili wszystko do góry nogami.

Od pewnego czasu co jakiś czas męczyłam Was recenzjami „Pana Lodowego Ogrodu”, zachwycałam się nad tą książką i wyobraźnią Grzędowicza – autora, który stworzył naprawdę fascynującą, fantastyczną, genialną książkę. Nie wiem, czy owe recenzje do Was przemówiły i czy przekonałam do tej powieści choć jedną osobę – jeśli tak – bardzo się cieszę. Tych, których nie przekonałam – trudno. Chociaż o książkach Jarosława Grzędowicza mogłabym pisać i pisać, niektórych zachęcę, niektórych nie i tego nie da się zmienić. Wiecie jednak doskonale, jak bardzo przesiąkłam tą książką, jak się nią zachwycałam, jak bardzo czułam świat Midgaarda całą sobą, sama razem z Vuko, Ludźmi Ognia oraz Filarem podróżowałam po tej planecie gdzieś na końcu wszechświata, walczyłam razem z nimi w wojnie rozpętanej przez Czyniących – jak głęboko ta powieść zagnieździła się w mojej wyobraźni. Powiem Wam jedno – długo, bardzo długo w mojej głowie będzie sobie mieszkał Midgaard wraz z jej mieszkańcami. Żadna książka bowiem jeszcze nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, o żadnej nie myślałam dzień i noc tak jak o tej… i żadna jeszcze nie skończyła się tak szybko, a ja tak okropnie nie żałowałam, że nie ma już kolejnej części… Że to już koniec. Ale czy na pewno?...

Pomyślicie sobie teraz pewnie: tyle stron, każda część ok. 600, ostatnia prawie 900 – i jeszcze jej mało? Tak, mało – i zrozumie to tylko ten, kto czytał „Pana Lodowego Ogrodu” i kto pokochał tę książkę tak samo jak ja. Nie zrozumiecie tego, dopóki sami nie sięgniecie po tę opowieść. Mimo tego, że każda część to dość pokaźne tomisko, a ostatni bije wręcz poprzednie na głowę, to PLO po prostu się pochłania i nie ma ochoty się kończyć. Czyta się ją błyskawicznie, zatraca się w tym świecie na amen i trudno przerwać choć na chwilę. Ja sama byłam zła za każdym razem, gdy ktoś mi ją przerywał i jestem w stanie zrozumieć w stu procentach przytoczone na okładce słowa Tomasza Kołodziejczaka, który czytając powieść Grzędowicza, czuł się tak samo jak ja.

Co sprawia, że „Pan Lodowego Ogrodu” wzbudza w czytelniku takie emocje? Realizm. Tak do granic realistyczny świat, jak nasz własny, mimo że to planeta oddalona od naszej całe lata świetlne, gdzie czas zatrzymał się na średniowieczu i jakby w ogóle nie potrzebował rozwijać się dalej – ten świat jest tak realny dla czytelnika jak mało który. A to przecież fikcja literacka! Uwierzcie – nie każdy autor potrafi stworzyć coś takiego i tym bardziej Grzędowicz jest dla mnie mistrzem w swoim fachu,  bo stworzył to wszystko ot tak, jak coś naturalnego, co znamy wszyscy. Dla mnie arcydzieło.

Tak jak obiecałam sobie już na początku, tak postanowienie utrzymuję i nie zdradzę Wam nic z fabuły ostatniego tomu. Nie powiem Wam, czy losy Nocnego Wędrowca Drakkainena oraz Filara syna Oszczepnika się połączyły i w którym tomie, nie dowiecie się ode mnie, czy Vuko odnalazł wszystkich naukowców, nie powiem, czym jest Lodowy Ogród – jeśli chcecie znać cokolwiek z fabuły – ta recenzja nie jest dla Was. W sieci pełno jest opinii naładowanych spoilerami – jeśli chcecie je czytać, wasza sprawa. Moja recenzja jest dla tych, którzy mają „Pana Lodowego Ogrodu” jeszcze przed sobą, którzy chcą odkrywać świat stworzony przez autora, tak jak ja go odkrywałam przez te wszystkie cztery tomy, wraz z jego wszystkimi tajemnicami, magią i sekretami. Teraz, mając już za sobą czwarty tom zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie sięgnęli po przygody Vuko, tym, którzy mają w planach tę książkę – zazdroszczę, bo wiem, jak sama przyjemnie spędzałam czas z Vuko, Grunaldim, Filarem, Brusem oraz innymi bohaterami. Mogę Was zapewnić, że czas ten na pewno nie będzie stracony. Sama teraz, wiedząc o tym, jak bardzo będzie podobać mi się ta książka, nie czytałabym jej tak szybko, jak tylko się da, ale dawkowała ją sobie w małych odcinkach, aby nie skończyć za szybko.

I jeszcze jedno: pamiętacie, jak pisałam o pierwszym tomie, że jego zakończenie powaliło mnie na łopatki? To tylko namiastka tego, czego możemy spodziewać się po zakończeniu całej serii, po ostatnim tomie. „Pan Lodowego Ogrodu” zaskoczył mnie zakończeniem jak mało która książka, zakończeniem, którego na pewno żaden czytelnik nie będzie się spodziewał. Zakończeniem, które niby nie powinno pozostawiać pytań bez odpowiedzi, ale… No właśnie. ALE. Grzędowicz pozostawia nas jednak z tą małą niewiadomą. Zakończenie tej książki to był dla mnie niemały szok, jeszcze większy, niż po pierwszym tomie. I wiecie co? Warto tę książkę przeczytać choćby dla samego zakończenia. Chociaż ten świat, gdy ktoś już w niego wejdzie, swoją magią nie wypuści go tak łatwo, choćby dlatego, że sam czytelnik nie będzie chciał się już z niego uwalniać, ale pozostać tam, bo po co wracać?... Skoro można zatopić się w lekturze i czytać, czytać, czytać…

Pan Lodowego Ogrodu:
Blog Roku 2012 - głosowanie!

Blog Roku 2012 - głosowanie!


Jak zapewne niektórzy z Was zdążyli zauważyć, jakiś czas temu na bocznym panelu mojego bloga pojawił się banner, informujący o tym, że mój blog, In Trinity's world of books bierze udział w konkursie na Bloga Roku 2012. Nigdy wcześniej co prawda w takich konkursach udziału nie brałam, jednak doszłam do wniosku, że warto spróbować - czemu nie?...

Od przedwczoraj od godziny piętnastej rozpoczął się drugi etap konkursu, polegający na głosowaniu smsowym na ulubionego bloga. Ale żeby było sprawiedliwie, spod jednego numeru telefonu można wysłać tylko jednego smsa :-) 

Jeśli więc uważacie, że mój blog zasługuje na to, aby na niego zagłosować, serdecznie Was zapraszam do wzięcia udziału w tym głosowaniu. Kwota za sms nie jest zatrważająca, a mnie będzie bardzo miło, jeśli oddacie głos właśnie na In Trinity's world of books :-)

Jeśli chcecie zagłosować, wyślijcie sms o treśli E00297 pod numer 7122

Pamiętajcie jednak o tym, że znak 0 w sms-ie to CYFRA ZERO, nie można też robić żadnych spacji.

Będzie mi ogromnie miło, jeśli zwrócicie uwagę właśnie na mojego bloga, głosując w konkursie :-)
A wszystkim innym biorącym udział również życzę powodzenia.


Chłopiec, którego nikt nie kochał

Chłopiec, którego nikt nie kochał

Autor: Casey Watson
Wydawnictwo Amber, 2012
Liczba stron: 302
Nie wiem, jak można się oprzeć takiej okładce… Ja nie potrafiłam. Niby nie ma w niej nic nadzwyczajnego, jednak obok tego chłopca po prostu nie potrafiłam przejść obojętnie. Często mam tak, że zwracam uwagę na okładki i częściowo właśnie po nich wybieram książki. I tym razem właśnie tak było – to głównie okładka zadecydowała za mnie.

Już sam tytuł tej książki mówi nam wiele. Justin jest bowiem dzieckiem, który w wieku jedenastu lat ma już za sobą dwadzieścia rodzin zastępczych i domów dziecka. To prawda, nie jest łatwym w wychowywaniu dzieckiem. W wieku pięciu lat podpalił swój dom i psa, wcześniej wynosząc do ogrodu dwóch swoich młodszych braci. Żaden dom zastępczy nie może sobie z nim poradzić. Casey i Mike Watsonowie podejmują się wydawałoby się niemożliwego zadania. Oboje przechodzą wcześniej szkolenie dla wychowawców zastępczych, by móc pomagać w przyszłości dzieciom takim jak Justin, którzy po ukończeniu programu będą w stanie funkcjonować w normalnej rodzinie zastępczej. To właśnie do nich trafia Justin, chłopiec niepotrafiący zapanować nad własną agresją, nad atakami furii. I to właśnie oni jako pierwsi poznają prawdziwą tajemnicę z przeszłości chłopca.

„Chłopiec, którego nikt nie kochał” dość długo przeleżał na mojej półce. Na niektóre książki bowiem po prostu musi przyjść odpowiedni czas i tak również miałam z tą powieścią. Właśnie teraz nadeszła jej pora. Jednocześnie po samej historii nie spodziewałam się wiele, nie znałam autorki – po prostu zwróciłam uwagę na okładkę. Muszę przyznać jednak, że książka mnie nie rozczarowała, a nawet miło zaskoczyła.

Historia Justina jest historią prawdziwą, która przydarzyła się autorce naprawdę. Jednocześnie nie jest łatwą historią, a przeszłość chłopca mówi sama za siebie. Matka, której w ogóle nie obchodzą dzieci, a jedyne, co ją interesuje to kolejna działka narkotyków i co chwila nowy chłopak – tak wyglądało wczesne dzieciństwo Justina i jego dwóch młodszych braci. Wiecznie głodni, niedożywieni, niekochani przez matkę, która po incydencie podpalenia domu postanawia oddać najstarszego syna do domu dziecka… Justin zawsze zastanawiał się i zadawał pytanie sobie i innym: dlaczego właśnie on? Dlaczego postanowiła oddać tylko jego? Jak się okazuje, to nie był koniec koszmaru Justina – chłopiec bowiem skrywa okropną przeszłość, której nie można ot tak wykorzenić z jego psychiki.

Mimo że Justin jest jaki jest, agresywny, rzucający wyzwiskami we wszystko i wszystkich, nie potrafiący opanować wściekłości i szału – Justin jest tutaj bez wątpienia postacią pozytywną – ja przynajmniej tak go odebrałam. Bohaterem bardzo pozytywnym, którego bez wątpienia tłumaczy okropne dzieciństwo bez miłości osoby, która przecież powinna go kochać bezgranicznie. I mimo kolejnych wizyt u mamy, które doprowadzają chłopaka do kolejnych wybuchów wściekłości, Justin ma nadzieję na to, że mama go kocha i kiedyś mu to okaże. Okropnie współczułam temu chłopcu, chociaż nie zawsze rozumiałam jego zachowanie. Jednak to co przeżył tłumaczy wszystko. Ta książka wywołała we mnie mnóstwo skrajnych emocji, od współczucia, chęci pomocy, miłości, po ogromną niechęć, głównie do matki Justina, której nie potrafiłam nijak zrozumieć. Nie potrafiłam wytłumaczyć jej zachowania, czułam do niej wręcz odrazę.
Takie książki, jak historia Justina, naprawdę warto jest czytać, chociaż nie są to łatwe książki, niosą za sobą jednak mnóstwo emocji i na pewno pozostaną w pamięci czytelnika na długo. „Chłopiec, którego nikt nie kochał” dodatkowo napisany jest w prostym w odbiorze językiem, narracja pierwszoosobowa sprawia, że czyta się ją szybko i przyjemnie. Polecam serdecznie.
Kamieniarz

Kamieniarz

Autor: Camilla Läckberg
Wydawnictwo Czarna Owca, 2010
Liczba stron: 536
Dość długo czekałam na kolejną część sagi kryminalnej Camilli Läckberg. Nie było jej w żadnej bibliotece, a jakoś nie po drodze było jej na moją półkę również w żaden inny sposób. W końcu jednak się doczekałam i „Kamieniarz” nie musiał długo czekać na swoją kolej. Wzięłam się za czytanie niemalże od razu, spragniona jakiegokolwiek kryminału.

Akcja kolejnej części sagi kryminalnej Camilli cały czas toczy się we Fjällbace. W pewien październikowy poranek rybak Frans Bengtsson wyławia z morza zwłoki siedmioletniej dziewczynki. Patrik Hedström po dotarciu na miejsce od razu rozpoznaje dziecko – jest to córka przyjaciółki Eriki. Na początku śmierć Sary wydaje się zwykłym wypadkiem, sekcja zwłok jednak wykazuje w płucach i żołądku dziewczynki słoną wodę z dodatkiem mydła. Wygląda na to, że ktoś utopił dziecko w wannie i wrzucił do morza. Kto mógł zamordować Sarę i dlaczego, czym zawiniła mała? Patrik zrobi wszystko, aby odpowiedzieć na to pytanie – śmierć dziewczynki dotknęła go osobiście, sam bowiem od niedawna ma córkę.

Camilla Läckberg odnosi sukcesy nie tylko w Szwecji, ale praktycznie na całym świecie, dzięki swoim powieściom – i słusznie, bo na to zasłużyła. Nie bez powodu jest nazywana królową skandynawskiego kryminału. Powiem szczerze, że i ja dałam się porwać jej książkom. Nie od dziś jestem wielkim fanem kryminałów, tych wywodzących się spod pióra skandynawskich pisarzy może trochę krócej, co nie zmienia faktu, że je uwielbiam i nie żałuję, że jakiś czas temu postanowiłam sięgnąć po tę sagę. Od niemalże pierwszej części stała się ona jedną z moich ulubionych.

Podoba mi się w powieściach Läckberg to, że nie są to stuprocentowe kryminały, ale również powieści obyczajowe, opowiadające o ich bohaterach, śledzące ich perypetie, problemy i małe szczęścia. Saga Camilli doskonale przedstawia życie na szwedzkiej prowincji. Mamy tu więc nie tylko zagadkę kryminalną do rozwiązania, zresztą dość zawiłą i nieprzewidywalną, ale również kolejne losy Eriki i Patrika oraz ich bliskich. Sam wątek kryminalny jest skonstruowany tak, jak lubię – autorka powoli, w odpowiednim tempie stopniuje napięcie, ujawnia kolejne sekrety, ale niczego nie jesteśmy w stanie przewidzieć praktycznie do ostatniej strony. Pisarkę lubię też za to, że potrafi samym zakończeniem zachęcić nas do kolejnego tomu swojej sagi. „Kamieniarz” bowiem kończy się tak, że nie sposób nie sięgnąć po następny tom, „Ofiara losu”.

Tutaj dodatkowo mamy równolegle opowiadaną historię sprzed kilkudziesięciu lat – każdy kolejny rozdział zaczyna się narracją, która oddaje nam wydarzenia najpierw z lat dwudziestych, później pięćdziesiątych ubiegłego wieku. To właśnie dzięki tym wydarzeniom doszło do tego, do czego doszło – jednak bezpośredni związek z teraźniejszymi wydarzeniami i tak poznamy na samym końcu. Choć początkowo nie wszystko jest dla nas jasne, wszystko robi się coraz wyraźniejsze wraz z kolejnymi rozdziałam powieści. Kolejne losy Agnes i Andersa są równie intrygujące, co sama zagadka śmierci Sary – śledziłam je z takim samym, jeśli nie nawet większym zainteresowaniem.

Jeśli jeszcze nie znacie powieści skandynawskiej autorki, jak najbardziej zachęcam do ich poznania. Zachęcam również do tego, aby książki Camilli czytać po kolei – chociaż wątek kryminalny w każdej z nich jest niezależny i niezwiązany z poprzednimi, to jednak losy bohaterów już nie – te już są ze sobą powiązane. Pisarka jednak jak najbardziej zasłużyła sobie na swój sukces, a fanów kryminałów z pewnością nie muszę do niej zachęcać. Ja nie mogę doczekać się tego, aż w moje ręce wpadnie kolejna część.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Tysiąc wspaniałych słońc

Tysiąc wspaniałych słońc

Autor: Khaled Hosseini
Wydawnictwo Albatros, 2009
Liczba stron: 430
Książkę tę miałam w planach od bardzo, bardzo dawna. Trudno nie czuć się zachęconą po tak licznych, pięknych, zachwycających się nad tą powieścią recenzjach. Fakt, temat tej książki nie jest łatwy i tym również mnie ona przyciągała. Niestety, dość długo musiałam czekać na to, aż ta historia wpadnie w moje ręce i będę mogła się jej oddać i zapomnieć o reszcie.

Mariam – nieślubne dziecko Nany, swojej matki, pokojówki oraz bogatego biznesmena Dżalila, mieszkająca od urodzenia w kolbie, małej chatce na obrzeżach Heratu. Ma zaledwie 15 lat, kiedy zostaje wydana przez swojego ojca za mąż za Raszida, trzydzieści lat starszego szewca i zmuszona zamieszkać z nim w oddalonym o ponad sześćset kilometrów od jej rodzinnego miasta Kabulu.
Lajla natomiast od urodzenia mieszka w Kabulu. Ma szczęśliwą rodzinę, dopuki jej dwaj bracia nie giną podczas dżihadu – świętej wojny z Sowietami. Od tej pory jej szczęśliwa dotąd matka zamyka się całymi dniami w pokoju, leży, przykryta kocami… Obowiązki domowe przejmuje jej ojciec oraz ona – kilkuletnia dziewczynka. Ale to nie koniec tragedii – wkrótce i Lajla zostaje zupełnie sama, przygarnięta przez sąsiadów – Mariam i Raszida. Dziewczynka ma zaledwie 14 lat, gdy Raszid proponuje jej małżeństwo. Zostaje więc wkrótce drugą jego żoną.

Historia Khaleda Hosseiniego opowiada historię dwóch kobiet – Mariam oraz Lajli właśnie. Opowiada o wydarzeniach sprzed małżeństwa obu dziewczynek, jak do wszystkiego doszło, oraz o tym, w jaki sposób losy Mariam i Lajli się połączyły. Mariam bowiem bez wątpienia nie miała łatwego dzieciństwa, ignorowana przez ojca, który odwiedzał ją raz w tygodniu, wypierając się córki przed swoimi trzema żonami oraz licznymi dziećmi; od dzieciństwa matka wpajała jej do głowy tylko jedno – że jest nieślubnym dzieckiem i że nie może równać się ze swoimi braćmi i siostrami. Marząc o zamieszkaniu wraz z ojcem, którego kocha, w wieku piętnastu lat postanawia wziąć los w swoje ręce – los, który w jednej chwili obróci się przeciwko niej.

Lajla natomiast ma szczęśliwe dzieciństwo. Chodzi do szkoły, marzy o dobrym wykształceniu, ma przyjaciółki. Wszystko jednak obraca się w przeciwną stronę, gdy giną jej bracia. Matkę nie obchodzi nic, leży całymi dniami w łóżku owinięta kocami, dom jest na głowie jej oraz ojca. Lajla ma też oddanego przyjaciela Tarigha – i ta przyjaźń, tak wielka, z czasem przeradza się w coś więcej. Jednak w pewnej chwili, gdy Kabul bombardowany jest bombami, gdy decyzja o wyjeździe i zostawieniu za sobą niebezpieczeństwa jest już podjęta – w jednej chwili wszystko się kończy. Lajla zostaje przygarnięta przez Raszida i jego żonę i tak oto łączą się losy obu kobiet. I początkowo między kobietami można wyczuć wrogą niechęć, to jednak z czasem w obliczu tego samego okrutnego losu między nimi rodzi się przyjaźń – bardzo wielka przyjaźń.

Ale książka ta to nie tylko opowieść o Lajli i Mariam. Bo jest to historia Afganistanu na przestrzeni trzydziestu lat, aż do 11 września 2001 roku – a chyba każdy człowiek na świecie pamięta tę datę. Opowieść o 30 latach kraju wstrząsanym przez wojny, bombardowania, oraz o tym, jak traktowane tam są kobiety, stawiane na równi z rzeczami, nie człowiekiem. Kobiety, którym nie wolno wyjść na miasto bez burki oraz mężczyzny u boku, których prawa są tak okrojone, że właściwie nie pozostaje im nic innego, tylko siedzenie w domu. Lailę i Mariam połączy wspólny, okrutny mąż i wojna właśnie – na tych fundamentach obie kobiety będą budować swoją przyjaźń. I sama nie wiem, czy to, jak traktowane są kobiety, czy opisy faktów historycznych na przestrzeni ostatnich dekad, wojen, bombardowań i klęsk żywiołowych wstrząsają tu bardziej. Trudno określić. Bo cała ta książka jest wstrząsająca. Ale również piękna, dzięki pięknej, ponadczasowej przyjaźni i miłości, dzięki oddaniu, które przeplatają negatywne emocje, cierpienie, bicie. Czytelnik przeżywa te emocje razem z bohaterkami, kocha i nienawidzi. Cudowna książka.

Nie rozczarowałam się tą powieścią absolutnie. Czy to jest książka dla wszystkich – nie mam pojęcia. Na pewno dla osób o mocnych nerwach. Oraz dla kobiet, bo to opowieść o kobietach w końcu, o pięknej i oddanej kobiecej przyjaźni. Jeśli ma ktoś ochotę na naprawdę dobrą literaturę, która porusza problemy ważne, takie, które na świecie wciąż istnieją, która zapada w pamięci na długo, nie pozwala o sobie zapomnieć – przeczytajcie „Tysiąc wspaniałych słońc”. Jestem pewna, że ta powieść wyryje się w waszej głowie na długo, zapamiętacie ją, bo inaczej po prostu się nie da.
The Versatile Blogger

The Versatile Blogger

Ema Pisula nominowała mnie do Versatile Blogger, za co dziękuję i oto zabieram się za posta dla Was.

Oto zasady gry:
Każdy nominowany bloger powinien:
- podziękować nominującego blogerowi u niego na blogu,
- pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu,
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
- nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.

Zaczynajmy :-) Oto 7 faktów, których o mnie nie wiecie:

1. Jestem rudzielcem i bardzo mi z tym dobrze - chyba nigdy nie zmienię koloru włosów na inny.
2. Mam okropny lęk wysokości.
3. Prawie w ogóle nie oglądam telewizji, a ostatnio trudno mi wysiedzieć przy jakimkolwiek filmie dłuższym niż półtorej godziny. Wyjątkiem było Millennium. O dziwo nie mam takich problemów, gdy siedzę w kinie, wtedy czas szybko biegnie.
4. Prawie 2 lata po maturze spędziłam w Anglii, gdzie pracowałam i starałam się odwiedzić tyle miejsc, ile się da.
5. Uwielbiam koty i kiedyś chciałabym mieć własnego, niestety na razie nie mogę sobie na to pozwolić. Najlepiej żeby był rudy, jak ja. A jeśli już o zwierzętach mowa, to marzy mi się również kameleon.
6. Obchodzę dzisiaj imieniny :-)
7. Uwielbiam biegać, lubię być aktywna fizycznie, czasem porządnie się zmęczyć, wtedy czuję, że żyję.

Nie nominuję nikogo, bo ta zabawa okrążyła już chyba całą blogosferę. Jeśli jednak ktoś nie miał jeszcze okazji w niej uczestniczyć, niech czuje się zaproszony :-)

Pan Lodowego Ogrodu [tom 3]

Pan Lodowego Ogrodu [tom 3]

Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2012
Liczba stron: 507
“Pan z wami! Jako i Ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia”.

Mam nadzieję, że nie macie już dość „Pana Lodowego Ogrodu” na moim blogu? Bo właśnie zamierzam was pomęczyć recenzją trzeciego tomu. Tomu, który, podobnie jak pierwszy, zdobył mnóstwo nagród literackich, przede wszystkim tych z dziedziny fantastyki. I szczerze mówiąc wcale mnie to nie dziwi, ponieważ Grzędowicz jak najbardziej na te nagrody zasłużył. Nie wierzycie? Przeczytajcie.

Tak jak przy pisaniu recenzji drugiej części, tak i tutaj muszę wspomnieć, że trudno jest pisać o książce, a raczej o fabule, nie zdradzając nic z poprzedniej części. Sam wydawca tego nie robi, przytaczając na okładce jedynie podstawowe informacje, ogólny zarys wydarzeń. Ale co się naprawdę stało, czytelnik sam musi odkryć. I jeśli tylko sięgnie po pierwszy tom, jest ogromna szansa, że nie będzie chciał kończyć, aż nie dojdzie do ostatniego zdania części czwartej, ostatniej.

Midgaard to świat, gdzie kultura i rozwój zatrzymały się, jakbyśmy żyli wciąż w epoce średniowiecza. To planeta, gdzie Ziemianie postrzegani są jako istoty o rybich oczach, świat, gdzie rozpętała się wojna bogów, giną kolejni ludzie, a zimna, tajemnicza mgła przeraża wszystkich. Vuko Drakkainen wyrusza samotnie w swoją misję na Midgaard, gdzie musi odnaleźć ekspedycję naukowców, dowiedzieć się, co się z nimi stało, zabić albo sprowadzić z powrotem na Ziemię – jednym słowem oczyścić tamtejszy świat ze zła, które przywieźli ze sobą ludzie, jednocześnie nie ingerując w jego kulturę. Ale jak się okazuje, tamci niekoniecznie chcą wracać…

To, że jestem zafascynowana książkami Grzędowicza widać było już chyba przy pierwszym tomie. Przy drugim tylko się w tym utwierdziłam, kończąc trzeci byłam tak przygnębiona, że nie mam na półce tomu czwartego i że będę musiała poczekać na jego przeczytanie, jak nigdy. „Pan Lodowego Ogrodu” naprawdę wciąga, i to wciąga jak mało która książka. Uzależnia jak narkotyk. Do tego stopnia, że chcemy więcej, coraz więcej, i ciągle nam mało. Pewnie niektórzy z was pomyślą, że przesadzam, ale ta książka naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie, myślałam o niej non stop dzień i noc, byłam wściekła, że się tak szybko kończy, że tak szybko się ją czyta, przekłada stronę za stroną… Pociesza mnie jedynie fakt, że czwarty, ostatni tom to aż 880 stron – już się nie mogę doczekać, bo będzie co czytać… Jednocześnie to już ostatni tom, szkoda, wielka szkoda.

„Pan Lodowego Ogrodu” to jednak nie tylko historia Vuko. To również historia Filara, którą śledzimy z nie mniejszym zainteresowaniem. Obie te opowieści toczą się równolegle. Filar opowiada o swoim losie w taki sposób, że w ogóle nie ma się ochoty kończyć. Przygody Vuko natomiast to jeszcze lepsza historia. Podoba mi się w PLO to, że Grzędowicz postanowił rozdzielić narrację – jest tu ta pierwszoosobowa Drakkainena, z jego własnymi odczuciami, myślami, ale i trzecioosobowa, jakby narrator stał z boku i opowiadał, co widzi. Czyni to tę powieść dzięki temu jeszcze atrakcyjniejszą. Pewnie się zastanawiacie, czy w trzecim tomie w końcu losy Nocnego Wędrowca, czyli Drakkainena oraz Filara się połączą… Tego wam nie zdradzę, bowiem Ci, którzy się zdecydują na książkę, mogą mieć później za złe, że zdradziłam za dużo. Sami przeczytajcie.

I jeszcze taka mała uwaga odnośnie opinii i właśnie spoilerów. W sieci jest ich pełno. Nie czytajcie opinii innych osób, bo popsuje Wam to lekturę – uwierzcie. Pełno jest recenzji, które zdradzają, jak się kończy pierwszy tom, które wyłuskują wszystko jak na tacy – i właściwie po co wtedy jeszcze czytać książkę? Mało tego – te opinie w ogóle nie zaznaczają, że zawierają spoilery – a moim zdaniem to już jest przestępstwo. Jak ktoś chce, niech czyta opinie, ale powinno być wyraźnie zaznaczone, że czytamy na własną odpowiedzialność. Jak widzę nieoznaczoną recenzję z np. opisem zakończenia, to czasem aż mnie krew zalewa!

Pozostaje mi więc do przeczytania już tylko czwarty tom – ile będę musiała na to czekać, nie mam pojęcia. Nie mając pracy nie mam teraz pieniążków na żadne książki, a czekając na to, aż czwartą część zakupi biblioteka mogę jedynie marzyć, aby zrobiła to możliwie szybko. Albo modlić się o to, żeby w końcu znaleźć pracę i kupić całą serię. To ostatnie marzy mi się najbardziej.

Pan Lodowego Ogrodu:
Papierowa dziewczyna

Papierowa dziewczyna

Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo Albatros, 2011
Liczba stron: 416
Znacie Guillaume Musso? Nie znacie? To jak najszybciej trzeba go poznać! Do jego książek przekonywać mnie absolutnie nie trzeba, sięgam po nie w ciemno i jednocześnie wiem, że się nie rozczaruję. I od początku, odkąd przeczytałam pierwszą jego książkę, Musso stał się jednym z moich ulubionych autorów. Więc jeśli jeszcze go nie znacie – zachęcam.

Tom Boyd, pisarz młodego pokolenia odnosi niebywały sukces swoją pierwszą książką „Towarzystwo aniołów”. Powieść bardzo szybko pnie się po listach bestsellerów, sprzedawana jest jak świeże bułeczki, a Tom staje się szybko jednym z najpopularniejszych pisarzy amerykańskich. Wydawca podpisuje z nim więc umowę na kolejne dwie części popularnej powieści, a drugi tom również szybko pnie się po szczeblach popularności. Ale jak każda sława, w pewnym momencie to się kończy, bowiem pisarz, po opublikowaniu drugiej powieści i po rozstaniu z ukochaną popada w depresję. Pojawia się tym samym tak zwany syndrom czystej kartki. Tom przechodzi kryzys twórczy, nie potrafi napisać nawet jednej linijki jakiegokolwiek tekstu i coraz bardziej popada w długi, a przyjaciele nie potrafią mu pomóc. Pewnej burzowej nocy jednak budzi Toma hałas, a gdy idzie sprawdzić, co się dzieje, w swoim domu spotyka kobietę – jest naga, twierdzi, że nazywa się Billie, jak jedna z jego bohaterek, i że wysunęła się z kart jego powieści, z książki, która na wskutek błędu drukarskiego została zadrukowana tylko do połowy, a historia urywa się w środku zdania. Niby niemożliwe, jednak wszystko wskazuje na to, że dziewczyna mówi prawdę. Co więcej, Tom musi szybko wrócić do pisania, w innym wypadku Billie grozi śmierć.

Intrygująca fabuła, prawda? Ale Musso ma właśnie to do siebie, że potrafi wciągnąć czytelnika już samym zarysem fabuły. Za to przede wszystkim go lubię – za jego oryginalność w powieściach, za intrygujące historie i za magię. Tak, to również jest charakterystyczne w powieściach Guillaume – magia, która pojawia się w każdej niemalże jego powieści, ale wpleciona w ten sposób, jakby to było coś zupełnie naturalnego. W „Papierowej dziewczynie” nam tego nie zabraknie. I niby na okładce jest wzmianka, że to romantyczna komedia, to i z tym niekoniecznie muszę się zgodzić. Tak – jest tu miłość, zgadza się – połączy bohaterów, ale mam wrażenie, że tym razem to jednak inne uczucie tutaj jest znacznie ważniejsze – przyjaźń. To ona tutaj ma kluczowe znaczenie dla bohaterów, to na przyjaźni opierają się tutaj związki. To przyjaźń potrafi wyprowadzić człowieka z depresji, przyjaźń sprawia, że się uśmiechamy i zawsze mamy się do kogo zwrócić w razie problemów.

To chyba najbardziej lubię w powieściach autora, że niosą ze sobą zawsze jakieś przesłanie, chociaż nie zawsze Guillaume mówi o tym wprost, nie zawsze bezpośrednio daje nam to do zrozumienia. Zawsze jednak po jego książkach stawiamy sobie pytanie: a co, gdyby mi przydarzyło się coś podobnego. Musso nie da o sobie zapominać ot tak, od razu, po odłożeniu książki na półkę – o nie!

„Papierowa dziewczyna” jest lekką, ale jak najbardziej godną poznania historią. Powieścią, którą co prawda czyta się szybko, ale pozostaje jednak w pamięci. I która opowiada o nietuzinkowych, ciekawych bohaterach – niektórzy z nich wzbudzą w nas sympatię, niektórzy obojętność lub niechęć. Na pewno jednak nie raz wywołają uśmiech na naszych twarzach (bo to w końcu komedia romantyczna, jak mówi wydawca… mogłabym z tym polemizować), głównie Billie swoimi dialogami z Tomem. Na początku może przeszkadzać za duża ilość wykrzykników (sama nie wiem, czyja to zasługa, czy autora, czy tłumacza, czy korekty), kończąca zdania, potem jednak nie zwraca się na to uwagi. Bo książka wciąga, akcja w niej, niczym w filmie sensacyjnym, stopniowo przyspiesza, trzyma w napięciu, żeby w końcu zaskoczyć nas swoim niespodziewanym zakończeniem. I to kolejna charakterystyczna cecha w książkach Guillaume – zakończenie, które niekiedy wręcz szokuje, nigdy jednak nie jesteśmy w stanie go przewidzieć.

Gdzieś spotkałam się z porównaniem Musso do Sparksa – kolejny aspekt, z którym się absolutnie nie zgadzam. Musso ma inny styl, inne pomysły – moim zdaniem znacznie oryginalniejsze i ciekawsze. Szkoda tylko, że swoje powieści osadza z akcją w USA, a nie w swoim rodzimym kraju, czyli we Francji. Ale i tak pozostanie moim ulubionym. Jeśli macie ochotę na lekką, szybką lekturę, ale która pozostawi po sobie ślad, jest magiczna i wyjątkowa – sięgnijcie po powieść Musso. „Papierowa dziewczyna” nadaje się do tego idealnie, ale równie dobrze może to być każda inna powieść autora.
Top 10 - ulubione serie książkowe

Top 10 - ulubione serie książkowe


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Dzisiejszy temat - ulubione serie książkowe
A jest ich trochę - ciekawa jestem, czy choć w kilku procentach podzielacie moje zdanie?

Pan Lodowego Ogrodu
Jarosław Grzędowicz
Grzędowiczem jestem zafascynowana od niedawna, ale szczerze jestem mu oddana i całym sercem. Zakochałam się w tej historii, mogłabym ją czytać non stop, zawsze i skończywszy, zaczynać od nowa. Najlepsza fantastyka, jaką kiedykolwiek czytałam, ba! najlepsza książka ever.

Millennium 
Stieg Larsson
Kolejna trylogia, która wciągnęła mnie od początku do końca, nie pozwalając na jakiekolwiek dłuższe oderwanie się od lektury. Poza tym należy do literatury skandynawskiej, którą uwielbiam :-)

Seria o inspektorze Barbarottim
Håkan Nesser 
Autora uwielbiam, jest jednym z moich ulubionych, tak samo z jego bohaterem, Gunnarem Barbarottim. Seria składa się z czterech książek, została mi do przeczytania tylko jedna, mam nadzieję nadrobić to w tym roku. 

44 Scotland Street
Alexander McCall Smith
Historia w odcinkach, ukazująca się początkowo w szkockiej gazecie. Uroczy angielski klimat i nietuzinkowi bohaterowie - nie mogę się doczekać, kiedy wpadnie w moje ręce kolejna część.

Seria o major Kamieńskiej
Aleksandra Marinina
Znowu kryminalny cykl, ale bohaterka skradła moje serce, a kryminały to jeden z moich ulubionych gatunków.  

Outlander
Diana Gabaldon
Ach! Kocham tę serię oraz ich bohaterów. Uwielbiam klimat tej książki, Szkocję - wszystko.
Tryptyk prowincjonalny
Katarzyna Enerlich
Przeczytany w zeszłym roku, ale skradł moje serce do cna. Mam ogromny sentyment do tej książki i pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę. 

Cykl o Zosi Knyszewskiej
Hanna Cygler
Kolejny cykl, do którego mam duży sentyment, którego bohaterów pokochałam i w ogóle. Polecam!
Saga kryminalna
Camilla Läckberg
Uwielbiam kryminały, zwłaszcza skandynawskie, więc tego nie trzeba komentować :-)

Trylogia o Tatianie i Aleksandrze
Paullina Simons 
Cóż tu dużo mówić - jedna z moich najukochańszych, może dlatego, że czytałam ją na samym początku, gdy na dobre rozpoczęłam przygodę z czytaniem. Dawno, ale w moim sercu jest do dziś.


Oczywiście żadna z tych serii nie ma przypisanego konkretnego miejsca od 1 do 10 (może z wyjątkiem Pana Lodowego Ogrodu, który obecnie jest u mnie na mocnej jedynce) - nie potrafię ich uszeregować, bo każdą z nich lubię na równi... Tak samo jak z ulubionymi książkami - mam ich dużo i nie potrafię wybrać jednej.
Jak Wam się podoba moje Top 10? Pokrywa się choć trochę w Waszymi typami?

Pan Lodowego Ogrodu [tom 2]

Pan Lodowego Ogrodu [tom 2]

Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2012
Liczba stron: 638
Po zakończeniu pierwszego tomu "Pana Lodowego Ogrodu" byłam niemalże w szoku. Zastanawiałam się, do czego to wszystko doprowadzi, nie miałam najmniejszego pomysłu, jak Grzędowicz to wszystko rozegra i tym samym nie mogłam się doczekać kontynuacji. Na szczęście nie musiałam na to długo czekać.

Jak zawsze w przypadku kontynuacji jakiejś książki, trudno jest pisać o czym są pozostałe tomy, nie zdradzając nic i nie rzucać spoilerami odnośnie wcześniejszych wydarzeń. Tym samym postanowiłam w ogóle nie pisać o drugim tomie. Ogólny zarys fabuły znamy już z recenzji pierwszego tomu i na tym poprzestańmy. Uwierzcie – jeśli przeczytacie pierwszy tom, nie zdarzy się sytuacja, że nie sięgniecie po kontynuację – już samym zakończeniem Jarosław Grzędowicz nas do tego zmusza. A wtedy już przepada się na amen.

“Pan z wami! Jako i Ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia.”

“Mówią, że zimna mgła żyje. Inni uważają, że to oddech bogów albo brama zaświatów. Midgaard. Planeta, gdzie nas, ludzi, postrzega się jako istoty o rybich oczach. Gdzie trwa wojna bogów, a samozwańczy demiurgowie hodują okrucieństwo kwitnące w mroku zła. Gdzie więdną najnowsze ziemskie technologie, a człowiek stawić musi czoła swoim koszmarom. I zostaje zupełnie sam…”


Muszę przyznać, że powyższy opis z okładki doskonale oddaje zarys fabuły, tajemnicę i magię tej książki. Ja sama nie potrafiłabym opisać tego lepiej. Mówi, o czym jest "Pan Lodowego Ogrodu" jednocześnie nie zdradzając praktycznie nic. I tak powinno być.

Po raz kolejny dałam się wciągnąć w ten fantastyczny świat, wykreowany przez Grzędowicza. Świat tak realistyczny, jakby dotyczył mnie samej i jakbym u boku Vuko podróżowała po Midgaardzie. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z książką, która wciągnęłaby mnie do tego stopnia, o której myślałabym dzień i noc i zastanawiała się, skąd wykombinować pieniądze na wszystkie cztery tomy. Bo od początku pragnę całą tę historię mieć u siebie na półce. Po przeczytaniu pierwszego tomu pozostał mi ogromny niedosyt. Po drugim tomie ten niedosyt jest jeszcze większy, jakbym była na jakimś głodzie. Jednocześnie żałuję, że książki miałam z biblioteki, staram się je dawkować powoli, nie wszystkie naraz. Po drugiej części również muszę sobie zrobić przerwę na inną powieść, chociaż najchętniej od razu “pożarłabym” wszystkie cztery naraz. Bo historię Drakkainena chce się czytać, czytać i czytać i nigdy nie przestawać i najlepiej, gdyby nikt nas od lektury nie odrywał. Szkoda, że zostały mi już “tylko” dwa tomy – bo co ja potem zrobię?

Vuko Drakkainena uwielbiam jak mało którego bohatera. Uwielbiam jego humor, cięty język i sarkazm do tego stopnia, że parę razy przy tej książce wybuchłam śmiechem. Uwielbiam Jadrana, jego konia, oraz Nevermore, kruka, który przyplątał się nie wiadomo skąd, ale od czasu do czasu towarzyszy Vuko. Niesamowity bohater. Ale jest jeszcze coś, o czym nie wspominałam przy okazji pierwszej części. Bo nie tylko Nocny Wędrowiec jest tu bohaterem. Rozdziały w książce bowiem są przeplatane z równoległą historią Filara, syna Oszczepnika, dziedzicem Tygrysiego Tronu, następcą tronu cesarstwa Amitrajów i Kirenenów. Początkowo losy tego bohatera wydają się w ogóle niezwiązane z historią Vuko i trochę niezrozumiałe w pierwszym tomie. W drugim historia jest kontynuowana i w dalszym ciągu toczy się równolegle, nie łącząc nijak z Drakkainenem. Tym bardziej więc czytelnik jest ciekaw tego, jak to się wszystko dalej potoczy i połączy.

Zanim sięgnęłam w ogóle po "Pana Lodowego Ogrodu", były chwile, że zastanawiałam się, skąd w ogóle wziął się ten tytuł. Nie sądźcie, że po pierwszym tomie Wam się to rozjaśni. Nie ma tam mowy o żadnym Lodowym Ogrodzie. Ja byłam więc tylko jeszcze bardziej zaintrygowana. Wzmianka o Lodowym Ogrodzie pojawi się dopiero na kilku ostatnich stronach tego oto tomu. Co z tego wyniknie – zobaczymy, na razie jest tylko jedna wielka tajemnica i nic poza tym.

Nie wiem, jak Was przekonać do historii, którą stworzył Jarosław Grzędowicz. Cała ta recenzja powinna być zachętą, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie jest to książka dla wszystkich. Na pewno jest jednak obowiązkowa dla miłośników fantastyki. Bo to fantastyka w każdym znaczeniu tego słowa, ale fantastyka z naleciałościami science-fiction. Jeśli macie ochotę na ten eksperyment – nie ma na co czekać, tylko czytać. Ja jestem „Panem Lodowego Ogrodu” zafascynowana, ale to chyba widać już na pierwszy rzut oka. Chcę więcej!

Pan Lodowego Ogrodu:
Zamek z piasku, który runął

Zamek z piasku, który runął

Autor: Stieg Larsson
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Liczba stron: 784
Saga Millennium Stiega Larssona zrobiła niemałą furorę na całym świecie. Stała się światowym bestsellerem, spopularyzowała literaturę skandynawską, a ekranizacja pierwszej części znalazła się w pierwszej trójce najlepszych filmów 2012 roku. Są jeszcze osoby, które dziwi ten fenomen? Jeśli tak, to na 99% są to osoby, które jeszcze po powieści Larssona nie sięgnęły. Ja jestem właśnie świeżo po lekturze ostatniej, trzeciej z sagi Millennium książki i uważam, że cała trylogia jak najbardziej zasługuje na szum, który się wokół niej wytworzył.

„Zamek z piasku, który runął” jest bezpośrednio związany z drugim tomem i dalszym ciągiem wydarzeń. Wydarzeń, które doprowadziły do tego, że Lisbeth Salander została oskarżona o morderstwo trzech osób. Ścigana jest jednak nie tylko przez policję – zagraża jej śmiertelne niebezpieczeństwo, a Mikael Blomkvist, nie wierząc w winę Lisbeth, robi wszystko, aby dociec prawdy i pomóc przyjaciółce. Proste to nie będzie, bowiem w sprawę zamieszany jest rząd i służby bezpieczeństwa, a policja w tym wypadku niewiele może.

Trzeba przyznać, że Stieg Larsson wykonał kawał doskonałej roboty, pisząc swoją trylogię. Z jednej strony żałuję, że napisał tylko 3 tomy, z drugiej cieszę się, że zdążył napisać aż tyle i zapewnił nam genialną lekturę. Kolejny bowiem tom okazuje się jeszcze lepszym od swoich poprzedników – na mnie zrobił chyba największe wrażenie. Jednocześnie starałam się dawkować sobie tę cegłę z umiarem, żeby nie skończyć za szybko, ale na niewiele się to zdało – powieść wciągnęła mnie to tego stopnia, że praktycznie nie mogłam oderwać wzroku od tekstu i autentycznie śniła mi się po nocach. Nie da się tej książki nie połknąć praktycznie w całości.

I coś, co mnie zaskoczyło: w końcu prawdziwie polubiłam Mikaela Blomkvista! Nie wiem jednak, czy jest to zasługa Larssona, czy Davida Finchera, który w swojej ekranizacji obsadził w roli Mikaela Daniela Craiga, którego uwielbiam! „Dziewczynę z tatuażem” obejrzałam dopiero niedawno, bo w grudniu, jednak uważam, że to kolejny kawał dobrej roboty i odtwórca praktycznie każdej roli pasował mi tam jak mało kto, nie mówiąc już o Lisbeth i Mikaelu właśnie… No ale nie o filmie miało być, a o książce.

Nie da się tej książki przeczytać w spokojnym, wolnym tempie. Nie da się i już. Bo nie można się od niej oderwać, jak mało która powieść trzyma w napięciu, a że ja jestem fanką wszelakich kryminałów i thrillerów, a już zwłaszcza skandynawskich – sami widzicie, po prostu ją połknęłam. „Zamek z piasku, który runął” jest ściśle powiązany z drugim tomem i gdyby nie objętość, spokojnie można by te dwie powieści połączyć w całość. Już na samym początku wracamy do tego, co zostawiliśmy, kończąc „Dziewczynę, która igrała z ogniem”. Niektórzy zrażają się do Millennium, gdy spojrzą na grubość tomów – fakt, przeraża, jednak gdy zacznie się czytać… przepada się na amen. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych kryminałów, jakie czytałam przez całe swoje życie, a przeczytałam ich naprawdę niemało. I nie jest tak, że w książce jest tylko i wyłącznie jeden wątek Lisbeth Salander – nie, bowiem równie mocno zainteresowały mnie wydarzenia, związane z Eriką Berger, zaintrygowała praca wielkiej redakcji jednej z najpopularniejszych szwedzkich dzienników… oraz to, wokół czego kręci się cała ta książka, a mianowicie polityka i rządy. A jeśli autor jeszcze zna się na rzeczy i potrafi to ciekawie opisać, to nie pozostaje nic, tylko czytać.

Ktoś jeszcze nie jest przekonany? Wątpię. Ta książka, ba, cała seria zbiera praktycznie same pozytywne opinie i w pełni na to zasługuje… Jest tylko jedno ale… bo po przeczytaniu „Zamku z piasku…” pozostaje niedosyt i żal, że to już niestety koniec…

Saga Millennium:
Wyniki konkursu urodzinowego

Wyniki konkursu urodzinowego

Dzisiaj będzie krótko i zwięźle, nie będę przedłużać.
Napiszę tylko, że choć zgłoszeń nie było wiele, miałam znowu niemały problem z wyborem zwycięzcy - najlepsze chyba byłoby losowanie, bo jak mam wybrać osobę do nagrody, to najchętniej obdarowałabym wszystkich :-) Ale regulamin to regulamin.

Książkę Josepha Spillmanna "Tajemnica spowiedzi"

otrzymuje

Bahari

Gratuluję serdecznie!!!
I oczywiście proszę o podesłanie adresu do wysyłki na
trinity801@autograf.pl


A w związku z tym, że dzisiaj 8 stycznia, czyli moje urodziny (zgadnie ktoś, które?), częstujcie się wirtualnym, urodzinowo-zimowym tortem :-)

Oraz czekajcie na następny konkurs, postaram się, aby tym razem był łatwiejszy :-)


Kompozytor burz

Kompozytor burz

Autor: Andrés Pascual
Wydawnictwo Otwarte, 2011
Liczba stron: 386

Ocena: 6/10
Bardzo długo zbierałam się do tego, aby sięgnąć po tę książkę. Leżała na mojej półce ponad pół roku, zapomniana. Czasem przypominałam sobie o niej, jednak odkładałam jej przeczytanie na bliżej nieokreślony czas, bo przecież piętrzą się pozycje biblioteczne i egzemplarze recenzenckie. Ostatnio jednak postanowiłam nadrobić to, w końcu byłam to tej książce winna od dawna.

O czym opowiada „Kompozytor burz”?... O muzyce. A dokładniej o melodii, która istnieje od stworzenia świata, a nawet jeszcze wcześniej. Melodii, której poznanie gwarantuje władzę i bogactwo na całym świecie. Niewiele jednak osób zna tę melodię, a ci, którzy próbowali ją kiedykolwiek zapisać, nie do końca potrafili odtworzyć wszystkie jej oryginalne dźwięki. A tylko prawdziwa melodia potrafi zdziałać cuda.
Wiek XVII, Francja za panowania Ludwika XIV, znanego na całym świecie pod pseudonimem Króla Słońce. Również on zapragnął poznać tę melodię. Melodię, której korzenie i źródło sięgają praktycznie na sam koniec świata – na tajemniczą i dziką wyspę, na Madagaskar. Matthieu, siostrzeniec wielkiego francuskiego kompozytora, skrzypek z wielkim potencjałem, wyrusza więc na Madagaskar z rozkazu króla Ludwika, aby odnaleźć pierwotną melodię i zapisać jej partyturę. Nie będzie to jednak proste. Madagaskar to dzika, nieodkryta do końca wyspa, wrogo nastawiona do Francji oraz całej Europy. Ale i to nie wszystko, ponieważ nie tylko Matthieu oraz Król Słońce poszukują melodii – muzyk bowiem ścigany jest przez bezlitosnych morderców swojego brata, który przed śmiercią również próbował zapisać partyturę. Wyprawa jest więc pełna niebezpieczeństw i czających się dookoła wrogów.

Tak jak napisałam wcześniej, nie mogłam do końca się zebrać w sobie, aby zacząć tę książkę, a gdy w końcu ją zaczęłam, szło mi to bardzo opornie. Pierwsze 120 stron przeczytałam ze znikomym wręcz zainteresowaniem i zajęło mi to 3 dni. Nie wiem, co było tego powodem, może przedświąteczna grypa, na którą zapadłam, a może po prostu sięgnęłam po tę powieść w nieodpowiednim czasie. W święta zrobiłam sobie nawet przerwę od tej książki, sięgając po inną, by wrócić do niej tuż przed Sylwestrem. Przed końcem roku wzięłam ją znowu do ręki i stało się coś odwrotnego, niż wcześniej – wciągnęła mnie i nagle zainteresowała. I dobrnęłam bez problemu do końca.

Może i nie jest to powieść z tych, które zaintrygowały mnie swoją akcją, bo akcja tutaj nie pędzi – przynajmniej nie na początku. Potem jednak są liczne momenty, które naprawdę trzymają w napięciu i co się dzieje?... Od powieści Pascuala nie można się czasem oderwać. Pewnie gdybym sięgnęła po nią w innym momencie, nie zakatarzona i z opuchniętymi oczami, przeczytałabym tę książkę w 2 dni. Zwalam więc wszystko na chorobę – Wy nie zwracajcie na to uwagi. „Kompozytor burz” jest jak najbardziej wartościową książką, godną przeczytania, zatracenia się w XVII wieku w poszukiwaniu pradawnej melodii. Bo i sama jej fabuła już jest intrygująca. Spotkaliście się kiedyś z lekturą, której miejscem akcji i ważnym elementem byłby Madagaskar? Bo ja nie. A wyspa, jak i cała Afryka intryguje mnie od dawna.

W powieści Pascuala mamy Madagaskar w pełnej odsłonie. Ale ten dziki, nieodkryty, ze wszystkimi jego sekretami i tajemnicami. Z pięknymi krajobrazami, fantazyjną florą i fauną. Muszę przyznać, że autor naprawdę się postarał, opisując wyspę taką, jak mogła ona wyglądać kilka wieków temu. Poza tym nie mogę nie wspomnieć o okładce tej książki. Jest przepiękna i to głównie ze względu na nią kupiłam jakiś czas temu tę książkę. Ale nie tylko okładka i nie tylko tajemnicza afrykańska wyspa w tej lekturze zachwyca. Bo również morze i przeprawy morskie ze wszystkimi ich niebezpieczeństwami, afrykańscy niewolnicy, niemający nic do powiedzenia, traktowani w owych czasach jak zwierzęta… Nie zabraknie w niej również piratów. Okładka do tej książki jest więc dobrana idealnie, nie sądzicie? No i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o samej XVII-wiecznej Francji za panowania Króla Słońce, operach, koncertach, Wersalu… i Newtonie, który w powieści Pascuala również jest bohaterem. A Isaaka Newtona zna przecież każdy.

Nie zwracajcie uwagi na to, że tak ciężko mi się czytało tę książkę na początku. Jest ciekawą, intrygującą, czasem egzotyczną historią. Opowieścią raczej przygodową, chociaż nie zabraknie w niej wątku miłosnego, nie zabraknie morderstwa i elementów rodem z kryminału… I przede wszystkim jest doskonałym obrazem Księżycowej Wyspy – nie wiem, jak Madagaskar wygląda naprawdę, bo nigdy tam nie byłam, teraz jednak mam wielką ochotę na bliższe poznanie wyspy, kto wie, może kiedyś, w moich niekończących się planach podróżniczych los rzuci mnie również tam?
Pałac Północy

Pałac Północy

Autor: Carlos Ruiz Zafon
Wydawnictwo MUZA S.A., 2011
Liczba stron: 287

Ocena: 7/10
Do powieści Carlosa Ruiza Zafona nie trzeba mnie przekonywać. Doszłam już dawno do wniosku, że spodoba mi się każda jego książka, a po jego powieści mogę sięgać w ciemno, chociaż wiele mi do przeczytania już ich nie zostało. „Pałac Północy” był jedną z książek, które do niedawna jeszcze miałam przed sobą. Wiedziałam jednak, że na twórczości Zafona się nie zawiodę.

Tym razem autor przenosi nas do Kalkuty XX wieku. Początek opowieści sięga roku 1916, jednak właściwe wydarzenia dzieją się szesnaście lat później, w 1932 roku. Ben jest wychowankiem domu dziecka i kończy właśnie, podobnie jak grono jego kolegów z sierocińca, 16 lat. Wiek ten dla chłopca oznacza to, że w końcu będzie musiał opuścić dom, w którym mieszkał od urodzenia, i zacząć życie dorosłego człowieka. Będzie musiał również opuścić Pałac Północy – sekretne miejsce, w którym ok. północy spotykają się niektórzy wychowankowie sierocińca, należący do założonego przez grupę przyjaciół Bena stowarzyszenia Chowbar Society. Ben jednak ma przeszłość, o której nie wie. Pewnego dnia, tuż przed opuszczeniem domu dziecka, poznaje dziewczynę, Sheere… z którą łączy go więcej, niż chłopiec przypuszcza. Obojgu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, któremu będą musieli stawić czoła również pozostali członkowie Chowbar Society.

Od początku czuć magię tej książki, tak charakterystyczną dla Zafona. Obok jego książek po prostu nie potrafię przejść obojętnie. Zastanawiam się, co będzie, kiedy na swoim koncie czytelniczym będę miała już wszystkie jego książki – od tego momentu dzielą mnie jeszcze tylko dwie nieprzeczytane powieści. Zafon ma bardzo charakterystyczny styl, styl pełen tajemnic, magii, sekretów i zagadek. Styl, który pokochałam. Nie wiem więc, co zrobię, gdy przeczytam już wszystkie jego historie – po prostu nie mam pojęcia.

„Pałac Północy” należy do tych książek w dorobku autora, które powstały na samym początku, jako literatura młodzieżowa. Do serii tej wlicza się również „Książę Mgły” (który jeszcze przede mną) oraz „Światła września”. Jednak każda z tych książek ma innych bohaterów i tworzy odrębną historię. Nie są w żadnym wypadku ze sobą połączone. Jednak nieważne, czy Zafon pisze dla młodzieży, czy dla dorosłych czytelników, jego powieści są bez wątpienia dla każdego – i dla szesnastolatka, i dla siedemdziesięciolatka. To chyba najbardziej w nim lubię. Jego historie są ponadczasowe, niełatwo o nich zapomnieć i zawsze niosą ze sobą bardziej lub mniej głębsze wartości. Ale najważniejsza tutaj jest magia tych książek. Nie spotkałam się jeszcze z autorem, który pisałby w taki sposób i miał taką wyobraźnię jak Carlos Ruiz Zafon.

Miłośników Zafona nie muszę przekonywać do tego, aby sięgnęli po „Pałac Północy”, tak jak nie muszę przekonywać, aby przeczytali jakąkolwiek inną jego powieść. Uważam jednak, że jeśli ktoś nie zna twórczości tego autora, powinien to jak najszybciej nadrobić. Zafona po prostu nie można nie znać. A jest wielce prawdopodobne, że gdy przeczytacie choć jedną jego książkę, sięgniecie i po kolejne. Polubicie go na pewno albo i pokochacie, tak samo jak ja.
Zapowiedzi, wyzwania, przypomnienia

Zapowiedzi, wyzwania, przypomnienia

Styczeń 2013 obfituje w nadzwyczajną ilość premier i nowości wydawniczych, nie sądzicie? Aż sama się dziwię i tylko wpisuję na listę książki, które koniecznie są do przeczytania w tym roku. Ale dla Was dziś wybrałam te najbardziej przeze mnie pożądane, ciekawe, czy tak samo jak ja na nie czekacie?... :-)


Mistrz
Katarzyna Michalak

Najnowsza powieść Katarzyny Michalak, bestsellerowej autorki Poczekajki, Roku w Poziomce oraz Sklepiku z Niespodzianką. To pierwsza część „Serii z tulipanem”, otwierająca cykl: POLSKIE AUTORKI – ZMYSŁOWO I EROTYCZNIE.
„Mistrz” to sensacyjna powieść, pełna erotyzmu i namiętnych scen, nie przekraczających jednak granic dobrego smaku. Jest w niej wszystko, czego szukają miłośnicy gatunku: zbrodnia, tajemnica, intensywne relacje między bohaterami i bardzo gorąca atmosfera.

Kto wiatr sieje
Virginia C. Andrews

25 urodziny to bardzo ważny moment w życiu Barta. Zgodnie z wolą babki tego dnia stanie się on właścicielem rodzinnej posiadłości. Na jubileuszowe przyjęcie zjeżdża się cała rodzina. Pojawiają się Cathy i Chris, a także rodzeństwo Cindy i Jory z żoną Melodie. W posiadłości jest też dawno uznany za zmarłego wujek Joel. Spotkanie nie przynosi jednak nikomu nic dobrego. Dla rodziców Barta wizyta w Foxwort Hall wiąże się z traumatycznymi przeżyciami, jest wspomnieniem trzech lat, które jako dzieci spędzili uwięzieni na strychu rezydencji. Jory ulega poważnemu wypadkowi, który na zawsze zmieni jego życie, a cienie przeszłości próbują dosięgnąć następnego pokolenia...

Mroczna toń
Tricia Rayburn

Vanessa nie wie, jak przetrwać jako syrena. Kiedy wraca do nadmorskiego miasteczka na letnie wakacje, wszystko dookoła przypomina jej o byłym chłopaku, Simonie.
Wciąż go kocha i gotowa jest zrobić wszystko, aby naprawić dawne błędy. Czy powinna jednak pozwolić Simonowi zbliżyć się do siebie, skoro teraz może mu zadać tylko ból? Czy Simon odwzajemni jej uczucie, jeśli pozna straszliwą prawdę?
Vanessa musi podążać za swoją syrenią naturą, niezależnie od ofiar…

Drugi przekręt Natalii
Olga Rudnicka

Co nowego u sióstr Sucharskich?
Wyśmienity kryminał i pierwszorzędna komedia w jednym!
W mieszkaniu Janusza Zawady, dawnego wspólnika ojca sióstr Sucharskich, zostają znalezione pozbawione głowy zwłoki młodego mężczyzny, a sam starszy pan znika bez śladu. Czy to jego szczątki były w spalonym, porzuconym nad Wartą samochodzie? Pięciu Nataliom trudno w to uwierzyć. Dochodzenie prowadzone przez policję ujawnia, że Janusz Zawada nie był zwyczajnym starszym panem. W przeszłości współpracował z potężnym gangiem złodziei dzieł sztuki, a w skrytce bankowej miał brylanty warte miliony. Śledztwo trwa, giną kolejni świadkowie. Brylanty znikają, a na scenę wkraczają siostry Sucharskie...
 

W cudzym domu
Hanna Cygler

Lata osiemdziesiąte XIX wieku. Los rzuca Joachima Hallmana (von Eistetten), Luizę Sokołowską (Roisier) i Dmitrija Szuszkina do Warszawy. Każdy z nich chce tu rozpocząć nowe życie. Tymczasem Joachim na skutek donosu zostaje osadzony w Cytadeli. Grozi mu szubienica, a w najlepszym razie wywóz na Sybir, gdyż śledztwo prowadzi specjalny wysłannik carski, radca Szuszkin. Nienawidzi on wszystkiego co polskie. Do czasu...
Wartka akcja przenosi się z Paryża, Gdańska i Warszawy na daleką Syberię. Spiski, konspiracja, namiętności - wszystko to ukazane na bardzo dobrze udokumentowanym tle historycznym. Bohaterowie ze swoimi problemami z tożsamością nabierają współczesnego wymiaru, a ich fascynujące przeżycia i perypetie miłosne trzymają w napięciu.
W cudzym domu to doskonała kombinacja romansu z powieścią historyczną sensacyjną i obyczajową.
 

*****


Chociaż zwykle nie lubię brać udziału w wyzwaniach, czasami do nich dołączam, przykładem może być tu wyzwanie Daj się zaczarować Kasi Michalak oraz Czytamy książki historyczne. Teraz postanowiłam dołączyć do kolejnego, które ma już swoją historię, a w tym roku jest kontynuowane i pewnie większości z Was znane - wyzwanie Z półki. Ponieważ mam kilka książek (naliczyłam 10), za które jakoś ciężko mi jest się zabrać, będzie to doskonały pretekst do tego, aby w końcu po nie sięgnąć i nie odkładać ich w nieskończoność :-) Wybieram więc poziom 2, chociaż jest ich znacznie więcej, oto one:

Poziom 1 – liczba przeczytanych książek “z półki” – od 1 do 5
Poziom 2 – liczba przeczytanych książek “z półki” – 6-10
Poziom 3 – liczba przeczytanych książek “z półki” – 11-15
Poziom 4 – liczba przeczytanych książek “z półki” – 16-20
Poziom 5 – liczba przeczytanych książek “z półki” – 21-25
Poziom 6 – liczba przeczytanych książek “z półki” – 26-30
Poziom “Mistrz” – liczba przeczytanych książek “z półki” – powyżej 31 

Jeśli również chcecie dołączyć, zapraszam - link powyżej. A może już się zapisaliście? :-)

*****


Pragnę Wam również przypomnieć o wciąż trwającym miom konkursie, zgłaszać się można do 7 stycznia do 23.59. Konkurencja nie jest duża, więc tym bardziej zachęcam, bo książka jest naprawdę ciekawa :-) Klik na obrazek przeniesie Was do strony konkursowej - korzystajcie, bo warto!


Ciemniejsza strona Greya

Ciemniejsza strona Greya

Autor: E. L. James
Wydawnictwo Sonia Draga, 2012
Liczba stron: 632

Ocena: 4/10
I znowu zacznę tak samo: miałam w ogóle nie czytać tej drugiej części. Bo po co, skoro pierwsza część tylko mnie w sumie zmęczyła? „Ciemniejsza strona Greya” wpadła w moje ręce jednak znowu przypadkiem – tym razem nasze polskie tłumaczenie. Książkę więc postanowiłam przeczytać i przekonać się, czy jest gorsza, czy jednak autorka mnie czymś zaskoczy i drugi tom okaże się lepszy.

Co takiego jest w fenomenie Fifty Shades? A no chyba ta niepewność. Bo przecież tak dużo jest negatywnych recenzji, jak i pozytywnych. I chyba właśnie dlatego wszyscy te książki czytają, nawet jeśli twierdzą, że są do kitu. Ja również przeczytałam, mogę się więc wypowiedzieć na temat kolejnej części i powiem Wam więcej – jeśli w moje ręce już niedługo wpadnie ostatni, trzeci tom, również go przeczytam – z ciekawości. Chociaż nie mam pojęcia, co też autorka tam wymyśliła – bo wydaje mi się, że cały pomysł został już wyczerpany i teraz może być już tylko nudno i usypiająco… Ale zobaczymy.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” kończy się wiadomo jak – Ana w końcu decyduje się odejść od Christiana. Jednak nie na długo, bo nie mija pięć dni, a już są razem. Ale ich związek zaczyna się jakby zmieniać. Grey stara się bowiem zawzięcie walczyć ze swoimi demonami z przeszłości, stara się zmieniać swój punkt widzenia itp. Poza tym przyznaje się, że bez Any nie może żyć… Cóż, nadal fabuła jest trochę okrojona, ale jak w pierwszym tomie jej w ogóle nie było, tutaj jakby coś poruszyło się do przodu. Jest bowiem trochę więcej akcji, momenty, które mogłyby nawet potrzymać w napięciu, gdyby były trochę bardziej rozwinięte, a nie ucinane już na samym początku, zanim na dobre się zaczęły. Muszę jednak przyznać pani James małego plusa za to, byłby większy, ale nie będzie.

Christian? Christiana w końcu byłabym w stanie polubić, gdyby nie jego zaborczość i chęć zawładnięcia wszystkim, co dotyczy Any. Grey jednak niczym mi w tej części nie zawinił, inaczej Ana. Irytująca do granic możliwości. Głównie swoją wewnętrzną boginią albo podświadomością – rany boskie, skąd to się wzięło w wyobraźni autorki??? Nie mogę tego znieść. Co trzecią stronę wewnętrzna bogini pojawia się i tańczy albo wywija fikołki z różą w zębach, a ja nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, czy wyć do Księżyca… O święty Barnabo!...

No i w końcu wypadałoby powiedzieć parę słów o polskim tłumaczeniu Fifty Shades. Gwoli ścisłości tym co nie wiedzą, przypominam, że pierwszą część czytałam po angielsku, w oryginale. Teraz się wzięłam za polski przekład i… żałuję, że nie trafiłam jednak na anglojęzyczną wersję. Znacznie łatwiej i lepiej czyta mi się Greya w oryginale. Tak – łatwiej. Nie rzucają się bowiem tak bardzo powtórzenia, ciągle te same zwroty, opisy, dialogi… Jak po angielsku nie przeszkadza mi czytanie po raz n-ty tego, że Ana rozpada się na milion kawałków albo gdy przygryza wargę, tak w polskim tłumaczeniu mnie to strasznie irytuje. Chociaż i tak tych powtórzeń jest mniej niż w pierwszym tomie – ten bije rekordy. Ach, no i muszę się przyznać, że od pierwszej strony czekałam na słynne Any „o święty Barnabo”, a spotkałam się z tym w całej książce tylko raz, gdzieś w połowie – plus dla… hm, chyba dla tłumacza? Plus ten jednak przysłania wieeelki minus za… Szarego. Bez komentarza.

Generalnie „Ciemniejszą stronę Greya” uważam za lepszą… ciut, tylko troszeczkę, ale jednak. Pomijając tłumaczenie oczywiście. Czy przeczytacie - to już Wasza sprawa, może już czytaliście? Ja trzeci tom przeczytam dla samej zasady, bo nie chcę kończyć na drugim. Poza tym muszę przyznać, całkiem miło mi się tę książkę czytało… Więcej w niej akcji, więcej pobocznych wątków, więcej wanilii, a ciut mniej pikanterii… Ciekawe, co też autorka wymyśli więc w trzeciej, ostatniej części.
Jestem ogromnie ciekawa ekranizacji tej książki… Wy też?

Zobacz również:
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli