Podsumowanie grudnia - Top 10 roku 2012

Podsumowanie grudnia - Top 10 roku 2012

Cóż, rok się kończy - rok, który może nie był dla mnie najszczęśliwszy, jednak mimo wszystko miał parę miłych aspektów. Między innymi to, ze zdecydowałam się założyć tego bloga, z którego mam mnóstwo frajdy i absolutnie tego nie żałuję. Rok 2012 obfitował również w ogromną masę rewelacyjnych książek, muszę się również przyznać do tego, że powróciłam do czytania więcej książek, niż to było w poprzednich latach, co było moim postanowieniem na ten kończący się rok - jak widać to postanowienie się w 100% spełniło :-)

Mój grudzień był równie obfity w lektury, jak to było w poprzednich miesiącach. Przeczytałam w tym czasie 12 książek. Jeśli chodzi o cały rok 2012 to tych książek było aż 132. Z wyniku jestem zadowolona, ale muszę napisać, że nie czytam na wyścigi, a tylko i wyłącznie dla przyjemności i tylko wtedy, kiedy mam na to czas i ochotę. Więc gdyby było ich mniej, i tak byłabym szczęśliwa. 
Podsumowania takiego jak zawsze w tym miesiącu jednak nie będzie, będzie za to TOP 10 pozycji przeczytanych przeze mnie w tym roku, ale pozycji moich ulubionych, które najbardziej zapadły mi w pamięć i w serce. Może sami się skusicie dzięki temu na którąś z tych książek?...

Top 10 - ulubione lektury mijającego 2012 roku:

1. Pan Lodowego Ogrodu (tom 1) - Jarosław Grzędowicz
2. Kobiety z domu Soni - Sabina Czupryńska
4. Dziewczynka w zielonym sweterku - Krystyna Chiger
5. Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka
6. Prowincja pełna marzeń - Katarzyna Enerlich
7. Będziesz tam? - Guillaume Musso
8. Marina - Carlos Ruiz Zafon
9. Kochanice króla - Philippa Gregory
10. Jawnie w ukryciu - Zenon Neumark

Tych moich ulubionych książek jest o wiele więcej, bardziej na miejscu byłoby tutaj Top 20, ale chciałam wybrać dla Was te 10 najbliższych memu sercu... choć wybór był naprawdę bardzo trudny. Mam też wiele książek, które może otrzymały mniejszą ocenę niż 10 albo 9, ale które darzę jednak ogromnym sentymentem i w związku z tym też należą do ulubionych... Sami wiecie jak to jest.

Podsumowanie jest więc trochę nietypowe, ale w końcu jest ku temu okazja - zbliżający się wielkimi krokami rok 2013. Ciekawa jestem, jak to u Was jest z tym całorocznym podsumowaniem?


A w związku z tym, że dzisiaj Sylwester, życzę Wam wszystkim, aby w nowy, 2013 rok był jeszcze lepszy od tego mijającego, aby obfitował w jeszcze większą ilość jeszcze ciekawszych książek, oraz aby powodziło się Wam również w życiu osobistym. Ja mam przeczucie, że dla mnie ten 2013 rok będzie rokiem szczęśliwym - oby dla Was też takim był :-)

Biała jak mleko, czerwona jak krew

Biała jak mleko, czerwona jak krew

Autor: Alessandro D’Avenia
Wydawnictwo Znak, 2011
Liczba stron: 310

Ocena: 7/10
Miłość – niby piękne to uczucie, ale może sprawić mimo wszystko mnóstwo bólu i cierpienia. I takie też są najpiękniejsze opowieści o miłości. Nie te, w których wszystko jest kolorowe, ale te niespełnione, zakazane, niemożliwe. Taką powieścią jest właśnie „Biała jak mleko, czerwona jak krew” – książką o miłości, która absolutnie łatwa nie jest.

Głównym bohaterem książki jest Leo – zwykły szesnastolatek, chodzący do szkoły, mający kolegów i najbliższą przyjaciółkę Silvię, chłopiec z dużym potencjałem, ale niepotrafiącym go wykorzystać w pełni. Dla Leo jak dla każdego w tym wieku nastolatka najważniejsze jest otoczenie, to co inni myślą, najważniejszy jest dla niego właśnie rozegrany mecz piłki nożnej czy to, że może się popisać przed klasą… Ale wśród tego wszystkiego jest również Beatrice, koleżanka ze szkoły. Dziewczyna, która, jak się wkrótce okaże, ma jednak dużo ważniejsze problemy. Takie, których nie da się przeskoczyć, nie da się z nimi nic zrobić, tylko czekać na rozwój wypadków… Beatrice jest bowiem chora na białaczkę. Czy Leo temu sprosta?

To właśnie Leo jest narratorem w tej powieści, opowiada o swojej pierwszej, świeżej, czystej miłości do Beatrice. Miłości, na drodze której stanie coś nie do pokonania. Leo, chłopiec, który postrzega świat kolorami, a jego ulubionym jest właśnie czerwony – miłość do Beatrice jest czerwona jak jej ognistorude włosy, biel natomiast to smutek, samotność, pustka. Biel nie jest pozytywnym kolorem. Co innego czerwień czy błękit – błękitna bowiem dla Lea jest przyjaźń… Błękit jest jak Silvia, jego najdroższa, najlepsza, najlepiej go znająca przyjaciółka.

Muszę przyznać, że niekoniecznie mnie ciągnęło do tej książki. Może za sprawą okładki, która raczej nieszczególnie przypadła mi do gustu. Ale gdy już wpadła w moje ręce, postanowiłam ją przeczytać – bo czemu nie? Współczesne love story? Cóż, można spróbować. I teraz, po lekturze, nie żałuję. Może i jest to książka raczej dla młodzieży, jednak jej temat jak najbardziej jest ponadczasowy. Bo czym jest miłość? Przecież nie zawsze jest ona kolorowa, nie zawsze piękna i szczęśliwa… w końcu „miłość istnieje nie po to, aby dać nam szczęście, ale po to, byśmy mogli sprawdzić, jak silna jest nasza odporność na ból”. Jakże trafny cytat. I jakże nudna byłaby miłość bez bólu i cierpienia… Ale nie tylko miłość mamy w tej książce. Bo jest w niej również poruszony problem zmagania się z nieuleczalną chorobą. Chorobą, która dotyka nie tylko tego, który na nią cierpi, ale również jego bliskich, przyjaciół, członków rodziny. I to wszystko oczami nastolatka, który ma jeszcze całe życie przed sobą. Beatrice wręcz przeciwnie – może je zakończyć w każdej chwili.

Historię Lea czyta się niezwykle lekko i szybko. Jest ona napisana w formie pamiętnika chłopca, opisującego swoje przemyślenia, czasem niezwykle filozoficzne, ale czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie. I na pewno nie jest to powieść z tych, które łatwo się zapomina. Choćby przez swoje przesłanie i tematykę.  Alessandro D’Avenia pisze niezwykle łatwym językiem, który sprawia, że słowa same przelatują nam przed oczami, ale pisze w taki sposób, który zapada w pamięci.

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” jest na pewno wartościową książką. Macie ochotę na coś lekkiego, na jeden lub dwa wieczory, ale głębokiego w swojej treści? Ta książka jest idealna. Jestem pewna, że jej nie zapomnicie po kilku dniach.

Nadzieja

Nadzieja

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Termedia, 2012
Liczba stron: 270

Ocena: 8/10
Wiedziałam o tym, że kiedyś „Nadzieja” znajdzie się w mojej prywatnej biblioteczce, nie przypuszczałabym jednak, że tak szybko. Mikołaj w tym roku jednak postanowił zrobić mi prezent i mam ją – wreszcie, z czego bardzo się cieszę. Miłośnicy autorki na pewno mają już tę pozycję za sobą, zbiera praktycznie same pozytywne recenzje i szczerze mówiąc, teraz po lekturze, wcale się temu nie dziwię. Tak, zgadza się, i na mnie ta książka zrobiła wrażenie.

Lilianę i Aleksieja poznajemy w chwili, gdy oboje są jeszcze dziećmi. Ona, sześcioletnia Lila, wychowywana jest przez ojca, który wini córkę za śmierć jej matki. Zresztą niewiele obchodzi ojca, bowiem tego interesuje tylko butelka, a Lila często obrywa od taty za nic i nosi siniaki. On, wychowywany przez ciotkę Anastazję, jest ośmioletnim chłopcem, który poza ciocią nie ma nikogo innego na świecie. Liliana znajduje Alka w lesie, szukając schronienia przed ojcem – chłopiec jest ranny i potrzebuje pomocy. Oboje nie mają przyjaciół, nietrudno więc dojść do wniosku, że Lila i Aleksiej zostaną najlepszymi przyjaciółmi. Jednak ich piekło na ziemi nie skończy się, wkrótce też los ich ze sobą rozdzieli – Aleks wraz z Anastazją znajdą schronienie w Nadziei, domku w górach, gdzie przez pewien czas znajdzie się również Lila. Jednak wszystko co dobre, kiedyś się kończy – Lila musi wrócić do domu, do okrutnego ojca i zobojętniałej macochy. Ale los Lilith – jak nazywał ją chłopak – oraz Alka, połączy jeszcze nie raz… te powroty nie będą łatwe, bowiem miłość, jaka się narodzi w tych obojgu również prosta nie będzie…

Ta powieść, choć kompletnie się tego nie spodziewałam, wzbudziła we mnie mnóstwo emocji. Niewiele książek potrafi to zrobić, a Katarzyna Michalak napisała opowieść, która wciągnęła mnie bez reszty, zapomniałam o całym świecie. Dlaczego jest taka pełna emocji? Przede wszystkim za sprawą głównej bohaterki. Powiem to od razu: nie polubiłam Liliany. Ani, gdy była jeszcze dzieckiem, ani jako dorosłej kobiety. Wciąż raniła Aleksieja, by potem błagać go o przebaczenie, Aleks oczywiście wszystko jej wybaczał, prędzej czy później. Próbowałam sobie to wszystko tłumaczyć jej strachem przed własnym ojcem, jej trudnym dzieciństwem, które doświadczyło głównie bólu, cierpienia i siniaków, jednak to było takie tłumaczenie na siłę. Nic nie powinno usprawiedliwiać bowiem kłamstw i oskarżeń, jakie padały pod adresem Alka, szczególnie wtedy, gdy Lilith była już dorosłą kobietą, bo jako dziecko mogę jeszcze to wybaczyć. I właśnie dlatego ta książka wzbudza tak wiele emocji – bo jak tak można? Czasem byłam wręcz w szoku odnośnie tego, do czego zdolna była Lila, aby tylko ustrzec się przed gniewem ojca, a w dorosłym życiu męża.

Zupełnie inne uczucia wzbudził we mnie Aleksiej. On też mnie czasem irytował tym, że wybaczał Lilce wszystko, jednak bez zastanowienia postawiłam się po jego stronie – bez przerwy raniony i oskarżany przez kobietę, którą bezgranicznie kochał. Jak widać granica między miłością i nienawiścią jest cienka, a tych oboje balansowało właśnie na tej cienkiej, mogącej się w każdej chwili zerwać, linie.

Bez wątpienia jest to cudowna książka. Książka inna niż wszystkie, do tej pory napisane przez Katarzynę Michalak. Książka, która nie jest li tylko pięknym życiem pięknej bohaterki, ale powieścią traktującą o samotności, o niełatwej miłości, która jednak jest wielka i bezinteresowna, w końcu o nienawiści, która potrafi zniszczyć nawet najpiękniejsze uczucie. Trudno mi jest nawet ocenić jej zakończenie – sami się przekonajcie, a ci, którzy już czytali, na pewno się ze mną zgodzą – bowiem dużo w tej historii dramatyzmu, nieprzewidywalności, niełatwych uczuć, trudnego dzieciństwa i jeszcze trudniejszego dorastania oraz relacji między wyrodnym ojcem a córką, bitą, wyśmiewaną i traktowaną jak rzecz. To bez wątpienia nie wywoła pozytywnych emocji. Jednak nie znaczy to, że ich w książce nie brakuje – chociażby tytułowa nadzieja na odnalezienie szczęścia. Chociaż nadzieja to nie tylko uczucie, Nadzieja to tutaj również konkretne miejsce.

Jest to książka, której nie zapomni się łatwo, to powieść, która wzruszy niejednego czytelnika, u niejednego spowoduje łezkę w oku. Cieszę się, że wpadła w moje ręce, a Wy również nie pożałujecie, jeśli po nią sięgniecie, jestem pewna.

Za książkę z całego serca dziękuję autorce, Katarzynie Michalak.
Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt!


Ponieważ dzisiaj Wigilia...

...życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń, przychylności wszechświata, siły w ramionach i czystego ognia w sercu, co zapali wszystko wokół Was szczęściem i radością. Niech wszystko czego się dotkniecie, stanie się pomocne w spełnieniu marzeń, a każda najdrobniejszą nawet czynność przybliża Was do bycia najszczęśliwszymi i najbardziej uśmiechniętymi osobami spośród wszystkich ludzi...

 

Wszystkiego najlepszego!
Niech te Święta będą najpiękniejsze ze wszystkich :-)


Nieśmiertelny

Nieśmiertelny

Autor: Catherynne M. Valente
Wydawnictwo Mag, 2012
Liczba stron: 290

Ocena: 7/10
Rosja ma wiele w swojej kulturze baśni i legend, a jedna z nich to ta o Kościeju Nieśmiertelnym. Catherynne M. Valente postanowiła więc nadać tej baśni nowy wymiar, przelać ją na karty swojej książki i stworzyć coś, co zachwyci czytelników, zafascynowanych Rosją i rosyjskim folklorem. Ja sama do takich czytelników należę, a „Nieśmiertelnego” miałam w swoich planach czytelniczych od początku.

Jednak to nie Kościej Nieśmiertelny jest główną postacią tej książki, przynajmniej nie poznajemy go od razu. Główną bohaterką jest bowiem Maria Moriewna, którą poznajemy w wieku sześciu lat, gdy stoi przy oknie i jest świadkiem tego, jak w pewnym momencie lecący ptak uderza o ziemię i zamienia się w mężczyznę. Mężczyzna chwilę potem puka do domu Marii Moriewny, a najstarsza jej siostra zostaje mu poślubiona. Maria ma trzy starsze siostry i każdą z nich spotyka ten sam los. Dziewczyna jest więc pewna, że wkrótce przyjdzie i jej kolej i jej mężem zostanie ptak. Jednak gdy ten moment nadchodzi… nic nie jest takie, jak Maria sobie wyobrażała. Poznaje jednak Kościeja i wyrusza z nim w podróż do Bujanu, magicznej krainy, w której od teraz będzie jej dom.

Nie ma chyba sensu pisać więcej o tej książce – musiałabym chyba przedstawić całą fabułę, a ta jest dość rozbudowana. I powiem szczerze, na początku trochę przytłoczył mnie język tej opowieści – mnóstwo w niej opisów, metafor i przenośni. Jednak czytając dalej, ten język właśnie zaczął mnie urzekać. Catherynne Valente stworzyła piękną bajkę – bajkę pełną magii, którą czuć na każdej bez wyjątku stronie, magii, którą strony wręcz ociekają. Język tej książki może i nie jest prosty, ale za to piękny, pełen cudownych opisów – książka bowiem składa się głównie właśnie z opisów i na początku może czytałam ją trochę opornie, to jednak szybko się do tego przyzwyczaiłam i szczerze mówiąc szkoda, że czytanie poszło mi tak błyskawicznie.

Baśń o Kościeju Nieśmiertelnym, Marii Moriewnie i Iwanie w rosyjskim folklorze istnieje naprawdę, a sama Catherynne usłyszała ją od swojego męża Dymitrija. Autorka jednak przenosi akcję swojej książki do czasów współczesnych, dokładniej pierwszej połowy dwudziestego wieku, do rewolucyjnej Rosji, w której rządzi Partia i do zwykłej, szarej rzeczywistości, która w tym czasie panowała. Robi to jednak w taki sposób, że kompletnie tego nie zauważamy – jakby to tło historyczne istniało w tej opowieści od początku. Nie jest to jednak nudna historia dwudziestowiecznej Rosji, jak zaznacza wydawca na okładce. Nie ma tu szans na nudę, bo książka tak bardzo naładowana jest opisami, wydarzeniami i postaciami, jak mało która książka. Łatwo Wam będzie przenieść się do Rosji Marii Moriewny, trudniej będzie jednak Wam się stamtąd wydostać – zatracicie się w tym świecie na amen.

Jeśli lubicie takie opowieści, osnute mgiełką tajemnicy, na wskroś magiczne i czarodziejskie – ta książka na pewno Wam się spodoba. Jeśli lubicie książki historyczne, ale napisane inaczej, nie nudzące i nie nafaszerowane tylko i wyłącznie faktami – również przypadnie Wam do gustu. W końcu – jeśli lubicie książki, których akcja dzieje się w Rosji, jest jakkolwiek związana z tym krajem i jego kulturą – też się nie zawiedziecie. A jeśli lubicie dobrą fantastykę, pełną magii – ta pozycja jest wręcz obowiązkowa! Co tu dużo mówić – przeczytajcie i sami się przekonacie.
Stosik przedświąteczny, ostatni w tym roku #14/2012

Stosik przedświąteczny, ostatni w tym roku #14/2012

Oto ostatni w tym roku stos... więcej ich w tym roku nie planuję, chociaż kilka pozycji może jeszcze zawitać do mojej domowej biblioteczki za sprawą świąt i świątecznych prezentów... Może Mikołaj jeszcze raz miło mnie zaskoczy i znowu jakąś książkę podaruje? 


Tym razem nie opisuję książek, wybaczcie, ale nie mam do tego głowy. Zdjęcie jest w miarę wyraźne i wszystko co trzeba na nim widać. A głowy nie mam z tego powodu, że jestem chora, z gorączką, bólem głowy i katarem, które to zrobiły mi "miły" prezent przed świętami. Nie wiem, czy i świąt nie spędzę w łóżku, może do tego czasu się wykuruję :-)

Powiem tylko tyle, że niektóre z tych książek było dla mnie przemiłą niespodzianką, jak np. "Nadzieja" (którą dostałam jako prezent od autorki, książka jest z życzeniami w środku), "Pół życia" (którą dostałam od wydawnictwa, ale szczerze mówiąc nie wiem, kto mi taki prezent zrobił i z jakiej racji, adresu do korespondencji tym bardziej nie podawałam i to jest najdziwniejsze) czy "Nieśmiertelny" (którą dostałam od Honoraty, za co jej z całego serca dziękuję, bo tę książkę chciałam mieć od dawna) albo "Nevermore. Kruk" (wygrana u kasandry_85). Takie to miłe niespodzianki spotkały mnie w tym roku przed świętami :-) No i oczywiście książki biblioteczne, które widać na pierwszy rzut oka :P

A zmieniając temat, cały czas zapraszam Was na konkurs, który na moim blogu trwa do 7 stycznia 2013. 
Cały czas możecie się zgłaszać. Korzystajcie!
Tutaj link do konkursu.

Stokrotki w śniegu

Stokrotki w śniegu

Autor: Richard Paul Evans
Wydawnictwo Znak, 2010
Liczba stron: 297

Ocena: 5/10
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia często mamy ochotę na jakąś książkę związaną bezpośrednio z tym tematem. Magia świąt ma już to do siebie, że stęsknieni za tym czasem, próbujemy go jak najbardziej przybliżyć. Po „Stokrotki w śniegu” sięgnęłam właśnie głównie z tego powodu – nie czując zupełnie atmosfery świąt, miałam nadzieję trochę przybliżyć sobie to uczucie. Ale nie tylko, bo  po powieść Evansa miałam ochotę sięgnąć od dawna.

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, co by było, gdybyście mieli okazję oglądać z góry swoją śmierć, uczestniczyć w pogrzebie i słyszeć wszystko to, co po Waszej śmierci mają do powiedzenia inni? James Kier miał właśnie taką okazję. Mimo że jego śmierć w wypadku samochodowym okazała się pomyłką, to jednak wyjaśniła się po jakimś czasie, a sam James miał dość czasu na to, aby zrozumieć, jak wiele ludzi go nienawidzi. Praktycznie nikt, poza jedną osobą, jego żoną, nie wypowiadał się o nim pozytywnie – ani współpracownicy, ani syn, ani rodzina i przyjaciele. W swoim życiu dokonał wiele złego, odbierając ludziom dach nad głową, zabierając majątki, w końcu niszcząc własną rodzinę i stosunki z żoną i synem. James jednak zrozumiał to dopiero po swojej własnej śmierci. Ale jak wiecie, to jedynie pomyłka, a James w jednej chwili postanawia się zmienić i naprawić wyrządzone krzywdy. Nadarza się ku temu doskonała okazja, ponieważ zbliżają się święta Bożego Narodzenia oraz ślub jego syna, na który James niestety nie otrzymał zaproszenia…

Od dawna, jak wspomniałam wcześniej, miałam ochotę poznać twórczość Richarda Paula Evansa. Jego książki zbierają prawie zawsze bardzo pozytywne recenzje, chciałam więc zobaczyć na własnej skórze, jakie są naprawdę. Czy było warto? Cóż, na pewno nie żałuję, jak nie żałuję nigdy żadnej przeczytanej książki, jednak w „Stokrotkach w śniegu” czegoś mi zabrakło. Bez wątpienia jest to dobra powieść, doskonała na odstresowanie się i nie wymagająca myślenia. Jednak nie pozostawiająca jakichś szczególnych uczuć i emocji, pewnie zapomnę o niej tak szybko, jak zajęło mi jej przeczytanie. Nie chcę pisać, że jest płytka, ale takie właśnie słowo mi się nasunęło na myśl. Płytka, przewidywalna do granic możliwości. Głównego bohatera nie polubiłam w ogóle ani na początku, ani pod koniec książki, gdy się zmienił, wydał mi się sztuczny, a cały jego projekt pogodzenia się z innymi i naprawienia błędów – odrobinę naciągany. Cieszyłam się, że książka jest dość krótka, bo nie wiem, czy dałabym radę przeczytać ją do końca, gdyby miała powiedzmy 400 czy 500 stron.

Temat jednak bez wątpienia jest godny uwagi. Wewnętrzna przemiana pod wpływem „własnej śmierci” jak najbardziej do mnie przemawia, szkoda tylko, że autor nie wykorzystał do końca pomysłu na to, wszystko dzieje się tak szybko, że aż trudno w to uwierzyć i pewnie w rzeczywistości mało by to było prawdopodobne. Ale za sam pomysł należy się autorowi plus. Powiem szczerze, że magii świąt w tej książce również nie poczułam i na tym również się zawiodłam. Cóż, trzeba sobie znaleźć jakiś inny sposób na atmosferę świąteczną, bo ta książka mi w tym nie pomogła… Może po prostu ubiorę wcześniej choinkę?

„Stokrotki w śniegu” to książka bez wątpienia dla czytelników, którzy nie wymagają wiele od lektury. Jest to powieść, która pewnie szybko wyleci Wam z głowy, ale na pewno w jakimś stopniu umili czas, chociaż nie spodziewajcie się po niej wiele. Ja naczytałam się sporo pozytywnych recenzji o tej książce, może dlatego odrobinę się zawiodłam. Ale mimo wszystko polecam – w końcu co nie podoba się mi, może akurat spodoba się komuś innemu?
Rekonstrukcja

Rekonstrukcja

Autor: Krzysztof Bielecki
Wydana własnym nakładem, 2012
Liczba stron: 210

Ocena: 6/10
Na pewno każdy z nas słyszał kiedyś o testach projekcyjnych – nawet jeśli nie mieliście z nimi do czynienia bezpośrednio, to spotkaliście się z tym choćby w filmach. Przykładem takiego testu są plamy atramentowe, w których każdy widzi coś innego, coś, co sam chce zobaczyć, zależnie od nastroju i sytuacji. A jeśli Wam powiem, że jednym z rodzajów takiego testu może być powieść? Książka, w której po przeczytaniu każdy zobaczy coś innego, na inne rzeczy zwróci uwagę? “Rekonstrukcja” jest pierwszą powieścią projekcyjną, wydaną przez polskiego autora, Krzysztofa Bieleckiego.

“Odpowiedzi na pojawiające się w trakcie lektury pytania jest wiele, a sposób, w jaki odpowiesz sobie na któreś z nich, w znacznym stopniu zdeterminuje to, jakich odpowiedzi będziesz udzielał na kolejne i jaką ścieżką myślową podążysz. Bo w labiryncie jednoznacznych faktów, gdzie wiele rzeczy można interpretować tak albo inaczej, to od ciebie zależy, jakie rozwiązanie zagadki odnajdziesz”. (str. 12)

Na tylnej okładce można dokładnie przeczytać, o czym jest ta książka. Bo oto znika John Johnson. Nie byłoby w tym nic dziwnego, teoretycznie, gdyby nie to, że znika w pociągu, z którego nijak nie mógł wysiąść. Jego towarzysz podróży zauważa jego zniknięcie po krótkiej drzemce i zaczyna go szukać. Ale John Johnson jakby wyparował – w pociągu go nie ma. Gdzie więc się podział?

Ale czy faktycznie o tym jest cała ta książka? A właśnie nie i autor wyjaśnia nam to już w pierwszym, krótkim rozdziale, który jest niejako wstępem do książki. “Rekonstrukcja” bowiem dzieli się – nie licząc pierwszego rozdziału – wstępu, na sześć opowiadań, na pierwszy rzut oka w ogóle ze sobą niezwiązanych i nie mających nic wspólnego. Mało tego, wszystkie te opowiadania to również wstęp – kluczem bowiem do zagadki jest właśnie “Rekonstrukcja” – ostatnia opowieść. Ale to jeszcze nie wszystko. Autor podkreśla, że jeśli nie chce nam się czytać wszystkiego, możemy przeczytać sam ostatni rozdział, możemy czytać rozdziały w jakiej nam się podoba kolejności – nieważne, najważniejsza jest bowiem istota ostatniej historii, zniknięcia Johna Johnsona.

Powiem szczerze, ta książka niesamowicie mnie zaintrygowała, szczególnie jej opis. Czytając początek, moja ciekawość tylko jeszcze bardziej została rozbudzona. Zastanawiałam się, co takiego autor miał na myśli, pisząc o tym, że to powieść projekcyjna, i co takiego ja sama w niej zobaczę. Zaintrygowana byłam nie mniej, czytając kolejne historie, nie mogąc się doczekać ostatniej – chciałam bowiem jak najszybciej rozwiązać tę intrygującą zagadkę. Muszę przyznać, że nie jest to książka, jak wszystkie – jej budowa to pierwszy aspekt, który wzbudza ciekawość, ale powiecie: okay, opowiadania, ale przecież na rynku mnóstwo jest antologii i opowiadań. Ale to nie są zwykłe opowiadania. Od razu rzuca się tutaj coś, co trudno jest nazwać… autor bez wątpienia ma dużą wyobraźnię. Powiem szczerze: ta książka jest po prostu dziwna. Dziwna przez duże D. W życiu nie spotkałam się z czymś takim. Historie w niej przedstawione są nieprzewidywalne, czasem szalone, w niektórych czuć odrobinę magii… Co takiego autor chciał czytelnikowi w nich przekazać? Pewnie nie do końca to, co ja w nich zauważyłam, chociaż przez jakiś czas zastanawiałam się sama, co to takiego. Przeczytałam nawet jeszcze klika razy pierwszy rozdział, mając nadzieję, że może tam czegoś się doszukam, jakichś wskazówek itp. Nic z tego. Książka jednak była w moim przypadku pewnym eksperymentem, po przeczytaniu myślałam o niej dość długo i do dziś mam przeczucie, że coś jednak przeoczyłam… Niewykluczone więc, że wrócę do niej wkrótce.

Nie mam pojęcia do tej pory, jaką ocenę tej książce przyznać w skali od 1 do 10. Nigdy w życiu nie czytałam tak poplątanej książki, tak dziwacznej jak “Rekonstrukcja”… Nie wierzycie, że można napisać taką dziwną książkę? Sami przeczytajcie. Mimo wszystko odczucia po jej przeczytaniu mam pozytywne, a zagadkę staram się rozwiązać nadal… Może to nie jest książka dla wszystkich, którą trzeba czytać bardzo uważnie, również między wierszami, aby dostrzec wszystko, co w niej zawarte, nic w niej bowiem nie jest powiedziane wprost. Jeśli jednak macie ochotę na taki eksperyment – zachęcam. Obiecuję, że zmusi Was do myślenia jak mało która powieść.

Za ten książkowy eksperyment dziękuję serdecznie samemu Autorowi,
panu Krzysztofowi Bieleckiemu.

Zapraszam Was również na facebookową stronę poświęconą książce:
Rekonstrukcja na FB

Gra na cudzym boisku

Gra na cudzym boisku

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W. A. B., 2005
Liczba stron: 271

Ocena: 7/10
Aleksandrę Marininę można bez wątpienia uznać za jedną z moich ulubionych kryminalnych autorek. Kilka jej książek już mam za sobą, kilka z nich jeszcze przede mną. “Gra na cudzym boisku” jest jedną z pierwszych powieści, napisanych przez Marininę w swej pisarskiej karierze. Ja sama postawiłam przed sobą wyzwanie przeczytania wszystkich jej powieści wydanych do tej pory w Polsce. Szkoda, że wciąż jest ich tak mało.

Anastazja Kamieńska, bierze urlop i wyjeżdża do sanatorium, aby w końcu choć w niewielkim stopniu poprawić swoje szwankujące zdrowie i wyleczyć kręgosłup oraz nadrobić zaległości w pracy tłumacza. Na miejscu jednak okazuje się, że w “Dolinie” – bo tak nazywa się sanatorium – od jakiegoś czasu ma miejsce dość przerażający proceder – działa w nim szajka, kręcąca dość krwawe i odrażające filmy. Werbowane są do tego kobiety, których, w razie czego, nikt nie będzie szukał i które do końca nie są świadome tego, co je czeka. Choć ślady są starannie zacierane, Denisow, ojciec chrzestny miejscowej mafii jest rozwścieczony, że w jego mieście, do tej pory idealnym, dzieje się coś nie do przyjęcia. Nastia trafia dodatkowo w sam środek tej gry, a gdy oferuje pomoc miejscowej policji i słyszy odmowę, zaczyna zastanawiać się, czy nie stanąć po stronie potężnego Denisowa.

Po raz kolejny miałam do czynienia z dobrym, rosyjskim kryminałem, gdzie zagadka goni zagadkę, a wszystko rozgrywa się w rosyjskim mieście-widmo, którym rządzi szef miejscowej mafii, Eduard Denisow. Główna bohaterka trafia więc w sam środek niebezpiecznej gry i musi podjąć trudną decyzję – czy przyjąć przeprosiny miejscowej policji, schować w kąt swoją dumę i pomóc, czy przyłączyć się do Denisowa. Ten ostatni bowiem od początku potrafi dostrzec w Anastazji doskonałego analityka i kryminologa, potrafiącego zauważyć szczegóły, niewidoczne dla zwykłego ludzkiego oka. Denisow jednak, mimo że boss mafijny, wcale nie jest w tej powieści postacią negatywną – wręcz przeciwnie, ja osobiście go bardzo polubiłam. Zresztą pojawi się on również później, w innych częściach cyklu o major Kamieńskiej.

Anastazja natomiast po raz kolejny zyskała moją sympatię swoim dość nietypowym podejściem do świata, ludzi oraz samej siebie. Uwielbiam ją za jej cynizm, dość ironiczny humor – w ogóle za całokształt. Gdyby powstał ranking ulubionych bohaterów i bohaterek literackich, na mojej liście znalazłaby się na pewno – wyżej lub niżej, ale swoje miejsce tam by miała.

“Gra na cudzym boisku” jest jedną z pierwszych książek Marininy i szczerze mówiąc, czuć i widać to, czytając. Nie jest to absolutnie wada, jednak styl autorki trochę się zmienia wraz z kolejnymi powieściami. A czytałam również te późniejsze, gdzie Marinina zdecydowanie rozwinęła i udoskonaliła swój warsztat. Warto więc jej powieści czytać w miarę chronologicznie, o ile to możliwe, ale nie jest to konieczne. Każda bowiem część opowiada inną historię – historię, która ma jedynie wspólną bohaterkę. I tak niech traktują książki Marininy czytelnicy, którzy jeszcze nie mieli okazji autorki poznać. Aleksandra Marinina nie zawiedzie żadnego miłośnika kryminałów. To mogę obiecać.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Pan Lodowego Ogrodu [tom 1]

Pan Lodowego Ogrodu [tom 1]

Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2012
Liczba stron: 544
Zdaję sobie sprawę z tego, że pierwszą rzeczą, na jaką zwracamy uwagę podczas czytania recenzji jest jej ocena w ramach jakiejś tam skali. Zgodzicie się chyba ze mną, prawda? Ja sama czasem tak robię, muszę się przyznać otwarcie, jednak nie jest to absolutnie jedyna rzecz, na którą patrzę, bo recenzję potem czytam całą tak czy inaczej. Zastanawiacie się pewnie więc, dlaczego tym razem w mojej recenzji nie ma oceny?... A bo nie ma. Bo tym razem chcę Was zaskoczyć książką, która i mnie kompletnie zaskoczyła… Jaka to książka? A no właśnie “Pan Lodowego Ogrodu”. Teraz się pewnie zastanawiacie, jak mnie zaskoczyła – dobrze, czy źle… O tym później.

“Pan z wami! Jako i Ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia”.

Midgaard. Planeta gdzieś na samym końcu wszechświata. To właśnie tam została wysłana ekspedycja, mająca zbadać nieznaną kulturę człekopodobnej cywilizacji. Wszystkie osoby, które jednak tam dotarły, nigdy nie powróciły na ziemię, a słuch po nich zaginął. Vuko Drakkainen zostaje więc wybrany do tego, aby samotnie ruszyć na ratunek ocalonym osobom – o ile w ogóle takie osoby jeszcze są. A nie jest to łatwa wyprawa. Vuko bowiem trafia na Midgaard w złym czasie. Wita go cisza, śmierć i tajemnicza mgła, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy najmniej można się tego spodziewać. Mgła, która wlecze za sobą przenikliwe zimno i mróz, z której co jakiś czas wyłaniają się dziwne istoty. Trwa wojna bogów. Giną mieszkańcy planety, ludzie, wszystko, co stanie na drodze tajemniczej mgle… Co stało się z ekspedycją naukowców, czy w ogóle ktoś ocalał? Czy Nocny Wędrowiec Drakkainen zdoła odnaleźć kogokolwiek i z powrotem sprowadzić na Ziemię?...

Fantastykę lubię, chociaż ostatnio nie czytam jej często. Z polską fantastyką jednak do tej pory jeszcze nie miałam do czynienia. Dlaczego? Ponieważ doszłam do wniosku, że nie spełni moich oczekiwań, że mi się po prostu nie spodoba. Sama nie wiem, skąd to przekonanie. “Pana Lodowego Ogrodu” jednak miałam na oku od dość dawna. Przyciągał mnie bliżej nieokreśloną siłą. Przywoływał przy każdej wizycie w księgarni, kusił pięknymi okładkami. Bo czyż nowe wydanie tej książki nie jest piękne? To tyczy się również kolejnych części i muszę przyznać, że grafik, który projektował okładki, wykonał kawał dobrej roboty. Fabryka Słów dołożyła resztę i wyszło z tego świetne wydanie, którego może pozazdrościć niejeden wydawca. Ale nie o zachwytach nad wydawnictwem i szatą graficzną miało być, chociaż musiałam o tym wspomnieć i tak. “Pan Lodowego Ogrodu” kusił mnie również wyżej przytoczonym cytatem z okładki. Nie wiem, co w tym takiego jest, ale ta książka przyciągała moją uwagę z każdej niemalże strony, jak jeszcze żadna. Nie potrafiłam tego zrozumieć.

Trafiłam na powieść jednak ostatnio w bibliotece i nie mogłam się już oprzeć takiej okazji. W pierwszej kolejności też zaczęłam ją czytać. I co? A no nic. Pierwsze kilka stron kompletnie mnie nie zainteresowało, pomyślałam: “rany, co ja czytam?” Ale… tak było tylko przez pierwsze kilka stron.

To, co zwraca uwagę czytelnika na pierwszy rzut oka… gdy zagłębiamy się coraz bardziej w treść… to realizm tej książki. Tak, to fantastyka, ale tak realna, jakby świat wykreowany przez Grzędowicza naprawdę istniał, mało tego, jakbyśmy sami w nim żyli. Postaci są tu tak prawdziwe, jak to, że teraz czytacie tę recenzję. Jakby były i żyły obok Was, jakbyście sami mieli z nimi do czynienia. Opisy przyrody, ludzi, wydarzeń są tak realistyczne, jakbyście sami brali w tym wszystkim udział. Mało który autor to potrafi, a Jarosławowi Grzędowiczowi się to udało, ot tak, po prostu, zupełnie naturalnie.

Główny bohater? Vuko Drakkainen, Nocny Wędrowiec, Śpiący na Drzewie, Ulf Nitj’sefni – nazywać go sobie możemy jak chcemy – na początku nawet nie wzbudził mojej sympatii, ale chyba tylko po to, żebym z biegiem kolejnych stron zaczęła go po prostu uwielbiać. Mało jest bohaterów, którzy od razu zapadają mi w pamięci, a Drakkainena po prostu ubóstwiam! Tak, poczucie humoru takie, jakie najbardziej lubię, chyba najbardziej do mnie przemówiło. Sama nie wiem. Ale ten facet ma w sobie to coś, co tak trudno nazwać, a co sprawia, że mimo wszystko zwracamy na niego uwagę.

Akcja? Przyspiesza wtedy, kiedy trzeba, zwalnia, kiedy jest to konieczne – powieść jest tak skonstruowana, żeby nie nudzić, a wręcz przeciwnie – żeby jeszcze bardziej zaciekawić. Poza tym mamy kolejne urozmaicenie – bo i narrację Vuko pierwszoosobową, za którą tęskniłam, gdy jej nie było, oraz trzecioosobową, wszystkowiedzącą, jakby ktoś obserwował wszystko z boku i zdawał nam z tego relację. Objętość Wam przeszkadza? Za gruba? Uwierzcie, te 500 stron to będzie za mało. Przynajmniej dla mnie. Byłam zła, gdy ktoś przerywał mi lekturę i szkoda było mi tego, że tak szybko zbliżam się do końca. Naprawdę. A zakończenie? Jest to jedna z niewielu książek, której zakończenie zwaliło mnie z nóg, po którym został ogrom pytań bez odpowiedzi, bo przecież mamy jeszcze 3 kolejne tomy! A tutaj coś, co sprawia, że czujemy się, jakbyśmy dostali obuchem z głowę…

Fantastyczna książka. I bynajmniej nie chodzi tutaj o gatunek literacki. Mało która książka u mnie zasługuje na wysoką ocenę, jestem wymagająca, to fakt, i zawsze długo się zastanawiam, jeśli mam jakiejś przyznać maksymalną ocenę. A “Pan Lodowego Ogrodu” zdobył u mnie najwyższą notę, ba, dałabym mu 11 pkt na 10 gdybym mogła. Jarosław Grzędowicz wykonał kawał dobrej roboty, nic dziwnego, że powieść zdobyła szereg nagród, a w połączeniu z grafiką, ilustracjami, wydaniem – to jest po prostu arcydzieło. Mało która książka sprawia, że nie potrafię wybić sobie jej z głowy przez długi czas, a ta właśnie coś takiego uczyniła. Ach! Muszę mieć całego “Pana Lodowego Ogrodu” na półce, po prostu muszę! I to w najnowszych wydaniach – koniecznie!

Pan Lodowego Ogrodu:
Kwiaty na poddaszu

Kwiaty na poddaszu

Autor: Virginia Cleo Andrews
Wydawnictwo Świat Książki, 2012
Liczba stron: 382
Ocena: 8/10
W końcu udało mi się zdobyć i przeczytać książkę, która stała się takim bestsellerem i która zdobyła tak wiele pozytywnych opinii. Książkę, która wzbudziła w czytelnikach wiele emocji. Zastanawiałam się, co w niej takiego jest - teraz już wiem. Na pewno kojarzycie "Kwiaty na poddaszu", które w blogosferze zdobyły już niemałą popularność. Książkę, która kusiła mnie od samego początku, od dnia premiery wznowienia - teraz stoi na mojej półce, w końcu.

Większość osób doskonale wie, o czym jest ta powieść, jednak dla tych, którzy nie czytali i nie słyszeli: mamy naprawdę szczęśliwą rodzinę. Jest mama i tata oraz czwórka szczęśliwych dzieci: Chris, Cathy oraz bliźnięta Carrie i Cory. Rodzinę tę jednak dosięga tragedia. Pewnego dnia kochający tata nie wraca z pracy. Dzieci i matka wkrótce dowiadują się, że zginął w wypadku samochodowym, wracając do domu. Wszyscy są zrozpaczeni, ale mało tego – cała piątka zostaje bez środków do życia. Bez pieniędzy. Corrine wraz z dziećmi jest więc zmuszona wrócić do swojego domu rodzinnego, do okrutnie bogatych rodziców, którzy wydziedziczyli ją jakiś czas temu, gdy dowiedzieli się, że wyszła za mąż. Przyjmują ją jednak z powrotem po warunkiem całkowitego podporządkowania się panującym tam zasadom. Jest tam również miejsce dla jej dzieci, jednak… jest to jeden, zamknięty pokój w odległym skrzydle willi, pokój, z którego nie wolno im wychodzić, dziadek bowiem, a ojciec Corrine, nie wie o ich istnieniu. Jednak jest on śmiertelnie chory i jego śmierć to kwestia czasu. Dzieci zostaną natychmiast wypuszczone, gdy dziadek się o nich dowie albo gdy po prostu umrze. Przynajmniej takie są obietnice mamy i okrutnej babki…

Dość trudno pisać o tej książce, każde bowiem choć minimalne zdradzenie fabuły moim zdaniem można by uznać za spoiler. A cóż to za przyjemność czytania potem książki. Ja jednak wiedziałam, że ta książka kiedyś znajdzie się na mojej półce, nie zagłębiałam się więc specjalnie w recenzje na blogach, nie chcąc psuć sobie przyjemności czytania i odkrywania tajemnic rodziny Dollangangerów osobiście. A tajemnic tych jest niemało. Przez cały czas podczas czytania wisi w powietrzu jakaś tajemnica, trudno określić dokładniej, co to jest, ale ta aura pojawia się przez cały czas. Sekrety i tajemnice są wszędzie, nie brakuje ich nawet w małżeństwie Corrine… Najwięcej jednak ukrywa się przez Cathy, Chrisem, Carrie i Cory’m. Czwórka dzieci, zamknięta w pokoju, z nadzieją na rychłe wypuszczenie, z czasem tę nadzieję traci coraz bardziej. Żyją w tajemnicy przez dziadkiem i służbą, bez słońca i świeżego powietrza, z tęsknotą za światem zewnętrznym.

Jak może rozwinąć się psychika dzieci, które przez długi okres czasu zamknięte są w jednym pomieszczeniu, przebywają ze sobą non stop, nie mając kontaktu z innymi? Matka na początku zagląda do nich często, jednak z czasem coraz rzadziej. Jednym stałym elementem są codzienne odwiedziny babki z koszykiem z jedzeniem. I jak się okazuje, również nie zawsze. Corrine próbuje zrekompensować to swoim dzieciom licznymi prezentami, aby zagłuszyć poczucie winy… Jednak jej odwiedziny są coraz rzadsze… Jak mogą rozwijać się dzieci, które nie mają żadnym autorytetów, które muszą je sobie stwarzać sami, w swoim świecie ogrodu na poddaszu? Dzieci, w świecie których brak miłości i bliskości, które rozdzielają role matki, ojca i dzieci pomiędzy własną czwórkę, aby stworzyć sobie namiastkę domu, którego nie mają. Między którymi w końcu, by zapełnić tę pustkę, rodzą się dziwne uczucia, nie do końca zdrowe, nieświadome powielanie grzechów rodziców.

„Kwiaty na poddaszu” to niesamowita książka, która na te pytania odpowiada. Która porusza nierzadko tematy tabu, o których się nie mówi. Która ukazuje nam problem fanatyzmu religijnego babki, doszukującej się grzechów wokół siebie, nie dostrzegając tych, które dotyczą jej własnej osoby. Problem kazirodczej miłości, zamknięcia i odosobnienia od świata zewnętrznego… Powieść, która momentami jest przerażająca i wstrząsająca.

Książkę czytało mi się niezwykle szybko. Być może dlatego, że czasami nie mogłam się od niej oderwać, przekładałam strony z nadzieją na to, że jednak coś się zmieni i wszystko skończy się dobrze. Jak się skończyła, sami musicie przeczytać. Tego nie zdradzę. „Kwiaty na poddaszu” czyta się jednak dobrze, łatwo, być może za sprawą narracji pierwszoosobowej, którą osobiście wolę od narratora, opowiadającego w trzeciej osobie. Tutaj o wszystkim opowiada Cathy, dorosła już kobieta. Kobieta, która tak jak ja, nie potrafiła zrozumieć swojej matki, mimo że próbowała nie raz.

Powieści Virginii Andrews nie zapomina się tak łatwo. To jedna z tych książek, które zostaną w mojej pamięci na długo, podobnie jak książka Emmy Donoghue „Pokój”. Pewnie nie tylko ja zauważyłam podobieństwo w obu tych powieściach – łączy je bowiem wątek uwięzienia w pokoju, z którego nie można wyjść, który niejako staje się domem. Polecam tę książkę każdemu i myślę, że nie na mnie pierwszej i nie ostatniej zrobiła takie wrażenie.
Wygrywajka zimowo-urodzinowa

Wygrywajka zimowo-urodzinowa

Ledwo co na moim blogu skończył się jeden konkurs, a już mam dla Was kolejny :-)
Nie nie, to nie mój blog obchodzi urodziny, jemu jeszcze trochę brakuje. Ale za równy miesiąc urodziny obchodzę ja :-) Świetna więc okazja na konkurs, nie sądzicie? A ja lubię się z Wami dzielić, postępując wedle zasady, że szczęście się mnoży, gdy się je dzieli (u mnie autentycznie się to sprawdza!) :-)
Będzie więc konkurs, którego wyniki ogłoszę dokładnie w dniu moich urodzin, czyli 8 stycznia :-)
W tym dniu więc to ja będę rozdawać prezenty, a może zdarzy się tak, że i ja coś dostanę?...


Nagrodą w konkursie będzie książka, którą ostatnio dla Was recenzowałam, czyli:
"Tajemnica spowiedzi" Josepha Spillmanna


Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga In Trinity's world of books, czyli ja :-)
2. Konkurs trwa od dziś, czyli 8 grudnia 2012 do 7 stycznia 2013 roku (do godz. 23.59), czyli równiutki miesiąc.
3. Wyniki zostaną ogłoszone dnia 8 stycznia 2013, czyli w moje urodziny.
4. Zwycięzca konkursu jest zobowiązany w ciągu 3 dni wysłać adres do wysyłki na e-mail: trinity801@autograf.pl. Jeśli nie otrzymam adresu, zostanie wybrany nowy zwycięzca.
5. W konkursie mogą brać udział osoby, posiadające adres korespondencyjny na terenie Polski.
6. Nagrodą w konkursie jest książka Josepha Spillmanna "Tajemnica spowiedzi".
7. Sponsorem nagrody jest autorka bloga In Trinity's world of books (pośrednio wydawnictwo Promic), a nagroda nie podlega wymianie na ekwiwalent pieniężny.
8. W konkursie mogą brać udział osoby prowadzące bloga, jak i nieposiadające go.
9. Nie jest obowiązkowe zamieszczanie bannera z informacją o konkursie, aczkolwiek będzie to bardzo mile widziane :-)
10. Zwycięzcą konkursu zostanie osoba, której wypowiedź najbardziej spodoba się, przypadnie do gustu autorce bloga In Trinity's world of books.

Zadanie konkursowe:
1. Oczywiście, jak zawsze, w pierwszej kolejności trzeba wyrazić chęć udziału w konkursie i podać swój adres e-mail, abym miała szybki kontakt z Wami w razie zwycięstwa.
2. Po drugie, należy odpowiedzieć na pytanie:
Jaki jest Wasz wymarzony prezent urodzinowy, świąteczny, imieninowy, którego nigdy nie dostaliście?
Na pytanie konkursowe należy odpowiedzieć w kilku zdaniach - najciekawsza wypowiedź zostanie nagrodzona :-)


Życzę wszystkim powodzenia :-)

Tajemnica spowiedzi

Tajemnica spowiedzi

Autor: Joseph Spillmann
Wydawnictwo Promic, 2012
Liczba stron: 306
Ocena: 7/10
Choć do książek o tematyce religijnej podchodzę dość ostrożnie i nie czytam ich dużo, od dawna miałam ochotę na tę powieść. Dlaczego? Bo to w końcu kryminał, ale co ważniejsze, osadzony z akcją w XIX-wiecznej Francji, której jestem zagorzałą fanką od dawna. Ponadto lubię nowe wyzwania, a takim właśnie okazała się ta książka.

Joseph Spillmann przenosi nas w swojej powieści do roku 1888 do Prowansji. Jej akcja toczy się głównie nieopodal Aix-en-Provence, u stóp wzgórza Sainte-Victoire. François Montmoulin jest młodym proboszczem miejscowej parafii, znanym z tego, że ludziom w potrzebie gotowy jest oddać ostatnie sou, które posiada, ostatni kawałek chleba. Jakże wielkie jest więc zdziwienie mieszkańców, gdy zostaje oskarżony o morderstwo! Ofiarą pada fundatorka szpitala, który niebawem ma zostać zbudowany, w dzień, gdy wraz z dość dużą sumą pieniędzy od księdza wraca do domu. Każdy dowód, znaleziony na miejscu zbrodni świadczy przeciwko proboszczowi, wszelkie poszlaki wskazują na niego. Łatwo się jednak domyślić, choćby po tytule, że to nie ksiądz Montmoulin jest mordercą. Mordercę zresztą znamy niemalże od pierwszych stron książki, bo jest nim zakrystian, niemający zbyt dobrej sławy wśród mieszkańców miasteczka. Ksiądz jednak wysłuchuje jego spowiedzi i przyznania się do winy, pada jednak ofiarą jej tajemnicy – nie może więc wyjawić żadnego szczegółu, który skierowałby podejrzenia na prawdziwego sprawcę.

Od samego początku główny bohater wzbudza w czytelniku sympatię. François Montmoulin jest bardzo wyrazistą postacią, oddaną Bogu, biegnącą z pomocą do każdego, który jej potrzebuje. Ale sympatię jak najbardziej wzbudzają również inni, pozytywni bohaterowie powieści – matka księdza, jego siostra oraz siostrzeńcy. Bez wątpienia jest to duży plus tej książki. Ale nie tylko. Od pierwszych stron bowiem czuć klimat małego, francuskiego miasteczka, w którym wszyscy się znają i lubią. Ale czy na pewno? Ksiądz Montmoulin cieszy się sympatią prawie każdego, dopóki nie zostaje oskarżony o morderstwo kobiety. Mieszkańcy miasta automatycznie dzielą się wtedy na tych, którzy nie wierzą w winę proboszcza, oraz na tych, którzy nie mają wątpliwości co do jego winy. I trzeba przyznać, że tych drugich jest o wiele więcej. Jakże potężna jest siła osób wyższych stanowiskiem, siła władzy i chęci rządzenia! Jakże wielka jest potęga tłumu i narzucania opinii, która nie zawsze jest słuszna. Wielu mieszkańców  z chwilą oskarżenia proboszcza o sto osiemdziesiąt stopni zmienia stosunek do niego – wszystko za sprawą innych, którzy wierzą w niepodważalne dowody. Nie brakuje jednak osób, które żywią przekonanie o niewinności księdza.

Ksiądz Montmoulin jak się jednak okazuje, miał też wrogów… właśnie Ci wrogowie będą go oskarżać, nic więc dziwnego, że nawet nie postarali się o to, aby choć raz podejrzenia padły na inną niż duchowny osobę. François jest niemalże natychmiast oskarżony, co gorsza, nie może się bronić – padł bowiem ofiarą tajemnicy spowiedzi, której wysłuchał od swojego zakrystiana. W całości jednak swój los oddaje Bogu i do końca wierzy w to, że Bóg pozwoli, aby inni poznali prawdę. Ani przez chwilę nie traci nadziei na oczyszczenie z zarzutów i wiary.

Joseph Spillmann zaskoczył mnie tą książką bardzo pozytywnie. Stworzył niesamowity klimat XIX-wiecznej Francji, sytuacji, jaka tam wtedy panowała, jak działał wymiar sprawiedliwości, jak przebiegał proces, jak pracowała i jaki stosunek do obywateli miała policja. Stworzył również barwnych bohaterów doskonale wpasowujących się w realia tamtych czasów, przybliżył nam piękne krajobrazy i opisy przyrody. Książka może być trochę przewidywalna, jednak dla mnie i tak była zaskoczeniem, szczególnie jeśli chodzi o zakończenie procesu – ciekawa bowiem byłam, czy proboszcz Montmoulin naprawdę zostanie uznany na winnego i skazany, czy jednak uniewinniony.

Autor podkreśla ponadto, we wstępie na początku, że chociaż wszystkie wydarzenia i postaci zawarte w książce to fikcja literacka, powieść opiera się jednak na autentycznych wydarzeniach, które faktycznie miały miejsce. Niemniej wszystko, co w powieści zawarte, jest realistyczne, nic nie jest naciągane. Bez wątpienia więc warto sięgnąć po tę książkę i samemu się przekonać, jakie wartości z niej można wynieść. Absolutnie nie należy się bać jej tematyki, bo chociaż odnosi się głównie do wiary i religii, to jednak jest to kryminał, który na pewno nie zawiedzie fanów tego gatunku.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Pensjonat Sosnówka

Pensjonat Sosnówka

Autor: Maria Ulatowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011
Liczba stron: 360
Ocena: 7/10
Niedawno, za sprawą Włóczykijki, w moje ręce wpadła książka Marii Ulatowskiej “Sosnowe dziedzictwo” razem z jej drugą częścią. I chociaż pierwszy tom nie zrobił na mnie oszałamiającego wrażenia, spodobał mi się na tyle, aby przeczytać o dalszych losach dworku na Kujawach i jej pięknej właścicielki. Do drugiej części jednak podeszłam jeszcze ostrożniej, niż do pierwszej. Dlaczego – sama nie wiem, może nie spodziewałam się tego, że autorka mnie w ogóle jeszcze czymś zaskoczy. Jak było naprawdę?

“Pensjonat Sosnówka” to kontynuacja książki “Sosnowe dziedzictwo”. W pierwszej części poznaliśmy już większość bohaterów, czasem może za idealnych, jak na realia, ale budzących sympatię. Trudno jest jednak napisać coś o książce, nie zdradzając tego, co wydarzyło się w części pierwszej i nie zdradzać fabuły. Mogę jednak napisać, że Anna całkiem dobrze radzi sobie z prowadzeniem pensjonatu, ma coraz więcej gości, przybywa również domowników (Szyszka będzie miała przyjaciółkę)… Na przygody właścicielka Sosnówki nie będzie narzekać, wręcz przeciwnie. Na brak przyjaciół również, w Towianach bowiem mieszkają ludzie, którzy zawsze chętnie przybiegną z pomocą.

Cóż, jest to więc zwykła kontynuacja pierwszej części. I chociaż na początku książka ta mało mnie zainteresowała niż poprzedni tom, to jednak szybko znowu się wdrożyłam w styl autorki i szybko przeniosłam do świata Sosnówki. I teraz, będąc już po lekturze, muszę przyznać, że “Pensjonat Sosnówka” znacznie bardziej podobał mi się od pierwszej części. Dlaczego? Bo bohaterowie nie są już tacy idealni, w życiu Anny jest więcej zawirowań – dzięki temu powieść jest odrobinę bardziej realistyczna od “Sosnowego dziedzictwa”. Bardziej też mnie wciągnęła cała akcja, która tutaj jest trochę lepiej rozwinięta i wciągająca.

“Pensjonat Sosnówka” jest jednak nadal ciepłą książką o spełniających się marzeniach, o miłości i przyjaźni. Czasem takich opowieści nam po prostu potrzeba po to, aby inaczej spojrzeć na świat, poprawić sobie humor i uśmiechnąć się. Powieści Marii Ulatowskiej doskonale się do tego nadają. Są idealne na zimowe dni, bo rozgrzewają i relaksują.

Chociaż sama główna bohaterka może być chwilami dość irytująca, dużą sympatię zdobył u mnie jednak Dyzio. Jest to chyba najbarwniejsza postać w tej powieści – na początku parkingowy, na którego mało kto zwraca uwagę, okazuje się jednak, że ma ukryte talenty… I chyba jedyny facet, o jakim czytam, który płacze! Tak, chociaż w książce tej płaczą niemalże wszyscy, czy się cieszą, czy się smucą (częściej chyba jednak ze szczęścia), ale zawsze ryczą jak bóbr… Trochę to śmieszne i naciągane, ale Dyzio i tak mi się podobał.

Kto czytał pierwszą część, na pewno sięgnie również po drugą. Bo mimo wszystko to ciepła opowieść, która powinna spodobać się każdemu, szczególnie o tej porze roku. Polecam!

Zobacz również:

Książkę miałam okazję przeczytać dzięki akcji Włóczykijka

Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque

Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque

Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Marta Orzeszyna
Wydawnictwo PWN, 2012
Liczba stron: 408
Moja ocena: 10/10
Belle époque to czasy przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Dla Paryża właśnie ten okres był najpiękniejszym okresem w rozwoju miasta, okresem, który wraz z wybuchem pierwszej wojny światowej minął bezpowrotnie. Często za początek paryskiej belle époque podaje się rok 1889, w którym świętowano setną rocznicę Republiki Francuskiej, oddawano do użytku wieżę Eiffla, czasem jednak można się spotkać z późniejszymi latami początku pięknej epoki, nawet 1900 rok, na który przypada raczej jej apogeum. Historycy zgodni są jednak co do tego, że kres temu wspaniałemu okresowi w życiu Paryża położyła pierwsza wojna światowa.

„Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque” to przede wszystkim podróż do „tamtego” Paryża. Dwie autorki, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, którą czytelnicy znają głównie z serii „Cukiernia pod Amorem”, oraz Marta Orzeszyna, której Paryż przez lata był domem, dzięki pięknie wydanej książce przenoszą czytelnika w inny świat. Dosłownie przenoszą, bowiem mamy okazję poznać Paryż w latach swej świetności, Paryż, który w swoim czasie był nie tylko stolicą Francji, ale stolicą całego świata. Poznajemy mieszkańców tamtego miasta, sławnych ludzi, sztukę, z której był najpopularniejszy, budowle i zabytki, kulturę i rozwój techniki. Paryż nigdy tak bardzo się nie rozwinął jak w czasach właśnie pięknej epoki, nigdy wcześniej i już nigdy później. Pierwsza i druga wojna światowa bowiem na zawsze położyły kres najpiękniejszemu okresowi w dziejach stolicy i samej Francji.

„Paryż najpiękniej wygląda z wieży Eiffla, chociażby dlatego, że jej stamtąd nie widać.” 
Guy de Maupassant

Karykatura Gustave'a Eiffela, 1889 rok
Paryż od dawna mnie fascynował. Można powiedzieć, że od dziecka. Zaczęło się chyba od języka francuskiego, którego uwielbiałam słuchać, mimo że jeszcze nie rozumiałam ani słowa. Później przyszedł czas na zachwyt nad samym miastem i jego zabytkami oraz kulturą i kuchnią. Książka ta była więc moim marzeniem odkąd tylko dowiedziałam się o jej premierze. Moje marzenie się spełniło. Mimo że to najważniejsze, podróż do Paryża, jest wciąż jeszcze przede mną, za sprawą tego albumu mogłam to marzenie zrealizować chociaż po części. Już na pierwszy rzut oka bowiem widać, jak pięknie wydany jest ten album – klimatyczna okładka w twardej oprawie, dobrej jakości papier i przede wszystkim masa zdjęć, rysunków, opisów… „Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque” stała się więc moją ulubioną książką od pierwszego wejrzenia, zanim nawet przeczytałam z niej choćby słowo. Nie sposób się bowiem w niej nie zakochać, jeśli uwielbia się Paryż tak, jak ja.

Niestety, nie ma już tego Paryża z tamtych czasów. A trzeba przyznać, że belle époque była najbardziej paryską epoką, któż bowiem nie zna albo nie słyszał (może nawet tańczył) o kankanie, o kabaretach, Moulin Rouge?... Rozrywka miała spore znaczenie w tamtym okresie, być może dlatego, że przeczuwano już, że okres ten nie będzie długi i będzie miał wkrótce swój kres. Bawiono się więc tak, jak nigdy wcześniej, to właśnie w belle époque rozwinęła się francuska kultura, Paryż stał się miastem nowoczesnym, dla wszystkich, przyjeżdżali tutaj ludzie z całego świata. Tutaj bowiem można było odnieść sukces zawsze, nawet należąc do półświatka czy bez grosza przy duszy. Paryż wzywał każdego i każdemu miał coś do zaoferowania, a ludzie do niego lgnęli. Miasto świateł przyciągało wszystkim i wszystkich. Byli wśród nich również Polacy, najsławniejsza chyba z nich wszystkich była nasza rodaczka, Maria Skłodowska-Curie. W Paryżu rozwijała się w zastraszającym tempie technika, sztuka, malarstwo, a przede wszystkim moda – stolica Francji w dalszym przecież ciągu jest największą na świecie stolicą mody.

„Między Londynem a Paryżem jest taka różnica, że Paryż jest dla cudzoziemców, a Londyn dla Anglików. Anglia zbudowała Londyn na swój własny użytek, a Francja zbudowała Paryż dla całego świata.” 
Ralph Waldo Emerson



Paryż belle époque miał też jednak swoje ciemne strony, do których nazwa epoki nijak nie pasuje – królowali bowiem tu także, szczególnie na obrzeżach miasta: prostytutki, żebracy, złodzieje. Ten element paryskiej rzeczywistości przysłoniły jednak opowieści o pięknej epoce, chociaż w literaturze można znaleźć również wzmianki o prawdziwym życiu w Paryżu, tych mniej zamożnych.

Wiele można by pisać o tym mieście świateł, nie ma jednak możliwości, aby przekazać wszystko, bo chciałoby się wspomnieć o tylu rzeczach, nie ma jednak takich słów, które by oddały emocje i uczucia podczas czytania tej książki. Trzeba ją po prostu samemu wziąć do ręki, poczuć jej ciężar, przekartkować, przeczytać i przenieść się do tego cudownego okresu, jaką była belle époque. Tego się nie da opisać. Ten album zrobił na mnie wrażenie jak mało która książka i jestem pewna, że nie jestem ostatnią osobą, którą tak zaczaruje.


Za podróż do miasta świateł i ten cudowny album dziękuję serdecznie portalowi nakanapie.pl
And the winner is...

And the winner is...

Tak tak, dobiegł końca mój mikołajkowy konkurs dla Was. I powiem Wam szczerze, miałam ogromny problem z wyborem zwycięzcy. Najchętniej wszystkie książki, polecane mi przez Was, ujrzałabym we własnej biblioteczce domowej, wszystkie wydały mi się ciekawe, pełne ciepła i doskonałe na zimowe wieczory. Jednak zwycięzca może być tylko jeden, bo tylko jeden niestety mam egzemplarz książki.

Czytałam Wasze komentarze po kilka razy, próbując wybrać te najbardziej mnie przekonujące, trudno było, oj, trudno. Ale nie przedłużając, bo pewnie ciekawi jesteście, kto jest tym szczęśliwcem...


Nagrodę ode mnie, książkę "Sklep na Blossom Street" Debbie Macomber dostanie:

post meridiem

Z całego serca gratuluję!

A dlaczego właśnie post meridiem? Mam nadzieję, że autorka komentarza nie będzie miała mi za złe, jeśli przytoczę jej zgłoszenie :-)

"A książka, którą mogę Ci polecić to "Projekt szczęście" Gretchen Rubin. Zapewniam, takiej książki jeszcze nie czytałaś. :) Autorka postanawia przez cały rok robić wszystko, by stać się szczęśliwą, nie zmieniając diametralnie swojego życia. Co więc robi? Śpiewa o poranku, sprząta garderobę, uczy się rozmawiać z dziećmi, nie oczekuje, nie marudzi, korzysta, kocha, a także podejmuje wyzwania - jedno z nich to napisanie powieści w miesiąc. "Projekt szczęście" daje wielką motywację, by dążyć do własnego szczęścia i zachęca do szukania źródeł radości w zwykłych, codziennych sytuacjach. Obok porad i opisu projektu, Rubin opisywała swoje codzienne życie z mężem i dwójką dzieci. Naprawdę oryginalna, warta polecenia książka."

Dlaczego wybrałam tę książkę? Każdy z nas ma jakieś wzloty i upadki, w moim życiu ostatnio niestety więcej jest tych drugich... A ta książka wydaje się być idealna do tego, aby poprawić mi humor i troszkę inaczej spojrzeć na świat, który już wkrótce zasypie biała pierzynka :-)

Jeszcze raz gratuluję zwyciężczyni i proszę o przysłanie adresu do wysyłki na mój e-mail:
trinity801@autograf.pl

Pozostałym uczestnikom życzę szczęścia w następnym konkursie, który planuję już niedługo :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli