Podsumowanie września

Podsumowanie września

I kolejny miesiąc dobiegł końca :-) Czy tylko mi ten czas tak szybko leci? Zadziwiające...
Dla mnie jednak jest to nie tylko kolejny miesiąc, ale pierwsze pół roku prowadzenia tego bloga. Tym bardziej nie sądziłam, że tak szybko to wszystko przeleci i przede wszystkim, że tak się w to wciągnę :-) Wcale nie żałuję, wręcz przeciwnie.

Wrzesień jednak pod względem książek był bardzo dobry. Kończę właśnie (podejrzewam, że dziś skończę) czytać 13 książkę w tym miesiącu, więc wynik jak najbardziej zadowalający :-) Udało mi się do tego nawiązać we wrześniu współpracę z nowym wydawnictwem, którym jest Mira, co mnie niezmiernie cieszy.

Liczba przeczytanych książek: 13
Liczba przeczytanych stron: 4795
Średnia liczba stron dziennie: 160
Nawiązanych współprac: 1
Najlepsza książka: "Zakręty losu" Agnieszka Lingas-Łoniewska
Najlepszy autor: Håkan Nesser

A jak tam u Was we wrześniu?
Mam nadzieję, że październik będzie równie obfity w czytanie, chociaż u mnie może być z tym trudniej, bo zaczęłam pracę. Ale zobaczymy :-) 


Agatha Raisin i wredny weterynarz

Agatha Raisin i wredny weterynarz

Autor: M. C. Beaton
Wyd. Edipresse Polska, Warszawa 2012
Liczba stron: 231
Ocena: 7/10
Co dwa tygodnie w kioskach od niedawna można kupić nową serię kryminalną wydawaną przed Edipresse Polska, z Agathą Raisin w roli głównej. Co prawda w tej chwili można już dostać któryś z kolei tom jej przygód, mnie jednak udało się właśnie przeczytać drugi z nich. Dalsze stoją jednak na półce i czekają na swoją kolej, więc na pewno co jakiś czas będziecie poznawać opinie o tej serii na moim blogu.

Tym razem Agatha zmierzy się z mordercą weterynarza, który dopiero co otworzył swój gabinet w małej wiosce Carsely, której to mieszkanką jest główna bohaterka. A raczej przyjdzie jej szukać osoby, która przyczyniła się do jego śmierci, bowiem tuż po rozpoczęciu praktyki, weterynarz umiera w niefortunnym wypadku. Agatha węszy jednak podstęp i morderstwo. Okazuje się bowiem, że mężczyzna był kobieciarzem, a od osób, które nie oparły się jego wdziękom, wyciągał pieniądze. Mało by brakowało, a Agatha również stałaby się jego ofiarą, chcąc zapomnieć o odgrywającym niedostępnego panu Laceyu. Która mieszkanka Carsely oparłaby się bowiem wdziękom przystojnego i szarmanckiego weterynarza? Wygląda na to, że żadna – w poczekalni weterynaryjnej były zawsze tłumy pań. Jednak nieuczciwy mężczyzna pada trupem, a sprawą nieoczekiwanie zaczyna interesować się również sąsiad, pan Lacey. Oboje więc zaczynają węszyć i szukać prawdy.

Mimo że nie jest to wielka literatura, Agatha Raisin zdobyła moją sympatię. Już w pierwszym tomie wywarła na mnie dość pozytywne wrażenie, tutaj jednak już ją naprawdę polubiłam. Fakt, jest trochę ciekawska, trochę wścibska, ale uśmiech na mojej twarzy wywarło przede wszystkim jej uganianie się za sąsiadem, Jamesem Laceyem, tak, jakby sama Agatha była wciąż nastolatką. Chociaż te czasy ma już dawno za sobą, w końcu jest pięćdziesięcioletnią kobietą. Jest jednak w tym coś zabawnego, zarówno w chęci uwiedzenia sąsiada, jak i jej zachowaniu w stosunku do innych mieszkańców Carsely i chęci dosięgnięcia prawdy odnośnie morderstwa. Za nic ma prośby policji, aby przestać się wtrącać, co w końcu doprowadzi do tego, że weterynarz nie będzie jedynym trupem.

Druga część nawet bardziej podobała mi się od pierwszej. Ot, taka lekka detektywistyczno-obyczajowa opowiastka, idealna do tego, aby się odprężyć i nie zaprzątać głowy poważniejszymi problemami. Doskonała na odstresowanie się, czego ostatnio dość często potrzebuję. Poza tym książkę czyta się szybko, jest poręczna, w kieszonkowym formacie, zawiera niewiele stron, taka odskocznia na jeden dzień, albo może i wieczór, z kocem na kanapie, z kubkiem kakao w pobliżu.

Polecam tę serię, bo mi się naprawdę spodobała, a cena każdego tomu jest dość przystępna. Kolejne tomy natomiast dostępne są co drugi tydzień prawie w każdym lepszym kiosku. Jeśli ktoś lubi kryminały, ale napisane z przymrużeniem oka, z humorem, takie raczej powieści detektywistyczne, to książka na pewno wywrze na takim czytelniku pozytywne wrażenie.

Zobacz również:


Samotni

Samotni

Autor:  Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012
Liczba stron: 480
Ocena: 8/10
Znacie już nazwisko Håkana Nessera? Nie znacie? A czy ktoś z Was jest fanem kryminałów albo odrobinę je lubi? Jeśli tak, to nazwisko poznać po prostu musicie! Ja sama jestem wręcz zauroczona tym pisarzem i jeszcze nie raz sięgnę po jego powieści, jednak te dwie książki, które do tej pory przeczytałam, czyli „Całkiem inna historia” oraz „Samotni” wystarczyły do tego, aby być zafascynowaną jego kunsztem pisarskim. Jest to prostu genialny.

Nie mówiąc już o jego bohaterze, Gunnarze Barbarottim, którego polubiłam niemalże od początku. „Samotni” są jednak ostatnią częścią cyku o tymże inspektorze. Częścią, w której Barbarotti znowu będzie musiał zmierzyć się z ofiarami… no właśnie, ofiarami czego? Wypadku? Morderstwa? Bowiem na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na niefortunny wypadek: w wąwozie niedaleko Kymlinge zostaje znaleziony martwy człowiek. I pewnie cała sprawa zostałaby natychmiast umorzona, gdyby nie to, że 35 lat wcześniej, w identyczny sposób, w tym samym miejscu, zginęła młoda kobieta… Nawet to można by uznać na kolejny zbieg okoliczności. Jednak kobieta, która spadła wiele lat temu była narzeczoną mężczyzny, znalezionego teraz… Co łączy te dwie sprawy, teraźniejszą i tamtą sprzed lat? Czy jest to zwykły zbieg wydarzeń, nic nie znaczący, czy jednak ktoś stoi za tym wszystkim?

Håkana Nessera uwielbiam wręcz za te zagadki. Można by powiedzieć, że w jego kryminałach jest coś, czego nie ma w innych, niestety sama nie potrafię nazwać tego słowami. Podoba mi się jednak to, że wydarzenia, które dzieją się współcześnie, przeplatane są z tymi z dalekiej przeszłości. Podobnie było w „Całkiem innej historii”, w „Samotnych” zabieg się powtarza. Z tym, że tutaj jest to znacznie bardziej rozwinięte, w ten sposób, że nie można się wręcz oderwać od książki i wydarzeń z przeszłości, jednak teraźniejszość wciąga równie mocno… Zagadka niby praktycznie bez rozwiązania, do samego końca, i do samego końca tak naprawdę nie wiemy, co się właściwie wydarzyło. Równoległym torem biegną jednak wydarzenia z lat siedemdziesiątych XX wieku i zmierzają do końca wraz ze śledztwem Evy Backman i Gunnara Barbarottiego tak, że obie historie kończą się prawie dokładnie w tym samym momencie. Na ostatnich stronach powieści.

Żałuję tylko jednego: że całej tej serii nie przyszło mi czytać po kolei. Bowiem wyżej wspomniana „Całkiem inna historia” jest drugim tomem cyku, „Samotni” natomiast to tom czwarty, ostatni. Bez wątpienia przyjemniej byłoby poznawać losy inspektora w kolejności chronologicznej, jednak jedyny dostęp w tej chwili, jaki mam do tych książek, to biblioteka, a wiadomo, jak z bibliotekami jest. Jest w tym wszystkim jednak mały plus – taki, że mimo wszystko jeszcze dwie powieści cyklu, pierwsza i trzecia, przede mną i nie mogę się doczekać, kiedy obie wpadną w moje ręce. Będę mogła wtedy wszystko połączyć sobie w jedną całość.

Håkan Nesser pisze doskonałe powieści. To trzeba przyznać. Można to stwierdzenie zawęzić nawet do tego, że pisze doskonałe kryminały. Nigdy bowiem nie spotkałam się jeszcze z tak dobrą książką, która spełniałaby od początku do końca wymogi dobrej powieści kryminalnej – to jest po prostu zadziwiające, że można napisać coś takiego. Mam zachęcać dalej? Myślę, że nie trzeba. Nesser jest według mnie mistrzem w swoim fachu.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB
Zanim nadejdzie ciemność

Zanim nadejdzie ciemność

Autor: Susan Wiggs
Wydawnictwo Mira, Warszawa 2012
Liczba stron: 412
Ocena: 7/10
Wzrok jest jednym z naszych najcenniejszych zmysłów. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co by było, gdybyście nagle dowiedzieli się, że za kilka tygodni po prostu go stracicie? Ja sobie tego w ogóle nie wyobrażam. Co innego z innymi zmysłami, z utratą słuchu jakoś bym sobie poradziła, ze zmysłem smaku, węchu również… Jednak możliwość zobaczenia tego, co nas otacza, możliwość cieszenia się kolorami, czytania, oglądania jest jedną z najcenniejszych rzeczy, które posiada człowiek, a z której tak naprawdę nie każdy zdaje sobie sprawę… nie myśli o tym na co dzień, nie przejmuje się.

Jessie nie ma jednak takiej możliwości. A dokładniej – nie będzie miała już niedługo. Odkryto bowiem u niej nieuleczalną i dla lekarzy nadal dość tajemniczą chorobę, której głównym objawem jest stopniowa utrata wzroku. Jessie jest fotografem i praca jest dla niej bardzo ważna, bez wątpienia jest jej pasją. Tym bardziej trudno jest jej pogodzić się z chorobą. Ale kobieta posiada również tajemnicę: szesnaście lat temu urodziła córkę i oddała ją do adopcji rodzonej siostrze. Wiadomość o chorobie pcha ją do tego, aby po raz pierwszy zobaczyć swoją córkę, ujrzeć jej twarz, poznać jej charakter. Zrobić to, zanim będzie za późno, zanim jedyne, co zobaczy rankiem po otworzeniu oczu, będzie ciemność.

Utrata wzroku jest dla kobiety czymś, z czym bardzo trudno jest jej się pogodzić. W końcu jest to najważniejsza rzecz, która pozwala jej wykonywać pracę, którą kocha. To dla pracy wiele lat temu Jessie oddała swoją córkę własnej siostrze Luz, wiedziała, że z dzieckiem trudno będzie jej realizować marzenia, trudno będzie jej podróżować, oddała ją więc, aby zapewnić jej lepszą przyszłość, taką, na jaką zasługuje. Takie właśnie były szesnaście lat temu pobudki Jess. Jednak, poruszając tę kwestię, uważam i tak, że nic bohaterki nie usprawiedliwia, a już na pewno nie powody podawane nam przez autorkę powieści. Dziecko jest odpowiedzialnością, bez wątpienia, ale nie jest czymś, co można tak po prostu oddać, bo przeszkadza nam w karierze. Gdyby Jess miała naprawdę konkretny powód do tego, okay, wybaczyłabym jej… Ale coś, co podaje nam w swojej powieści autorka, w ogóle do mnie nie przemawia. Mimo wszystko, polubiłam jednak główną bohaterkę.

Książka ta zaintrygowała mnie już samym opisem i okładką. Takiej historii jeszcze nie miałam okazji czytać, a okładka od początku przykuła moją uwagę. I powieść absolutnie mnie nie zawiodła. Spodziewałam się pełnej uczuć, emocji, tajemnic, rodzinnych sekretów historii i coś takiego otrzymałam. Poza tym książka Susan Wiggs dała mi do myślenia i podejrzewam, że podobne wrażenie wywrze na innych czytelnikach. Porusza bowiem temat, który na pewno wymaga zastanowienia, co my byśmy zrobili, gdyby spotkało nas coś takiego?... Nie da się o tym nie myśleć, czytając tę książkę. Skłania nas do tego, aby spojrzeć na świat odrobinę inaczej, zauważyć rzeczy, na które na co dzień nie zwracamy uwagi, a które bez wątpienia są dla nas ważne, bez których trudno byłoby żyć.

„Zanim nadejdzie ciemność” czyta się bardzo szybko. Autorka pisze językiem bardzo prostym, łatwo przyswajalnym, kartki same się przewracają – sprawiło to, że nawet nie zauważyłam, kiedy ją przeczytałam. Ale nie jest to powieść, którą szybko się czyta, ale równie szybko zapomina. Wręcz przeciwnie, historia nie da nam o sobie zapomnieć tak szybko. Akcja do tego jest spokojna, ale dość wartka, co nie pozwoli się znudzić.

Przede wszystkim jest to powieść dla kobiet, jednak ja uważam, że również panowie powinni po nią sięgnąć, bo ma głębszy przekaz, niż większość takich lekkich czytadeł. Każdy powinien znaleźć w niej coś dla siebie i wynieść większą lub mniejszą lekcję. Więc jeśli ktoś lubi powieści obyczajowe, które pozostawiają po sobie coś więcej, niż kolejną przeczytaną książkę odłożoną na półkę – polecam. Nie powinniście się na niej zawieść.

Premiera: 28 września 2012


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Mira/Harlequin

Wrześniowe zdobycze - stos #10/2012

Wrześniowe zdobycze - stos #10/2012

Tak jak w tytule, moje ostatnie zdobycze książkowe:


1. Agnieszka Lingas-Łoniewska "Zakręty losu" - książka z akcji Włóczykijka, dotarła do mnie wczoraj :-)
2. Katarzyna Michalak "Rok w Poziomce" - upolowana w końcu w bibliotece ZOBACZ RECENZJĘ
3. Håkan Nesser "Samotni" - również biblioteczna zdobycz 
4. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Upalne lato Marianny" - od wydawnictwa Mg ZOBACZ RECENZJĘ
5. Michelle Zink "Krąg Ognia" - od portalu nakanapie.pl ZOBACZ RECENZJĘ
6. Anne Brontë "Lokatorka Wildfell Hall" - od wydawnictwa Mg ZOBACZ RECENZJĘ
7. Susan Wiggs "Zanim nadejdzie ciemność" - efekt nowo nawiązanej współpracy z wydawnictwem Mira/Harlequin
8. Józef Hermanowicz "Przeżyłem sowieckie łagry. Wspomnienia" - od wydawnictwa Promic
9. Sissel-Jo Gazan "Pióro dinozaura" - pożyczona od siostry
10. Markus Zusak "Posłaniec" - efekt wymiany na LC
Z boku natomiast znajdują się kolejne części przygód Agathy Raisin :-)


Chciałabym się z Wami podzielić jednak jeszcze jedną informacją. Ten, kto czyta mojego bloga od początku, albo przynajmniej od dłuższego czasu pewnie zauważył, że jednym z moich ulubionych autorów jest Guillaume Musso :-) Tak się składa, że francuski pisarz przyjeżdża do Polski :-) Mało tego, będzie się z nim można spotkać dwa razy w Warszawie, 24 września w Instytucie Francuskim, po raz drugi dzień później w kinie Atlantic na Chmielnej, gdzie Guillaume będzie podpisywał swoją nową książkę "Telefon od anioła" oraz chyba jedną z najbardziej popularnych "Potem...". To drugie spotkanie będzie połączone z pokazem filmu "Potem" zekranizowanego na podstawie książki. Dla mnie to jest doskonała okazja, jednak aż do dziś nie wiem, czy uda mi się tam dotrzeć... chociaż na dzień dzisiejszy raczej się wybieram, jakże mogłabym przepuścić taką okazję?... :-)
Znacie książki Guillaume Musso? Czy ktoś z Was się wybiera? Ma blisko i będzie miał okazję dotrzeć?
 

Cujo

Cujo

Autor: Stephen King
Wyd.Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Liczba stron: 416
Ocena: 8/10
Są trzy rzeczy, których zawsze, odkąd pamiętam, się bałam. Zawsze pierwszym z nich była wysokość (tak, mam lęk wysokości do dziś), drugim na pewno woda, szczególnie ta głęboka (cóż, nie umiem pływać, kiedy to się zmieni może i przestanę w końcu bać się wody), trzecią jednak bez wątpienia są… psy. Może mi to trochę przeszło z wiekiem, szczególnie lęk przed ogromnymi psami, jednak nigdy nie mogłam rozważać przygarnięcia jakiegokolwiek, bo po prostu nigdy to nie wchodziło w grę. Nie lubię ich i już…

Do czego zmierzam? Do tego, że po przeczytaniu tej książki ani trochę nie zmieniłam zdania, wręcz się w nim utwierdziłam. Książek Kinga nie czytam często, bo mam do niego zawsze dość sceptyczne podejście. Może po prostu wyrosłam już z takich książek, co nie zmienia faktu, że twórczości Kinga nie znam (oprócz „Lśnienia”) i sama nie wiem, dlaczego do jego powieści podchodzę tak ostrożnie. Nic mnie nie usprawiedliwia, ale tak już jest i pewnie pozostanie. Jednak na mojej półce od czasu do czasu pojawia się jakaś jego książka – często pożyczona od kogoś, więc siłą rzeczy zobowiązuję się przeczytać. Tak też było z „Cujo”. Leżała na mojej półce pożyczona od siostry przez dość długi czas i czekała… na to, aż mi się nagle zachce. Sięgając po nią i zaczynając nadal byłam niepewna i sceptycznie nastawiona. Ale czy żałuję? Absolutnie nie!

O czym opowiada ta książka, chyba większość z Was wie, na pewno wiedzą zaś Ci, którzy Kinga uwielbiają. Cujo jest psem dość sporych rozmiarów, w końcu to bernardyn, ale znany jest w okolicy z tego, że jest również psem spokojnym i niezwykle łagodnym. Nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Jednak pewnego dnia, z pogoni nad niewinnym królikiem, Cujo wraca do domu z pogryzionym nosem. To właśnie od tej chwili zaczyna się horror, ponieważ pies zostaje zarażony wścieklizną. Chociaż na początku nic na to nie wskazuje. Cujo jednak robi się coraz bardziej agresywny, jest rozdrażniony, denerwuje go wszystko. Doprowadza to niestety do tego, że z dnia na dzień zmienia się w nieprzewidywalną bestię.

Ta książka mnie po raz kolejny (po „Lśnieniu”) zaskoczyła. Czym? Tym, że znowu dałam się Kingowi wciągnąć i niemalże zatracić. I tak naprawdę nie wiem, z jakiego powodu. Nie ma tu jakiejś niezwykłej akcji, bo cała tak naprawdę skupia się na dwóch rodzinach – rodzinie Camberów, która posiada Cujo oraz rodzinie Trentonów, której związek z pierwszą jest zupełnie przypadkowy, bowiem Joe Camber jest mechanikiem samochodowym, samochód Vica Trentona natomiast odmawia posłuszeństwa. Nie ma tu jednak jakiejś zaskakującej akcji, można nawet powiedzieć, że akcja niekiedy się niemiłosiernie wlecze, bo komu chce się czytać o tym, jak upada agencja reklamowa Vica, czy o tym, jak żona Cambera próbuje przekonać męża do wyjazdu. W tej książce przeplatają się bowiem losy tych dwóch rodzin, zupełnie sobie obcych, jednak połączonych zupełnie przypadkowo w zupełnie przypadkowym miejscu i czasie. Coś w tej książce jednak było, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać i pochłonęłam ją w półtora dnia. Co? Nie mam zielonego pojęcia. Bo akcja tak naprawdę rozwija się dopiero pod koniec. Kilkadziesiąt ostatnich stron czytałam niemalże z wypiekami na twarzy.

Zakończenie? Zaskakujące. Trochę smutne. Nawet łezka w oku może się zakręcić u trochę wrażliwszych czytelników. Nie mam porównania do innych książek Kinga, ale to zakończenie mnie zaskoczyło. I właśnie za to książka ta dostała ode mnie tak wysoką ocenę, głównie za zakończenie, ale przede wszystkim również za to, że ma to coś, co nie pozwalało mi jej odłożyć na półkę, dopóki nie skończę.

Do Kinga jednak stosunku swojego nie zmienię. Nie zmienię również po tej książce mojego podejścia do psów, no bo jak?... Jak mam się nie bać?... Nie da się.

Stephen King jest w ogóle godny polecenia, bez względu na to, na jaką jego książkę traficie. Bez względu na to, jaki ja mam do niego stosunek. Czytajcie, bo warto, a jeśli ktoś dodatkowo lubi książki tego typu, powinien po niego sięgnąć bez dwóch zdań. „Cujo” mi się podobała… chociaż powiedzieć „podobała” to nawet za mało. Polecam! Mimo niezbyt zawrotnej akcji szybko się czyta i wciąga. Świadczy o tym choćby sama moja, wysoka ocena.
Rok w Poziomce

Rok w Poziomce


Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
Liczba stron: 310
Ocena: 8/10
Odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze marzyłam o takim własnym skrawku świata. O miejscu, do którego codziennie wracałabym z pracy, w którym budziłabym się codziennie rano szczęśliwa, że budzę się w miejscu, które tylko i wyłącznie należy do mnie. Nieważne, czy byłaby to willa, niewielki domek czy kawalerka gdzieś w bloku, to jednak byłoby to miejsce od początku do końca urządzone przeze mnie, gdzie czułabym się bezpieczna, moje – po prostu. Zawsze o takim miejscu marzyłam. I szczerze mówiąc ciągle marzę. Mojego marzenia jak na razie nie udało mi się spełnić, jednak wierzę w to, że kiedyś się uda. 

To mnie właśnie do głębi połączyło z Ewą, główną bohaterką „Roku w Poziomce”. Sama nie mogłam uwierzyć, że czytając pierwsze strony, Ewa marzy dokładnie o tym, o czym marzę ja. O domku, najlepiej poza miastem i miejskim gwarem zatłoczonych ulic, domu, gdzie jest spokój, słychać śpiew ptaków, szum drzew i inne dźwięki natury, budzące nas co ranek. Pewnego dnia Ewa znalazła taki dom – dom pod lasem, który po raz pierwszy ujrzała w swoich marzeniach, nagle się zmaterializował. Jednak aby zarobić na jego kupno, co nie było łatwe, musi znaleźć pracę, bo który bank da kredyt komuś, kto nie ma stałych dochodów? Był pod ręką jednak Andrzej, Ewy przyjaciel, ale również mężczyzna, w którym od czasów studiów Ewa po kryjomu się podkochiwała… Andrzej z wydawnictwem, w którym nie miał kto pracować, więc gdy napatoczyła mu się Ewa, zaproponował jej układ – pożyczy jej pieniądze na dom pod warunkiem, że w ciągu trzech miesięcy Ewa wypromuje mu bestseller… Tylko skąd ten bestseller wziąć i zrobić z niego w tym czasie książkę, którą będą kupować wszyscy? Ewa jednak jest zdeterminowana i przystaje na układ. I tutaj właśnie wszystko się zaczyna…

Czy ja pisałam już kiedykolwiek, że uwielbiam książki Kasi Michalak? Nie? No to piszę teraz. Uwielbiam, chociaż miałam za sobą dopiero jedną jej powieść, „Poczekajkę”, no, teraz już dwie. Jednak od razu przy tego typu autorach się po prostu wie: to jest to. To jest coś, co mnie urzeknie do tego stopnia, że nie będę chciała wypuścić tej książki z rąk, która mnie zaczaruje. Połknęłam niemalże tę książkę, zrobiłabym to nawet w jeden dzień, gdyby mi czas pozwolił, bo jest po prostu niesamowita. Tylko co w niej jest takiego niesamowitego, tego Wam powiedzieć nie potrafię.

Bez wątpienia „Rok w Poziomce” jest powieścią dla kobiet, ale takich powieści mamy na rynku całą masę. Jedne są gorsze, inne lepsze, ale cóż takiego czyni je tymi lepszymi? Bez wątpienia klimat. Rodzinny, taki, który chciałoby się mieć również dla siebie. Marzenia, które spełniają się wtedy, gdy nie ma się już nadziei na ich spełnienie. Miłość, która ma tak niesamowitą siłę, w którą trudno uwierzyć. Dom, ten rodzinny dom, nie cztery ściany, ale rodzina i przyjaciele, w których gronie czujemy się bezpiecznie, nieważne gdzie się w danej chwili znajdujemy. To wszystko jest w „Roku w Poziomce” i to wszystko właśnie tak bardzo mnie urzekło. Ja wiem, że pełno tego w literaturze, pełno w powieściach typowo dla kobiet, ale uważam, że Katarzyna Michalak tak umiejętnie potrafi do tego podejść, opisać, jak mało kto. Ja wiem, że ta powieść to taka trochę sielanka, gdzie wszystkie marzenia się spełniają, pełna przypadkowych spotkań i zbiegów okoliczności, gdzie wszyscy są szczęśliwi, co w normalnym życiu zdarza się rzadko… ale czy na pewno? Być może wystarczy nam jedynie uwierzyć we własne szczęście, a szczęście znajdzie w końcu i nas samych? Ja po przeczytaniu tej książki jestem gotowa gorąco w to uwierzyć.

Co mi ta powieść dała? Przede wszystkim właśnie wiarę – we własne siły, w to, że można znaleźć szczęście nawet mieszkając w szopie, byle by tylko nasi bliscy byli obok nas. I że wszystko, co nas dotyczy, zależy tylko i wyłącznie od nas – to my musimy wziąć sprawy w swoje ręce. 

„Rok w Poziomce” jest niesamowitą książką. Książką, którą pochłania się w jedną niemalże chwilę, przygody Ewy wciągają do tego stopnia, że chce się czytać i czytać. I coś - za co Kasię Michalak i „Rok w Poziomce” polubiłam najbardziej – za wybuchy niepohamowanego śmiechu. Rzadko która książka jest w stanie doprowadzić do tego, że zaczynam się przy niej śmiać do łez i nie potrafię przestać – ta tego dokonała. Zadziwiające – niby zwykłe czytadło dla kobiet, sielankowa opowieść o miłości i marzeniach, a jednak po jej przeczytaniu mamy ochotę wyciągnąć własne wnioski i sprawić, żeby i nasze życie było lepsze. Jestem pod wrażeniem!
Pięć lat Zbrodni w Bibliotece, czyli mały przegląd kryminalny

Pięć lat Zbrodni w Bibliotece, czyli mały przegląd kryminalny

Post ten bierze udział w konkursie dla Syndykalistów

Jak większości z Was wiadomo, w tym roku portal Zbrodnia w Bibliotece obchodzi swoje piąte urodziny. Ja sama należę do Syndykalistów od niedawna, bo dopiero od kilku miesięcy, odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga. Jednak nie żałuję w ogóle, ponieważ kryminały uwielbiam, zawsze je lubiłam i zawsze był to jeden z moich ulubionych gatunków. A przyłączenie się do Syndykatu nie kosztuje nic, niesie ze sobą natomiast wiele korzyści, ot, choćby udział w konkursach, w których nierzadko można wygrać mnóstwo kryminalnych nowości i nie tylko. Ktoś z Was jeszcze nie zna strony Zbrodni w Bibliotece? Nie należy do grona Syndykalistów? Nic prostszego - po kliknięciu na baner przeniesiecie się na stronę ZwB:


Oczywiście, chcę Was zachęcić do zapisów, nie to jest jednak celem dzisiejszego posta. Jego celem jest mianowicie przegląd kryminalnych powieści, które ukazały się na przestrzeni tych pięciu lat. Jednak bez obaw - nie wszystkich. Wybrałam 5 książek, po jednej z każdego roku istnienia ZwB, które osobiście bardzo mnie zainteresowały, a których nie miałam jeszcze okazji przeczytać. Ciekawa jestem, czy znacie te powieści i czy któraś z nich szczególnie Was zainteresowała?... Bo ja mam zamiar przeczytać w przyszłości wszystkie 5 :-)

ROK 2008
Henning Mankell, Zapora
Ystad, jesienna noc. Dwie nastolatki napadają na taksówkarza. Mężczyzna ginie, a aresztowane dziewczyny twierdzą, że zabiły go dla pieniędzy. Wkrótce jednej z nich udaje się uciec. Tymczasem w innej części miasta przed bankomatem zostaje znaleziony martwy człowiek z rozległą raną na głowie. Zbrodnie jakich wiele można by pomyśleć. Jednak Kurt Wallander podejrzewa, że kryje się za nimi coś więcej. Nieświadomy rozmiaru niebezpieczeństwa, osamotniony i nękany problemami osobistymi, wkracza w świat wielkich finansów i tajnych stowarzyszeń. Tym razem musi wykazać, że w cyberprzestrzeni jest równie skuteczny, co w realnym świecie. Czy pokonanie wirtualnej zapory przybliży go do prawdy? 




ROK 2009
Martha Grimes, Pod Anodynowym Naszyjnikiem
W pobliskim lesie odkryto ciało młodej kobiety z odciętymi palcami jednej dłoni. Dziewczyny nikt wcześniej nie widział w okolicy i trudno powiedzieć, jakie licho przywiodło ją w te strony. Policja znajduje palec ofiary na ścieżce prowadzącej do rezydencji miejscowej Lady. Rozwiązanie zagadki wydaje się oczywiste. Ale nie dla Jury'ego. Tym bardziej że w pubie Pod Anodynowym Naszyjnikiem alkohol rozwiązuje języki biesiadników, a inspektor czujnie nastawia ucha. Okazuje się, że zaskakująco dużo łączy morderstwo w Littlebourne z brutalnym napadem na uliczną skrzypaczkę w Londynie. A tajemnicza mapa poszukiwaczy skarbów wiedzie Jury'ego i jego ekscentrycznego przyjaciela Melrose'a Planta do jeszcze jednej mrożącej krew w żyłach zbrodni. Czym się to wszystko skończy? Na pewno wypiekami na twarzy czytelnika. Bo tak tajemnicze i przepojone angielską atmosferą kryminały potrafi tworzyć tylko nierodowita Angielka, która podobno czasem do połowy książki sama nie wie, kto jest mordercą?

ROK 2010
Katarzyna Bonda, Tylko martwi nie kłamią
Bohaterem powieści jest profiler policyjny – specjalista zajmujący się sporządzaniem profili psychologicznych nieznanych sprawców przestępstw, musi rozwikłać zagadkę śmierci śmieciowego barona, którego ciało znaleziono w jednej z katowickich kamienic. Wszystkie poszlaki wskazują na biznesowe porachunki, ale Hubert Meyer czuje, że sprawa nie jest tak oczywista. 17 lat temu w tej samej kamienicy zabito starszego protetyka żydowskiego wyznania i sprawca nie został nigdy schwytany. Wydaje się, że obie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego, a jednak pewne fakty wykazują dziwne podobieństwo. Meyer i seksowna pani prokurator ruszają tropem pewnej cennej monety i odkrywają nowe wątki, a przy okazji stają się sobie coraz bliżsi... 



ROK 2011
Jens Høvsgaard, Siódmy dzień
Natchniony kaznodzieja wolnego kościoła Słowo Ewangelii zostaje znaleziony martwy z pętlą na szyi. Okazuje się, że na krótko przed śmiercią, publicznie sprzeczał się z człowiekiem powiązanym z grupą prawicowych ekstremistów. Reporter John Hilling postanawia przyjrzeć się tej sprawie bliżej, chociaż policja uznaje zdarzenie za samobójstwo. Niedługo potem na terenie całego kraju zaczynają znikać dzieci.
Wkrótce tropy łączą się w zarys zbrodniczej intrygi, w którą zaangażowane są sekty religijne, skorumpowani policjanci, frakcje neonazistowskie oraz młoda wdowa po pastorze.
 





ROK 2012
Marta Guzowska, Ofiara Polikseny
Ofiara Polikseny to nie tylko trzymający w napięciu kryminał, ale również świetny portret środowiska archeologów i pożegnanie z romantycznymi wyobrażeniami dotyczącymi ich profesji. Marta Guzowska debiutuje w sposób brawurowy: zapomnijmy o Indianie Jonesie i Larze Croft! Przed nami Mario Ybl: pijak, który boi się ciemności, degenerat życiowy i wybitny naukowiec...Stanowisko wykopaliskowe w Turcji, słynna Troja, która nie wygląda bajkowo. Panuje nieznośny skwar, kłębią się stada turystów, wszystkich obsiadają muchy. Ekipa archeologiczna znajduje tajemniczy szkielet na terenie archaicznego cmentarzyska. Wiele wskazuje na to, że mogą być to szczątki mitycznej Polikseny. Sensacja wisi w powietrzu. Naukowcom nie jest jednak dane długo cieszyć się swoim znaleziskiem, ich koleżanka bowiem zostaje bestialsko zamordowana, a jej zwłoki złożone na starożytnym ołtarzu. Jak się niebawem okaże, nie będzie to jedyna ofiara. Prace ekipy zostają wstrzymane. Mario Ybl, ceniony antropolog, ekspert od ludzkich szczątków wspierający archeologów w pracy, zaczyna nabierać podejrzeń, ale nikt nie traktuje go poważnie... 


I jak Wam się podoba zestawienie? Znaleźliście coś dla siebie?
Myślę, że każdego miłośnika kryminałów zainteresuje któraś z tych książek - ja chciałabym tylko wspomnieć, że warto sięgać nie tylko po nowości - bo książki, wydane klika lat temu również zasługują na uwagę. Tak samo jest z polskimi autorami, uwierzcie - Polacy naprawdę potrafią pisać książki, trzeba się tylko do nich przekonać, a to nic trudnego :-)  

Wszystkich fanów powieści kryminalnych zapraszam więc na stronę Zbrodni w Bibliotece i zachęcam do przyłączenia się do Syndykatu:

 
Lokatorka Wildfell Hall

Lokatorka Wildfell Hall

Autor: Anne Brontë
Wydawnictwo Mg, Warszawa 2012
Liczba stron: 528
Ocena: 7/10
Są książki, gdzie wystarczy jedno spojrzenie na nie, gdzie nie trzeba czytać fabuły, gdzie wystarczy nam jak najbardziej ogólny zarys, o czym jest, żeby wiedzieć, że książka spełni nasze oczekiwania. Są bowiem powieści, czy to sprawdzonego autora, czy po prostu osadzone z akcją w określonym czasie, po które możemy sięgnąć w ciemno wiedząc, że nam się spodobają. Tak właśnie było ze mną i „Lokatorką Wildfell Hall”. Wystarczyło mi to, że spojrzałam na okładkę – moim zdaniem piękną i na pewno przykuwającą uwagę – i to, że wiedziałam mniej więcej, że to Anglia XIX wieku, nie mówiąc już o autorce, bo któż nie słyszał o słynnych siostrach Brontë? Jeśli więc chodzi o „Lokatorkę Wildfell Hall”, wiedziałam od początku, że ta powieść mnie nie zawiedzie. I nie zawiodła.

Nie mam pojęcia, co takiego jest w powieściach, których akcja dzieje się w Anglii poprzednich wieków, ale takie książki zawsze potrafią mnie oczarować. A sama fabuła również jest bardzo ciekawa. Bowiem główna bohaterka, niejaka Helen Graham, pewnego dnia wraz z kilkuletnim synkiem zjawia się w posiadłości Wildfell Hall. Wzbudza tym niemałe zainteresowanie okolicznych mieszkańców, ponieważ kobieta sprawia wrażenie osoby niezwykle tajemniczej. Wkrótce jednak zdobywa zaufanie jednego z mieszkańców, Gilberta Markhama i aby wyjaśnić mu swoją sytuację i całą tajemnicę, jaką wokół siebie stworzyła, daje mu do przeczytania swój pamiętnik. Dziennik Helen wyjaśnia wszystko zakochanemu w niej Gilbertowi, Gilbert poznaje przeszłość, często niezbyt kolorową i szczęśliwą, głównej bohaterki… oraz tajemnicę największą ze wszystkich…

Zaskoczyły mnie w tej powieści już jej pierwsze strony. Całą opowieść snuje bowiem sam Gilbert, ale ciekawe jest przede wszystkim to, w jaki sposób ją opowiada. Całość jest bowiem listem do najlepszego przyjaciela Halforda, w którym zwierza się ze swojej przeszłości. Narratorem jest tu więc Gilbert, poznajemy dzięki temu bliżej samego bohatera, emocje, które nim targają, jego uczucia, myśli, problemy. Jednak nie jest tak, że ciągnie się to przez całą książkę. Autorka tak skonstruowała swoją powieść, że w pewnym momencie narrację przejmuje pośrednio sama Helen. Gilbert dostaje od niej swój dziennik, w liście więc pojawia się również opowieść Helen. Muszę przyznać, że spodobał mi się ten zamysł na narrację, dzięki temu książka tylko zyskuje w oczach czytelnika, w moich zyskała naprawdę dużo.

A bohaterowie? Są kolejnym elementem, który mnie mile zaskoczył. Często w takich powieściach bohaterowie nakreśleni są niezwykle barwnie, wyraźnie – i tak też jest tutaj. Każdy z osobna jest wart uwagi, nie tylko sam Gilbert i Helen, ale wszyscy po kolei, nie pomijając absolutnie nikogo. Zapałałam niemałą sympatią do niektórych z nich, inni wywoływali u mnie wręcz przeciwne emocje, jeszcze inni całkiem skrajne, raz dobre, innym razem wcale mi się nie podobali… Jednym słowiem, mamy w tej powieści bohaterów, którzy wywołują u czytelnika całą gamę emocji i uczuć. Do tego są tak barwnie opisani, że mamy nierzadko uczucie, jakbyśmy stali tam obok i uczestniczyli w wydarzeniach, nie tylko o nich czytali...

Sama Helen jest na początku postacią bardzo tajemniczą. Nie wiemy o niej nic, prócz tego, że jest ponoć wdową, że mieszka z pomocą domową i małym synkiem w opuszczonej do tej pory posiadłości Wildfell Hall. Jednak za sprawą jej pamiętnika poznajemy ją dogłębnie – całą jej przeszłość i wszystkie tajemnice, które chciałaby ukryć przed nowymi znajomymi i sąsiadami. Każdy wie, jaka była sytuacja kobiet w XIX wieku nie tylko w Anglii, które musiały podporządkować się mężczyznom, bardzo często były od nich zależne. Helen pragnie złamać ten schemat. Powieść więc doskonale ukazuje sytuację kobiet w tym czasie, nie tylko na przykładzie samej głównej bohaterki, ale także za pośrednictwem innych, drugoplanowych postaci.

„Lokatorkę Wildfell Hall” czytałam z niezwykłym zainteresowaniem. Zarówno opowieść Gilberta, jak i Helen. Autorka na zmianę od dość wartkiej akcji przechodzi do spokojniejszych wydarzeń, może książka ta nie trzyma w napięciu do ostatniej strony, to nie jest powieść z tej kategorii. Akcja jest dość spokojna, ale to właśnie mnie w niej urzekło. Jeśli dodać do tego bohaterów, klimat XIX-wiecznej Anglii i tajemniczość, którą w tej książce czuć od pierwszej niemalże strony – wyjdzie nam powieść, od której nie można się oderwać i która zdecydowanie za szybko się kończy. Takie powieści są dokładnie w moim stylu i polecam ją wszystkim.

Za wspaniały klimat XIX-wiecznej Anglii dziękuję wydawnictwu Mg.

Krąg Ognia

Krąg Ognia

Autor: Michelle Zink
Wydawnictwo Telbit, Warszawa 2012
Liczba stron: 358
Ocena: 6/10
Zaciekawiona jakiś czas temu dwoma pierwszymi tomami popularnej trylogii „Proroctwo sióstr”, ucieszyłam się bardzo, gdy w końcu wpadła w moje ręce jej ostatnia, trzecia część „Krąg Ognia”. Dwie pierwsze części spodobały mi się na tyle, że postanowiłam dokończyć czytać całą trylogię, chociaż do takich opowieści podchodzę zazwyczaj bardzo ostrożnie. Ale ponieważ tutaj brak jakichkolwiek wampirów, wilkołaków itp., o których męczy już samo wspominanie, cała historia nawet mi się spodobała.

Jak wiadomo nam z poprzednich części, Alice i Lia są siostrami bliźniaczkami, które związane są z pewnym proroctwem. Lia jak najszybciej chce wypełnić swoją misję, ponieważ proroctwo coraz bardziej wymęcza jej psychikę, ale i ciało. Czuje się coraz bardziej zmęczona, a czasu pozostało niewiele. Lia jest jednak na dobrym tropie i wkrótce odkrywa ostatnie tajemnice, coraz bardziej przybliża się do zakończenia i wypełnienia swojego zadania. Czeka ją jednak najtrudniejsza część: przekonanie własnej siostry, żeby przeszła na stronę dobra i sprzymierzenie się z nią, ponieważ tylko tak można wypełnić proroctwo do końca i zamknąć Bramę, aby uniemożliwić Duszom i ich przywódcy dostanie się do świata materialnego. Czy jej się to uda?

Tak jak się spodziewałam, trzecia część odpowiada w końcu na pytania, które czytelnik zadaje sobie cały czas podczas czytania pierwszej i drugiej części. Wreszcie dowiemy się wszystkiego. Muszę przyznać, że Michelle Zink stworzyła naprawdę niezwykły świat, mroczny, tajemniczy, pełen sekretów, a co najważniejsze, oryginalny, który nie powiela się często w literaturze, jak to bywa ostatnio z historiami o wampirach. Za to jestem jej wdzięczna, bo głównie właśnie z tego względu zdecydowałam się sięgnąć po tę trylogię.

Jednak i tak za najlepszą część uważam „Strażniczkę Bramy”. „Krąg Ognia” nie jest już tak pełen opisów przyrody, mrocznych tajemnic. Więcej w niej przemyśleń głównej bohaterki, rozterek, czy uda jej się wypełnić zadania, odnaleźć ostatni z Kluczy i najważniejsze – czy wytrwa do końca. Bowiem proroctwo coraz bardziej wyniszcza ją od środka, Lia obawia się, że nie da rady, że nie wytrzyma. Powiem szczerze jednak, że te jej przemyślenia mogą trochę irytować, bo pojawiają się niemal na każdym kroku, aż czytelnik w końcu ma ochotę powiedzieć „dość”. Trochę denerwował mnie również wątek romansowy między Lią a Dimitrim. Tak przesłodzony, że aż czasem mdli. Ale to w końcu powieść dla nastolatek, więc jestem w stanie to zrozumieć. Mimo tego polubiłam nawet tę dwójkę, jak i pozostałych bohaterów. O dziwo sympatią w końcu zapałałam również do Alice, czego nie mogłam powiedzieć, czytając pierwszą i drugą część.

Świat mimo wszystko, stworzony przez Michelle Zink, jest ciekawy. Więcej jest w ostatnim tomie szczegółów, z którymi musi zapoznać się czytelnik odnośnie proroctwa, w końcu opowieść musi się skończyć, więc i musi nadrobić pierwszą i drugą część. Ale nadal pełno w niej magii, odnośników do mitologii, świata materialnego ściśle połączonego z pozaświatami, w których żyją dusze. Muszę przyznać, że spodobało mi się to.

Polecam tę trylogię każdemu, a już na pewno czytelnikom, którzy lubią takie historie, pełne magii i tajemnic. Ja do takich książek podchodzę dość ostrożnie, ale ta historia zrobiła na mnie wrażenie, przede wszystkim swoją oryginalnością. I naprawdę warto dotrwać, mimo wszystko, do końca. Zachęcam z całego serca.

Zobacz recenzje poprzednich części:


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi nakanapie.pl

Jesienne zapowiedzi książkowe

Jesienne zapowiedzi książkowe

Zaserwuję Wam dzisiaj trochę jesiennych zapowiedzi... generalnie książek, które zainteresowały mnie osobiście - na niektóre z nich już ostrzę sobie pazurki :P Niektóre natomiast już niedługo będę miała okazję przeczytać. 
W ogóle ostatnio wpadłam w jakiś ciąg czytania, czytałabym jedną książkę za drugą... czasami tak mam, czasami nie mam ochoty na żadną i przeczytam zaledwie klika stron dziennie... też tak macie?
Ciekawa jestem, czy zainteresowała Was któraś z pozycji poniżej, interesujących mnie...?


"Przeżyłem sowieckie łagry" Józef Hermanowicz
Premiera: 21-09-2012
Wznowienie wydanych w 1966 r. wspomnień mariańskiego misjonarza z Harbinu i więźnia sowieckich łagrów w latach 1948-1955.
Te dzieje niewoli, przetłumaczone oprócz języka polskiego także na języki hiszpański i włoski, napisane są w żywej, zwięzłej i pogodnej formie, tak obrazowo, ciekawie i dowcipnie, z takim znawstwem charakterów, że czyta się je jednym tchem. Czytelnik odbywa z autorem tragiczną wędrówkę po komunistycznym piekle i przeżywa z nim jego kłopoty i niedolę, ale nie wpada w zniechęcenie czy apatię i nie traci nadziei na lepsze jutro.

"Zaproszenie do Prowansji" Elizabeth Adler
Premiera: 27-09-2012
Romantyczna i niebezpieczna przygoda w jednym z najbardziej magicznych miejsc,gdzie lawendowe pola spotykają się z lazurem nieba, a powietrze pachnie rozmarynem, miłością i tajemnicą
Franny Marten przeżywa szok, dowiadując się, że jej narzeczony jest żonaty. A wkrótce czeka ją kolejna niespodzianka od losu: nieoczekiwane zaproszenie do jej nieznanej rodziny z Prowansji.
Prowansja wygląda dokładnie tak, jak Franny sobie wyobrażała, ale nic nie jest tu takie, jak się spodziewała. Słoneczne krajobrazy skrywają głęboko pogrzebane rodzinne sekrety, a ktoś nie chce, by wydobyto je na światło dnia. I kim naprawdę jest Jake Bronson – najbardziej intrygujący i najbardziej pociągający mężczyzna, jakiego w życiu spotkała?
Franny ma przeczucie, że Jake wie więcej, niż mówi. I że tylko on może jej pomóc rozproszyć cienie przeszłości dynastii Martenów – wypełnionej skandalem, rywalizacją i intrygą...

"Zanim nadejdzie ciemność" Susan Wiggs
Premiera: 28-09-2012
Znana fotografka, Jessie Ryder, patrzyła na świat przez obiektyw, zawsze z dystansem. Nigdzie nie potrafiła zagrzać miejsce. Żyła z dnia na dzień, w nieustannej podróży, często zmieniała kochanków, nie pragnęła stabilizacji. Nie potrafiła jednak uciec od bolesnych wspomnień o wydarzeniach sprzed szesnastu lat. Wtedy oddała nowo narodzoną córkę Lilę do adopcji…
Jej pozornie idealny świat runął, gdy dowiedziała się, że niedługo straci wzrok. Postanowiła naprawić błędy z przeszłości i chociaż raz zobaczyć córkę, nie licząc się z uczuciami adopcyjnej matki Lili… swojej siostry, Luz.
Spotkanie po latach jest traumatycznym przeżyciem. Wychodzą na jaw skrywane długo tajemnice, a prawda okazuje się bolesna. Jednak dla wszystkich jest to oczyszczające doświadczenie. Jessie dzięki najbliższym poznaje, czym są miłość, lojalność i bliskość. Niestety ciemność zbliża się nieubłaganie...

"Linda" Leif GW Persson
Premiera: 3-10-2012
Policyjne typowe dochodzenie w sprawie zabójstwa dokonanego przez nieznanego sprawcę. Dla inspektorów kryminalnych Jana Lewina i Anny Holt oraz komisarz Lisy Mattei sprawa jest prosta. Odmiennego zdania jest antypatyczny inspektor Bäckström: po pierwsze, dlaczego policja znajduje sprawcę, chociaż szukała kogoś o zupełnie innym profilu, po drugie, dlaczego Anna Holt, która prowadzi przesłuchania sprawcy, z góry zna jego odpowiedzi na zadane przez siebie pytania, po trzecie, Lisa Mattei uważa, że chodzi  o coś zupełnie innego niż zabójstwo młodej kobiety.

"Katarzyna Wielka. Portret kobiety" Robert K. Massie
Premiera: 17-10-2012
Opowieść o kobiecie, która zatrzęsła światem.
Bezwzględna despotka czy oświecona reformatorka? Propagatorka najgorszych perwersji czy nieśmiała dziewczyna z Pomorza? Katarzyna Wielka miała wiele twarzy. Polacy znienawidzili ją za odebranie niepodległości. Wolter pokochał za zamiłowanie do filozofii. Sprzeciwiała się zacofaniu Rosji, ale przez czterdzieści lat trzymała kraj żelazną ręką. Współczuła uciskanym chłopom, ale bez mrugnięcia okiem topiła wiejskie powstania we krwi. Była kobietą, ale w konserwatywnej Rosji zdobyła pełnię władzy, o której wcześniejsi carowie mogli tylko marzyć.
W najnowszej książce Roberta K. Massiego – zdobywcy nagrody Pulitzera i jednego z najwybitniejszych znawców dawnej Rosji – Katarzyna Wielka powraca do życia.
Oto historia pełna intryg, tajemnic dworskiego życia i dylematów władzy. Od nieszczęśliwego dzieciństwa w Szczecinie, poprzez patologiczny związek ze zdziecinniałym carem, aż po wstrząsane skandalami panowanie. Pierwsza naprawdę pełna biografia jednej z najważniejszych postaci w historii Polski i Europy.

"Obserwator" Charlotte Link
Premiera: 17-10-2012  
Samson obserwuje życie zupełnie sobie obcych kobiet. Identyfikuje się z nimi i chce wiedzieć o nich wszystko. Może dlatego, że jego własne życie składało się dotychczas tylko z niepowodzeń i odrzucenia?
Wie też doskonale, co dzieje się u jego sąsiadów, w dodatku sporządza dokładne notatki na ten temat. Samson to singiel, samotnik i dziwak – bezrobotny i nieszczęśliwy. Szary, zwykły człowiek, który nie rzuca się w oczy. Nawet po rozmowie z nim trudno go zapamiętać.
Z dala, ale pełen oddania, kocha piękną Gillian Ward. Potajemnie bierze udział w jej perfekcyjnym życiu. A jej życie to przystojny mąż, urocza córeczka, dobrze prosperująca firma. Przynajmniej pozornie, bo Samson nagle odkrywa, że to tylko fasada. Że w życiu tej kobiety nic nie jest takie, jak mu się wydawało.
W tym samym czasie seria okrutnych morderstw wstrząsa Londynem. Ofiary to samotne, starsze kobiety. Zamordowane w okrutny, wyjątkowo brutalny sposób. Policja szuka psychopaty. Mężczyzny, który nienawidzi kobiet.

"Ladacznica" Emma Donoghue
Premiera: 17-10-2012
„Ladacznica” to nadzwyczajna powieść o Mary Saunders, młodej córce biednej szwaczki, umieszczona w barwnym pejzażu Londynu i Monmouth XVIII-wiecznej Anglii.
Mary łaknie pięknych ubrań i wstążek, tak jak ludzie z jej klasy łakną jedzenia i ciepła. To głód, który sprowadza ją na drogę prostytucji w wieku trzynastu lat.
Mary zostaje wypędzona z domu przez swoją rozszalałą matkę gdy zachodzi w ciążę i niemal umiera na ulicach Londynu. Jej wybawicielką okazuje się Doll – prostytutka. Mary swobodnie przemierza Londyn wraz z Doll, ubrana w wyzywające, krzykliwe stroje i z krzykliwie umalowanymi na czerwono ustami, sprzedając swoje ciało mężczyznom. Stając w obliczu długów i gróźb, ucieka do Monmouth, rodzinnego miasta swojej matki, gdzie próbuje rozpocząć nowe życie jako pokojówka w domu pani Jones.
Mary wkrótce odkrywa, że nie jest w stanie uciec od swojej przeszłości i od tego jak wiele są w stanie zapłacić jej ludzie za spełnianie zachcianek, które nie przystoją ich pozycji w społeczeństwie…
Kaznodzieja

Kaznodzieja

Autor: Camilla Läckberg
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010
Liczba stron: 438
Moja ocena: 7/10
Niedawno w moje ręce wpadła pierwsza część sagi kryminalnej Camilli Läckberg, „Księżniczka z lodu”. Tak się dobrze składa, że nie minęło dużo czasu, a już miałam okazję znowu wrócić do jej powieści, tym razem trafiło na „Kaznodzieję”. Sagę tę postanowiłam przeczytać w całości, a dodatkowo obrałam sobie za cel czytać ją w porządku chronologicznym i jak widać, na razie mi się to udaje. Księżniczka spodobała mi się bowiem na tyle, aby sięgnąć po  następne książki skandynawskiej autorki.

Tutaj mamy jednak zagadkę jeszcze bardziej zawiłą od poprzedniej, bowiem w pobliżu Wąwozu Królewskiego zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Wraz z nią policja odnajduje szczątki dwóch innych osób, prawdopodobnie zamordowanych wiele lat temu. Kobieta wkrótce jest zidentyfikowana jako Niemka, Tanja, na początku uważana za turystkę, w końcu jednak okazuje się, że do Fjällbacki nie przybyła w celach turystycznych, ale by rozwiązać zagadkę z przeszłości, która dotyczy jej osobiście. Śledztwo prowadzi Patrik, znany nam już z części pierwszej. Ale nie jest to proste śledztwo, bowiem poszlaki wskazują na ścisły związek zamordowanej z pewną rodziną, jednak ten związek nie jest jednoznaczny. Dlaczego Tanja przyjechała do Szwecji i czego tam szukała? Kim była? Dlaczego zginęła i wreszcie, kto jest mordercą? Pytań jest wiele, ale odpowiedzi wcale nie są takie proste, jakby się wydawało.

Podoba mi się w powieściach Läckberg to, że mimo, że poszczególne części można czytać oddzielnie, jako odrębne powieści, to jednak łączą je razem postaci głównych bohaterów. Patrika poznałam już w „Księżniczce z lodu” i powiem szczerze, bardzo go polubiłam. Tutaj moją sympatię zdobył już bez dwóch zdań. W „Kaznodziei” pojawia się też Erica i chociaż nie jest już bezpośrednio zamieszana w śledztwo, nie uczestniczy w nim tak jak poprzednio, to jednak jest jedną z głównych bohaterek. Wcześniej trochę mnie irytowała, teraz zmieniło się to na jej korzyść. Nie będę pisać, jak potoczyły się losy Patrika i Eriki, bo co to byłaby za przyjemność czytania, gdybyście się jednak zdecydowali na tę książkę… Ale ich losów można się domyśleć. Poza tym nie tylko te dwie postaci, ale również inni, pojawiający się w „Księżniczce z lodu”, czynią ten kryminał (i pewnie kolejne również) czymś na wzór powieści kryminalno-obyczajowej – w końcu nie mamy tu tylko morderstwa, książka nie skupia się tylko i wyłącznie na rozwiązaniu zagadki. Czytelnika równie dobrze interesują losy bohaterów niezwiązanych z prowadzonym śledztwem. I dobrze! To mi się tutaj bardzo podoba.

Uważam również, że „Kaznodzieja” jest już o wiele ciekawszą książką niż jej poprzedniczka. Na początku trochę problemów może sprawiać niezliczona ilość bohaterów, zwłaszcza rodzina Hultów powiązana z morderstwem, która ma tylu członków, że aż trudno zliczyć. Spamiętanie ich wszystkich, tego, kto jest kim, przyprawia o niemały zawrót głowy, jednak da się to wszystko z czasem ogarnąć i przestaje sprawiać problemy. Sama zagadka kryminalna jest o wiele bardziej interesująca i tak naprawdę do samego końca nie wiemy, jak się rozwiąże. Camilla w niebywały sposób potrafi trzymać czytelnika w napięciu i niepewności, czym mnie często wprawiała w konsternację, ale w tym pozytywnym sensie, bo lubię taki zabieg w powieściach kryminalnych. W końcu doszło więc i do tego, że od ostatnich stron wręcz nie mogłam się oderwać.

Polecam tę książkę nie tylko tym, którzy czytali „Księżniczkę z lodu”, bo „Kaznodzieję” można przeczytać nawet, nie znając pierwszej części. Ale dużo większą przyjemność sprawia chyba jednak poznawanie bohaterów tak, jak to zaplanowała Camilla. Zresztą Camilla Läckberg jest na pewno autorką obowiązkową dla kogoś, kto lubi kryminały, a ta książka zasługuję na uwagę bez dwóch zdań. Ja nie mogę się doczekać kolejnego spotkania ze znanymi mi już bohaterami.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Upalne lato Marianny

Upalne lato Marianny

Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Wydawnctwo Mg, Warszawa 2012
Liczba stron: 256
Ocena: 5/10
Na temat najnowszej powieści Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak słyszałam wiele i były to praktycznie same superlatywy. Tak pochlebne recenzje popchnęły mnie w końcu do tego, aby zwrócić na tę książkę większą uwagę, no bo przecież musi mi się spodobać, prawda? Lubię takie powieści, więc dlaczego z tą miałoby być inaczej?

Bo fabuła jak najbardziej interesująca. Mamy lato 1939 roku, bardzo upalne lato. Marianna Borucka kończy szkołę i dostaje się na wydział prawa warszawskiej uczelni. Już w październiku czeka ją nowe życie studentki, przeprowadzka do Warszawy, nowe wyzwania i obowiązki. Cieszy się jednak latem poprzedzającym pierwszy rok studiów, choć tak naprawdę o niczym innym nie może myśleć… Jednak wkrótce w sąsiedztwie, na plebanii u proboszcza zjawia się przyjaciel Zenka, kolegi z dzieciństwa Marysi i Krysi – jej najlepszej przyjaciółki. Zygmunt wzbudza zainteresowanie wszystkich, jednak największe u… Marianny. Z wzajemnością. On również studiował prawo w Warszawie, a jak się okazuje, postanawia poświęcić się pracy naukowej, czyli zostać na uczelni. Będzie więc już niedługo jej… wykładowcą. Jednak również Marianna wzbudza zainteresowanie Zygmunta. Pochlebia jej to niezmiernie, w końcu Zygmunt jest dla dziewczyny pierwszą miłością. Dziewczyna właśnie wchodzi w dorosły wiek, zaczyna interesować się mężczyznami… Jak to się wszystko skończy?

Cóż, powiem na początek tak: nie liczcie na to, że poznacie zakończenie historii Zygmunta i Marianny po przeczytaniu książki. Nie poznacie. „Upalne lato Marianny” jest bowiem pierwszą częścią sagi rodzinnej Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak. I jak każdy pierwszy tom jakiejś większej całości, nie odpowie Wam na pytania, piętrzące się w głowie.

Ja sama po tej książce wiele się spodziewałam. I w pewnej mierze książka rzeczywiście ma w sobie plusy, co nie znaczy, że się nie rozczarowałam. Klimat jest w niej niesamowity. Cała akcja dzieję się w małej miejscowości na Mazowszu, Kamieńczyku, i powiem szczerze, że tytuł do tej powieści został dobrany idealnie – bo czytając, czuć w powietrzu gorące lato, upalne dni następujące po sobie, czuć klimat małej mazowieckiej wsi, gdzie wszyscy się znają, gdzie nie ma tajemnic, gdzie każdy wie o każdym wszystko. Klimat czuć od pierwszej strony i bezwzględnie należy się za to autorce pochwała.

Jednak powiedzieć o tej książce, że akcja się w niej toczy, to zadecydowanie moim zdaniem za dużo. Akcja tutaj się nie toczy, tu praktycznie nie ma żadnej akcji. Ja rozumiem, że to saga rodzinna, gdzie akcja rzadko kiedy trzyma w napięciu… Ale nawet po takich sagach spodziewam się tego, że czymś zainteresują czytelnika, aby sięgał on po kolejne części, a ta mnie nie zainteresowała praktycznie niczym. Bohaterowie? Nie polubiłam ani Marianny, ani Zygmunta, zdecydowanie większą sympatią zapałałam do Krystyny, przyjaciółki Marianny, do Gabrysi, pomocy domowej, do ojca, pana Andrzeja Boruckiego, do Michałka, młodszego brata. Ci bohaterowie wzbudzili we mnie jak najbardziej ciepłe uczucia. Główna bohaterka – wcale. Mimo że dopiero weszła w dorosłość i za taką się uważa, wcale takiego wrażenia nie sprawia. Jest egoistyczna, myśli tylko o sobie i o swoich pragnieniach, irytująca. Podobnie Zygmunt, kilka lat starszy od Marianny, wzbudził we mnie jedynie obojętność.

Jakaś tam ciekawość jednak pozostała… Ale to jest taka prawie nikła ciekawość, czy Marianna zacznie studia (w końcu jest to ostatnie lato przed wybuchem drugiej wojny światowej – Marianna dodatkowo jest pewna, że nie wybuchnie, bo jak to, ona miałaby zostać na wsi i nie zacząć studiować?!), jak się ułożą jej stosunki z Zygmuntem… Bardziej chyba jestem ciekawa całej tej otoczki i tła historycznego oraz losów innych bohaterów, niż przygód Marianny. Plus jednak należy się autorce za zakończenie tej pierwszej części – mocne zakończenie, które w końcu wzbudziło we mnie jakieś emocje, bez wątpienia zaskakujące. Bo cała powieść jest napisana językiem jakby wyprutym z emocji i coś czego nie lubię – narracja w czasie teraźniejszym. W tej książce jakoś wyjątkowo mi to przeszkadzało.

Jak widać, są plusy, ale są i minusy. Plus na pewno należy się za klimat, za zakończenie, za bohaterów. Minus za główną bohaterkę i ogólnie narrację. Ja jednak uważam, że i tak tę książkę warto przeczytać – na świecie nie brakuje fanatyków sag rodzinnych, ja również je lubię, ale po tej książce chyba spojrzę na nie jeszcze bardziej krytycznym okiem. Cóż, ta książka nie bardzo do mnie przemówiła, ale jeśli komuś nie przeszkadza to, co przeszkadzało mi i nie oczekuje po książce wartkiej akcji – takiemu czytelnikowi powinna przypaść do gustu. Mimo wszystko polecam. Klimat w niej jest niesamowity.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Mg.

Jest takie miejsce...

Jest takie miejsce...

Autor: Wojciech Zawioła
Wydawnictwo G+J, Warszawa 2011
Liczba stron: 231
Ocena: 8/10
„Jest takie miejsce w Warszawie, które szczególnie sobie upodobałem. To ławeczka między Agrykolą a Łazienkami. Siadam na niej czasem i patrząc na górujący nade mną Zamek Ujazdowski, zatapiam się w myślach. Układam sobie w głowie przyszłość, przywołuję przeszłość i myślę o teraźniejszości.” 

Wojtek właśnie tam po raz pierwszy spotkał Basię i Henryka. Z zamiarem pomocy starszemu małżeństwu przysiadł się do nich i zaczął rozmawiać. I to właśnie wtedy Barbara, osiemdziesięcioparoletnia już kobieta, zaczęła swoją opowieść. Niby Wojtek był zupełnie wtedy przypadkowo poznaną osobą, ale zdobył jej zaufanie na tyle, by mogła się z nim podzielić historią swojego życia.
Siedemnastoletnia wtedy Basia, tuż po wybuchu wojny, poznała Henryka. To wtedy spędziła z nim najpiękniejsze chwile swojego życia. Jednak tuż po wybuchu powstania warszawskiego Henryk znika, młodzi tracą ze sobą kontakt. Basia jednak nie zapomina o nim i po wojnie zaczyna poszukiwania. Jednak Henryk nie daje żadnego znaku życia, ślady prowadzące na jego trop są znikome… Tak właśnie zaczyna się historia Barbary, opowiedziana Wojtkowi.

Tłem do opowieści Basi są wydarzenia, które miały miejsce podczas drugiej wojny światowej, głównie wybuch powstania warszawskiego. Ale nie tylko. Ponieważ cała opowieść dzieje się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, aż do czasów współczesnych, możemy śledzić w międzyczasie całą najnowszą historię Polski XX wieku. Jednak nie to jest w tej książce najważniejsze. Najważniejsza jest tu bez wątpienia miłość dwojga ludzi. Ludzi, których rozłączyła wojna i którzy spotkali się znowu po wielu, wielu latach. Historia pani Barbary przeplatana jest jednak narracją Wojtka, co dużo do tej książki wnosi, zwłaszcza na samym końcu, jednak to właśnie na opowieści Basi czekałam z niecierpliwością. Na piękną, ponadczasową historię, pełną emocji, uczuć, pozytywnych wydarzeń, ale również pełną smutku, cierpienia, niebezpieczeństw wynikających z wojny i tuż po niej.

Zadziwiające jest również to, jak pięknie została tutaj pokazana przyjaźń, która wywiązała się między Basią i Henrykiem (chociaż w główniej mierze właśnie Basią) a Wojtkiem, przyjaźń miedzy ludźmi starszymi, prawie już u kresu swojego życia a młodym człowiekiem, który czasy wojny zna jedynie z opowieści, książek i telewizji, z mężczyzną z innego już, młodego pokolenia. Wojtek bowiem bardzo chętnie wraca do pani Barbary, nie tylko po to, aby napić się kawy i zasmakować pysznej szarlotki, ale głównie dlatego, że im bliżej końca opowieści, tym bardziej jest ciekaw, jak ona się skończyła. Barbara bowiem w nadzwyczajny sposób potrafi stopniować napięcie, wie kiedy przerwać opowieść, by wrócić do niej następnym razem. Więc co tu się dziwić Wojtkowi?

Miałam tę książkę na oku już od dłuższego czasu. Tak się bowiem składa, że historie, których tłem jest druga wojna światowa, upodobałam sobie od dawna. I powiem szczerze, że na tej książce absolutnie się nie zawiodłam. Historia życia Barbary, począwszy od wybuchu wojny, po czasy teraźniejsze tak wzrusza, że nie można się od niej oderwać. Muszę przyznać, że powieści, których tłem jest druga wojna światowa i wydarzenia z nią związane, zawsze na wyjątkowo długo zapadają mi w pamięć. Na pewno tak też będzie z tą książką. Bo jest to książka o czymś pięknym, co spotkało dwójkę ludzi, ale nie brakuje w niej smutku i cierpienia. A ja takie książki cenię tym bardziej.

Wojciech Zawioła jest dziennikarzem sportowym, jego nazwisko kilka razy już obiło mi się o uszy. Nie sądziłam jednak, że ktoś taki jest w stanie napisać książkę, która tak mnie wciągnie i do której chciałabym kiedyś wrócić. Ale moją sympatię zdobył czymś jeszcze: ławeczką między Agrykolą a Parkiem Łazienkowskim. Był czas, że przez jakiś okres mieszkałam w pobliżu tego miejsca, miejsca, z którego można podziwiać górujący nad nami Zamek Ujazdowski. Więc może nie samą ławkę, ale miejsce znam bardzo dobrze i mam do niego ogromny sentyment. A książkę polecam wszystkim.

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli