Podsumowanie listopada

Podsumowanie listopada

Rok 2012 zbliża się ku końcowi i już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła w przyszłym miesiącu zrobić jedno wielkie podsumowanie z całego roku :-) Bo takie właśnie mam zamiar zrobić. Tymczasem czeka nas w najbliższym czasie przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra :-) Uwielbiam te przygotowania, chociaż na czytanie nie mam wtedy dużo czasu...
A Wy? Przygotowujecie się już do świąt? Czy robicie to tuż przed? Przeszkadza Wam to w czytaniu?

Ten miesiąc minął mi znowu szalenie szybko, jednak pod względem przeczytanych książek bardzo miło i przyjemnie :-)

Więc jak zwykle odrobina statystyk:

Liczba przeczytanych książek w listopadzie: 12
Liczba przeczytanych stron: 4395
Średnia liczba czytanych stron dziennie: 146,5
Liczba książek przeczytanych w ramach wyzwań: 4
Liczba nawiązanych współprac: 0
Najlepsza książka listopada: "Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque"
Największe rozczarowanie listopada: "Pięćdziesiąt twarzy Greya" (nie uważam jej za najgorszą, ale otrzymała najmniejszą ocenę)
Autor miesiąca: Vanessa Diffenbaugh ("Sekretny język kwiatów")


Pragnę również przypomnieć, że mój konkurs dzisiaj o północy dobiegnie końca. Jeśli ktoś jeszcze ma ochotę wziąć w nim udział - zapraszam! Jutro albo w niedzielę postaram się podać wyniki :-)


Intryga i namiętność

Intryga i namiętność

Autor: Rosemary Rogers
Wydawnictwo Mira, 2012
Liczba stron: 396
Ocena: 6/10
Od dawna miałam ochotę na jakiś dobry, historyczny romans. Chociaż ostatnio nie czytam książek z tego gatunku, kiedyś było to normą, chciałam więc choć na chwilę przypomnieć sobie o przeszłości i zaczytać się w jakimś gorącym romansie z akcją w poprzednich wiekach.

I oto mamy historię dwóch braci bliźniaków – Edmonda i Stefana, podobnych do siebie jak dwie krople wody. Dzieli ich jednak prawie cały kontynent, Stefan bowiem pozostaje w Anglii, gdzie zarządza posiadłościami, Edmond natomiast od dawna przebywa w Petersburgu, przy boku cara Aleksandra. Jednak na wieść o tym, że życiu Stefana zagraża niebezpieczeństwo i że co jakiś czas odbywają się zamachy na jego życie, brat postanawia na jakiś czas wyjechać do Anglii i zdemaskować zamachowców. Jak? Podając się za Stefana. Nie będzie to zbyt trudne, bowiem mężczyzn nawet z bliska trudno jest rozróżnić, dzieli ich tylko i wyłącznie temperament -  Stefan bowiem jest spokojnym, zrównoważonym księciem Summerville, Edmond natomiast to porywczy, rządny przygód i niekiedy awanturniczy człowiek. Edmond więc, po przybyciu do Anglii wyrusza do Londynu podając się za swego brata Stefana, pewny, że nikt go nie rozpozna. Jest jednak jedna osoba, której nic nie umknie – piękna Brianna Quinn. Pojawia się na tym samym przyjęciu co Edmond, pewna, że to jego brat – chcąc pilnie z nim porozmawiać. Szybko jednak odkrywa, że Stefan to jednak nie Stefan…

Książka Rosemary Rogers zaintrygowała mnie swoim opisem na okładce i oczywiście samą, piękną okładką. Ale czym konkretnie? Mianowicie tym, że akcja tej książki toczy się w XIX wieku w Anglii i Rosji – czyli w dwóch krajach, które w literaturze historycznej (i nie tylko) wręcz uwielbiam. Petersburg również mnie zachwyca od czasu do czasu, więc nie było innego wyjścia, jak sięgnąć po tę książkę. Jednak co mnie uderzyło na samym początku, to okładka i piękne wydanie w twardej oprawie. Aż miło na taką książkę popatrzeć, a co dopiero ją czytać!

Sama historia w powieści zawarta jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Chyba nietrudno się domyśleć, kto będzie ofiarą wybuchającej w jednej chwili namiętności, a z czasem i miłości… Uczucie oczywiście połączy Briannę i Edmonda, chociaż mówiąc już o ofiarach, bez wątpienia na to miano zasługuje Edmond. Atrakcyjny, trochę awanturniczy, zaborczy, władczy, któremu żadna kobieta się nie oprze – nagle zauroczony jest dawną sąsiadką z dzieciństwa, która wyrosła na piękną kobietę. Brianna odkrywa tajemnicę Edmonda i od tego momentu – czyli od samego początku – ma na niego haka i wykorzystuje to dla własnego celu – ukrycia się przed ojczymem. Brianna od razu zdobyła moją sympatię – jest kobietą, która wie, czego chce, niezależną od mężczyzny i taką pragnie pozostać, chociaż nie będzie to łatwe. Autorka w doskonały sposób pokazuje stosunki, jakie panowały w XIX wieku między kobietą i mężczyzną, sytuację, która spychała płeć piękną na niższą pozycję, mającą na celu przyporządkowanie się mężczyźnie. Edmond jest właśnie takim typowym mężczyzną i z tego względu trochę mnie, jako postać, irytował – swoim zachowaniem i dialogami. Da się to jednak jak najbardziej znieść.

Szalenie szybko się czyta tę książkę i jest to jej plusem. Nie jest to jednak wybitna literatura, raczej powieść na zimne, jesienne wieczory, która pozwoli się trochę oderwać od rzeczywistości i umili nam czas. Nie należy jednak spodziewać się tutaj jakichś głębszych przeżyć i emocji. Jeśli nie nastawiamy się specjalnie na to, a chcemy jedynie, aby przyjemnie spędzić czas, czytając coś niewymagającego dużo myślenia, ta powieść spełni nasze oczekiwania idealnie.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin

Stosik na koniec listopada #13/2012

Stosik na koniec listopada #13/2012

Oto książki, które czytałam w listopadzie lub jeszcze będę czytać w grudniu - pozycji przybywa regularnie :-) Większość z nich jest od wydawnictw, za co niezmiernie dziękuję :-)

 

Joy Fielding, Martwa natura - recenzja 
Vanessa Diffenbaugh, Sekretny język kwiatów - recenzja 
Katarzyna Michalak, Powrót do Poziomki - recenzja 
Virginia C. Andrews, Kwiaty na poddaszu oraz Płatki na wietrze - z Finty
Maria Ulatowska, Sosnowe dziedzictwo - recenzja, oraz Pensjonat Sosnówka, który aktualnie czytam - Włóczykijki
Rosemary Rogers, Intryga i namiętność - od wyd. Mira/Harlequin
Kurt Witzenbacher, Kadisz dla Ruth - od wyd. Promic, recenzja 
Paul L. Maier, Kodeks Konstantyna - od wyd. Promic, recenzja 
Joseph Spillmann, Tajemnica spowiedzi - od wyd. Promic
I ostatnia, mój najcudowniejszy nabytek, książka, o której marzyłam:
Małgorzata Gutowska-Adamczyk i Marta Orzeszyna, Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle époque - od portalu nakanapie.pl

***

Przypominam wam również o moim konkursie, zgłoszenia przyjmuję tylko do piątku do północy, więc jeśli jeszcze ktoś chce się załapać, to zapraszam:




Kadisz dla Ruth. O przyjaźni w czasie nienawiści

Kadisz dla Ruth. O przyjaźni w czasie nienawiści

Autor: Kurt Witzenbacher
Wydawnictwo Promic, 2012
Liczba stron: 179
Ocena: 7/10
Czasem trudno jest pisać o książkach opartych na faktach, niekiedy jeszcze trudniej, gdy są to wspomnienia – coś, co już nigdy nie wróci. Trudny jest też temat samej drugiej wojny światowej i prześladowań Żydów – wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jak trudne to były czasy, szczególnie dla ludzi pochodzenia żydowskiego.

Kurt Witzenbacher był Niemcem, jednak bez wątpienia jednym z tych „dobrych Niemców”, podobnie jak cała jego rodzina. Jego historia zaczyna się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, gdy autor był jeszcze chłopcem, ośmioletnim dzieckiem. Szczęśliwy, że do mieszkania obok wprowadzi się nowa rodzina, być może z dzieckiem w jego wieku – jest  trochę rozczarowany, gdy nowy wymarzony towarzysz zabaw okazuje się być dwa lata starszą dziewczynką. Mimo wszystko jednak, choć początkowo dość ostrożny w stosunku do nowej sąsiadki (w końcu to przecież dziewczyna!), zaprzyjaźnia się z nią i z całą rodziną Rosenbergów, a z czasem zaczyna interesować się również ich wiarą, chociaż niewiele z niej rozumie. Chłopiec zrobi jednak wiele, aby tylko móc być razem z Ruth.

„Kadisz dla Ruth” nie jest zbyt dużą objętościowo książką. Jej mały format oraz niewielka liczba stron nijak się mają jednak do treści w niej zawartej – ta jest bez wątpienia wielka. Zawiera bowiem opowieść o wielkiej przyjaźni dwójki dzieci w czasach tuż przed drugą wojną światową. Nie jest to jednak zwykła przyjaźń, bo niemieckiego chłopca z żydowską dziewczynką. Przyjaźń, która nie jest dobrze odbierana przez ludzi dookoła, szkalowana i potępiana. Sam Kurt nie bardzo rozumie dlaczego tak się dzieje, nie jest w stanie pojąć, dlaczego Ruth nie jest mile widziana na ulicach miasta, często powtarza pytanie, co takiego dziewczynka oraz jej rodzina zrobili, że są traktowani w tak okrutny sposób. Jednak chłopiec oraz jego rodzina starają się nie przejmować opinią innych, mimo że i oni są czasami słownie atakowani przez sąsiadów.

„Kadisz dla Ruth” przypomina mi trochę książkę Johna Boyne’a „Chłopiec w pasiastej piżamie”. W obu bowiem przewija się motyw przyjaźni niemiecko-żydowskiej, w obu przypadkach jest to przyjaźń ta najczystsza – bo dziecięca. Różnica jest jednak taka, że opowieść Boyne’a to fikcja literacka, poruszająca, szokująca, ale fikcja. Historia Kurta Witzenbachera to wspomnienia, fakty. I mimo, że dla niego ten okres był jednym z najszczęśliwszych na świecie, mimo że trwał niewiele ponad rok, to jednak nie czytamy tej książki z uśmiechem na twarzy – wszystko bowiem mogło się skończyć tylko w jeden sposób i tak się właśnie skończyło. Ruth nie przeżyła bowiem więcej, niż dziesięć lat, jej życie, jak i życie jej rodziny skończyło się w obozie koncentracyjnym.

Tytułowa kadisz to jeden z elementów liturgii judaistycznej – jest to rodzaj modlitwy opłakującej, wyrażającej nadzieję na zbawienie. Taką modlitwą właśnie zaczyna się opowieść autora, dorosłego mężczyzny, wspominającego najpiękniejszy rok swojego dzieciństwa. Kurt odmawia kadisz, opłakując swoją przyjaciółkę. Jednak cała jego powieść to modlitwa za duszę Ruth, za to, aby pozostała w jego pamięci do końca życia.

Trudno się czyta takie książki, ale jeszcze trudniej się o nich pisze. Temat bowiem jest niełatwy, nie jest proste przelać emocje i uczucia, jakie towarzyszą człowiekowi przy czytaniu tego typu książek. A emocji takich na pewno jest wiele. Takie historie jednak powinny być czytane, a nawet włączone do kanonu lektur szkolnych – wciąż za mało się o nich mówi, a przecież tym ludziom jesteśmy winni pamięć.

Za możliwość przeczytania książki bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic

Sosnowe dziedzictwo

Sosnowe dziedzictwo

Autor: Maria Ulatowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011
Liczba stron: 296
Ocena: 6/10
Do „Sosnowego dziedzictwa” Marii Ulatowskiej podeszłam bardzo ostrożnie. Dlaczego? Za sprawą jednej recenzji, przeczytanej na którymś z blogów. Opinia ta nie była dość pochlebna, ba!, otrzymała najniższą możliwą ocenę, dlatego dość sceptycznie odniosłam się do tej powieści, nie chcąc się rozczarować.

Główną bohaterką „Sosnowego dziedzictwa” jest Anna Towiańska. Kobieta, mieszkająca i pracująca w Warszawie, pewnego dnia dowiaduje się, że odziedziczyła dziwnym trafem dworek w Towianach na Kujawach. Wyjeżdża więc na kilka tygodni z Warszawy, aby obejrzeć swoją nową posiadłość i załatwić sprawy związane ze starym dworkiem, czekające tam na nią. Kilka tygodni jednak przedłuża się w kilka miesięcy. Anna bowiem tak jest zauroczona domem i okolicą, lasem, który go otacza i pobliskim jeziorem, tak zafascynowana ciszą, bez miejskiego zgiełku i hałasu, że postanawia solidnie wyremontować posiadłość i zrobić z niego pensjonat dla ludzi, stęsknionych za świeżym, wiejskim powietrzem. Sama również postanawia tam zamieszkać i nie wracać więcej do Warszawy… Poznaje bowiem pobliskich mieszkańców, którzy szybko zjednują jej sympatię… i niektórzy nie tylko sympatię…

Książka Marii Ulatowskiej, jak możemy wyczytać z okładki, jest jak bajka. I tak jest w rzeczywistości, bowiem, jak wiemy, bajki rzadko bywają realistyczne. W tej powieści również brak realizmu, wszystko jest idealne, na wyciągnięcie ręki, a marzenia zawsze się spełniają. Anna jest wręcz bohaterką idealną, bez żadnych wad, piękną, na której widok mężczyźni rzucają się do stóp i która każdego potrafi owinąć sobie wokół małego palca. Pozostali bohaterowie również – są mili, sympatyczni, zawsze uczynni i biegnący na zawołanie z pomocą, ludzie, którym wszystko się udaje, czego tylko się nie dotkną. Czy tacy ludzie istnieją naprawdę? Wątpliwe. Brak w tej książce odrobiny zdrowego realizmu, za dużo jednak tej cukierkowej słodyczy, w której można by się rozpłynąć gdyby nie to, że zwyczajnie czasem zbiera się na mdłości. Jednak z drugiej strony bohaterowie zdobywają sympatię czytelnika – mimo wszystko. Polubiłam ich, chociaż tak naprawdę tacy ludzie występują tylko w bajkach.

Książka zrobiła jednak ogólnie na mnie dobre i pozytywne wrażenie. Bałam się, że będę się przy niej męczyć (wszystko przez jedną przeczytaną wcześniej recenzję), ale zaskoczyła mnie miło. Akcja, mimo że jest dość prosta, nie jest to nic nowego, bo sam motyw odziedziczenia dworku pojawiał się już nie raz w literaturze – to jednak dość ciekawa, chociaż przewidywalna. Sama główna bohaterka jednak trochę mnie pod koniec zaczęła irytować swoją doskonałością. Książkę jednak czytało mi się dobrze i niesamowicie szybko.

Coś, co jednak zasługuje na uwagę, to powrót do wydarzeń w czasie drugiej wojny światowej i powstania warszawskiego. Autorka przeplata teraźniejsze wydarzenia z wcześniejszymi, które wyjaśniają, jak do wszystkiego doszło. I muszę przyznać, że dzieje rodziny Towiańskich i Malczewskich nawet bardziej przypadły mi do gustu, niż perypetie współczesnej bohaterki. Samych bohaterów w tamtym czasie, począwszy od 1944 roku, pojawia się w książce dość sporo i na początku można się złapać za głowę (szczególnie, gdy zorientujemy się, że każda kolejna kobieta w rodzinie miała na imię Anna), bo trudno to ogarnąć, jednak z czasem da się to wszystko jakoś ułożyć w głowie. Sama historia rodziny Anny jest dość ciekawa.

Co jednak zasługuje na największy plus, moim zdaniem, a co kompletnie nie jest związane z fabułą, to pojawiający się na początku któregoś z rozdziałów cytat z wiersza pt. 'Rozmowa liryczna' Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

„Kocham cię w słońcu i przy blasku świec.
Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
W wielkim wietrze na szosie i na koncercie.
W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona…
I gdy jajko roztłukujesz ładnie –
nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
I na końcu ulicy. I na początku...” 

„Sosnowe dziedzictwo” nie jest jakąś ambitną książką. Wręcz przeciwnie, dla mało wymagających, nie mających ochoty na myślenie o tym co czytają. Jest taką zwykłą powieścią, która dobra jest, aby po ciężkiej pracy usiąść w fotelu i odpocząć. Nie wymaga od naszego umysłu bowiem żadnego wysiłku. Ale mimo wszystko jest to lektura, która pozostawia po sobie miłe odczucia, chociaż nie gwarantuję, że nie zapomnicie o niej po kilku dniach – to jest niestety bardzo prawdopodobne.

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki akcji Włóczykijka

Kodeks Konstantyna

Kodeks Konstantyna

Autor: Paul L. Maier
Wydawnictwo Promic, Warszawa 2012
Liczba stron: 421
Ocena: 7/10
Jakiś czas temu miałam okazję czytać wydaną przez wydawnictwo Promic książkę Paula Maiera, pt. “Ślad życia, ślad śmierci”. Książka ta zrobiła na mnie spore wrażenie, nie miałam pojęcia jednak, że będzie miała swoją kontynuację – a raczej bohaterowie w niej występujący. Oto jednak i jest – kolejna część przygód profesora Jonathana Webera i jego żony Shannon.

Jednak tym razem to jego żona ma większy udział w odkryciach, które mogą zmienić wiele. Shannon bowiem, będąc na wykopaliskach w Pelli, przeglądając zbiory pewnego popa, w jednej z ksiąg odnajduje arkusze pergaminu, służące duchownemu za zakładkę. Zapisane one są wyblakłym pismem, prawie niemożliwym do odczytania. Strony wydają się być częścią większej całości, dość starej na pierwszy rzut oka księgi. Shannon więc zabiera arkusze do Stanów, aby dokładnie je zbadać. Okazuje się tam, że strony pochodzą z pierwszych wieków po Chrystusie i potwierdzają tezę, że w kanonie biblijnym brakuje dwóch dość istotnych elementów. Naukowcy potwierdzają fakt, że gdzieś na świecie powinny istnieć księgi, mogące zmienić dotychczasowy kanon Pisma Świętego, jednak nigdy nikomu nie udało się go odnaleźć. Czyżby nadszedł w końcu czas?...

“Kodeks Konstantyna” to oczywiście fikcja literacka, znajdują się w niej jednak również potwierdzone naukowo fakty historyczne. Wiadomym jest, że cesarz Konstantyn Wielki w czasie swojego panowania zlecił Euzebiuszowi z Cezarei dzieło wykonania pięćdziesięciu egzemplarzy Biblii, które następnie miały zostać rozesłane do największych centrów chrześcijaństwa na świecie. Niestety do dziś nie została znaleziona żadna z 50 ksiąg. Jednak już sam ten fakt, że takie księgi istniały, jest ogromnie intrygująca. To, czy zawierały teksty, które w obecnym wydaniu Biblii nie widnieją, jest nadal tajemnicą, jednak trzeba wziąć pod uwagę fakt, że w ówczesnych czasach kopiści jak najwierniej starali się przepisywać dzieła i księgi, o jakichkolwiek pomyłkach nie było więc praktycznie mowy… Czy kiedykolwiek zostaną odkryte teksty, godne włączenia do kanonu biblijnego – na to pytanie również trudno odpowiedzieć.

Próbę taką jednak podejmuje Paul Maier w swojej książce. Muszę przyznać, że zawsze z miłą chęcią sięgam po powieści, które w większej lub mniejszej mierze odnoszą się do wydarzeń historycznych. Z tą książką jest podobnie i ani przez chwilę się na niej nie zawiodłam. Sam temat religii i odkryć, które mogą zmienić sporo w świecie Kościoła na początku może i nie wszystkich może zainteresować, jednak warto zwrócić na tę książkę uwagę chociażby pod względem faktów historycznych i ciekawostek, które możemy wynieść po jej przeczytaniu. Ja sama religią i chrześcijaństwem nie interesuję się na tyle, abym musiała wiedzieć wszystko w tej materii, ta książka jednak zainteresowała mnie ogromnie. Zaintrygował mnie w niej temat początków chrześcijaństwa, zainteresował wątek “kryminalny” (chociaż tak naprawdę kryminalnym trudno go nazywać, rozlewu krwi tutaj nie znajdziecie), zainteresowała historia, zawarta w tej książce. Poza tym miło było przeczytać o kolejnych przygodach bohaterów, których przecież już znam dość dobrze z poprzedniej powieści Maiera.

Co jeszcze zasługuje na uwagę w tej książce? Jest to dialog między dwoma największymi religiami na świecie, a mianowicie chrześcijaństwem i islamem. Informacje, które możemy z tego wynieść, na pewno zaciekawią wszystkich, nie tylko tych zainteresowanych i dostarczą wielu faktów, o których zwykły szary człowiek nie ma pojęcia. Profesor Weber bowiem będzie miał okazję uczestniczyć bezpośrednio w debacie na temat wiarygodności obu religii. Wszystko to jednak napisane jest lekkim językiem, który jest łatwy w odbiorze i nie sprawia trudności.

Co tu dużo mówić – po prostu polecam tę książkę każdemu. Trudno mi jest ją umiejscowić w jakimś konkretnym gatunku literackim, chociaż skłaniam się najbardziej ku sensacji lub kryminałowi, to jednak nie do końca. Akcja jednak od samego początku zaczyna pędzić i tym samym intrygować, absolutnie nie nudzi – chwilami nie mogłam się od tej powieści oderwać. Tematy, które autor w niej podejmuje są ciekawe, język autora łatwy i prosty, w ogóle nie sprawia problemów, a książkę czyta się szybko. Nie będziecie zawiedzeni. A poza tym miło jest wrócić do znanych nam już bohaterów, chociaż wydarzenia zawarte w “Kodeksie Konstantyna” nie mają wiele wspólnego z wydarzeniami z książki “Ślad życia, ślad śmierci” – można je więc czytać niezależnie, jako zupełnie niezwiązane ze sobą powieści.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic

Sekretny język kwiatów

Sekretny język kwiatów

Autor: Vanessa Diffenbaugh
Wydawnictwo Świat Książki, 2011
Liczba stron: 400
Ocena: 8/10
Czy wiedzieliście o tym, że wręczając komuś kwiaty przekazujecie mu ukryty komunikat? Każdy z nas albo dawał, albo dostał kiedyś kwiaty i rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że każdy z nich ma jakieś znaczenie. Wiele ludzi po prostu o tym nie wie, wybierając rośliny na chybił trafił, kierując się raczej zewnętrznym pięknem, aniżeli ukrytym przesłaniem. Wiecie na przykład o tym, że żółte róże oznaczają zazdrość i zdradę? Że akacja to skryta miłość, jaśmin – przywiązanie, a lawenda – nieufność? Dokładnie tak: kwiaty posiadają swój własny język, który zna jednak niewiele osób.

Victoria miała okazję go poznać już w dzieciństwie, chociaż ono samo nie było dla niej zbyt szczęśliwe. Od urodzenia bowiem spędzała młodość w kolejnych rodzinach zastępczych oraz domach dziecka. Raporty na jej temat nie były zbyt optymistyczne – aspołeczna, trudna, mająca kłopoty z kontaktami z ludźmi. W wieku 9 lat jednak szansa na znalezienie odpowiedniej dla Victorii rodziny mogła stać się realna – jednocześnie była to jej ostatnia szansa, bowiem z chwilą skończenia 10 lat szanse te spadną diametralnie. Mimo początkowego bardzo sceptycznego nastawienia do Elizabeth, Victoria z czasem przywiązuje się do nowej opiekunki i być może zastępczej matki – i to właśnie od niej uczy się języka kwiatów. Dziewięć lat później na jej drodze staje Grant – posiadający ten sam dar, pozwalający „porozumiewać się” w tym tajemniczym języku. Mężczyzna wzbudzi jednak w Victorii znacznie głębsze uczucia, tym mocniejsze, gdy dziewczyna zorientuje się, że znali się przecież w dzieciństwie…

Nie wiem, co mnie podkusiło, aby po tę książkę sięgnąć, gdy jednak zobaczyłam ją na półce w bibliotece, nie zastanawiałam się ani chwili, przyciągała czymś bliżej nieokreślonym. Nie znałam bowiem jej autorki i bardziej chyba zainteresował mnie jej opis, chociaż też nie do końca. Książkę jednak zgarnęłam nie myśląc wiele i wychodzi na to, że bardzo słusznie. Zainteresowała mnie bowiem już od pierwszej strony, wciągnęła w swój świat – byłam tym miło zaskoczona. Chociaż sama historia może na pierwszy rzut oka nie wydaje się być wyjątkowa – ot, chyba kolejne romansidło, albo zwykłe czytadło z wątkiem kwiatowym nie tylko w tytule… A właśnie nie! Wiem, że zapamiętam tę książkę na długo. Bo nie jest to żadna ckliwa historia, ba, nawet nie jest to romans. Jest to za to opowieść o dziewczynie, która porzucona zaraz po urodzeniu wylądowała w domu dziecka i spędziła tam praktycznie całą swoją młodość. Tam, albo w kolejnych rodzinach zastępczych, w których jednak nie pozostawała długo. Dzieciństwo Victoria miała więc bardzo ciężkie i jak się okazuje, równie ciężki był krok w dorosłość. Ale o tym przekonacie się, czytając książkę.

Miałam okropnie mieszane uczucia podczas czytania tej książki – odnosi się to głównie do bohaterki. Targały mną często dość skrajne, ale silne emocje, co u mnie nie jest spotykane dość często. Zazwyczaj bowiem albo się lubi głównego bohatera, albo się go nie lubi. Tutaj jednak to coś innego. Czasami współczułam Victorii jej sytuacji, obdarzałam ją sympatią i podziwem, czasem jednak nie mogłam znieść tego, jakie sama o sobie miała zdanie, tym samym irytowała mnie niemiłosiernie i miałam ochotę rzucać tą książką i walić nią o ścianę. Denerwowało mnie głównie to, że postrzega siebie jako osobę, która może zagrozić i zniszczyć życie każdemu, na kogo się w swoim życiu natknie, nie dając w ogóle żadnego wyboru tej drugiej osobie. Irytowała mnie również czasem jej bezmyślność, która też się tu objawia. Przeświadczona o tym, że dla ludzi jej bliskich będzie znacznie lepiej, jeżeli zniknie z ich życia nie zdawała sobie sprawy, że rani ich w ten sposób jeszcze bardziej. Nie znam jednak psychiki dziecka, porzuconego przez rodziców, być może autorka bardziej zagłębiła się w ten temat – jednocześnie jednak współczułam jej i poniekąd byłam w stanie ją zrozumieć. I wtedy nawet ją lubiłam. Victoria nie jest na pewno bohaterką, która jest bezbarwna i płytka – wręcz przeciwnie. Skoro we mnie wywołała tak skrajne emocje, wywoła je na pewno i w innych czytelnikach. Nie uważam tego jednak za minus tej książki – absolutnie nie!

Sama opowieść toczy się jednak na dwóch płaszczyznach – Victorii jako dziewięciolatki, mieszkającej u Elizabeth, oraz Victorii jako osiemnastolatki – wtedy właśnie zaczyna się fabuła książki – gdy dziewczyna wyprowadza się z domu dziecka. Rozdziały są więc przeplatane: raz teraźniejszością, raz przeszłością. Narratorem jest oczywiście Victoria i tu uważam, że był to strzał w dziesiątkę – być może dlatego właśnie ta książka wywołała we mnie tak skrajne uczucia, może w ogóle nie dałabym tak wysokiej oceny, gdyby o całej akcji opowiadał narrator w trzeciej osobie… Rozdziały jednak są na tyle krótkie, że nie ma czasu na nudę, nie wybija nas to również z rytmu. Ta książka wciąga – naprawdę! Mimo że akcja jest spokojna, to jednak przyspiesza w odpowiednich momentach, czyta się ją więc szalenie szybko.

Nie sądziłam, że ta książka wywoła u mnie tak pozytywne odczucia. Ogólnie pozytywne, bo jak wspomniałam wcześniej, różnie z tym bywało, ale wcale nie uważam, że to ujmuje tej powieści, wręcz przeciwnie – dużo daje. Bo takie książki jesteśmy dzięki temu w stanie zapamiętać na długo – książki, które wywołują w nas silne emocje. Czyż nie jest tak? Ja mogę powiedzieć tylko tyle: ta powieść jest fantastyczna i jak najbardziej warta poznania.
Top 10 - książki, które chcielibyśmy dostać w prezencie

Top 10 - książki, które chcielibyśmy dostać w prezencie


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.




Temat na dziś to książki, które chciałabym dostać w prezencie.


Oczywiście, jest tych książek o wiele więcej, nie potrafiłabym się zdecydować na 10, ale wybrałam te najbardziej ostatnio przeze mnie pożądane :-)
Teraz tylko pozostaje mi mieć nadzieję, że Święty Mikołaj to zobaczy i wrzuci mi pod choinkę którąś z tych książek... Święty Mikołaju, słyszysz mnie?...

***

Przypominam Wam również o konkursie, który znajduje się tutaj.
Serdecznie zachęcam do udziału :-)
Martwa natura

Martwa natura

Autor: Joy Fielding
Wydawnictwo Świat Książki, 2010
Liczba stron: 397
Ocena: 7/10
Leżysz w łóżku. Nie wiesz od jak dawna i nie pamiętasz, jak tam trafiłeś. Mało tego - nie możesz poruszyć ani ręką, ani nogą, twoje ciało odmawia Ci posłuszeństwa, mięśnie nie pracują, jakby w ogóle ich nie było. Nie możesz mówić, nie możesz poruszyć powieką, nic nie widzisz... jedyna rzecz, która Ci pozostała to słuch i świadomość tego, że stało się z tobą coś złego... Słyszysz wszystko i wszystkich dookoła, rozmowy, nierzadko właśnie o tobie jako rzeczy, a nie ludzkiej istocie. Słyszysz szepty, kroki, oddechy. Nie możesz jednak z nikim się porozumieć, z nikim porozmawiać, w ogóle nie możesz się poruszać... Straszne, prawda?

W takiej właśnie sytuacji znalazła się bohaterka książki Joy Fielding pt. “Martwa natura”. Casey jest piękną, młodą kobietą, prowadzącą własną firmę. Jest też bardzo bogata – jej ojciec zostawił cały spadek jej oraz młodszej siostrze – był bowiem znanym w całym kraju, niesamowicie bogatym mężczyzną. Casey ma w dodatku kochającego męża, starają się o dziecko. Pewnego dnia jednak, Casey, wracając ze spotkania z dwoma najbliższymi przyjaciółkami, zostaje na parkingu potrącona przez rozpędzony samochód. Każdy przeciętny człowiek zginąłby od razu na miejscu, nie mając szans na przeżycie. Jednak o tym Casey dowiaduje się jakiś czas potem od lekarzy – kobieta budzi się pewnego dnia na łóżku szpitalnym, słyszy wszystko, co dzieje się wokół niej, nie może jednak nic zrobić – jest sparaliżowana i nic nie widzi. Wszyscy dookoła myślą, że był to tylko nieszczęśliwy wypadek – policja nie jest jednak o tym przekonana i węszy zabójstwo z premedytacją… Prawda okaże się przerażająca – to właśnie Casey pozna ją jako pierwsza.

Nie znałam do tej pory książek Joy Fielding. O samej pisarce słyszałam jednak nie raz jako autorce znakomitych bestsellerów i od dawna miałam ochotę na jakąś jej książkę. W moje ręce wpadła niedawno właśnie “Martwa natura”, postanowiłam więc zacząć swoją przygodę z Joy Fielding. I muszę powiedzieć, że początki są jak najbardziej udane – nie nudziłam się z tą powieścią ani przez chwilę. Autorka znana jest z historii, poruszających tematy psychologiczne, książek, które nie tylko niosą ze sobą jakąś określoną opowieść, ale również zmuszają do chwili zastanowienia. Nie inaczej jest z “Martwą naturą”.

Ja sama nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu Casey. Sytuacja opisana przeze mnie na samym początku jest bowiem straszna, dla niektórych przerażająca i wątpię, by ktokolwiek chciał się w takiej sytuacji znaleźć. Bohaterka jednak tego doświadcza. Budząc się nagle na szpitalnym łóżku, nie wie, gdzie jest, dopiero z rozmów lekarzy i bliskich, które słyszy, dowiaduje się, że miała wypadek, który cudem nie był śmiertelny. Dowiaduje się też nagle, że prawdopodobnie również nie był przypadkowy – są podejrzenia, że ktoś celowo chciał pozbawić ją życia. W szpitalu odwiedzają ją jednak bliscy znajomi, mąż oraz siostra, rozmawiają z nią, a nie wierząc, że Casey wszystko słyszy i rozumie, rozmawiają również ze sobą nawzajem… Casey dowiaduje się więc mnóstwa ciekawych rzeczy, o które nie podejrzewałaby nikogo… co kto o niej myśli… kto naprawdę ją kocha, a kto udaje, aby wyciągnąć z tej znajomości jak najwięcej korzyści… Jakie są prawdziwe twarze jej przyjaciół – ludzi, których zna od dawna? I w końcu: jaka jest prawda? Czy Casey naprawdę chciał ktoś zabić? I kto? Kobieta zna prawdę wcześniej od pozostałych, ale jak skontaktować się z otoczeniem, skoro nie możemy poruszyć żadną kończyną ani wypowiedzieć słowa?

Ta książka jest niesamowita. Nie sądziłam, że moje pierwsze spotkanie z autorką będzie aż tak udane i tym miło mnie zaskoczyła. Język jest prosty, łatwy w odbiorze, całą sytuację poznajemy z perspektywy Casey, jakbyśmy sami leżeli na łóżku, nie mogąc się poruszyć. Możemy poznać więc główną bohaterkę dogłębnie, poznać jej uczucia i myśli. Co mnie jednak najbardziej w tej książce zaskoczyło to to, że praktycznie od połowy nie byłam w stanie przestać jej czytać. Wtedy też poznajemy razem z Casey prawdę i od tego momentu książka wciąga do tego stopnia, że trudno ją odłożyć. Ale gwarantuję Wam, że to nie będzie koniec zagadek, o nie!

“Martwą naturę” polecam wszystkim. Nieważne, czy lubisz kryminały, romanse, czy obyczajówki, czy jeszcze coś innego. Powinna wciągnąć każdego. Na pewno nie jest to lekkie czytadło, które wylatuje z głowy z chwilą przeczytania ostatniej strony – to mogę zagwarantować.
Szósty

Szósty

Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo Replika, 2012
Liczba stron: 332
Ocena: 7/10
Przeznaczenie - wierzyć w nie, czy nie wierzyć? Niektórzy ludzie są raczej realistami i sądzą, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu, to przypadek. Nie brakuje jednak tych, którzy wierzą w to, że nic na świecie nie dzieje się bez przyczyny i wszystko, co nas spotyka, ma jakiś sens… Gdybym sama miała się umiejscowić po którejś ze stron, pewnie stanęłabym pośrodku. Nie znaczy to więc, że w przeznaczenie nie wierzę – bardziej chyba jestem nawet za niż przeciw.

To właśnie przeznaczenie połączy Alicję i Marcina – dwójkę policjantów, których drogi zetkną się przy wspólnym śledztwie, ale jak się okazuje, przecięły się one już kilka razy w przeszłości. Jednak żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy, aż do teraz. W mieście grasuje seryjny morderca i gwałciciel, który na swoje ofiary obiera sobie zawsze kobiety o jednym typie urody – zielonookie blondynki. Środowisko policyjne nadaje mu przydomek „Szósty”, ponieważ zawsze, w szóstym dniu po porwaniu mężczyzna odbiera kobietom życie. Alicja, psycholog policyjny, zostaje przydzielona do zespołu Marcina, aby stworzyć portret psychologiczny mordercy i pomóc w ujęciu sprawcy. Jednak gdy poznaje szefa, Marcina, gdy Marcin widzi Alicję – oboje mają wrażenie, jakby gdzieś już się spotkali, i to nie raz. Marcin poza tym od sześciu lat śni o pięknej zielonookiej dziewczynie…

Wszystko wskazuje na to, że to przeznaczenie. Nic w tej książce bowiem nie dzieje się przypadkiem. Między Alicją a Marcinem wybucha gorący romans, jednak oboje wiedzą, że czekali na siebie od zawsze, a na pewno od wypadku Marcina, kiedy zaczęły nawiedzać go tajemnicze sny. Powiem Wam szczerze, że dzięki tej książce jestem w stanie na dobre uwierzyć w przeznaczenie i to, że kiedy kogoś spotykamy, coś się dzieje w naszym życiu, nie jest to rzecz przypadkowa.

Z twórczością Agnieszki Lingas-Łoniewskiej spotkałam się już wcześniej przy okazji pierwszej części trylogii „Zakręty losu”. Urzekła mnie wtedy swoją prozą i historią w niej zawartą, szczęśliwa byłam więc, że w moje ręce wpadła inna jej powieść, właśnie „Szósty”. I nie żałuję tego. „Zakręty losu” to książka wyjątkowa, niepowtarzalna, przynajmniej dla mnie, „Szósty” jednak to powieść, która zrobiła na mnie kolejne dobre wrażenie i która potwierdza fakt, że warto po polską literaturę sięgać. Ja ostatnio robię to bardzo często. I jedyną rzeczą, na której się zawiodłam, czytając „Szóstego” było to, że ta książka była taka krótka… Za krótka, akcja popędziła za szybko i równie szybko się skończyła… szkoda.

Tę książkę można by zaliczyć do dwóch gatunków literackich. Bez wątpienia jest to kryminał – mamy w końcu gwałciciela-mordercę, mamy zagadkę, mamy ofiary i krew. Mamy środowisko śląskich policjantów, którzy za wszelką cenę chcą rozwiązać sprawę i uniknąć dalszych ofiar. Mamy więc, w związku z tym, ciekawą fabułę, trzymającą w napięciu akcję i nieprzewidywalne (do pewnego stopnia) zakończenie. Fanką kryminałów jestem od dawna i to mi się w tej książce podobało. Jednak cała ta zagadka przez całą powieść dla mnie była tylko taką kryminalną otoczką, stojącą trochę na uboczu. Dlaczego? Bo dla mnie książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej to głównie romans. Spotkanie Alicji i Marcina, które jest od początku tylko kwestią czasu i rodzące się miedzy nimi uczucie. To właśnie, w moim odczuciu, jest numerem jeden w tej książce. Nie jest to jednak żaden ckliwy, przesłodzony i mdły romans – autorka potrafi tak podejść do sprawy, że nie mamy absolutnie wrażenia przesytu… Tak samo było z Katarzyną i Krzysztofem w „Zakrętach losu”, tak samo jest i tutaj.

Nie raz pewnie jeszcze sięgnę po książki Agnieszki – zresztą miałam to w planach od dawna. „Szósty” jednak jest jak najbardziej powieścią godną polecenia – i dla fanów kryminałów oraz sensacji, ale również dla miłośników romansów. Obie te grupy powinni znaleźć w książce coś dla siebie, każdemu powinna się spodobać. Ja będę tę książkę wspominać bardzo miło, a o prozie Agnieszki Lingas-Łoniewskiej mam zamiar sobie przypominać co jakiś czas.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Konkurs mikołajkowy

Konkurs mikołajkowy

W związku z tym, że święta już blisko, a jeszcze bliżej Mikołajki, mam dla Was konkurs. Dawno już na moim blogu nie było żadnej wygrywajki, chyba więc przyszła na nią pora :-) A jeśli dobrze pójdzie, książka trafi do zwycięzcy jeszcze przed Mikołajem, będzie więc to świetny prezent, chyba się ze mną zgodzicie?
Mam dla Was książkę zrecenzowaną przeze mnie dosyć niedawno, a mianowicie 
"Sklep na Blossom Street" Debbie Macomber.


Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga In Trinity's world of books, czyli ja :-)
2. Konkurs trwa od dziś, czyli 13 listopada do 30 listopada 2012 roku (do godz. 23.59).
3. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 4 dni od zakończenia konkursu.
4. Zwycięzca konkursu jest zobowiązany w ciągu 3 dni wysłać adres do wysyłki na e-mail: trinity801@autograf.pl. Jeśli nie otrzymam adresu, zostanie wybrany nowy zwycięzca.
5. Adres do wysyłki musi być na terenie naszego kraju, nie wysyłam książek za granicę.
6. Nagrodą w konkursie jest książka Debbie Macomber "Sklep na Blossom Street".
7. Sponsorem nagrody jest autorka bloga In Trinity's world of books, a nagroda nie podlega wymianie na ekwiwalent pieniężny.
8. W konkursie mogą brać udział osoby prowadzące bloga, jak i nieposiadające go.
9. Nie jest obowiązkowe zamieszczanie bannera z informacją o konkursie, aczkolwiek będzie to bardzo mile widziane :-)
10. Zwycięzcą konkursu zostanie osoba, której wypowiedź najbardziej przypadnie do gustu autorce bloga In Trinity's world of books (decyzja będzie absolutnie subiektywna).

Zadanie konkursowe:
W pierwszej kolejności należy wyrazić chęć udziału w konkursie i koniecznie podać swój adres e-mail. Komentarze bez adresu nie będą brały udziału w konkursie.
A ponieważ ostatnio mam niedobór lektur z gatunku zbliżonego do ww. książki - chcę zdać się na Was.  
Na pewno czytaliście w swoim życiu coś, co Was zauroczyło, zaczarowało, urzekło, jakąś książkę darzycie wyjątkowym sentymentem... Polećcie mi więc taką książkę i krótko, w 2-3 zdaniach uzasadnijcie, dlaczego właśnie po tę książkę powinnam sięgnąć.

Myślę, że zadanie jest w miarę łatwe, życzę więc powodzenia w konkursie :-)

Powrót do Poziomki

Powrót do Poziomki

Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
Liczba stron: 292
Ocena: 7/10
Czy dom to tylko cztery ściany? Czy to tylko budynek, do którego wracamy po pracy, aby odpocząć, w którym śpimy, wstajemy rano, jemy śniadanie? Czy dom to jednak coś więcej? Bez wątpienia to ostatnie. Dom jest bowiem tam, gdzie są nasi najbliżsi nam sercem ludzie, gdzie są ci, których kochamy. Nieważne, gdzie się aktualnie znajdujemy, czy w naszym wymarzonym domku ze strzechą, czy w jakimś egzotycznym mieście albo dżungli...

Ewa potrzebowała trochę czasu, aby to zrozumieć, że dom to rodzina, jednak w końcu jej się to udało. Ewę poznaliśmy już przy okazji "Roku w Poziomce" - jest szczęśliwą posiadaczką wymarzonego domku, żoną i matką. Ale czy będąc tak szczęśliwym można się jeszcze o coś martwić? Jak widać, tak, zmartwień bowiem bohaterce nie będzie brakować. Witek - jej mąż - postanawia wyjechać na kilka tygodni do Korei, aby rozwijać się zawodowo - Ewa zostaje więc sama z dzieckiem i dopiero co zatrudnioną nianią, która skrywa nie lada tajemnicę. Witolda wyjazd przedłuża się, a małżeństwo wisi na włosku - bo jak można zostawić żonę i dziecko i wyjechać do egzotycznego, dalekiego kraju? Ewa nie podejrzewa, że sama niedługo znajdzie się daleko od rodziny, a ten wyjazd przyniesie jej znacznie więcej, niż nowe doświadczenia.

"Rok w Poziomce" czytałam już jakiś czas temu i muszę przyznać, jest to jedna z nielicznych książek, które doprowadziły mnie do łez - ale łez ze śmiechu. Z przyjemnością więc oddałam się "Powrotowi..." ciekawa, co tym razem wymyśli roztrzepana bohaterka. Ewa bowiem wywołuje w czytelniku tak skrajne emocje, jakich nie wywołał jeszcze we mnie żaden literacki bohater. Znowu śmiałam się razem z Ewą z jej zbyt bujnej wyobraźni, która czasem bez wątpienia wymyka się za daleko, by za chwilę dziewczyna zirytowała mnie swoim gadulstwem i bezmyślnością. Aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy mogą przydarzyć się zwykłej kobiecie, ale u Ewy wszystko jest możliwe - jej przygody są nieprawdopodobne dla zwykłego szarego człowieka, bohaterka jednak nie jest zwykłą kobietą, świadczy o tym choćby to, że nawet sama potrafi ukraść sobie samochód albo napuścić na siebie antyterrorystów!... Niemożliwe? U Ewy jak najbardziej możliwe, a nawet - ba! - prawdopodobne! Moją sympatię zdobył jednak jeszcze jeden bohater - Andrzej. Andrzeja nie polubiłam tak bardzo w "Roku w Poziomce", był mi raczej obojętny - tutaj jednak jak najbardziej na tę sympatię zasłużył.

Styl Kasi jest ciepły i lekki, taki, jakie są jej książki. Może na początku trochę trudno się do tego przyzwyczaić, ale to trwa krótko. Zarówno "Rok w Poziomce", jak i powrót do niej jest tak pełen ciepła i przede wszystkim humoru, tak szybko się tę powieść czyta, że aż szkoda... bo z chęcią nadal oddawałabym się perypetiom Ewy, Andrzeja i pozostałych bohaterów - a tak trochę żal się z nimi rozstawać. Książek Katarzyny Michalak jednak do przeczytania jeszcze trochę mi zostało - i z tego się cieszę.

Na takie powieści, jak "Powrót do Poziomki", właśnie teraz mam ochotę, jest to doskonała literatura na jesienne, chłodne wieczory. Doskonała do tego, aby oderwać się na trochę od rzeczywistości, odpocząć i zrelaksować. Jednak przede wszystkim jest to ciepła opowieść o miłości i marzeniach, czegóż więc można chcieć więcej?

Zobacz również:


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Daj się zaczarować Kasi Michalak"


Pięćdziesiąt twarzy Greya

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Autor: E. L. James
Wydawnictwo Arrow Books, UK 2012
Liczba stron: 514
Ocena: 3/10
Powiem szczerze: miałam w ogóle nie czytać tej książki. Mało tego, pierwszym momentem, w którym się o niej dowiedziałam, była recenzja na którymś z blogów. Wcześniej nie miałam pojęcia o jej istnieniu, chociaż popularna jest na całym świecie od dość długiego czasu. Recenzje jednak, jakie na jej temat do tej pory przeczytałam, delikatnie mówiąc, dobre nie były. Po co więc czytać coś, co jest tak krytykowane? Po co tracić swój cenny czas?

Pewnie zastanawiacie się więc, po co w takim razie sięgnęłam po tę książkę... Już odpowiadam: z ciekawości. Co w niej takiego jest, że stała się takim fenomenem, niemalże książką kultową w ostatnich kilku miesiącach? Powodowała mną głównie ciekawość. Poza tym pewnie bym jej nie przeczytała, gdyby nie wpadła w moje ręce jej anglojęzyczna wersja. Polskiej bym nie przeczytała, jednak jak zobaczyłam na półce u koleżanki słynnego Greya po angielsku - pożyczyłam. Tyle się naczytałam o polskim przekładzie, że szkoda mi było czasu i omijałam ją szerokim łukiem. Na wersję oryginalną jednak nagle nabrałam ochoty. Z ciekawości.

O czym jest "Pięćdziesiąt twarzy Greya" już każdy chyba wie, nie ma na świecie chyba osoby wśród czytelników książek, która by o niej nie słyszała. Nie będę się więc zagłębiać zbytnio w jej fabułę. Zresztą sama fabuła jest tu dość znikoma, ale dla niezorientowanych: Anastasia jest młodziutką, naiwną studentką, która pewnego dnia, w zastępstwie koleżanki, przeprowadza wywiad z równie młodym, bo 27-letnim przedsiębiorcą, paskudnie bogatym Christianem Greyem. Wtedy wszystko się zaczyna. Dziewczyna jest nim zafascynowana. Grey zdaje się odwzajemniać to uczucie (jeśli o jakimkolwiek uczuciu może tu być mowa)... No i się zaczyna. Ana zdaje sobie sprawę, że facet może być niebezpieczny, jest cholernie zmienny, nieprzewidywalny i do tego w pewnym momencie okazuje się miłośnikiem dość perwersyjnych zabaw w sypialni. Proponuje Anie pewien układ, a mianowicie BDSM.

Więcej pisać nie będę, bo nie ma co się zagłębiać w fabułę, czy akcję, której tutaj nie ma. Początek książki jednak nawet mi się podobał. Mowa tu o pierwszych dwóch, trzech rodziałach. Im dalej jednak w to brnęłam, tym było gorzej. Brak jakiejkolwiek akcji, nudne, powtarzające się dialogi przeplatane scenami dość ostrego seksu. Scenami, które wcale nie powodują tak wyczekiwanych wypieków na twarzy (no, może trochę na początku), ale które również są z czasem do bólu przewidywalne, a niekiedy nawet niesmaczne. Przewidywalne do tego stopnia, że z czasem zaczęłam myśleć: O nie, znowu?... Przygotowana byłam chociaż w tym temacie na coś bardziej gorącego, co pobudza wyobraźnię, a tylko się gorzko zawiodłam.

Nie mam pojęcia, jak autorka mogła stworzyć tak nieciekawą, naiwną i czasami wręcz głupią bohaterkę. Ana w ogóle nie wzbudza w czytelniku sympatii. Jej narracja pierwszoosobowa tylko mnie w tym utwierdziła. I, na Boga, co podkusiło autorkę, aby stworzyć coś, co Anastasia nazywa swoją "wewnętrzną boginią"?... Poza tym fakt, miłość potrafi naprawdę wyczyniać z człowiekiem różne rzeczy, ale to, na co godziła się Ana, spotkało się niekiedy z moim kompletnym niezrozumieniem. Jak kobieta może pozwolić facetowi na coś takiego, na to, aby robił z nią, co tylko chce?... Odezwały się tu nagle moje feministyczne zapędy, bo Ana jest tutaj wręcz zabawką dla Greya. A i Grey nie jest lepszy. Nieprzewidywalny do bólu mężczyzna, owładnięty chęcią rządzenia i panowania, do tego szalenie bogaty multimilioner, z niekończącymi się talentami, niebezpieczny, a do tego tajemniczy, co mnie irytowało w nim najbardziej. Gdzie my tu obserwujemy zmieniający się portret psychologiczny bohatera, to ja nie wiem. Bo dla mnie książka to nic innego jak przewidywalne dialogi między Aną a Christianem i pieprzenie się wszędzie, gdzie popadnie.

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" do tego napisana jest tak prostym językiem, że nawet czytając ją po angielsku można to zauważyć już od pierwszych stron, nie sprawiła mi żadnego problemu, do słownika zajrzałam może z pięć, sześć razy na całe ponad 500 stron. Non stop powtarzające się zwroty i zdania (miałam powoli dosyć czytania o tym, jak Ana znowu przygryza wargę albo przewraca oczami, a Christian mówi do niej, że musi jeść), czasem do znudzenia... Dzięki Bogu nie muszę tu wspominać o polskim tłumaczeniu, bo zwyczajnie z nim nie miałam do czynienia, a pewnie wyszedłby na ten temat kolejny długi akapit.

Miałam dość spory problem z oceną tej książki. Dlaczego? Bo mimo tego wszystkiego, co wyżej napisałam, od skończenia tej książki zadaję sobie pytanie: Czy czytać dalej?... Czy jest w ogóle sens czytać kolejne dwa tomy? I powiem Wam, że mam nawet ochotę zrobić kolejny eksperyment (bo przeczytanie tej książki już nim było) i sięgnąć tym razem po polskie tłumaczenie... aby porównać sobie jedno z drugim. Nie wiem tylko, czy przypadkiem nie wyjdzie jeszcze gorzej. Być może więc zostanę przy oryginale. Bo jednak nie wykluczam przeczytania drugiej części, chociaż na pewno nie w najbliższym czasie. Mam ciekawsze rzeczy do roboty. Jednak jeśli chodzi o ocenę - ta książka nie jest dobra, nie jest nawet przeciętna - dlatego dostała ode mnie tak niską notę. To jest jeden wielki gniot, a autorka wplotła w niego "gorące" (wg niej) sceny sądząc, że wzbudzi to sensację i zainteresowanie - cóż, udało jej się to, bo książka stała się fenomenem na całym świecie. Dlaczego? Nie mam pojęcia, bo we mnie nie wzbudziło to żadnych uczuć - może jakieś były przed przeczytaniem, po skończeniu jednak zostało tylko rozczarowanie.

Pięćdziesiąt twarzy Greya | Ciemniejsza strona Greya | Nowe oblicze Greya
Liebster Blog

Liebster Blog


Sylwuch wczoraj nominowała mnie do zabawy, która zaczęła ostatnio krążyć wśród bloggerów i widzę, że cieszy się dość sporą popularnością :-) Postanowiłam więc odpowiedzieć na pytania i sama wziąć udział w zabawie. Oto pytania od Sylwuch, swoją drogą bardzo ciekawe:

1. Jaką umiejętność chciałabyś nabyć?
Hm... od dawna próbuję zapisać się na kurs na prawo jazdy... Tak tak, mam już swoje lata, a ciągle to odkładam w nieskończoność... To taka pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy... Chciałabym też biegle opanować język francuski i mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda :-)

2. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Nie wierzę. Wybaczcie. Tak, jestem czasem romantyczna, częściej zaś rozważna, a miłość od pierwszego wejrzenia dla mnie nie istnieje.

3. Co jest Twoim ulubionym daniem?
To jest dopiero problem z odpowiedzią :-) Chyba takie nie istnieje... Lubię jeść, smakować, próbować nowych rzeczy i gotować, ale ulubionego chyba nie posiadam.

4. Jakiej cechy charakteru najbardziej w sobie nie lubisz?
Najbardziej chyba nie lubię tego, że czasem nie potrafię odmówić czegoś, na co nie mam ochoty. Czasem nie potrafię być asertywna, chociaż niekiedy w ogóle nie mam z tym problemu, zależy od sytuacji. Chciałabym być zdecydowana i zawsze mówić łatwo o tym, czego chcę, bo jestem cholernie uparta (to akurat w sobie lubię), ale naprawdę niekiedy mi to przychodzi z wielkim trudem.

5. Wybaczyłabyś zdradę facetowi?
Wykluczone. Skoro zdradził, to niech go sobie bierze tamta, ja już takiego faceta nie chcę.

6. Co najbardziej cenisz u płci przeciwnej?
Poczucie humoru. Tak się składa, że zawsze lepiej dogadywałam się z facetami, pewnie właśnie dlatego, że mają poczucie humoru inne od kobiet i potrafią się śmiać ze wszystkiego, nawet z siebie.

7. Na jak poważne i wielkie poświęcenie bliskiej osobie byłabyś zdolna?
Myślę, że na dość poważne. Zależy oczywiście też od tego, co to by była za osoba i jaka sytuacja.

8. Pomogłabyś swojemu największemu wrogowi w ciężkiej sytuacji?
Patrz punkt 7. Zależy od sytuacji. Musiałaby być naprawdę poważna, bo ja jestem z reguły pamiętliwa jak nikt, a wróg to wróg. Ale z drugiej strony to byłaby dobra okazja do pojednania. Więc to zależy. Mam nadzieję, że nigdy w takiej sytuacji nie będę, zresztą wrogów jak na razie nie posiadam - chyba :-) Przynajmniej ja nic o nich nie wiem.

9. Jaki jest Twój ulubiony cytat?
„Człowiek w stanie krańcowego obniżenia aktywności emocjonalnej, bez dopływu miłości, bez empatii i samoakceptacji, może przeżyć kilkadziesiąt lat. Tylko co to za życie?...”
"Kobiety z domu Soni" Sabina Czupryńska

10. Częściej kierujesz się sercem czy rozumem?
Rozumem. Niestety. Są oczywiście takie sytuacje, że słucham własnego serca, ale częściej jednak rozumem.

11. Czy istnieje książka, która zmieniła Twoje spojrzenie na życie?
Jest kilka takich książek. Może tutaj pewnie kogoś zaskoczę, ale jest nią m. in. książka Rhondy Byrne "Secret" (chociaż spotkałam się z opiniami, że to stek bzdur - cóż, nie biorę wszystkiego na poważnie, ale coś w niej jest). Taką książką są też "Kobiety z domu Soni" - wspomniane wcześniej. I pewnie jeszcze parę by się znalazło takich, których nie muszę czytać drugi raz, żeby je pamiętać, a które dużo wniosły do mojego życia.


Uff... odpowiedzi udzielone. Hm... przyszła teraz kolej na moje własne 11 pytań. Ale ponieważ pytania od Sylwuch naprawdę bardzo mi się podobają, mam nadzieję, że autorka mi wybaczy i pozostanę przy tych, na które ja odpowiadałam :-) Pytania więc powyżej :-)

No i kolejne 11 osób, które nominuję, mam nadzieję, że nie będzie powtórzeń:
GLAMisPINK Monika Gagat, Silencie, Ceisha, ~Demismo, Sophie, Anne18, Wiedźminka, Annie, Upadły anioł, Edyta.

Sklep na Blossom Street

Sklep na Blossom Street

Autor: Debbie Macomber
Wydawnictwo Mira, Warszawa 2012
Liczba stron: 400
Moja ocena: 6/10
Pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę przy okazji tej książki, była okładka. Chociaż po okładkach nie powinno się osądzać i wybierać książek, piękna okładka potrafi zachęcić do kupna. Niektóre książki jednak swoimi okładkami nadrabiają treść, nierzadko dość nieciekawą. Czy tak samo było z tą książką? W okładce bowiem zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

Tytułowy sklep na Blossom Street to „Świat Włóczki”, sklep, który został stworzony jako spełnienie marzeń jego właścicielki, Lydii. Lydia jest trzydziestoletnią kobietą, która wiele w życiu przeszła, zmagając się dwa razy z rakiem mózgu, co gorsza, nowotwór zawsze może o sobie dać znać w każdej chwili. Kobieta wie więc, co to chemioterapia, naświetlania, ciągłe pobyty w szpitalu. To właśnie tam zaczęła robić na drutach i to zajęcie towarzyszy jej do dziś. Marzenia o założeniu sklepu ziściły się, jednak aby zdobyć klientów, Lydia ogłasza kurs robienia na drutach. Zgłaszają się na niego trzy kobiety. Ale jakie! Trzy kompletnie różne od siebie osobowości, które już na pierwszych zajęciach skaczą sobie do gardeł. Jacqueline jest już dojrzałą kobietą, która zapisuje się na kurs, aby zrobić kocyk dla swojej jeszcze nienarodzonej wnuczki – jej stosunki z synową nie są jednak najlepsze. Carol, od dawna starająca się z mężem o dziecko, dołącza do tego grona z nadzieją na to, że w końcu im się uda. Alix jest najmłodszą uczestniczką kursu i interesuje się nim głównie dlatego, aby przepracować godziny społeczne, zasądzone przez sąd. Spotykają się więc w jednym miejscu cztery różne osoby, o różnych charakterach. Nie spodziewają się jednak tego, że kurs robienia na drutach odmieni życie ich wszystkich.

Do tej pory nie miałam styczności z żadną książką tej autorki, okładka tej powieści jednak tak mnie zauroczyła, że musiałam ją przeczytać. Bo czyż nie jest cudowna? Taka klimatyczna, domowa… Taki też jest sklep z włóczkami Lydii na Blossom Street. Jest to miejsce, do którego chce się wracać, w którym czujemy się jak w domu, z klimatem domowego ogniska. Powiem szczerze, że sama do tej pory z takim sklepem się nie spotkałam, jeśli bym jednak gdzieś kiedyś znalazła coś podobnego, weszłabym z czystej ciekawości. Na drutach bowiem nie robię, chociaż po przeczytaniu tej książki normalnie mam na to ochotę. I to jest jeden z plusów tej książki.

Jednak „Sklep na Blossom Street” jest raczej powieścią o czterech różnych od siebie kobietach, które łączy jedno – wszystkie przeszły w swoim życiu mniej lub więcej. Lydia chorowała na raka, a choroba w każdej chwili może wrócić, nie jest więc rokującą na przyszłość partnerką do związku i koleżanką, stroni więc od ludzi i nowych znajomości. Carol jest kobietą, która zmaga się z bezpłodnością, każdy kolejny zabieg in vitro kończy się poronieniem – Carol i jej mąż bardzo chcą mieć dziecko, a szansa na adopcję jest coraz mniejsza. Jaqueline, kobieta z wyższych sfer, wkrótce zostanie babcią, jednak jej stosunki z synową są delikatnie mówiąc napięte, ponadto jej mąż często wraca do domu późno i Jaqueline podejrzewa zdradę. Alix jest oryginalną, młodą dziewczyną, skazaną niesłusznie przez sąd za posiadanie narkotyków. 4 kobiety o tak różnych charakterach połączy ze sobą z czasem przyjaźń, chociaż na początku nic na to nie wskazuje. Połączy je wszystkie wspólna pasja robienia na drutach, a z czasem coś więcej. Odkryją bowiem, że w życiu najważniejsza jest przyjaźń i miłość osób im bliskich, której to nie dostrzegały do tej pory.

Rozdziały w książce podzielone są miedzy wszystkie cztery bohaterki. Co ciekawsze, narracja również jest mieszana. Lydia bowiem opowiada o sobie w pierwszej osobie, o pozostałych kobietach opowiada narrator trzecioosobowy. Jest więc to dość ciekawie skonstruowana powieść, jednak czyta się ją szybko i przyjemnie. O każdej z bohaterek możemy więc dowiedzieć się więcej, poznać ich przeszłość, która spowodowała, że są takie, jakie są. Przeszłość często w niezbyt kolorowych barwach. Samą książkę czyta się niezwykle lekko, ale… No właśnie… sama książka jest dość przewidywalna i trochę przesłodzona. Wydarzenia jakby trochę za bardzo naciągane. Moim zdaniem jest zdecydowanie trochę za słodko i mdło, szczególnie pod koniec, chociaż nie brak w niej, głównie na początku, dość smutnych momentów. Ogólnie jednak historia jest jak najbardziej warta przeczytania, chociażby ze względu na ten domowy klimat.

Gdybym miała sięgnąć po tę książkę, przeczytałabym ją jeszcze raz bez wahania. Jest bowiem doskonałą odskocznią od czytanych przeze mnie namiętnie kryminałów – czegoś takiego dokładnie potrzebowałam, więc spełniła moje oczekiwania doskonale. Jest świetna dla osób, które nie oczekują dużo od książki, chcą przeczytać coś lekkiego, co nie wymaga dużo myślenia i analizowania. Polecam serdecznie. Poza tym – jak można się oprzeć takiej okładce?...


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mira/Harlequin

Księżniczka Burundi

Księżniczka Burundi

Autor: Kjell Eriksson
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012
Liczba stron: 400
Ocena: 6/10
Kryminał skandynawski – tak bardzo popularny ostatnio gatunek sprawił, że również ja nie potrafię przejść obok niego obojętnie. Do tego stopnia, że mimo że planuję zrobić sobie od niego przerwę, nie udaje mi się to, bo zawsze na półce w księgarni czy bibliotece wypatrzę coś nowego, co mnie zainteresuję i nie ma siły, muszę przeczytać. Tak właśnie było z książką „Księżniczka Burundi”. Z okładki wołały do mnie opinie wychwalające nie tylko samą książkę, ale i autora. Skądinąd zresztą zupełnie mi nieznany pisarz, skusiłam się więc chyba głównie z samej ciekawości.

Jak to w skandynawskim kryminale, cała akcja dzieje się w jednym z największych miast szwedzkich, tym razem autor przenosi nas do Uppsali. Mroźna, zimowa atmosfera wyczuwalna jest już od pierwszej strony, mamy bowiem okres tuż przed Bożym Narodzeniem. Berit wraz z synem czeka na męża z kolacją, mężczyzna jednak się nie zjawia. Nazajutrz zostaje znaleziony przez przypadkowego człowieka, uprawiającego jogging. Ciało Johna jest okrutnie okaleczone nożem. Policji jest on znany, kiedyś bowiem często popadał w konflikt z prawem, od kilkunastu lat jednak jest przykładnym obywatelem, ojcem nastoletniego chłopca, miłośnikiem rybek akwariowych, posiadał znane w okolicy akwarium z tropikalnymi okazami. Nikt ze znajomych i rodziny Johna nie jest w stanie powiedzieć, komu mógł się narazić, nie miał bowiem wrogów. Wkrótce jednak wychodzą na jaw tajemnice Johna i to, co planował przed samą śmiercią.

Nie miałam wcześniej o tym pojęcia, ale „Księżniczka Burundi” jest czwartą z cyklu o policjantce Ann Lindell. Mam w związku z tym wrażenie, że w Szwecji powstają same serie o komisarzach, policjantach itp. Trudno się w tym wszystkim połapać. Na tę książkę jednak skusiłam się ze względu na niemalże piejące z zachwytu opinie na temat tej powieści oraz jej autora. Książka ta bowiem została okrzyknięta najlepszą powieścią roku według Szwedzkiej Akademii Literatury Kryminalnej. Co w niej takiego jest, że zasłużyła na to miano? Nie mam pojęcia. Szwecja bowiem posiada znacznie lepszych pisarzy, jak choćby Mankell czy Nesser. Eriksson natomiast nie urzekł mnie niczym szczególnym.

„Księżniczka Burundi” jako kryminał jest dobrą książką. Czytałam jednak lepsze. Ta nie zachwyciła mnie ani bohaterami – są w porządku, jak bohaterowie, jednak nie wyróżniają się niczym szczególnym – ani akcją – trochę rozwleczona i miejscami irytująca. Zagadka jednak sama w sobie jest ciekawa. Na pewno więc fani gatunku nie będą zawiedzeni. Na plus zasługuje mroźna, zimowa, przedświąteczna atmosfera. Książkę czytałam w chwili, gdy za oknem padał śnieg, więc dodatkowo to odczuwałam. Czytałam jednak, tak jak napisałam, znacznie lepsze książki.

Mam też jeszcze jedno „ale” jeśli chodzi o powieść Kjella Erikssona – literówki, których w książce jest dość sporo i denerwujące jeszcze bardziej błędy stylistyczne i gramatyczne, jak np. w zdaniach: „Ktoś powinien zeszyć tę ranę” czy „Pytania bez odpowiedzi kłębiły mu się w głowie, kiedy ponieważ biegł ulicą”. Są to autentyczne zdania z polskiego tłumaczenia i czasem wygląda to tak, jakby sam tłumacz robił przekład za pomocą translatora internetowego. Ktoś, komu to przeszkadza, może mieć problem z przebrnięciem przez tą powieść, ale tutaj raczej należy mieć pretensję do wydawcy, aniżeli do autora.

Ogólnie, pomijając wady, książkę oceniam jako dobrą. Czytało mi się ją przyjemnie, lekko i szybko, nie nudzi, chociaż sama akcja też nie pędzi. Są jednak ciekawsze książki i trochę nie rozumiem tych zachwytów – pewnie znowu to tylko chwyt reklamowy, a treść jest nadrabiana okładką. Książka bez wątpienia spodoba się miłośnikom kryminałów – nie powinni się zawieść. Mnie jednak chyba chwilowo kryminały się przejadły – mimo że je uwielbiam.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret

Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret

Autor: Håkan Nesser
Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2006
Liczba stron: 204
Ocena: 7/10
„To będzie ciężkie lato”… Lato, które zmieni wszystko…
Lata sześćdziesiąte XX wieku. Erik, jeszcze przed końcem roku, zakochuje się w nauczycielce będącej na zastępstwie w szkole. Wkrótce potem zaczyna wakacje, które ma spędzić w domku letniskowym należącym do jego rodziny, wraz ze starszym bratem Henry’m i kolegą Edmundem. Sytuacja nie jest ciekawa, bowiem jego matka leży umierająca na raka w szpitalu. Ojciec chłopca więc, aby oderwać go od problemów i sprawić, aby to były wakacje jakich wiele, godzi się na spędzenie ich nad jeziorem, w Genezaret, kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Ku swojemu zdziwieniu Erik odkrywa, że piękną nauczycielkę coś łączy z jego bratem, jej narzeczony natomiast zostaje znaleziony martwy w samochodzie, nieopodal domu. Sytuacja się komplikuje, policja ma podejrzanego, jednak ze względu na brak dowodów śledztwo i tak zostaje umorzone…

Nie trzeba mnie było przekonywać do tego, aby tą książkę przeczytać, wystarczyło, że spojrzałam na nazwisko jej autora. Håkana Nessera znam z innych szwedzkich kryminałów, jest on jednym z najpopularniejszych skandynawskich pisarzy i jednym z moich ulubionych. Zaintrygował mnie również tytuł tej książki, dość długi i tajemniczy.

Nie jest to jednak powieść kryminalna, jakby można było wywnioskować z okładki. Fakt, mamy morderstwo, książka moim zdaniem jest jednak powieścią wielopłaszczyznową, raczej obyczajową, pokazującą klimat lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zaczyna się powoli, bez zwrotów akcji, ot, zwykła opowieść czternastoletniego, dojrzewającego chłopca, piszącego komiks, zafascynowanego kobietami, przytłoczonego ciężką chorobą swojej matki i problemami ojca. Fabuła płynie niezbyt pośpiesznie, narratorem jest sam Erik. Jednak od początku w całej tej historii wisi coś w powietrzu, jakaś tajemnica, czuć ciszę przed burzą, jakby za chwilę miało się coś wydarzyć. I dzieje się. W drugiej połowie akcja trochę przyspiesza, zostaje znalezione ciało mężczyzny, jednak nie jest to książka z tych, od których nie można się oderwać z powodu ogromu wydarzeń i zagadek. Nie. To jest Håkan Nesser, jednak ta powieść jest inna od tych, które czytałam do tej pory. Chociaż element tajemnicy, niepewności pojawia się w niej tak samo, jak w każdej innej. Lato to zmieniło życie nie tylko Erika, ale i jego kolegi oraz brata.

Nie ma co spodziewać się po tej książce wartkiej akcji, aż do samego końca zastanawiałam się więc, czy coś w ogóle mnie w niej zaskoczy. Objętościowo książka również nie jest wielka, raptem dwieście stron, które dodatkowo czyta się bardzo szybko. Pytanie więc nasuwa się samo – co w niej takiego jest, że zdobyła u mnie aż 7 punktów? Powiem Wam: zakończenie. Zakończenie, które poznajemy na dwóch ostatnich stronach, które zaskakuje jak mało które. Powaliło mnie na łopatki. Dosłownie. Nie mogę jednak zdradzić nic więcej. Ale tą książkę czyta się dla samego zakończenia, chociaż do końca praktycznie nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Håkan Nesser pokazał mi tą powieścią nowy wymiar swoich książek. Do tej pory znałam do jako autora kryminałów i chociaż w tej książce taki wątek również jest, to kryminałem jej nazwać nie można. Jest to raczej tajemnicza, nostalgiczna, klimatyczna opowieść o ostatnich wakacjach dzieciństwa, opowiedzianych przez chłopca, który musi zmierzyć się ze chorobą i śmiercią matki, powieść o dojrzewaniu, poznawaniu świata. Jeśli już traficie na tę książkę, nie zrażajcie się niezbyt posuwającą się do przodu akcją – tak jak napisałam, warto poznać zakończenie, a dopiero potem się o niej wypowiadać. Nie jest to też książka tylko i wyłącznie dla fanów kryminalnych historii – jest na pewno jednak obowiązkowa dla miłośników powieści Håkana Nessera.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Stos październikowo-listopadowy #12/2012

Stos październikowo-listopadowy #12/2012

Czas na kolejny stosik, czyli książki, które ostatnio trafiły na moją półkę. Nie jest ich dużo, ale i tak mam co czytać. Biblioteczne pozycje już za mną, zostało mi jednak jeszcze kilka książek i niedługo pojawią się ich recenzje.


Ewa Grocholska "Paryski spadek" - recenzję można przeczytać tutaj
Tricia Rayburn "Syrena" - również już przeczytana, zobacz recenzję
Kjell Eriksson "Księżniczka Burundi" - tę książkę przeczytałam dosłownie dwa dni temu :-)
Olga Rudnicka "Natalii 5" - opinia pod tym linkiem
Jacek Krakowski "Zgubne dziedzictwo" - nagroda od ZwB za udział w konkursie :-)
E. L. James "Fifty Shades of Grey" - pożyczona od koleżanki. Postanowiłam i pisałam nie raz, że jeśli tę książkę przeczytam, to tylko po angielsku. Jak widać udało mi się ją zdobyć, choć cały czas jestem do niej sceptycznie nastawiona... Zobaczymy, czeka następna w kolejce.
Debbie Macomber "Sklep na Blossom Street" - od wydawnictwa Mira/Harlequin
Santiago Posteguillo "Africanus. Wojna w Italii" od wydawnictwa Esprit, jak wam wiadomo, również już zrecenzowana - tutaj :-)

Na zdjęciu nie ma książki Larssona "Dziewczyna, która igrała z ogniem" ponieważ pożyczyłam ją od siostry i niemalże od razu oddałam, oraz książki Nessera "Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret" którą spotkał taki sam los :-) Nie wiem, czy też tak macie, ale jak pożyczam książki od znajomych czy rodziny, zawsze staram się je jak najszybciej oddawać :-) Nie tyczy się to tych z biblioteki, na to mam przecież wyznaczony czas :D

Dziewczyna, która igrała z ogniem

Dziewczyna, która igrała z ogniem

Autor: Stieg Larsson
Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009
Liczba stron: 700
Ocena: 8/10
Odkąd przeczytałam pierwszą część słynnej sagi Millennium Stiega Larssona, czekałam na moment, aż w moje ręce wpadnie kolejna część. Pierwszy tom zainteresował mnie na tyle, że byłam ciekawa, co też autor mógł zaserwować nam w kontynuacji. Na „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” nie zawiodłam się, ciekawa byłam więc, czy kolejny jest tak samo dobry i czy autor utrzyma swój poziom.

Mikael Blomkvist wraz z przyjaciółmi rozpoczyna pracę nad nowym numerem Millennium. Do grona redakcji dołącza jeszcze Dag Svensson, piszący artykuł na temat rozległej siatki osób, które przemycają z Europy Wschodniej kobiety, wykorzystywane potem w branży seksualnej. Wiele z osób, należących do tej grupy, to wysoko postawione osoby w państwie, piastujące dość wysokie stanowiska. Żona Daga, Mia, zajmuje się tym samym tematem w swojej pracy doktorskiej. Jednak na krótko przed oddaniem numeru do druku para ginie, zastrzelona w swoim mieszkaniu. Zwłoki znajduje Mikael, na klatce schodowej dodatkowo policja znajduje broń z odciskami palców opiekuna społecznego Lisbeth oraz samej Lisbeth. Za dziewczyną rozpoczyna się więc pościg jako za główną podejrzaną, która w gazetach przedstawiana jest jako niepoczytalna, chora psychicznie i szalona morderczyni. Mikael jednak nie wierzy w jej winę i na własną rękę stara się odkryć prawdę. Motyw do zabójstwa bowiem miało wiele osób, których tożsamość w swojej pracy odkrył i Dag, i Mia.

Znowu, w kolejnej części sagi, spotykamy się z tymi samymi bohaterami. Mikael, poprzednio dość bezbarwny i zupełnie mi obojętny, nagle zaczął zdobywać jako taką sympatię. Lisbeth jednak zdobyła ją już w „Mężczyznach…”, a tutaj jej notowania wcale nie spadły, a nawet wzrosły. Trzeba przyznać, że Stieg Larsson stworzył dość wyrazistą, oryginalną bohaterkę, która rzuca się w oczy już na samym początku i która bez wątpienia potrafi zdobyć uwielbienie czytelnika. No bo powiedzcie, jak można jej nie lubić?

Książka poza tym wciągnęła mnie już od samego początku, nie musiałam na to czekać do połowy, jak poprzednio. Więcej jest tu zagadek, a akcja stopniowo przyspiesza, chociaż dzieje się sporo już od pierwszych stron. Zwykle, biorąc do ręki drugą część jakiejkolwiek książki nie spodziewamy się tego, że przebije ona swoją poprzedniczkę, często kontynuacje bowiem pisane są czasem trochę na siłę, są dużo gorsze. Tutaj jednak muszę przyznać – „Dziewczyna, która igrała z ogniem” jest jeszcze lepsza od pierwszego tomu sagi. Wciągnęła mnie od razu, nie pozwalała wypuścić z rąk i zaskoczyła zakończeniem. A tego kompletnie nie spodziewałam się po tej książce, jak i po całej trylogii Millennium. Dowodem na to może być choćby fakt, że całą taką cegłę, 700-stronicową, udało mi się „połknąć” w dwa dni.

Absolutnie cała ta trylogia zasługuje na uwagę, nie tylko fanów kryminałów. I wcale nie dziwi mnie fakt, że zdobyła tak wielką popularność na całym świecie. Szkoda, że sam autor tego nie doczekał, umierając na atak serca tuż przed premierą pierwszej części swojej książki. Tak spektakularny sukces mogła osiągnąć tylko naprawdę dobra książka, a saga Millennium po prostu do takich powieści należy. Kto czytał, ten po prostu musi przyznać mi rację.

Zobacz również:

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli