Podsumowanie grudnia 2013

Podsumowanie grudnia 2013


Ostatnio marzy mi się taka śnieżna zima - tęskni mi się za śniegiem :-)
Jak to na koniec miesiąca, czas na podsumowanie... A dziś, nie dość, że koniec grudnia, to jeszcze koniec roku... Trudno uwierzyć, że zleciał ten 2013 rok tak szybko, nawet nie wiadomo kiedy... I u mnie też za kilka dni, jeśli chodzi o wiek, pojawi się +1... Inna sprawa, że wcale się na swój wiek nie czuję :-)

A oto i podsumowanie miesiąca:

Książki przeczytane w grudniu: 8
Liczba przeczytanych stron: 3692
Średnia stron dziennie: 119
Liczba opublikowanych recenzji: 6
Egzemplarze recenzenckie: 1
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 2
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba sprezentowanych książek: 1

Tak przedstawia się grudzień... A cały rok? Cóż, udało mi się przeczytać ponad 100 książek, co i tak jest sporym sukcesem, w międzyczasie bowiem zaczęłam pracę, potem studia, a to wszystko pochłania bardzo duże ilości czasu... Mogłabym tu pobawić się w Top 10 najlepszych i najgorszych przeczytanych przeze mnie książek w tym roku, większość z Was takie zestawienia robi, ale... to chyba bez sensu. Nie żałuję bowiem żadnej przeczytanej lektury, mam kilka ulubionych, ale z tego zestawienia pewnie wyszłoby Top 50 raczej albo i więcej... :-) Bo ja się okropnie przywiązuję do książek i potem mam do nich ogromny sentyment.

Początek roku to zwykle czas postanowień, sama się nad nimi zastanawiałam (nie chodzi mi tylko o te książkowe, ale również inne, niezwiązane z czytaniem) i doszłam do wniosku, że... nie mam żadnych. Książki czytać będę nadal, więc to żadne postanowienie. W tym roku miałam w planach pracę (zrealizowałam), zacząć studia (też zrealizowałam), chudnąć nie muszę, bo mam idealną wagę (co też w tym roku dopiero przyszło)... Więc bez sensu jest też wymyślać coś na siłę :-)
Jedno muszę powiedzieć - jestem z 2013 roku zadowolona, i to bardzo. Chyba po raz pierwszy z życiu aż tak bardzo. I mam ogromną nadzieję na to, że ten nadchodzący, 2014, będzie pod tym względem podobny. I tego też Wam życzę na ten nowy rok! Aby był lepszy od tego, który właśnie się kończy :-)


O mężczyźnie

O mężczyźnie

Autor: Zbigniew Lew-Starowicz
Wyd. Czerwone i Czarne, 2012
Liczba stron: 232
Skoro powstała swego czasu książka o nas, kobietach, dziwnym byłoby, gdyby Zbigniew Lew-Starowicz, czołowy i wybitny terapeuta i seksuolog nie napisał również jej odpowiednika - o drugiej z płci. Tak właśnie powstała kontynuacja książki, recenzowanej przeze mnie parę dni temu, czyli „O kobiecie”.

Tym razem profesor rozbiera na czynniki pierwsze polskiego mężczyznę. I co tam znajduje? Niedojrzałość, strach przed kobietami i ich emancypacją oraz kłopoty z męskością. To książka, którą powinna przeczytać każda kobieta, której zależy na dobrych relacjach z partnerem. Profesor Zbigniew Lew Starowicz mówi Krystynie Romanowskiej o błędach, jakie nagminnie robią kobiety wobec swojego mężczyzny, jak on odbiera pewien typ „babskich” zachowań, co najbardziej ceni u kobiety, a co go drażni. I radzi, co zrobić, żeby nasz związek był szczęśliwy.*

Kobieta i mężczyzna to dwie, diametralnie różniące się istoty. Nie każdy jednak zawsze o tym pamięta, a może po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie oszukujmy się – inaczej myślimy, mówimy, zachowujemy się i jest to zupełnie naturalne. Nie każda kobieta jednak to wie, ta książka więc jest idealna dla każdej z nas – nawet tej, której wydaje się, że doskonale zna swojego mężczyznę i idealnie się z nim rozumie. „O mężczyźnie” pozwoli kobiecie trzeźwo spojrzeć na jej związek i na partnera, zrozumieć, dlaczego on jest taki, jaki jest i dlaczego nigdy nie będzie taki, jakim sama partnerka chciałaby go widzieć; dlaczego on nigdy się nie zmieni. Świat mężczyzny i kobiety jest zupełnie inny, nie oznacza to jednak, że to coś złego – w tym właśnie tkwi esencja kobiecości i męskości. Niektóre z tych tajemnic możemy zgłębić właśnie dzięki książkom profesora Lwa-Starowicza.

Dowiemy się zatem tego, co mężczyźni cenią u kobiet, a jakie ich zachowania ich irytują i których nie lubią. Zbigniew Lew-Starowicz powie nam, czy mężczyźni zdradzają i przede wszystkim dlaczego to robią… Wiele kobiet bowiem popełnia najprostsze błędy w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy, sądząc, że jeśli on mnie kocha, będzie kochał również nieumalowaną w brudnym dresie, że nie potrzebuje tyle uwagi co ona sama, bagatelizuje jego zdanie. Poradnik ten bez wątpienia otworzy oczy wielu kobietom i ja osobiście uważam, że każda z nas powinna go przeczytać – nie zdajemy sobie bowiem czasem sprawy z rzeczy, które dla mężczyzn są oczywiste – tylko dlatego, że myślimy inaczej i nie staramy się ich zrozumieć.

Uwielbiam profesora Starowicza również za jeszcze jedną rzecz – za to, że mimo iż sam jest mężczyzną, nie stawia swojej płci na piedestale, a wręcz przeciwnie – stara się nam wytłumaczyć, że zarówno On, jak i Ona posiada swoje zalety, a różnice między kobietą a mężczyzną to bynajmniej nic złego. Tak jest bowiem zbudowany świat i powinniśmy moim zdaniem starać się go zrozumieć. Przeczytałam niedawno w jednej z recenzji, wg mnie absolutnie trafnie, że tej książki nie wystarczy przeczytać, trzeba ją przede wszystkim zrozumieć i przeanalizować – i to prawda. Znaleźć złoty środek i wyznaczyć ścieżkę, którą od tej pory będziemy podążać. Nie można bowiem na mężczyznę i jego psychikę patrzeć tak, jak patrzylibyśmy na same siebie. Ja zrozumiałam to właśnie dzięki profesorowi i dzięki temu poradnikowi. I bardzo się cieszę, że trafił w moje ręce – uświadomił mi, jakie ja sama popełniałam do tej pory błędy, dziwiąc się jeszcze: „dlaczego on taki jest i dlaczego mnie nie rozumie?”… Jest inny, bo nie jest kobietą, jest facetem. Po prostu.

Najlepiej jest więc przeczytać obie te książki, zarówno „O kobiecie”, jak i „O mężczyźnie”, a potem je obie podsunąć partnerowi – na pewno związek na tym nie ucierpi, a wręcz przeciwnie – obie strony uświadomią sobie różnice ich dzielące i zawsze coś z tego wyniosą. A osoba autora tylko jeszcze bardziej podnosi ich wartość.

*cytat z okładki
O kobiecie

O kobiecie

Autor: Zbigniew Lew-Starowicz
Wyd. Czerwone i Czarne, 2011
Liczba stron: 222
Kobieta i mężczyzna różnią się od siebie jak ogień i woda. Nie bez powodu tak sławne jest powiedzenie, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Nasza psychika jest różna, trudno jest czasem nam, kobietom, zrozumieć mężczyzn i na odwrót. Różnimy się postrzeganiem świata i rzeczywistości wokół nas, myśleniem, a nawet formułowaniem wypowiedzi. I prawdopodobnie właśnie te różnice są przyczyną większości kryzysów w związkach, ich rozpadów, rozwodów…

Zbigniew Lew-Starowicz jest jednak znany nam wszystkim – wieloletni profesor i wykładowca, doświadczony seksuolog, terapeuta i psychiatra. Ja sama cenię go od bardzo dawna, głównie za jego mądrość i doświadczenie, ale także za takt i umiejętność mówienia w taki sposób, który sprawia, że chce się słuchać i przede wszystkim, w sposób, który skłania do refleksji.

„O kobiecie” jest próbą odpowiedzi na pytanie, które zadawane jest od dawna – jakie są w dzisiejszych czasach kobiety? Na to, wbrew pozorom niełatwe pytanie, postara się odpowiedzieć właśnie Zbigniew Lew-Starowicz – czyli osoba, która w tym temacie ma wiele do powiedzenia, ale co najważniejsze i czego możemy być stuprocentowo pewni, osoba, która będzie mówić mądrze i konkretnie.

Dowiemy się więc, jakie są współczesne Polki. Jak się zmieniły na przestrzeni tych kilkudziesięciu ostatnich lat, co dla nich jest najważniejsze… Czego oczekują od mężczyzn? A może w ogóle ich już nie potrzebują?... Profesor, wbrew pozorom i wbrew tytułowi samej książki nie będzie mówił jednak tylko o kobietach – jest to książka również o mężczyznach, o związkach, miłości i zdradzie, seksie, jak i macierzyństwie i znaczeniu, jakie ma ono w dzisiejszych czasach dla kobiety i mężczyzny, o zaborczych teściowych, rzucających na prawo i lewo radami przyjaciółkach, czy w końcu o dzieciach. Tym samym „O kobiecie” jest książką zarówno o kobietach dla kobiet, ale nie tylko, bo również dla… mężczyzn. A nawet można powiedzieć, że głównie dla nich. Która z nas bowiem choć raz w życiu, będąc w związku z mężczyzną, nie pomyślała, nie powiedziała albo nie poskarżyła się przyjaciółce: „On mnie nie rozumie!”… Brzmi znajomo? Myślę, że tak.

W związku z tym… Każda kobieta powinna tę książkę przeczytać, żeby zrozumieć siebie. A potem podsunąć swojemu partnerowi, żeby dowiedział się, czego ona od niego oczekuje*. Czy jest to poradnik? Może w jakimś stopniu tak, jednak… przede wszystkim jest to przewodnik, który pozwoli nam niejako zrozumieć same siebie, da wskazówki (nie rady!), którą drogę wybrać, na pewno skłoni do refleksji. Nie tylko nas, kobiety. Myślę, że podsunięcie go naszym mężczyznom może sprawić wiele dobrego, na pewno jednak nie wyrządzi im krzywdy. Bo o ile wiele prawd i faktów w nim zawartych dla nas, płci pięknej będzie oczywiste i na porządku dziennym, dla facetów może być nie lada niespodzianką i odkryciem na miarę Nobla.

A czyta się ją… piorunem. Mimo że to forma wywiadu, Zbigniew Lew-Starowicz zawsze odpowiada w sposób konkretny, mądry i naprawdę miło się go słucha (czyta). Nie epatuje wiedzą, ale o prostu mówi o tym, na czym dobrze się zna – na różnicach między oboma płciami, różnicach w budowie naszego mózgu, a tym samym psychice, na seksualności. Z pytaniami pani Barbary Kasprzyckiej, czasem dość dociekliwymi, profesor Starowicz radzi sobie doskonale. A pytania te są naprawdę różne – bez wątpienia poznamy odpowiedzi również na te, które większość z nas w ogóle boi się czasem zadawać, także te najintymniejsze.

„O kobiecie” przeczytałam w jeden wieczór. Dlatego, że czyta się szybko, czyta się przyjemnie, książka jest krótka… ale głównie chyba dlatego, że ogromnie mnie wciągnęła… Bo naprawdę trudno się od niej oderwać, dopóki się nie skończy. Warto po nią sięgnąć – może nie jest to kompendium wiedzy o naszej płci, pomoże nam jednak zrozumieć pewne rzeczy. A na pewno w pewnym stopniu pomoże mężczyznom zrozumieć nas, kobiety.

* cytat z okładki
Villette

Villette

Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo Mg, 2013
Liczba stron: 686
Po lekturze książki Eryka Ostrowskiego „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” trudno jest poprzestać na samej biografii autorki, a nawet, gdy ma się już za sobą część jej książek, nie można po prostu nie sięgnąć po kolejne… Czytając biografię słynnej Charlotte, jej ostatnią, ale uważaną za największą, powieść pt. „Villette” miałam jeszcze przed sobą. Nie mogłam jednak jej nie przeczytać – książki, która jest uważana za jedną z tych najwybitniejszych i zawierającą najwięcej wątków autobiograficznych.

Lucy Snowe poznajemy w chwili, gdy mieszka ona w domu swojej chrzestnej matki. Pani Bretton wychowuje również swojego syna, Grahama Brettona. Jest to jedyna rodzina Lucy. Pewnego dnia do domu Brettonów trafia również mała Polly, której ojciec oddaje ją pod opiekę, chce bowiem ułożyć sobie życie tak, aby pewnego dnia zabrać swoją córeczkę, móc jej dać dach nad głową i zapewnić właściwą opiekę. Polly, ogromnie tęskniąca za ojcem, bardzo zżywa się z młodym Grahamem, wkrótce jednak ojciec niespodziewanie wraca z podróży, aby zabrać córkę i zacząć z nią nowe życie w innym kraju. Lucy również, świadoma tego, że nie może całe życie liczyć na wikt i opierunek swojej chrzestnej matki, postanawia znaleźć pracę, aby móc się usamodzielnić i zarabiać na siebie. Znajduje ją u pani Marchmont – jako opiekunka i osoba do dotrzymywania towarzystwa. Wkrótce jednak staruszka umiera, a Lucy postanawia postawić wszystko na jedną kartę – wsiada na statek i wyrusza do nieznanego kraju, aby tam znaleźć zatrudnienie i mieszkanie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafia do Villette na pensję Madame Beck i zostaje guwernantką jej córek, potem jednak, gdy w szkole zaczyna brakować nauczyciela angielskiego, Madame proponuje tę posadę Lucy. Dziewczyna spodziewa się spokojnego i dość monotonnego, samotnego życia jako nauczycielka – czyli takiego, o jakim marzy i jakiego się spodziewa. Los jednak postanowi inaczej – postawi na jej drodze ludzi, którzy odegrają w jej życiu dość znaczącą rolę. Okaże się również, że dziwnym trafem, w nieznanym mieście i odległym od ojczystej Anglii kraju Lucy znajdzie przeszłość, od której odeszła szukając własnej drogi, i że ktoś bez przerwy ją obserwuje…

Narratorką powieści jest sama główna bohaterka – to ona opowiada nam o toczących się wydarzeniach, jednocześnie często prowadząc rozmowy sama ze sobą – możemy więc Lucy poznać tak dobrze, jakbyśmy sami byli w jej skórze. Widzimy wszystko jej oczami, czujemy jak ona, oceniamy tak jak ona spotykanych ludzi. Bohaterka często prowadzi bowiem ze sobą wewnętrzną walkę, o której nie mówi się innym, toczy się ją zazwyczaj we własnej głowie i sercu. A takich sytuacji, budzących wątpliwości, będzie w życiu dziewczyny cała masa. Lucy, spodziewająca się spokojnego i wręcz nudnego życia guwernantki, otrzyma od życia o wiele więcej, łącznie z ludźmi, którzy będą dla niej znaczyli bardzo wiele, włączając w to chrzestną matkę oraz Johna Grahama, dawną małą Polly… ale również, a może przede wszystkim Monsieur Paula Emanuela, nauczyciela literatury w szkole pani Beck.

„Villette” to ostatnia powieść Charlotte Brontë, jednocześnie uważana za tę najbardziej intrygującą, najbardziej autobiograficzną z powieści, a sama jej autorka uważana jest niejako za prekursora nowego gatunku literackiego, nieznanego jeszcze w tamtych czasach, powieści psychologicznej, objawiającej się głównie w wewnętrznym monologu głównego bohatera, pełnym emocji, ale wyważonym zdrowym rozsądkiem. Taka jest właśnie Lucy – umie poskromić swoje emocje, potrafi zachować spokój, mimo że wewnątrz czuje coś zupełnie innego. Lucy nie brak jednak również dość specyficznego, cynicznego humoru – nie boi się powiedzieć o tym, co myśli, robi to jednak w taki sposób, który nie budzi oburzenia, a raczej wzbudza szacunek i podziw.

„Villette” jest jednocześnie książką, która zawiera najwięcej elementów z życia samej autorki. Choć inne nazwy miejsc i bohaterów, to jednak wiele z tej powieści można by przełożyć na autentyczne wydarzenia, które miały miejsce w jej życiu. Bo Villette to nic innego jak Belgia, do której trafiła Charlotte, szukając swojej ścieżki w życiu, a w osobie Monsieur Emanuela nie można się dopatrywać nikogo innego, ale tylko i wyłącznie Constantina Hegera, nauczyciela Charlotte i jej wieloletniej miłości. Całe życie autorki przypomina jej powieści, Nie tylko tę, ale również pozostałe, w mniejszym lub większym stopniu. Ja nawet jej powieści uznałabym tylko za wstęp do całej jej biografii, moim zdaniem o wiele ciekawszej i wzbudzającej o wiele więcej emocji, niż same jej bohaterki. Bowiem tą największą, najbardziej intrygującą i tajemniczą ze wszystkich, wykreowanych przez nią bohaterek – jest ona sama, Charlotte.

Nie wspomnę już o tym, że po prostu w pewnym momencie, czytając tę książkę, doszłam do wniosku, że będzie mi bardzo ciężko rozstawać się z nią. Nie dość, że uwielbiam powieści Brontë, ich niepowtarzalny klimat, to „Villette” wzbudziła we mnie chyba o wiele więcej emocji, niż pozostałe, które miałam okazję czytać, jej bohaterowie tak głęboko siedzą w potem w świadomości czytelnika, że długo po zakończeniu książki pozostają w pamięci. Takich książek się po prostu nie zapomina. I chyba na początek poleciłabym czytelnikom właśnie książkę Eryka Ostrowskiego, która jest nie mniej niesamowita od samych dzieł Brontë. Po prostu mistrzostwo, któremu trudno dorównać.

Za cudowną podróż do Villette razem z Lucy dziękuję serdecznie Wydawnictwu Mg
http://www.wydawnictwomg.pl/

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt

Każdy z nas ma na tyle dużą dłoń,
że może z niej uczynić Betlejem
Każdy z nas ma na tyle ciepłe serce,
że może przyjąć nowo narodzoną miłość...
do tego wystarczy tylko wiara, nadzieja,
a miłość przyjdzie sama... 
Radosnych Świąt!
 
 
 Z okazji tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkim, czytelnikom mojego bloga oraz wszystkim molom książkowym zdrowych i szczęśliwych Świąt, pełnych miłości i radości. Życzę również dużej porcji ciekawych książek oraz przede wszystkim dużo czasu do czytania, którego w te dni nie powinno brakować nikomu :-)

Ja sama na Święta się pochorowałam i przeziębiłam, ostatnio miałam też dość sporo na głowie (studia, prezenty, zakupy itp.), nie miejcie mi więc za złe tego zastoju na blogu. Poprawię się, bo do 6 stycznia będę miała dużo czasu, zarówno na naukę, jak i na czytanie i pisanie :-)

Wesołych Świąt dla wszystkich!!!

Nawiedzony dom

Nawiedzony dom

Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo J. Olesiejuk, 2013
Licza stron: 302
Joanny Chmielewskiej chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Nie przesadzę, kiedy napiszę, że zna jej imię i nazwisko każdy. Tak się również niestety złożyło, że niedawno kraj obiegła bardzo smutna wiadomość o jej śmierci. Sama byłam w dość dużym szoku, gdy dowiedziałam się o tym - Joannę Chmielewską poznałam i polubiłam dzięki mojej Siostrze, która była, jest i będzie jej wielką miłośniczką. I to właśnie od niej pożyczyłam "Nawiedzony dom" - jakiś czas temu zaczytywałam się w tych starszych powieściach autorki, które uwielbiam, pomyślałam więc, że fajnie będzie, jeśli wrócę choć na chwilę do jej powieści, poczuję znowu ten klimat i humor...

Rodzina Chabrowiczów dziwnym zbiegiem okoliczności i zupełnie niespodziewanie pewnego dnia dowiaduje się, że odziedziczyła spadek po krewnym z Argentyny: duży dom i majątek, który w większości i tak pójdzie na remont nieruchomości. Dom jest bowiem stary i trzeba powymieniać w nim prawie wszystko. Rodzina jednak szybko decyduje się na przeprowadzkę, okazuje się jednak, że miejsce skrywa przed nowymi mieszkańcami wiele tajemnic. Łącznie ze wścibską sąsiadką, która, zdaniem Janeczki i Pawełka, dzieci państwa Chabrowiczów, przechwytuje od listonosza całą pocztę i nie przekazuje im zaadresowanych do nich paczek. Ale i to nie wszystko - wyobraźnia dzieci bowiem nie ma żadnych granic, ale i pozwoli ona na rozwiązanie bardzo ważnej zagadki.

Szczerze powiedziawszy, podeszłam do tej książki z lekkim lękiem, że okaże się nie tym, co czytałam jakiś już czas temu, ale jedną z tych nudniejszych książek autorki. Sama nie wiem, czemu takie przeświadczenie, pewnie dlatego, że ostatnio napisane przez Chmielewską powieści to już nie to samo, co na początku jej twórczości. Szczerze się jednak zdziwiłam, gdy książka zaczęła mnie strona po stronie wciągać i zauważyłam, co mnie ucieszyło, ślady dawnego humoru autorki. Zdecydowanie jest to jedna z tych powieści Chmielewskiej, która jest w stanie nas rozweselić, a czasem nawet mocno rozśmieszyć, na pewno jednak dość poważnie wciągnąć. I nieważne, że jej głównymi bohaterami jest rodzeństwo, dwójka dzieci około jedenastoletnich, co niejako może ją czynić książką bardziej dla młodzieży, aniżeli dla dorosłych. Uwierzcie, dorosłych ubawi pewnie nawet znacznie bardziej, niż młodsze pokolenie.

Cieszę się, że wciąż nie przeczytałam wszystkich powieści autorki, że moja Siostra wciąż ma na półce książki, które są mi jeszcze nieznane. Od czasu do czasu bowiem naprawdę miło jest wrócić do takiej lekkiej literatury, która ma na celu głównie oderwanie od rzeczywistości i po prostu odpoczynek i relaks. Idealna książka na ponurą, jesienną pogodę, deszczową i zimną. Więcej takich książek powinno się czytać w taką aurę, książek, które rozweselą, które sprawiają, że choćby nie wiem, co się działo, pojawia się na naszej twarzy uśmiech. Polecam, szczególnie teraz, gdy za oknem szybko robi się ciemno, chmurno i deszczowo. Z Chmielewską choć na chwilę można szybko zapomnieć o jesiennej chandrze.
Co przyniesie nam początek nowego roku?...

Co przyniesie nam początek nowego roku?...

Tak, tak, wiem, że to dopiero połowa grudnia, a do końca roku zostało jeszcze sporo czasu... Ale ja lubię czasem spojrzeć, co będzie, co kupić, co przeczytać... Nie każdy lubi nowości i zmiany, ja jednak je lubię. I tak samo jest z książkami - coraz częściej przeglądam zapowiedzi i planuję. Bo lubię też planować (inna sprawa, że później z tych planów i tak wychodzi coś zupełnie innego).

Dzisiaj trzy książki, które swoją premierę będą miały już w przyszłym roku, ale za to na samym jego początku, bo w styczniu. Dlaczego akurat te trzy chcę Wam pokazać? Łączy je to, że wszystkie trzy autorki należą do grona moich ulubionych. I to tych BARDZO ulubionych. Ale największą niespodziankę i tak sprawiła mi Kasia Enerlich powrotem do swojej "Prowincji"... Jednak każdej z tych książek nie mogę się wręcz doczekać... 

Czy Wy również na coś czekacie?... Podzielcie się - może znajdzie się również coś dla mnie i dopiszę jeszcze jakąś książkę do już i tak niekończącej się listy 'must have'...


Katarzyna Enerlich
Prowincja pełna czarów

Mówisz czasem, że w Twoim życiu nie dzieje się nic szczególnego? Mylisz się. Życie przepełnione jest codziennymi czarami - magią codzienności.
Przekona się o tym bohaterka Prowincji pełnej czarów. Bez dalekich podróży, wyjazdów i wielkich wydarzeń jej życie dostarczy wielu niespodzianek. Bo ciekawe historie drzemią nieodkryte tuż za miedzą.
Na tle mazurskiego krajobrazu rozgrywają się dalsze losy Ludmiły, jej córeczki Zosi i pozostałych członków ich patchworkowej rodziny. We wsi pod Mrągowem pojawia się tajemnicza kobieta. Sąsiedzi zaczynają szeptać o tajemnicach z przeszłości. Ludmiła natomiast dostrzega, że kobieta za każdym razem wygląda inaczej, jakby jej wygląd zmieniał się w zależności od sytuacji.
W opowiadaną przez Autorkę opowieść wplatają się historie dwóch kobiet-legend z historii Prus wschodnich. Obie nosiły imię Barbara; jedna była dzieciobójczynią, druga oszalała po porzuceniu jej przez kochanka.
Czy obie Barbary mają coś wspólnego z tajemniczą kobietą spod Mrągowa?
Ludmiła pracuje nad kolejną powieścią, ale wplątuje się w pewną tajemniczą historię. Pytanie tylko czy to wplątanie jest całkiem przypadkowe. Wszystko wydaje się wskazywać, że nie, jakby historia zaplatała się zgodnie z ułożonym wcześniej planem. Jakby ktoś pochylał się nad Prowincją i szeptał swoje czary…

 Katarzyna Michalak
Zmyślona

Trzecia już po Poczekajce i Zachcianku opowieść o młodej pani weterynarz Patrycji, o mężczyznach próbujących zdobyć jej serce, o niezawodnych przyjaciołach i bezwzględnych wrogach, o zwierzętach małych i dużych, okraszona humorem, magią, miłością i wzruszeniami (z nieodłącznym dodatkiem marzeń i łez). Mała, cicha leśniczówka w Zmyślonej, zamieszkiwana do tej pory przez Patryka i Pepsi-psa, ma niespodziewanych gości: to dzieci jego przybranej siostry Hanki, przechodzącej małżeński kryzys, oraz ich opiekunka, prześliczna Dominika. Tymczasem na Poczekajkę i jej mieszkańców, Patrycję i Łukasza, cieszących się szczęściem rodzinnym, wymarzonym domkiem i dwójką cudownych dzieci, spada straszny cios. W jednej chwili tracą to, co stanowiło sedno ich życia. Jak podnieść się po tragedii? Pomoże im w tym Patryk. To on przegarnie ich córkę, on potrząśnie załamanym Łukaszem, on stanie na drodze Gabrielowi, który nadal nie pogodził się z utratą swojej wielkiej miłości. I na dodatek młody leśniczy sam zakocha się z wzajemnością...

 Hanna Cygler
Grecka mozaika

Korfu, lato 2010 roku. Spokój Jannisa Kassalisa mąci pojawienie się tajemniczej, młodej Polki. Dziewczyna ma podstawy podejrzewać, że jest jego córką… Choć obojgu trudno odnaleźć się w nowej sytuacji, po przełamaniu początkowej nieufności nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Jannis stopniowo wyjawia Ninie swą przeszłość i kolejne rodzinne tajemnice. Co wyniknie z tego niezwykłego spotkania? Przeznaczenie bywa przewrotne i wiedzą o tym zwłaszcza Grecy…
Hanna Cygler zaprasza czytelnika na kolejną pasjonującą przygodę, podczas której na przestrzeni lat przemierzy Grecję i Bieszczady, Kraków, Gdańsk, Londyn i Nowy Jork. Przygodę, w której wątki historyczne splecione będą z miłosnymi i sensacyjnymi, a z bohaterami jak zwykle trudno się będzie rozstać.

Warsztat książek zakazanych

Warsztat książek zakazanych

Autor: Eduardo Roca
Wydawnictwo Albatros, 2013
Liczba stron: 624
Ach, jaki ja mam sentyment do książek, których akcja dzieje się w średniowieczu!... Nie potrafię przejść obok takiej książki obojętnie, po prostu nie potrafię... I "Warsztat książek zakazanych" do takich właśnie powieści należy - nie było wątpliwości, że mi się spodoba, głównie właśnie ze względu na czas, w jakim się toczy akcja.

Niemcy, Kolonia w pierwszej połowie piętnastego wieku. Kościół stoi na straży niemalże wszystkiego, łącznie z upowszechnianiem wiedzy i kontrolą wszystkich skryptoriów, gdzie przepisywane są księgi, nic bowiem nie może się wymknąć poza cenzurę. Kilku profesorów Uniwersytetu Kolońskiego spotyka się więc potajemnie, aby przeciwstawiać się hierarchii kościelnej i czynić powszechnym dostęp do wiedzy i książek, również tych zakazanych. Często ryzykują życie, jednak ich misja jest dla nich najważniejsza. Starają się ułatwić zwykłym ludziom dostęp do książek, które do tej pory dostępne były tylko dla możnych. Ci jednak oraz Kościół widzą w tym jedynie drogę, która zaprowadzi ich do utraty władzy i bogactwa. 
Lorentz Block, złotnik, samotnie wychowujący córkę, zafascynowany książkami i pismem, potajemnie konstruuje prasę drukarską. Nikolas Fisher, właściciel pierwszego świeckiego skryptorium, bogaty i wykształcony, wszelkimi sposobami dąży do tego, aby wyeliminować konkurencję, zagrażającą jego zakładowi. Lorentz nie jest więc świadomy tego, że jego wynalazek może okazać się zgubą i może zapłacić za niego naprawdę wysoką cenę...

"Warsztat książek zakazanych" ma jednak nie tylko tych dwóch bohaterów, ale i innych, nie mniej ważnych, m. in. Erikę, córkę Lorentza, wychowującą się bez matki, która zginęła lata temu w pożarze domu; Alonsa, syna Nikolasa, pracującego w skryptorium i nadzorującego pracę innych kopistów; Olgę, piękną niewolnicę i kochankę Nikolasa, którą sam Nikolas dawno temu prosto z ulicy wziął pod swoje skrzydła, zapewnił dom i wszystko, co obecnie dziewczyna posiada... Są to również losy Yago, kupca, Johanna, księgarza, jak i kilku innych, nie mniej ciekawych bohaterów. Nie brak też tych czarnych charakterów. I chyba to właśnie czyni tę książkę wyjątkową - wielowątkowość, którą można tu znaleźć. Jednak "Warsztat książek zakazanych" to nie tylko dzieje każdego bohatera z osobna - bo chociaż na pierwszy rzut oka każdy jest inny - ich życie splata się w pewnym momencie razem. Co ich do tego zmusza? Czas, w którym żyją, wspólne miasto i sytuacja, jaka panuje w tym czasie; Kościół, który ma władzę nad wszystkim, który narzuca cenzurę i prawa, a za ich złamanie wyznacza ciężkie kary; który ogranicza zwykłym ludziom drogę do wiedzy i nauki, widząc w tym przede wszystkim zagrożenie i utratę władzy. A władzę ma ogromną. W powieści Eduardo to widać - autor realia tamtej epoki oddał moim zdaniem doskonale. Stworzył też niepowtarzalny, średniowieczny klimat, jaki mógł istnieć tylko i wyłącznie wtedy - cóż, uwielbiam średniowiecze i wszystko, co z nim związane...

A poza tym... to jest po prostu książka o książkach - a obok takiej powieści, która traktuje o rzeczach dla mnie najcenniejszych, nie mogę przejść obojętnie. I pewnie podobnie zachowa się każdy czytelnik, który choć w połowie podziela moje zdanie. Podeszłam do tej książki jak zwykle dość sceptycznie (chociaż wiedziałam, że mi się spodoba od samego początku) i jak zwykle w takim przypadku po prostu bardzo mile mnie zaskoczyła. A powieści z takim klimatem (a może wypadałoby napisać: autorów, którzy potrafią taki klimat stworzyć, żyjąc przecież w zupełnie innych czasach) jest naprawdę niewiele. Eduardo Roca to potrafi i trzeba go za to pochwalić.

Ja myślę, że nie trzeba wiele, aby zachęcić do tej powieści. Jej objętość, dość spora, to dodatkowo tylko i wyłącznie zaleta - bo z pewnością pochłonie do tego stopnia, że trudno będzie zauważyć, że książka zbliża się ku końcowi. Czyta się ją szybko, bo jest ciekawa, a którego czytelnika nie zaciekawi wynalezienie pierwszej prasy drukarskiej i druku? Nawet, jeśli większość to i tak fikcja literacka... Warto  - bezsprzecznie i bez dwóch zdań.
Dynastia Tudorów. Bądź wola twoja

Dynastia Tudorów. Bądź wola twoja

Autor: Elizabeth Massie, M. Hirst
Wyd. Mira/Harlequin, 2013
Liczba stron: 336
Całkiem nie tak dawno temu miałam przyjemność czytać książkę, napisaną na podstawie pierwszego i drugiego sezonu serialu, o którym słyszał pewnie niejeden z was. Mowa o "The Tudors" czy po polsku "Dynastii Tudorów". Serial ten znany jest również mnie, niestety tylko z nazwy. A raczej znany był tak do niedawna, dopóki nie sięgnęłam po pierwszą część owej serii.

"Dynastia Tudorów. Bądź wola twoja" to trzecia, ostatnia część cyklu, napisana na podstawie trzeciego sezonu serialu telewizyjnego. Większość czytelników, interesująca się historią Henryka VIII wie, jak zakończyły się losy Anny Boleyn, drugiej jego żony. "Bądź wola twoja" to dalsza część - Henryk po ścięciu Anny bierze sobie za żonę Jane Seymour, która w końcu daje mu upragnionego syna. Jednak tuż po porodzie Jane umiera, a król pogrąża się w rozpaczy i zamyka w odosobnieniu. Pozycja Anglii słabnie, nie brak jednak dalszych intryg - kanclerz Cromwell przekonuje Henryka do ślubu z protestancką księżniczką, Anną z Kleve, król jednak nie jest zadowolony z tego małżeństwa i szuka sposobu na unieważnienie go - tym bardziej, że na jego dworze pojawiła się nowa kobieta, którą jest oczarowany - Katarzyna Howard...

Podobnie jak część pierwsza i druga, również ta utrzymana jest w podobnym do poprzednich tomów klimacie. Książka, mimo że pisana na podstawie scenariusza, co może początkowo zniechęcać, okazuje się być całkiem dobrą powieścią, która bez wątpienia wciąga. Bez problemu odnajdziemy w niej klimat angielskiego dworu Henryka VIII, pełnego intryg nie tylko samego króla, ale przede wszystkim ludzi, którzy go otaczają. Świetnie również, na przestrzeni tych wszystkich trzech tomów, ukazana jest przemiana Henryka, to, jak bardzo zmienił się z nieprzewidywalnego władcy w tyrana, który nie cofnie się nawet przed tym, aby skazać na śmierć własną żonę. Nie ukrywam, że cała ta historia zawsze bardzo mnie interesowała, bardzo chętnie przeczytałabym również o tym, jak potoczyły się losy pozostałych dwóch żon króla - Katarzyny Howard i Katarzyny Parr...

Poza tym całą tę serię czyta się naprawdę bardzo szybko. Mimo że autorka przeskakuje często ze sceny na scenę, jak to się dzieje przy oglądaniu jakiegokolwiek filmu, to jednak nie przeszkadza to tak bardzo, a nawet można się do tego przyzwyczaić i w ogóle tego nie zauważać. Bardzo dobrze się czyta tę książkę, historia Anglii bowiem sama w sobie jest ogromnie ciekawa, niczym intryga z najlepszego kryminału - i już samo to czyni całą tę serię interesującą. Polecam wszystkim - zarówno fanom Philippy Gregory, miłośnikom angielskich klimatów i angielskiej historii, jak i tym, którzy szukają w książkach pełnych napięcia spisków i walk o władzę. Ja bardzo polubiłam tę serię i trochę mi szkoda, że to już koniec...

Dynastia Tudorów:
Król, królowa i królewska faworyta | Królowa traci głowę | Bądź wola twoja

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin
http://www.harlequin.pl/mira
Podsumowanie listopada 2013

Podsumowanie listopada 2013

 
Książki przeczytane w listopadzie: 6
Liczba przeczytanych stron: 3269
Średnia stron dziennie: 109
Liczba opublikowanych recenzji: 7
Egzemplarze recenzenckie: 2
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 3
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 1
 
 Tak właśnie minął mi ostatni miesiąc, który właśnie dobiegł końca. Liczba książek może nie jest imponująca, większość z tych książek jednak jest dość pokaźnych rozmiarów, więc jestem zadowolona. Listopad zleciał mi ogromnie szybko, nawet nie wiem, kiedy. Obecnie odliczam jednak tylko dni do urlopu, który zaczynam 18 grudnia, urlopu bowiem nie miałam od początku kwietnia, odkąd zaczęłam pracę - tym bardziej czekam na niego z utęsknieniem... I mam nadzieję, że będzie więcej czasu na ukochane książki :-) Chociaż przez te 3 tygodnie, kiedy będę miała w końcu to upragnione wolne...
A jak Wam minął listopad?... :-)


Zielony skarabeusz

Zielony skarabeusz

Autor: Philipp Vandenberg
Wydawnictwo Sonia Draga, 2012
Liczba stron: 368
Starożytność zawsze była mi dość obca. Nie jest to "moja" epoka, kojarzyła mi się zazwyczaj tylko i wyłącznie z Rzymem. Niesłusznie. Starożytność jest ciekawa i nie wiem, czemu tak się przed nią broniłam. Obecnie na studiach zgłębiam właśnie tajniki starożytnej Grecji, a traf chciał, że ostatnio w moje ręce trafiła dodatkowo książka, która ze starożytnością również ma wiele wspólnego, tutaj jednak mamy jeszcze coś innego - Egipt. Czemu więc nie przeczytać? Tym bardziej, że autor, Philipp Vandenberg, jest jednym z ulubionych autorów mojej Siostry - poznać go prędzej czy później i tak musiałam.

Cała akcja książki skupia się na egipskiej świątyni Abu Simbel, do której przybywa niemiecki inżynier, Artur Kaminski, by wziąć udział w pracach, mających na celu przetransportowanie świątyni w inne miejsce; w obecnym grozi jej bowiem zatopienie. W trakcie prac Kamiński zupełnie niespodziewanie odkrywa tajemniczy grobowiec z dobrze zachowaną mumią, trzymającą w ręku słynny amulet: zielonego skarabeusza. Mężczyzna zabiera żuka z grobowca, wkrótce jednak wokół niego zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Lekarka obozowa, Hella Hornstein, do której wzdycha inżynier, zaczyna dziwnie interesować się mumią, próbując nakłonić Kaminskiego do tego, aby pokazał jej grobowiec. Artur nie przypuszcza jednak, że to właśnie ta kobieta będzie przyczyną kolejnych nieszczęść i dziwnych rzeczy, które dzieją się w miejscu rozbiórki świątyni... Tylko jaki rzeczywiście udział w tym wszystkim będzie miała kobieta?...

Prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedziałam, czego się tak naprawdę spodziewać po tej książce... czy jest to kryminał, powieść historyczna, przygodowa, czy jeszcze innego gatunku. Nie miałam też pojęcia, o czym ona tak naprawdę jest... Zaczynając więc czytać byłam nastawiona dość sceptycznie - jak się potem okazało - niepotrzebnie. Na pewno wpłynęło na to moje małe (naprawdę małe) zainteresowanie starożytnością (może dlatego, że się właśnie o niej uczę, choć to zupełnie inne tematy)... Jeśli więc ktoś naprawdę interesuje się tą epoką i Egiptem samym w sobie, książka na pewno przypadnie takim czytelnikom do gustu. Ale mnie chyba najbardziej podobało się w tym wszystkim to, że to ogólnie powieść przygodowa nie tylko z jednym bohaterem (chociaż wszystko na początku wskazuje na to, że będzie to Kaminski), ale gronem zupełnie różnych, ciekawych postaci... z wątkiem historycznym, z którego możemy wynieść choć cząstkę historii starożytnego Egiptu i choć trochę ciekawostek na temat jednego z najsłynniejszych egipskich faraonów, Ramzesa II. W końcu - jeśli ktoś interesuje się reinkarnacją - to książka również dla takich osób. Więcej jednak nie zdradzę...

Powieść niemieckiego autora wciąga, jest intrygująca i na pewno nie sposób się przy niej nudzić. Fakt, są momenty trochę wolniejszej akcji, wszystko jednak przyspiesza w odpowiednim momencie i w takim samym zwalnia - Philipp Vandenberg jest w stanie zaciekawić czytelnika, a jak widać, nawet stać się ulubionym autorem. Ja na pewno nie poprzestanę na tej jednej jego powieści - w dalszym ciągu intryguje mnie to, jak pisze i o czym pisze - bo że pisze ciekawie, to już wiadomo. Zachęcam więc jak najbardziej do sięgnięcia po tę książkę, summa summarum powieść przygodową, ale z elementami historii starożytnej, która nie nudzi, bo nie ma jej dużo, a jest opowiadana w taki sposób, że tylko bardziej intryguje. Po prostu świetna książka, którą świetnie się czyta - mam nadzieję, że inne tego autora będą podobne.
Ogród Kamili

Ogród Kamili

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak, 2013
Liczba stron: 366
Marzenia ma każdy z nas, większe lub mniejsze. I to głównie od nas samych zależy to, czy się spełnią, czy nie. Marzenia w naszym życiu jednak są zawsze, nie sposób ich się pozbyć - nawet jeśli wydaje nam się, że wszystkie już się spełniły, zawsze znajdzie się coś, czego pragniemy, a czego jeszcze nie mamy...

Kamila Nowodworska ma i duże, i małe marzenia. Mieszkająca z ciotką dwudziestoczteroletnia kobieta, tuż po studiach, chce przede wszystkim jednak znaleźć pracę. Kamila jest bowiem bezrobotna, na utrzymaniu ciotki. Ma w jej małym mieszkanku swój własny pokój, marzy jednak o tym, aby w końcu być niezależną finansowo. Największym jednak marzeniem Kamili jest większy dom z ogrodem. Dziewczyna kocha róże i to właśnie ogród różany najczęściej pojawia się w jej wyobraźni. Jak jednak w dzisiejszych czasach zarobić na utrzymanie, kiedy perspektywy pracy są marne, nie mówiąc już o odkładaniu jakichkolwiek pieniędzy na marzenia?... Kamila, swego czasu potraktowana okrutnie przez los, najpierw śmiercią matki, później odejściem bez słowa ukochanego mężczyzny, jest jednak przede wszystkim realistką. Nie umiejąca zapomnieć tego, co było osiem lat temu, wciąż nie potrafiącą przestać kochać Jakuba, sporo starszego od siebie mężczyzny, nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że los szykuje jej prawdziwą niespodziankę. A właściwie nie sam los, a ktoś, kto najbardziej zranił dziewczynę lata temu. Marzenia Kamili w jednej chwili zaczynają się spełniać, wszystkie, jedno po drugim... Kto za tym stoi?...

Życie Kamili zmienia się dosłownie z dnia na dzień. I tak naprawdę może się to zdarzyć każdemu z nas. Trzeba tylko mocno uwierzyć w to, że jesteśmy w stanie spełnić nasze marzenia. Fakt, nie zawsze to się udaje, życie nie zawsze bywa kolorowe, a czasem nawet wręcz przeciwnie - jakby wszystko zmówiło się przeciwko nam. A nawet szczęśliwy człowiek ma w życiu takie momenty, kiedy traci wiarę we własne siły albo ma po prostu zwykłą chandrę. Ja właśnie w takich momentach lubię sięgać po powieści Katarzyny Michalak - bo choć na chwilę można się oderwać od codziennych problemów i choć przez kilka kolejnych stron śledzić losy bohaterów, którym się po prostu układa. Kiedy jednak zaczęłam czytać "Ogród Kamili", pierwsze co sobie pomyślałam to: "Boże, jakie to wszystko jest nierealne... przynajmniej w dzisiejszym świecie..." No bo kto dostaje na tacy piękny (no może nie piękny, bo ruderę, ale jak najbardziej do remontu) dom, dobrze płatną pracę i cudowny różany ogród, dokładnie taki, o jakim marzyliśmy? A do tego puchate konto na ten remont i pieniądze do wydawania wedle uznania? Nierealne, przynajmniej w dzisiejszej Polsce. Co z tego, że Kamila nie dostała tego wszystkiego od losu, ale osoby, która bardzo dobrze znała jej marzenia? Takie coś po prostu się nie zdarza. Ale wiecie co? Za to właśnie uwielbiam Katarzynę Michalak, za to, że pozwala wierzyć w te nawet całkiem nierealne marzenia, a przede wszystkim za to, że swoją powieścią potrafi poprawić humor, sprawić, że chociaż możemy o tym poczytać, skoro niemożliwe jest to w prawdziwym świecie...

Ale nie dajcie się nabrać na to, że życie Kamili w jednym dniu stanie się piękne, szczęśliwe i kolorowe... O nie. Los nie jest tak łaskawy. Tak, los jednak będzie miał w tym wszystkim swój udział i wyrówna wszystko, aby było sprawiedliwie. Bo to nie jest książka z tych szczęśliwie się zaczynających i kończących. Nie. Kasia z każdą kolejną powieścią udowadnia mi, że jest wspaniałą pisarką, bo tylko tacy potrafią napisać książkę, którą będę czytać nie mogąc się oderwać od każdej kolejnej strony, która pozostawi mi ogromny niedosyt, bo jej zakończenie to nie zakończenie, a dopiero początek, który nas pozostawi z mnóstwem pytań... Książkę, o której będę potem myśleć w pracy i w domu, zastanawiając się, jak skończy się ta historia i ile przyjdzie mi czekać na dalszy ciąg. Takie właśnie uczucia wzbudziła we mnie ta powieść, tak wiele emocji, o których czasem naprawdę trudno jest pisać. Jednym słowem: po prostu uwielbiam twórczość Katarzyny Michalak, przede wszystkim tą teraźniejszą, obecną - każda jej kolejna książka tak na mnie ostatnio wpływa - a to chyba o czymś świadczy. I nie mogę się pozbierać po "Ogrodzie Kamili", przede wszystkim dlatego, że to pierwsza powieść, którą czytałam, a która skończyła się w ten sposób, że czytelnik mimo wszystko zadaje sobie pytanie: Ale... to już koniec?... Jak to?... Jak to się może skończyć w takim momencie???

Cóż, trzeba czekać na kolejną premierę... A że przeczytam wszystkie tomy kwiatowej serii wiedziałam już po kilku rozdziałach "Ogrodu Kamili". Tak, może i jest słodko (ale ja tę słodycz w książkach Kasi uwielbiam i wcale mnie nie mdli), jest też czasem smutno, nawet tragicznie, co równoważy poprzednie słodkości, może i są marzenia, które stają się realne, chociaż w prawdziwym świecie nigdy takie nie będą... Ja chcę o czymś takim czytać. Szczególnie, gdy mam chandrę, doła, albo zwyczajnie jestem zmęczona lub po to, by jeszcze bardziej poprawić sobie humor. Chociaż życie Kamili nie jest kolorowe i na takie się nie zapowiada, to jednak jej marzenia się spełniają... A Kasia dodatkowo daje nam wiarę w to, że i nasze mogą - jakiekolwiek by nie były i nawet jeśli ta wiara trwa tylko pięć minut... warto.

Ogród Kamili | Zacisze Gosi | Przystań Julii
Starcie królów

Starcie królów

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2011
Liczba stron: 920
George Martin zdobył już wielu fanów nie tylko w Polsce. Trzeba jednak przyznać, że w naszym kraju jego epopeja Pieśni Lodu i Ognia robi niezwykłą furorę i ma już wielu zagorzałych wielbicieli. I nie mówię tu tylko i wyłącznie o książce, którą chyba już każdy zna chociażby z tytułu, ale również o serialu, który chyba zna jeszcze więcej osób. Ja stałam się, tak jak większość (do czego zwykle nie lubię się przyznawać, gdy jest to tak powszechne, a "bierze" i mnie) fanem i tego, i tego. Niestety. A może i stety...

Pierwszą część cyklu czytałam wcale nie tak dawno temu i książka bardzo mi się podobała - mimo tego, że znałam losy bohaterów z wcześniej obejrzanej ekranizacji. Postawiłam sobie wtedy też pewien cel: że przeczytam całą serię, zanim telewizja zacznie emitować kolejny sezon "Gry o tron" (czyli do marca przyszłego roku). Cóż, jak na razie jakoś mi to idzie, mam nadzieję, że cel sam w sobie uda mi się zrealizować i o kolejnych losach bohaterów będę mogła czytać z niewiedzą, a potem dopiero skonfrontować to z serialem.

Fabuła drugiej części opiera się na dalszej walce o władzę. Po śmierci Roberta kolejni wasale ogłaszają się królami i jedynymi, którzy mają prawo zasiadać na Żelaznym Tronie, walka trwa nawet wśród rodzonych młodszych braci Roberta. Ponadto najdłuższe w historii lato nieubłaganie się kończy, biały kruk zwiastuje nadchodzącą zimę i okazuje się, że to właśnie ona nie wiadomo jak długo będzie trwała i prawdopodobnie będzie największym wrogiem...

Pokrótce tak to wygląda, trudno bowiem opisać tak obszerną powieść w kilku zdaniach, aby nie zdradzić za wiele. Jest to jednak kontynuacja "Gry o tron", pierwszej części sagi i w żadnym razie nic nie zmierza jeszcze do końca, a wręcz przeciwnie - to dopiero początek - mimo że oba tomy są dość obszerne i mam wrażenie, jakbym przeczytała w tym czasie z 10 książek; cieszę się jednak, że tyle jeszcze przede mną, bo trzeba przyznać, że George R. R. Martin wykonał kawał świetnej roboty, pisząc tę historię, jest to naprawdę dobra, a nawet bardzo dobra książka, jeśli chodzi o fantastykę. Nie ma tu nie wiadomo czego, wszystko jest naturalne, bez przesytu, a ja mam po prostu wrażenie, że czytam znakomitą powieść historyczną - bo w takim klimacie utrzymana jest właśnie Pieśń Lodu i Ognia Martina. I szczerze mówiąc nie mogę doczekać się kolejnego tomu - mimo że wiem, że jego przeczytanie znów zajmie mi dobry tydzień - nie będzie to jednak tydzień stracony. Przy Martinie nie można się nudzić, bo to jest po prostu niemożliwe.

Jeśli ktoś do tej pory nie mógł się przekonać do tej książki, albo odkładał sięgnięcie po nią na wieczne nigdy, to zachęcam tym bardziej - nie ma co bać się objętości, bo Martina czyta się naprawdę szybko (gdyby nie obowiązki, to pewnie przeczytałabym ją znacznie szybciej); wciąga niesamowicie (podobnie jak serial telewizyjny - chociaż ja zawsze będę zachęcać najpierw do czytania, potem do oglądania). Ci z Was, którzy już mają pierwszy krok z "Grą o tron" za sobą, z pewnością przyznają mi rację. Jest intrygującą, niezwykle ciekawą powieścią, opowiadaną z perspektywy różnych bohaterów (nawet tych z pozoru złych), a ich po prostu nie da się nie lubić (nawet tych, których lubić się w zasadzie nie powinno). Zachęcam więc mocno do czytania :-)
Niedzielny stos listopadowy [#23]

Niedzielny stos listopadowy [#23]

Pogoda dzisiaj typowo listopadowa... Jesień w pełni, a na mojej półce znalazło się ostatnio sporo nowych książek, pora więc odświeżyć trochę posty z cyklu stosikowego, bo ostatnio bodajże, o ile dobrze sobie przypominam, taki był we wrześniu. A pogoda dzisiaj jak najbardziej zachęca do ukrycia się pod kocem i spędzenia całego dnia przy lekturze - takie dni lubię najbardziej. Bo ciągle jestem zapracowana, zajęta nauką i naprawdę chciałabym, aby tego wolnego czasu było trochę więcej. Ale niestety sobie go nie rozciągnę... 


1. Joanna Chmielewska, Nawiedzony dom - pożyczona od siostry, która jest wielką fanką pisarki i wiadomość o jej śmierci nią wstrząsnęła nie mniej niż mnie...;
2. Joanna Chmielewska, Zbrodnia w efekcie - j.w.;
3. Charlotte Brontë, Villette - od Wydawnictwa Mg, nie mogę się doczekać, kiedy ją wezmę do ręki i zacznę:-)
4. Katarzyna Michalak, Ogród Kamili - od Wydawnictwa Znak, czytana w chwili obecnej;
5. Philipp Vandenberg, Zielony skarabeusz - kolejny ulubiony autor mojej Siostry, więc można się też domyślać, skąd tę książkę mam :-)
6. Gert Heidenreich, W mrokach czasu - j.w.;
7. Eduardo Roca, Warsztat książek zakazanych - j.w.;
8. George R. R. Martin, Starcie królów - z biblioteki, co zresztą widać :-)

Na brak lektur nie narzekam, czasami tylko wciąż narzekam na brak czasu, bo zapału też mi nie brakuje :-) A taką jesienną pogodę też lubię, dobrze mi się kojarzy i jeszcze lepiej przy niej czyta. Muszę tylko jeszcze popracować wciąż nad lepszą organizacją czasu własnego...
Jak Wam się podoba mój stos? Widzicie coś ciekawego? Cokolwiek czytaliście?


Wyznaję

Wyznaję

Autor: Jaume Cabré
Wydawnictwo Marginesy, 2013
Liczba stron: 768
Gdy widzi się po raz pierwszy książkę Jaume Cabrè pt. „Wyznaję”, można się za głowę złapać i zniechęcić już samym widokiem. Dlaczego? Powieść ma ponad 700 stron i jest po prostu „duża” – o ile można to tak określić. Ale to tylko na pierwszy rzut oka. Gdy czyta się opis wydawcy, zaczynamy się zastanawiać… Pierwsza, przetłumaczona na polski powieść szanowanego w Hiszpanii pisarza, Jaume Cabrè; tzw. powieść- katedra; książka, którą czyta niemalże cała Europa. Coś w niej więc jednak musi być, skoro tak jest chwalona i czytana… Tylko ta objętość troszkę zniechęca…

Adrian Ardèvole mieszka w Barcelonie wraz z rodzicami i opiekunką, prawą ręką matki, Małą Lolą. Od wczesnego dzieciństwa wychowuje się wśród książek i muzyki. Muzyka w jego życiu towarzyszy za sprawą matki, która pragnie z niego zrobić sławnego skrzypka. Ojciec widzi przyszłość syna zupełnie inaczej. Adrian ma zostać naukowcem, językoznawcą, który w przyszłości będzie znał kilkanaście języków. Sam chłopiec, który dopiero zaczyna dorastać i chodzić do szkoły, specjalnie nie ma nic do powiedzenia. Musi podporządkować się woli już nawet nie matki, a ojca, bo to on decyduje o przyszłości chłopca; na skrzypcach gra tylko i wyłącznie z jego dobrej woli. Na szczęście Adriana zainteresowania idą ścieżką, którą wyznaczył dla niego ojciec – języków uczy się chętnie i łatwo, a sam rodzic jest dla niego dużym autorytetem. Ten ostatni pewnego dnia do domu przynosi skrzypce – jak się okazuje, bardzo cenny egzemplarz, dość wiekowe z inskrypcją i własnym imieniem – a takie skrzypce to nie byle co. To właśnie te skrzypce zdominują w pewnym momencie życie Adriana – one i pewna kobieta, w której zakocha się Adrian, ale która, ze względu na wzajemne niesnaski obu rodzin, nie będzie mogła z Adrianem być.

Powstało wiele powieści o miłości, a pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy słyszę, że książka to jedno wielkie wyznanie miłosne, to znane wszystkim choćby z samego tytułu dzieło „Miłość w czasach zarazy” Marqueza. Nie wiem dlaczego akurat z tą książką na początku skojarzyło mi się „Wyznaję”. Bo czytając, coraz bardziej zagłębiając się w świat Adriana, zauważyłam, że jednak obie te książki są bardzo różne… Tak, to prawda: „Wyznaję” jest wyznaniem miłosnym – bo cała książka napisana jest w formie listu do Sary, miłości Adriana, to do niej zwraca się narrator, czyli sam główny bohater. I miłość do kobiety to jedna z dwóch rzeczy, które dominują tutaj i w całym życiu Adriana; drugą taką rzeczą jest historia Viala, cennych skrzypiec, które za sprawą Feliksa Ardèvola znalazły się w domu chłopca i które towarzyszyły mu przez całe późniejsze życie. Można by powiedzieć nawet, że Vial jest tutaj nawet znacznie ważniejszy – cała jego historia sięga bowiem od średniowiecznej inkwizycji, przez XVIII i XIX wiek aż po drugą wojnę światową. I mimo że na pierwszy rzut oka historia miłości i dzieje skrzypiec niby nie mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak w końcu można się przekonać, że tak nie jest – bowiem wszystko w tej książce się ze sobą łączy.

A historii w niej jest wiele. Nie tylko te dwie wyżej wspomniane. Autor bowiem często przeskakuje do średniowiecza czy początku XX wieku, przedstawiając historie ludzi często nie mających wiele wspólnego z fabułą. Wszystko to jest wplecione w opowieść Adriana w sposób wymagający od czytelnika sporego skupienia – gdy choć przez chwilę oderwiecie się myślami od książki, jestem wręcz pewna, że w następnym zdaniu nie będziecie mieli pojęcia, kto aktualnie mówi, czy jest to główny bohater czy ktoś z przeszłości. Zwykle nie ma takich problemów, gdy czytamy zwykłą książkę, tutaj jednak całej narracji często brak cudzysłowów, myślników czy przecinków. Poszczególne historie nie są od siebie oddzielane w ogóle, wplecione jakby na chybił trafił, dokładnie tak, jak opowiada o tym Adrian – jednak w tej książce wszystko ma swój cel. Wszystko się ze sobą łączy, czasem już na początku, czasem w połowie, a czasami trzeba na to czekać do samego końca.

Ja wiem, że wszystko to razem wzięte potrafi zniechęcić… Warto jednak dać tej powieści szansę. Bo jest to nie tylko historia o miłości, nie tylko opowieść o skrzypcach i muzyce, ale też cudowna książka z klimatem Barcelony, podobnym do tego ze świata Zafona. To jest książka mimo wszystko napisana pięknym językiem (i myślę, że tłumaczka, przekładająca książkę na polski, miała w tym swój udział), powieść o istocie zła i jego konsekwencjach. Książka o książkach; o wielkim uczuciu do kobiety i dzieciństwie bez miłości rodziców oraz  jego wpływie na późniejsze życie; o niepowodzeniach, które przeżywa główny bohater, ale które równie dobrze może przeżyć każdy z nas. Naprawdę nie sądziłabym, że ta powieść tak mnie pochłonie, mimo że jej akcja jest raczej umiarkowanie spokojna, bo i takie jest całe życie Adriana. I wbrew temu wszystkiemu, mimo tych 768 stron, mimo dość specyficznej narracji, przeskakiwania z wątku na wątek – czyta się ją bardzo szybko. Niewiele jest takich książek – ta od teraz jest dla mnie jedną z tych cenniejszych, bo o niej  nie da się tak szybko zapomnieć. Po prostu się nie da. Ale żeby to zrozumieć, trzeba zwyczajnie wziąć ją do ręki i zacząć czytać.
Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie

Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie

Autor: Piotr Zychowicz
Wydawnictwo Rebis, 2013
Liczba stron: 511
"Obłęd '44" to książka, która jak mało która, budziła szerokie kontrowersje jeszcze przed swoją premierą. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na jej podtytuł... Uczeni jesteśmy w szkołach o bohaterskich czynach warszawiaków, o ich woli walki, zapale i chęci zwycięstwa... Ale nikt tak naprawdę nie zastanawia się wtedy, czy to zwycięstwo w ogóle było możliwe? Czy jednak porwaliśmy się z motyką na słońce i poszliśmy na pewną śmierć?

Piotr Zychowicz jest historykiem i publicystą, pisze głównie o II wojnie światowej i historii XX wieku. Ale takich historyków jak on jest jednak mało. Dlaczego? Być może dlatego, że nie brak mu odwagi w wyrażaniu własnego zdania, często sprzecznego ze zdaniem ogółu. Pewnie dlatego właśnie książka ta zrobiła niemałą furorę jeszcze przed wydaniem. Wiele ludzi pytało: ale jak tak można, nie można skupić się na bohaterstwie powstańców, a nie wywlekać na światło dzienne faktów, o których wiele ludzi wolałoby nie słyszeć, zatkać uszy i udawać, że tego nie było? Przecież powstanie miało miejsce prawie 70, po co do tego wracać? A może właśnie dlatego, żeby niektórym, a przede wszystkim zwykłym ludziom otworzyć oczy na prawdę? Ludziom, przed którym ta prawda była tak długo ukrywana, niczego nieświadomym?

Piotr Zychowicz nie neguje bohaterstwa naszych rodaków w walkach o Warszawę, wręcz przeciwnie - chwali ich za odwagę, wolę walki i chęć zwycięstwa. I o tym nie wolno zapominać. Ale jednocześnie stawia pytanie, czy ta walka w ogóle miała sens? Czy sens miało to zbiorowe samobójstwo, które wykonała na siebie Polska, czy śmierć tylu ofiar, zarówno ludzi, którzy mieli wielkie znaczenie dla kultury i państwa polskiego, jak i zwykłych warszawiaków, często jeszcze dzieci - czy ta śmierć w ogóle była potrzebna? "Obłęd '44" stawia wiele pytań, ale nie są to pytania bez odpowiedzi - autor konsekwentnie na wszystkie odpowiada. Konsekwentnie mówi: nie. Nie była potrzebna śmierć tylu Polaków, ginących najpierw w akcji Burza, przez maskarę na Wołyniu i w Galicji, kończąc na Powstaniu Warszawskim. Jednocześnie Piotr Zychowicz niczego nie owija w bawełnę i bezwzględnie przeciwstawia bohaterstwo powstańców z nieudolnością i naiwnością polskich władz emigracyjnych oraz kierownictwa Armii Krajowej. Bez wątpienia byli to bowiem ludzie, którzy absolutnie nie powinni znaleźć się na stanowiskach, na jakich faktycznie się znaleźli. Do końca głupio liczyli na "sprzymierzeńców" (celowo wziętych przeze mnie w cudzysłów) oraz "sprzymierzeńców naszych sprzymierzeńców", nie dopuszczając do siebie myśli, że ci "sprzymierzeńcy" to tak naprawdę nasi najwięksi wrogowie. 

Bo Polska wrogów miała dwóch: III Rzeszę oraz Sowietów. Dlaczego więc jednego z naszych wrogów nagle zaczęliśmy nazywać sprzymierzeńcem? Polacy skupili się na Hitlerze jako wrogu numer jeden, zaniedbując obronę z drugiej strony, z którą to stroną w końcu podpisali sojusz. Jednak to właśnie Stalin zagrażał Polsce bardziej. To Stalin powinien stać na pierwszym miejscu jako wróg państwa polskiego. I to Stalinowi, na mocy sojuszu Sikorski-Majski podaliśmy na tacy (a może lepiej użyć tu po prostu słowa: oddaliśmy) Wilno i Lwów, dwa miasta do tej pory pełniące rolę najważniejszych ośrodków kultury polskiej. Serce się kraje na samą myśl o tym. Piotr Zychowicz świetnie porównuje obu naszych sąsiadów i zaborców, zestawia ich ze sobą i zadaje kolejne pytania oraz wyciąga wnioski. Odpowiedzi na te pytania wcale nie są takie, jakie większość z nas chciałaby teraz, po 70 latach usłyszeć, ale... otwierają nam oczy i uświadamiają co do tego, jak naprawdę było z tym naszym sowieckim sojusznikiem i jak nieodpowiedzialni ludzie, nie potrafiący rozumnie myśleć, stali na czele państwa polskiego. No bo jak nazwać decyzję o wszczęciu Powstania Warszawskiego w czasie, kiedy Polska kompletnie nie była na to przygotowana? Kiedy nie mieliśmy żadnych szans na jakiekolwiek zwycięstwo? Kiedy decyzja ta była kompletnym szaleństwem?... Co z tego, że warszawiacy, i nie tylko, mieli chęci do walki? Jak walczyć, gdy nie ma się broni? Gdy w ręku ma się zaledwie butelkę z benzyną, a i to było wielkim szczęściem, bo większość po prostu nie miała czym walczyć. Nie było granatów, o broni wielu mogło pomarzyć. Zresztą - jak długo można mieć ten zapał, gdy widzi się umierających wokół ludzi, gdy widzi się już po kilku godzinach od wybuchu powstania jego wielką klęskę; klęskę, którą dowództwo utrzymywało przez 63 dni... i pozwoliło zginąć wielu osobom, które tej śmierci mogły uniknąć...

Podziwiam autora za tę książkę, za odwagę, która mu pozwoliła zmierzyć się z prawdą i tę prawdę nam przekazać. Nie można bowiem być ślepym na takie rzeczy. Trzeba mówić o tym, choćby były to rzeczy przykre dla naszego państwa, nie można tego pomijać, zamykać oczu i udawać, że nie, przecież tego nie było. Było - i należy to do naszej historii - niestety. Historia jednak nie zawsze jest kolorowa, nie skupia się tylko na zwycięstwach i dobrych dowódcach - bo to wtedy nie będzie historia w pełnym znaczeniu tego słowa. Historia to jest to co było, czy to było przykre i złe, pełne zdrady, czy bohaterskie i wielkie - na wszystko trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Piotr Zychowicz nam te oczy otwiera - jestem zafascynowana jego książką.
Kokon

Kokon

Autor: Mark Billingham
Wydawnictwo G+J, 2008
Liczba stron: 358
W kryminale mordercy chodzi przede wszystkim o to, żeby zabić. Oczywiście same motywy mogą być różne, zależy od wyobraźni autora. Głównie chodzi jednak o to, aby pozbawić kogoś życia. Mark Billingham stworzył jednak kryminał, w którym oczywiście są ofiary trupy, ale... nie o trupy tutaj chodzi. "Kokon" to powieść, w której mordercy nie chodzi o zabijanie, ale... o przeżycie.

Mężczyzna zabił już trzy kobiety. Czwarta leży sparaliżowana w szpitalu; paraliż spowodowany jest udarem, ten zaś wywołał u niej właśnie morderca. I wszystko wskazuje na to, że właśnie o to mu chodziło, a poprzednie trzy ofiary to "tylko" nieudany eksperyment. Inspektor Tom Thorne będzie musiał jak najszybciej odnaleźć człowieka, który eksperymentuje na niewinnych kobietach. To, co im robi pozwala zawęzić krąg podejrzanych do osób, posiadających dość dużą wiedzę medyczną, obracających się w kręgach szpitalnych. Jednak, wbrew pozorom, żadne listy, wysyłane przez mordercę do policjanta nie będą tu zbyt pomocne, Tom będzie mógł jedynie stwierdzić, że sprawca ma w planach raczej grę w kotka i myszkę, a wybór Toma na inspektora prowadzącego śledztwo był od początku jego największym życzeniem. Czy mordercy zależy na tym, aby jak najdłużej mógł pozostać na wolności, czy wręcz przeciwnie?...

"Kokon" to debiut literacki Marka Billinghama. Chociaż autor może być już znany niejednemu z Was - jego książki są popularne nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w całej Europie. I tak też sama go poznałam - dzięki jego wielkiej popularności i dzięki wspaniale zaopatrzonej bibliotece. Po raz kolejny nie rozczarowałam się - na swojej intuicji jednak zawsze można polegać. Z drugiej strony doszedł mi kolejny autor, którego książki chciałabym czytać i kolejny inspektor, którego dalsze losy chciałabym poznać. Książek do przeczytania ciągle więc przybywa, a czasu jak na złość ostatnio ciągle brakuje.

Mark Billingham pisze z różnych perspektyw. Nie wiem, jak w innych jego kryminałach, ale "Kokon" pozwala nam poznać dość dobrze głównego bohatera, Toma Thorne'a, ale od czasu do czasu "oddaje" również narrację swojemu czarnemu charakterowi, czyli mordercy, a nawet kobiecie, która przeżyła eksperyment i jest żywym dowodem na to, że sprawcy chodziło nie o zabicie, ale o przeżycie ofiary. I aż dziwne, że to właśnie ona, mimo że jej życie stało się nie życiem, a wegetacją, mimo tego, co przeżyła, potrafi zachować najwięcej spokoju, zdrowego rozsądku, a nawet zwykłego poczucia humoru. Tyle tylko, że tak naprawdę nikt o tym nie wie, oprócz czytelnika. Dziewczyna bowiem z trudem porozumiewa się z lekarzami i pielęgniarkami za pomocą mrugnięć powiekami, czasem wręcz niezauważalnych. Kto mógłby zrobić coś tak strasznego? Musi to odkryć główny bohater; bohater, którego zresztą nie da się nie lubić, który podchodzi do życia z tą odrobiną zdrowego sceptycyzmu i realizmu, ale i poczuciem humoru - z czymś, o czym powinien pamiętać każdy, nieważne w jakiej sytuacji się znajdzie.

Mark Billingham to autor głównie dla tych, którzy zaczytują się w powieściach kryminalnych. Angielski kryminał znacie głównie za sprawą Agathy Christie? Pora to zmienić. Billingham na pewno na to zasługuje. Ja z pewnością sięgnę jeszcze po jego powieści, a Was mogę jedynie zachęcać - nikt nie powinien być rozczarowany.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Na zawsze wygnańcy

Na zawsze wygnańcy

Autor: Fiorella de Maria
Wydawnictwo Promic, 2013
Liczba stron: 344
Piekło w naszej świadomości to coś, co może nas spotkać jedynie tak naprawdę po śmierci. Ale czy naprawdę? Otóż... okazuje się, że nie. Że piekła równie dobrze człowiek może doświadczyć jeszcze za życia na ziemi. A co jest w tym wszystkim najgorsze - może go zaznać od drugiego człowieka.

Warda, jak również Ursula czy Perpetua - w zależności od tego, jakiego okresu jej życia dotyczy historia - to kobieta, która właśnie takiego piekła zaznała. Dziewczynka, której los praktycznie wcale nie obchodził jej rodziny, wychowywała się głównie na ulicy, musiała liczyć sama na siebie, kradnąc i często chodząc głodna. Szczęśliwym trafem, w odpowiednim czasie i miejscu poznała ojca Antonina - to on tak naprawdę był pierwszym człowiekiem, który przygarnął ją pod prawdziwą opiekę i zaczął przekazywać swoją wiedzę - o medycynie, uczciwym życiu bez przestępstw i kradzieży, miłości do Boga. To właśnie dzięki niemu Warda postanowiła w pełni oddać swoje serce Bogu i zostać mniszką. Los jednak okazał się dla niej mniej łaskawy. Nie było jej przeznaczone spokojne życie w klasztorze, jako lekarza i uzdrowicielki. Pewnego bowiem dnia na miejscowość, z której wraca od pacjenta, napadają piraci. Od tej chwili los Perpetuy (bo takie imię przyjęła w klasztorze) będzie pasmem nieszczęść - będzie prawdziwym piekłem na ziemi. Zostaje złapana, a potem sprzedana na targu niewolników w zupełnie obcym i odległym od jej własnej ojczyzny kraju.

Powieść Fiorelli de Marii to właściwie tylko jedna forma opowieści - jest nią spowiedź. Wardę poznajemy w momencie, gdy zostaje znaleziona ledwo żywa jako rozbitek, wyłowiona z morza. Wiedząc, że jej życie dobiega końca, prosi o rozmowę z księdzem i spowiedź. Całą więc historię dziewczyny, od początku, od jej pierwszego spotkania z ojcem Antoninem, po chwilę teraźniejszą, poznajemy z jej własnej spowiedzi - ale nie tylko. Cała książka to rozdziały-retrospekcje nie tylko Wardy, ale również innych ludzi z jej bezpośredniego otoczenia, ludzi, którzy mieli z kobietą bezpośredni kontakt przez cały czas w jej życiu. Osób tych jest sporo. Ale i narrator wszechwiedzący się tu pojawia. Poszczególne rozdziały więc, niekiedy bardzo krótkie, opowiadane są przez naprawdę różne osoby, przez samą główną bohaterkę, ojca Antonina, aż po piratów, z którymi miała do czynienia w ostatnim etapie swojego życia. Cała opowieść jest więc przedstawiona z naprawdę różnych perspektyw.

Cały ten zabieg autorki "Na zawsze wygnańcy" jest celowy - pozwala z różnych stron poznać historię Wardy, zamierzone jest też to, że autorka napisała powieść, która ma formę spowiedzi. Niestety, Warda ma o czym opowiadać. Jej życie nie było bezbarwne, chociaż pewnie sama Warda pragnęłaby takiego życia dla siebie zamiast tego, co naprawdę otrzymała. Dzieciństwo na ulicy, wychowanie ojca Antonina i decyzja życia w klasztorze to jeszcze nic - piekło dla bohaterki miało dopiero tak naprawdę nadejść. Warda bowiem w pewnym momencie straciła coś, co większość ludzi w XVII wieku (kiedy to toczy się akcja tej powieści) a na pewno każdy teraz, w XXI wieku uważa za coś naturalnego - straciła wolność, została sprzedana i oddana w niewolę w nieznanym, dalekim kraju. Ale to jeszcze nie wszystko. Trudno jest bowiem pogodzić się z tym, że największe piekło na ziemi człowiekowi potrafi zgotować inny człowiek. Los, który spotkał Wardę zmusił ją do zupełnie innego niż dotychczas postrzegania świata, zmusił ją również do zabijania - i chociaż robiła to zawsze w obronie własnej, to jednak nigdy nie potrafiła wyrzucić swoich czynów ze swego sumienia. "Na zawsze wygnańcy" to historia kobiety, która przeżyła coś, czego nie życzy się nawet największemu wrogowi. To spowiedź kobiety, która przeżyła prawdziwe piekło w swoim życiu, kobiety, zmuszonej do życia takiego, jakiego nie życzyłaby nikomu, o którym nie pomyślałaby, że w ogóle może ją spotkać.

Jak skończy się ta historia? Można się domyślać, najlepiej jednak samemu przeczytać tę książkę. Na pewno nie jest to jednak powieść z tych radosnych i optymistycznych, co zresztą można zauważyć już po przeczytaniu noty od wydawcy na okładce. Na pewno jest to coś, nad czym się potem siądzie w odrobinie refleksji - bo inaczej po prostu się nie da. Cieszę się jednak, że jest to tylko fikcja literacka (chociaż nie można wykluczać faktu, że takie rzeczy takie kobiety jak Warda przeżyły naprawdę). Niestety, ludzi złych na świecie brakować nie będzie nigdy. 

Mimo tego wszystkiego książkę tę czyta się dość szybko, bo jest napisana dość przystępnym językiem, a swoje robią też dość krótkie, niekiedy bardzo króciutkie, rozdziały. Ja lubię jednak takie książki, które pozostawiają mnie na koniec z chwilą refleksji, których się tak po prostu nie zapomina. To jest właśnie jedna z tych książek. Wciągająca, intrygująca, ale zarazem dość smutna i dająca do myślenia opowieść. Polecam szczególnie tym, którzy nie boją się takich książek, z dość głębokim przesłaniem. Warta jest tego, aby po nią sięgnąć.

Za powieść serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic
http://www.wydawnictwo.pl/
Podsumowanie października 2013

Podsumowanie października 2013

Powiem szczerze: nie jestem zadowolona z października. Chociaż nie, inaczej - nie jestem zadowolona z tego podsumowania. Dlaczego? Bo nie oddaje ono tego, co było naprawdę. Tak, przeczytałam 5 książek - z tego nie jestem zadowolona, bo dla przyjemności przeczytałam 4, jedna to lektura na studiach. Przeczytałam jednak znacznie więcej, bo to właśnie studia stanęły u mnie w poprzednim miesiącu na pierwszym miejscu. A czytania, różnych tekstów źródłowych przede wszystkim, mam od groma. Czytałam więc znacznie więcej, niż oddaje to dzisiejsze podsumowanie.
No ale skoro już te podsumowania są, to i będzie październikowe, oto ono:

Książki przeczytane w październiku: 5
Liczba przeczytanych stron: 2201
Średnia stron dziennie: 71
Liczba opublikowanych recenzji: 5
Egzemplarze recenzenckie: 1
Książki przeczytane w ramach wyzwań: 0
Liczba nawiązanych współprac: 0
Liczba kupionych książek: 0


Miesiąc jednak minął, jest za nami i nie ma co rozpamiętywać :-) Październik odbił się jednak również na moim blogu, co mam nadzieję, było tylko chwilowe i wszystko już teraz wróci do normy :-) Bo książek do czytania mi nie brakuje, a mam również w planach odwiedzić księgarnię, bo kilka nowości kusi, i to tak bardzo, że po prostu trudno jest się oprzeć :-) No i kilka recenzji do napisania też czeka. Dobrze, że są te dwa wolne długie weekendy, będzie więcej czasu na przyjemności :-)

Ofiara losu

Ofiara losu

Autor: Camilla Läckberg
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Liczba stron: 448
Camilla Läckberg znana jest chyba wszystkim miłośnikom kryminałów, nawet jeśli tylko ze słyszenia. Nic dziwnego, bo zdobyła niemałą popularność nie tylko w Szwecji, ale i na całym świecie. Ja również nie potrafię przejść obojętnie obok jej książek. A od chwili, gdy czytałam ostatnio jej kryminał minęło całkiem sporo czasu. Nie mogłam się więc doczekać, kiedy zacznę "Ofiarę losu" i kiedy poznam dalsze losy znanych już bohaterów.

Patrik Hedström ma tym razem do czynienia z czymś, co na pierwszy rzut oka wygląda na wypadek samochodowy. Pijana kobieta ginie tragicznie w swoim samochodzie, jednak... wszystko komplikuje się, gdy policja dowiaduje się od rodziny, że kobieta nie tykała alkoholu. Tymczasem w jej krwi znajdowała się śmiertelna wręcz dawka. Dziwne? A może to po prostu nie był zwykły wypadek, a dokładnie przemyślane morderstwo?... Tak sądzi policja w Tanumshede. Jednocześnie jednak sprawa ta przechodzi na drugi plan, bowiem w mieście kręcony jest słynny i dość kontrowersyjny reality show i tutaj, wręcz na oczach widzów, pojawia się kolejna ofiara - zostaje zamordowana jedna z uczestniczek. Kim jest zabójca? Czy to jeden z uczestników, czy zupełnie ktoś inny? A może oba morderstwa, które na pozór nic nie łączy, należy ze sobą powiązać? Patrik, zmęczony i zestresowany przygotowaniami do ślubu z Eriką i opieką nad małym dzieckiem będzie musiał włożyć sporo wysiłku w rozwiązanie tej zagadki...

Lubię czytać wszelakie serie po kolei, chociaż nie wyrywam sobie włosów z głowy, jeśli mi się to nie udaje. Tutaj jednak postanowiłam, że będę konsekwentnie czytała tom za tomem tak jak powinnam i jak na razie się tego trzymam. Dlaczego? Choćby dlatego, że książki Camilli Läckberg to nie tylko kryminały, ale przede wszystkim powieści obyczajowe. Nazwałabym je raczej sagą obyczajowo-kryminalną. A fajnie jest śledzić przygody bohaterów po kolei, tak jak kolejne wydarzenia miały miejsce. U Camilli mamy do czynienia z tymi samymi bohaterami, z ich problemami, emocjami od początku. I oczywiście, można zacząć od środka, bo wątek kryminalny w każdej części jest inny, jednak nie będzie to już to samo. Można się pogubić w wydarzeniach z życia bohaterów, można być lekko zdezorientowanym... O wiele większą przyjemnością jest więc czytanie sagi kryminalnej Läckberg tak, jak ona powstawała, po kolei.

"Ofiarę losu" uważam jak dotąd za najlepszą jej część. Fakt, nie mam za sobą ich wiele, bo to dopiero czwarty tom, jednak wciągnął mnie tak bardzo, tak pochłonął, jak żaden poprzedni. Stałam się dzięki temu jeszcze większą fanką Camilli i nie mogę się tym samym doczekać, kiedy trafią w moje ręce kolejne części. Pomjając wątki kryminalne, jestem głównie ciekawa tego, jak potoczą się dalsze losy Eriki i Patrika, Anny i pozostałych bohaterów. Bo gdy przeczyta się pierwszą część tej serii, naprawdę trudno jest przejść obojętnie obok pozostałych.

Tym, którzy jeszcze nie czytali żadnej książki autorki, polecam szczególnie. I nie chodzi tu tylko o fanów kryminałów, bo i miłośnicy powieści obyczajowej znajdą w książkach Camilli Läckberg nie lada rozrywkę. A autorka ma to do siebie, że wiele nie musi robić, aby zdobywać kolejne rzesze fanów - jej powieści są po prostu dobre. Mam nadzieję, że wkrótce wpadnie w moje ręce kolejna jej książka - czekam z wielką niecierpliwością, bo "Ofiarą losu" autorka rozbudziła we mnie chęć na znacznie więcej. Was czeka pewnie podobny los :-)

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Czemu mnie nie ma, czyli... usprawiedliwiam się :-)

Czemu mnie nie ma, czyli... usprawiedliwiam się :-)

Nie ma mnie. A raczej nie było przez ostatni tydzień. I mam na myśli głównie bloga, bo ja oczywiście cały czas jestem, tylko na internet nie mam czasu. A pewnie wiele z Was zastanawia się, gdzie się podziewam, czemu mnie tak naprawdę nie ma. A ja mam jeszcze sumienie (które mnie gryzie) i muszę się koniecznie przez Wami wytłumaczyć :-)

Cóż, czasu mi brak od właściwie dwóch tygodni, bo zaczęłam studia. Tak tak, na starość mi się uczyć zachciało. Pierwszy zjazd mam za sobą, w weekend czeka mnie kolejny. Najciekawsze jest jednak to, że jeden, jeszcze we wrześniu mnie ominął, bo jestem z czwartej tury rekrutacji. Pomijając więc już same studia (bo chociaż pochłaniają one oczywiście w jakimś stopniu wolny czas), to musiałam jeszcze nadrobić zaległości z tych pierwszych zajęć. A praca oczywiście też jest, więc wolnego czasu mam jak na lekarstwo, niestety... I wykorzystuję go na czytanie :-)

Oczywiście, czytam, może trochę mniej czytałam ostatnio, ale i tak mam do napisania na chwilę obecną dwie recenzje. I mam zamiar to zrobić, mimo dodatkowych obowiązków, w najbliższych dniach :-) Ukaże się tu więc coś na pewno do końca tygodnia, a może nawet wyjdę w końcu na prostą i znowu nabiorę regularności w pisaniu oraz odrobię zaległości, tym razem na moim blogu... Nie martwicie się więc, bo jestem, będę i pamiętam. Szkoda tylko, że czas nie jest z gumy i nie można go rozciągnąć... Pewnie cały problem tkwi w organizacji czasu własnego... Ciekawa jestem, czy Wy sobie z tym radzicie, czy jednak tak jak mnie ostatnio, ciągle Wam go brakuje?... W końcu nie tylko dla mnie rozpoczął się rok akademicki (czy szkolny)... :-)
English Matters - nr 42

English Matters - nr 42

Nr 42 wrzesień/październik 2013
Wydawnictwo Colorful Media
Liczba stron: 42
Ocena: 8/10
English Matters - zapewne wiele z Was kojarzy ten tytuł. Nic dziwnego. Ja sama dowiedziałam się o nim głównie z blogów i to pod wpływem Was właśnie zaczęłam go kupować. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że obecnie nie mam, czego żałuję, jakiegoś szczególnego kontaktu z językiem angielskim. Wcześniej, pracując w UK, miałam go na co dzień, teraz jednak mój czas zajmuje praca, obowiązki domowe, a ostatnio i studia - kontakt z językiem obcym więc znacznie się uszczuplił, a ja nie mam ani zbyt dużo czasu, ani - przyznajmy szczerze - dość motywacji, aby uczyć się regularnie angielskiego. A jak wiadomo, z językami obcymi jest tak, że gdy stoimy w miejscu i nie ma postępów - to tak naprawdę cofamy się.

English Matters kupiłam głównie z tego właśnie powodu - aby mieć jakikolwiek kontakt z językiem, nie zapomnieć go, a może nawet i podszkolić. Bo przyznam szczerze, brak mi motywacji, aby regularnie zaglądać do książek, uczyć się słówek, ćwiczyć gramatykę itp. Doszłam jednak również do wniosku, że to będzie idealna rozrywka i możliwość nie tylko szkolenia angielskiego, ale i zdobycia informacji i miłego spędzenia czasu przy ciekawym czasopiśmie. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z tym magazynem i wydawnictwem Colorful Media?

English Matters od razu zdobył moją wielką sympatię i bardzo szybko stałam się jego fanką. Dlaczego? Bo jest ciekawe nie tylko merytorycznie, ale i wizualnie. Przyciąga uwagę okładką i szatą graficzną, ale przede wszystkim wydawnictwo potrafi zainteresować potencjalnego czytelnika swoją zawartością. Ktoś, kto lubi i interesuje się Wielką Brytanią (ale nie tylko) znajdzie w niej sporo ciekawych artykułów i tekstów. Są one podzielone tematycznie, ale co najważniejsze - każdy z nich zawiera listę trudniejszych słów wraz z ich polskim tłumaczeniem. Ułatwia to bardzo czytanie, nie musimy trzymać przy sobie słownika, bo słowniczek mamy zawsze poniżej. To prawda, trzeba znać język angielski co najmniej na poziomie podstawowym, a najlepiej średniozaawansowanym. Dla takich osób magazyn jest wręcz idealny, bo pozwoli na odświeżenie znanego już słownictwa, ale i poznanie nowego, a tym samym postępy w dalszej nauce. A o to przecież chodzi w nauce języków obcych, prawda? O to też chodziło mnie i dostałam dokładnie to, co chciałam.

English Matters to połączenie przyjemnego z pożytecznym. Uczymy się języka w zasadzie niezauważalnie i bezstresowo - tak naprawdę dla mnie stało się to przyjemnym spędzaniem czasu; gdy mam ochotę poczytać jakiś magazyn, sięgam po English Matters - i jednocześnie mam w tym dodatkową korzyść. Ale co najważniejsze, Colorful Media zadbało nie tylko o uczących się języka angielskiego, z magazynami można się uczyć również niemieckiego, francuskiego, hiszpańskiego czy rosyjskiego. I absolutnie nie jest to tylko i wyłącznie czytanie, ale i słuchanie - pliki mp3 można łatwo ściągnąć ze strony wydawnictwa i odsłuchać prawie każdy tekst. Czasopisma te są więc idealną pomocą w nauce, ale przede wszystkim przyjemnie spędza się z nimi czas. A o to właśnie chodzi, żeby nauka sprawiała nam przyjemność, a nie była przykrym przymusem, prawda?


Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli