Podsumowanie sierpnia

Podsumowanie sierpnia

Lato zbliża się ku końcowi wielkimi krokami. Niedługo jesień, a Ci z Was, którzy jeszcze chodzą do szkoły cieszą się zapewne ostatnimi dniami wolnymi przed wielkim rozpoczęciem roku. 
Mnie te wakacje równie szybko zleciały, nawet nie wiem, kiedy. Chociaż szkoła już od dawna mnie nie dotyczy, to jednak zawsze jakoś mi tak melancholijnie, gdy kończy się sierpień. Pewnie dlatego, że bez wątpienia jest to zapowiedź zbliżającej się jesieni i gorszej pogody. Trudno, taka kolej rzeczy.
Powiem szczerze, że te wakacje wcale nie były dla mnie łatwe, nie chodzi o książki, a raczej o pracę, której szukam od kilku miesięcy i nie mogę znaleźć. Problemy się coraz bardziej piętrzą, stan konta w banku maleje z każdym dniem, a ja jakby już straciłam nadzieję na poprawę tej sytuacji. Więc ten wpis będzie taki trochę sentymentalno-pesymistyczny, bo taki właśnie mam ostatnio nastrój. 


Cóż, trochę się Wam pożaliłam, jest odrobinę prywaty, ale nie znaczy to, że jest kompletnie źle. Bo w kwestii książek, czyli tego, co Was zapewne najbardziej interesuje, sierpień wcale nie był dla mnie taki mało łaskawy. W końcu 11 książek to nie jest mało, szczególnie dla mnie. Podziwiam niektórych z Was, gdy widzę na listach piętnaście, dwadzieścia pozycji... jak Wy to robicie? Jednocześnie wiem, że sama tyle w jednym miesiącu prawdopodobnie nie przeczytam, bo musiałabym czytać na wyścigi z samą sobą. A jaki w tym wszystkim jest sens? Czyta się przede wszystkim dla przyjemności i ja wytrwale się tego trzymam :-)

Więc może odrobinę statystyk :-) Na te jedenaście przeczytanych książek składa się w sumie 4283 stron, co średnio daje 138 stron dziennie. Cieszy mnie niezmiernie każdy komentarz (w tym miesiącu było ich sporo, ile, nie jestem w stanie powiedzieć) jak i każda kolejna osoba, która dodaje się do obserwatorów - to ostatnie szczególnie i jest mi bardzo miło z tego powodu, a 130 osób to naprawdę niezły wynik jak na bloga, który na dopiero 5 miesięcy... Ilość wejść też jest spora, bo przekroczyłam w tym miesiącu 7000, za jestem Wam równie wdzięczna. No właśnie... 5 miesięcy, kiedy to zleciało? W przyszłym miesiącu stuknie mi półrocznica :-)
Trudno mi jest wybrać najlepszą przeczytaną w sierpniu książkę, chyba będzie to Philippa Gregory i jej "Kochanice...", jednak każda z książek sierpniowych jest warta uwagi i żadnej nie żałuję. Bez wątpienia jednak największym moim odkryciem, jeśli chodzi o autora, jest Håkan Nesser, po jego książki sięgnę jeszcze nie raz.

Trochę się rozpisałam, mam nadzieję, że Was dzisiejszym wpisem nie zanudziłam, ciekawa jestem jednak Waszych podsumowań... tych sierpniowych, jak i tych z całych wakacji :-)
A na koniec wakacji... #9/2012

A na koniec wakacji... #9/2012

Ostatnio dość regularnie podrzucam Wam stosiki moich nowo zdobytych książek, tak też będzie i dzisiaj :-) Większość z tych książek to pożyczone z półki mojej Siostry, która też czyta, tak jak ja, Philippę natomiast mam z antykwariatu za 5 zł - była okazja i nie mogłam się powstrzymać...


1 i 2. Philippa Gregory "Meridon"
  - na recenzję trzeba będzie poczekać, bo najpierw muszę skombinować dwie pierwsze części :-)
3. Stieg Larsson "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
 - książka już przeczytana, bardzo byłam jej ciekawa, ale jakie wrażenie na mnie zrobiła dowiecie się wkrótce...
4. M. C. Beaton "Agatha Raisin i ciasto śmierci"
 - również już przeczytana, znacie tę książkę zapewne z reklam telewizyjnych :P
5. Marcel Pagnol "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki"
  - od wyd. Esprit, recenzję można przeczytać TUTAJ
6. Wojciech Zawioła "Jest takie miejsce..." 
- książka, którą miałam na oku od dawna, jak się okazało, stoi sobie na półce mojej Siostry :-)


Jak widać więc, większość z tych książek już jest przeczytana, pozostaje mi tylko pisać i publikować recenzje... Ciekawa jestem, czy znacie którąś z tych pozycji (oprócz Larssona oczywiście, bo o nim słyszał chyba każdy)... Coś zwróciło Waszą uwagę?
Kochanice króla

Kochanice króla

Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Książnica, Katowice 2008
Liczba stron: 704
Ocena: 9/10
Książki Philippy Gregory mogę czytać w ciemno. Powieści historyczne uwielbiam, lubię również historię średniowiecznej Anglii, a tutaj się to wszystko zgrabnie ze sobą łączy i właściwie nic więcej mi nie potrzeba. Na „Kochanice króla” czekałam jednak długo. Zawsze udawało mi się trafić na jakieś inne powieści autorki… Jednak wszystko w swoim czasie – w końcu i „Kochanice…” zawitały na moją półkę – książka tak popularna, że doczekała się ekranizacji, chociaż ja filmu nie miałam okazji oglądać. Jakże się teraz cieszę z tego, że to książka pierwsza do mnie trafiła…

O czym są „Kochanice króla”. O ile ktoś jeszcze tego nie wie, powieść opowiada historię dwóch sióstr z rodu Boleynów i Howardów – Anny oraz Marii. Sióstr, które niemalże od urodzenia rywalizowały ze sobą o wszystko. Los zaprowadził je w końcu do tego, że zaczęły walczyć ze sobą również o względy króla, Henryka VIII Tudora. Najpierw Maria, jako jego ulubiona faworyta, podsunięta mu przez rodzinę, nie potrafiła jednak zatrzymać go przy sobie na dłużej, potem Anna, która rozkochała króla w sobie do tego stopnia, że unieważnił on swoje małżeństwo z Katarzyną Aragońską, by poślubić Boleynównę i koronować ją na królową.

Książka napisana jest z perspektywy Marii, to ona jest w niej narratorem, to przez nią właśnie możemy poznać klimat szesnastowiecznej Anglii, pełnej intryg, knowań, rywalizacji pomiędzy sobą, aby tylko zyskać jak najwięcej. Bo głównie o to chodziło rodzinie Anny i Marii, zajść jak najwyżej się da, choćby i po trupach, zyskać tyle, ile jest to możliwe. Doskonale Philippa oddała sytuację kobiet tamtej epoki – kobiet, które nie były traktowane po ludzku, raczej jak towar, jak karta przetargowa do tego, aby zdobyć władzę i bogactwo. Również Maria, jak i Anna nie miały do powiedzenia nic, musiały słuchać głowy rodziny i robić to, co im się rozkaże.

Anna i Maria nie były jednak w niczym do siebie podobne. Mimo że prawie w tym samym wieku, obie zostały kochanicami króla, Maria jest tu przedstawiona jako uległa niewiasta, z której zdaniem nikt się nie liczy, jednak zdecydowanie jako ta lepsza, kochająca swoje dzieci kobieta. Anna jest jej przeciwieństwem. Kobieta z charakterem, która wie, czego chce i nie cofnie się przed niczym, aby to osiągnąć – a jej celem nie są żadne półśrodki, ale to, co najwyższe i największe – korona królowej Anglii. Zmierzająca do celu choćby i po trupach, chorobliwie ambitna kobieta. Widać tu wyraźnie podział na dobro i zło… Przyznam szczerze, że nie raz miałam po prostu dość Anny, za chwilę nienawidziłam jej z całego serca i miałam ochotę rzucić książką o ścianę, ani na chwilę, może z wyjątkiem zakończenia, nie wzbudziła mojego współczucia.

Ale na uwagę nie zasługują tutaj tylko i wyłącznie siostry Boleyn. Bo równie godną uwagi postacią w tej książce jest sam król, Henryk VIII. Przede wszystkim kobieciarz, flirtujący z kim się da, do tego tyran, mogący każdego i w każdej chwili ściąć lub spalić na stosie za błahostkę. Spełniający swoje zachcianki zawsze i wszędzie, lubiący zabawę, turnieje, bale, jednak władca w każdym calu, który ogłasza się w końcu głową Kościoła, aby móc rządzić również na tym polu. Jednak najbardziej rzuca się w tej powieści jego natura kobieciarza, który, znudziwszy się żoną, nie będącej w stanie dać mu syna, zaczyna interesować się Marią; potem i Maria idzie w odstawkę na rzecz swojej siostry, a Ci którzy znają zakończenie historii wiedzą, że to jeszcze nie koniec.

Najbardziej podoba mi się u Philippy właśnie to, że tak barwnie potrafi przedstawić postaci, które wykwitają w naszej wyobraźni jak żywe dzięki opisom strojów, turniejów, w których biorą udział, uczt i balów. Niesamowite, że tak żywo można przestawić klimat tamtejszej epoki, tak szczegółowo opisywać stroje, suknie, nakrycia głowy, że mamy wrażenie, jakbyśmy sami uczestniczyli w tym wszystkim. Philippa jest niesamowita pod tym względem. Do tego opis królewskiego dworu, w którym pełno jest intryg, walki o władzę i wpływy – nie spotkałam się jeszcze z autorką, która tak jak ona potrafi tak to przedstawić, aby czytelnik nie miał ochoty w ogóle odkładać książki na półkę, tylko czytać, byle do końca. Powiem szczerze, że na początku objętość tej powieści trochę mnie odstraszała… potem jednak nie mogłam się od niej oderwać, aby ostatnie 200 stron przeczytać niemalże z wypiekami na twarzy.

Z czystym sumieniem wpisuję tę książkę na listę moich ulubionych. Nie sądziłam, że tak się wciągnę w całe to dworskie życie, które zaserwowała nam autorka, nie spodziewałam się tego w ogóle. Ta książka po prostu mnie zaczarowała – dosłownie, bo nie mogę do tej pory pogodzić się z tym, że mimo że to aż 700 stron, to minęły mi nawet nie wiem, kiedy. Że po prostu się skończyła. Ciekawa jestem, czy film jest równie dobry jak książka – pewnie okaże się niedługo.

„Szokująca historia dwóch sióstr, walczących o miłość króla” – opis na okładce woła do nas od pierwszego spojrzenia. Jednak dla mnie jest to przede wszystkim powieść o miłości, namiętności, zdradzie, a przede wszystkim walce o władzę za wszelką cenę, walce pełnej zawiści, brutalności, zemsty – powieść do tego pełna wspaniałych opisów, charakterystycznych dla Gregory, ale tak barwnych, że niemal prawdziwych… Polecam tę książkę z całego serca… nie zwracajcie uwagi na objętość – dla mnie i tak powieść wydała się być za krótka…
Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki

Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki

Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo Esprit, Kraków 2010
Liczba stron: 410
Ocena: 8/10
Na książkę Marcela Pagnola miałam ochotę od dość dawna. Przede wszystkim dlatego, że Marcel Pagnol jest nie tylko Francuzem, ale do tego mieszkał i urodził się w tej części Francji, którą jestem niemalże zachwycona – w Prowansji. Francja zrobiła na mnie takie wrażenie chyba za sprawą Louisa de Funesa, z którego udziałem komedie oglądałam jeszcze, jak byłam dzieckiem. Zachwyciłam się wtedy nie tylko samą Prowansją, ale całym krajem, do tego stopnia, że moim celem stało się odwiedzenie kiedyś Francji osobiście. Cel ten, jeszcze niezrealizowany, co jakiś czas przypomina mi o sobie, w głównej mierze właśnie dzięki książkom. Ta książka nie była wyjątkiem, ba, sięgnęłam właśnie po nią dlatego, żeby przypomniała mi prowansalskie, gorące słońce, lazurowe plaże, rozległe lasy i pachnące lawendowe pola.

Marcel Pagnol w swoich wspomnieniach przenosi nas właśnie do tego miejsca. Urodził się w miejscowości Aubagne, jednak lato wraz z młodszym bratem, siostrą i rodzicami często spędzał na wsi. I o tym właśnie jest ta książka – o jego dzieciństwie. A dzieciństwo Marcel na pewno miał pełne przygód, bo jesteśmy świadkami, jak wraz z ojcem i wujem wybiera się na swoje pierwsze w życiu polowanie, jak smutny, zbliżającym się rokiem szkolnym i przymusem opuszczenia domu na wsi przygotowuje się do swojej ucieczki z domu, jak poznaje swojego pierwszego w życiu przyjaciela imieniem Lili, z którym czas upływa mu na niekończących się zabawach, przygodach i nowych odkryciach.

Rodziców Marcela poznajemy jeszcze przed jego urodzeniem, chociaż Marcel nigdy tak naprawdę nie dowiedział się, jak poznali się Józef i Augustyna. Całą historię jednak opowiada sam główny bohater, w końcu są to jego wspomnienia z dzieciństwa, jak mówi tytuł całego cyklu. Marcel, jako mały jeszcze chłopiec dorasta wychowywany przez ojca nauczyciela oraz matkę i ciotkę Różę. I jak każdy chłopiec w tym wieku jest beztroskim dzieckiem, głodnym świata i tego, co się na tym świecie dzieje. Nie brak mu również, jak to u dzieci w jego wieku, tej słodkiej naiwności do świata i dorosłych, ciekawym wszystkiego, z czym ma do czynienia. Jednak większa część książki, głównie „Chwała mojego ojca” skupia się właśnie na pierwszych wakacjach na wsi. Wakacje te były dla Marcela, jak i jego brata Pawełka, jednymi z najważniejszych w życiu, pełne przygód, do tego stopnia, że gdy nieubłaganie zbliża się koniec lata, Marcel stara się odciągnąć od siebie myśli o tym tak długo, jak tylko się da, jest pełen rozterek, co zrobić, żeby przedłużyć pobyt, żeby wakacje jeszcze się nie kończyły. Jest to myślenie typowe dla kilkuletniego chłopca, trochę naiwnego, jednak ciekawego i bez wątpienia inteligentnego dziecka. Marcel jednak do swojego domku na wsi wraca – bo zostawił tam przyjaciela i najpiękniejsze wakacje w życiu – wraca zarówno na święta, weekendy, jak i kolejne wakacje, o czym opowiada w drugiej części książki pt. „ Zamek mojej matki”.

Powieść ta jest pierwszą książką wydaną z cyklu „Wspomnienia z dzieciństwa”, kontynuację swoich przygód Marcel Pagnol zawarł w następnych częściach: „Czas tajemnic” i „Czas miłości”.

„Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki” jest ciepłą książką, którą czyta się szybko, jednocześnie czuć w niej na odległości klimat Francji, czuć gorące słońce, zapach pól pełnych lawendy. Akcja co prawda jest spokojna, jednak nie brak w niej przygód, perypetii, rozmyślań głównego bohatera i dzięki temu wciąga. Może nie jest to książka, która trzyma w napięciu, jednak nie można się od niej oderwać z innego powodu - z powodu klimatu, jaki tworzy. Mnie urzekł on od samego początku, pewnie dlatego, że Francję kocham, chociaż nigdy tak naprawdę tam nie byłam. Ten, kto zafascynowany jest tym krajem tak jak ja, na pewno we wspomnieniach odnajdzie coś dla siebie. Ale nie tylko takim osobom ją polecam. Każdemu, kto chce choć na chwilę odpocząć, czytając ciepłą, urzekającą historię chłopca. Ja pokochałam Marcela od samego początku i niewykluczone, że Wy także zapałacie do niego pozytywnymi uczuciami. Jego opowieści dodatkowo zakraszone są lekkim humorem i nie raz zagości uśmiech na Waszych twarzach, tego jestem pewna.


Za cudowną podróż do Prowansji Marcela oraz za możliwość poczucia na własnej skórze niesamowitego, francuskiego klimatu dziękuję serdecznie Wydawnictwu Esprit.

Dajcie mi jednego z was

Dajcie mi jednego z was

Autor: Jacek Getner
Wydawnictwo Najlepszy Seler, 2005
Liczba stron: 164
Ocena: 6/10
Biorąc do ręki książkę Jacka Getnera nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie znałam ze słyszenia ani nazwiska autora, ani wydawnictwa, które tę książkę wydało, a okładka… cóż, przyznajmy szczerze, okładka również niezbyt przypadła mi do gustu. Ponieważ jednak bardzo lubię kryminały, postanowiłam dać tej książce szansę, głównie z tego względu, że po przeczytaniu noty wydawcy o fabule, doszłam do wniosku, że powieść zapowiada się na bardzo, tak, bardzo interesującą. Ale wrócę na chwilę do autora. Znacie jego nazwisko? Być może kiedyś komuś obiło się o uszy, bo Jacek Getner jest znanym scenarzystą, pisze scenariusze do znanych niejednemu z was seriali, emitowanych w telewizji. Dlaczego ja nie słyszałam wcześniej jego nazwiska? Może z tego względu, że zwyczajnie seriali nie oglądam.

Głównym bohaterem „Dajcie mi jednego z was” jest Głos. Głos jest tajemniczy i nic właściwie o nim nie wiemy, pojawia się w powieści przeważnie wtedy, gdy ma coś do powiedzenia swoim… no właśnie, ofiarom?... Głos bowiem wybrał ze swojej przeszłości cztery osoby, które jakimś sposobem przyczyniły się do jego klęski i niepowodzeń. Wśród tych czterech osób jest Bogacz zwany też Szczęściarzem, który w nieuczciwy sposób przejął jego firmę, Prorok, który przyczynił się do utraty wiary i nadziei, Przystojniak, który uwiódł i zabrał mu żonę oraz Kapral, surowy dowódca z wojska. Głos doprowadza do tego, że wszystkie te 4 osoby nagle znajdują się w jednym miejscu. Miejscu, z którego nie ma wyjścia. Jedna z tych osób zginie. Która? I jak Głos ma zamiar dokonać wyboru? Otóż… wybór pozostawia zainteresowanym. To oni mają dokonać wyroku na kimś ze swojego grona, na osobie, która wg nich najbardziej zasłużyła na śmierć.

Cała powieść może i jest niepozorna, bo krótka, niezbyt obfitych rozmiarów, ma mało ciekawą okładkę, ale… w żadnym razie nie należy się tym kierować i zwracać na to uwagę. Bo mnie ta książka wciągnęła niemalże od razu. Swoją niewielką objętością sprawia, że akcja musi rozwinąć się szybko, ale w żadnym razie nie jest to minus, wręcz przeciwnie. Co prawda jest to książka właściwie na jeden wieczór, jednak nic nie traci na tym, że jest krótka, bo fabuła jej jak najbardziej jest interesująca - zaintrygował mnie opis na okładce, a gdy zaczęłam czytać, doszłam powoli do wniosku, że absolutnie w ogóle się nie rozczarowałam, a jeszcze miło zaskoczyłam.

Pamiętacie Big Brothera? W pierwszym momencie pomyślałam właśnie o tym, gdy w fabule pojawił się Głos. Bo nie poznajemy go jako człowieka, poznajemy go jako głos, który przemawia do pozostałych czterech bohaterów. Jednak nie chcąc zdradzać Wam za dużo - bo co to za przyjemność w czytaniu, kiedy wiemy prawie wszystko? – powiem jeszcze tylko tyle, że Głos jest tajemniczy i absolutnie nie przyjdzie Wam do głowy, kto nim może być… Cała akcja jest na początku równie tajemnicza, co zaskakująca – wszystkie cztery ofiary bowiem poznajemy w książce z opowieści ich własnej, albo Głosu, co ma im pomóc w wyborze spośród własnego grona ofiary. A tak naprawdę żaden z nich, jak wspomniałam wcześniej, nie ma nieskazitelnej przeszłości, każdy z nich ma na sumieniu więcej lub mniej, zarówno Bogacz, jak i Kapral, Przystojniak czy Prorok, każdy z nich na swój sposób dokonuje rachunku sumienia za popełnione grzechy. Tajemnicze imiona? Być może, ale wydaje mi się, że autor zastosował taki trik po to, żeby jeszcze więcej swojej powieści dodać tajemniczości – i bez wątpienia mu się to udało.

Książka jednak zdobyłaby w moich oczach wyższą ocenę, gdyby nie… błędy w wydaniu. Może nie rażą tak bardzo w oczy podczas czytania, bo zwykle są to literówki i błędy interpunkcyjne, albo po prostu wynikające ze złej korekty – więc to wina raczej wydawnictwa – ale jest ich jednak sporo. Mnie one aż tak bardzo nie przeszkadzały, ale ktoś wrażliwy na takie rzeczy może mieć problem. Minus daję też wydawnictwu za brzydką okładkę, która odstrasza od książki. Co prawda nie powinno się na nią patrzeć przy wyborach czytelniczych, jednak jest to coś, to rzuca nam się w oczy na pierwszy rzut. Doprawdy więc, wydawnictwo mogło się trochę bardziej postarać. Bo fabuła książki jest interesująca i książka na pewno godna uwagi. Zyskała by ode mnie co najmniej 7 punktów, jednak biorąc pod uwagę całość, czyli tajemniczą, intrygującą fabułę, i dodając do tego oprawę graficzną i marną korektę – dostaje w sumie tylko 6.

Powieść na pewno skusi zagorzałych miłośników tego gatunku literackiego. Nie wiem, czy sięgną po nią też inni, bo nie oszukujmy się, książka raczej nie przyciąga i nie zatrzymuje na sobie wzroku na dłużej, ale jeśli wczytamy się w fabułę – dużo na tym zyskuje. Więc u fanów gatunku jak najbardziej się sprawdzi. Ja zachęcam, aby sięgnęły po nią również inne osoby – nie zrażajcie się okładką, mimo wszystko warto, bo jest to kryminał trochę inny, niż wszystkie.

Za egzemplarz do recenzji i możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Autorowi, 
panu Jackowi Getnerowi.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Kolacja z zabójcą

Kolacja z zabójcą

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa  2007
Liczba stron: 274
Ocena: 7/10
Za sprawą Nastii Kamieńskiej Aleksandra Marinina zdobyła niemałą popularność nie tylko w swoim kraju, ale i na całym świecie. Do tego nawet stopnia, że o major Kamieńskiej został nakręcony serial, a rosyjska telewizja NTW podjęła się jej ekranizacji. Ja również, od jakiegoś czasu jestem fanką kryminałów Marininej i ich głównej bohaterki, nie mogłam się więc doczekać tego, kiedy wpadnie w moje ręce kolejna jej książka. I stało się – nie musiałam na to zbyt dugo czekać. Los chciał, że w moje ręce trafiła „Kolacja z zabójcą”, powieść wydana już dość dawno temu, chociaż swojej premiery w Polsce doczekała się dopiero kilka lat temu.

Irina Fiłatowa, wracając z podróży służbowej, na lotnisku spotyka mężczyznę, który podwozi ją do domu. Irina jednak nie mając pieniędzy, każe swojemu kierowcy poczekać w samochodzie, a sama udaje się do swojego mieszkania, żeby wziąć pieniądze i móc zapłacić swojemu „wybawcy”. Mężczyzna jednak czeka i czeka, w końcu, powoli się niepokojąc, postanawia zajrzeć do mieszkania kobiety i sprawdzić, co ją zatrzymało. W mieszkaniu jednak nie zastaje nikogo oprócz martwej Iriny. Ten, kto dokonał morderstwa, jest podejrzewany jako fachowiec od nieszczęśliwych wypadków, morderca jednak jest nieostrożny i zostawia wiele śladów. Sprawą zajmuje się major Kamieńska, która szybko dochodzi do wniosku, że podejrzany musi być jakoś związany z MSW… jednocześnie głowę zaprząta jej myśl, jak po cichu zbliżyć się do zabójcy, nie będąc rozpoznaną i w ten sposób rozwiązać zagadkę. Nastia nie podejrzewa, że jednocześnie, gdy coraz bardziej zbliża się do końca sprawy i zdemaskowania mordercy, jej również zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo.

„Kolacja z zabójcą” została przez Marininę wydana w Rosji w roku 1992 i jednocześnie, jako jej pierwsza książka, rozpoczęła cały cykl o major Anastazji Kamieńskiej. Do tej pory książki te cieszą się niemałą popularnością nie tylko wśród miłośników kryminałów – ja również należę do tego grona.

„Kolacja z zabójcą” jest kolejną książką, przeczytaną przeze mnie, po której nie mam wrażenia, że straciłam na nią czas, a wręcz przeciwnie, Marinina nigdy mnie nie zawodzi, po jej kryminały mogę sięgać już teraz w ciemno. Zagadka bez wątpienia jest intrygująca, książka jest ciekawa, a do tego czyta się ją szybko i przyjemnie. Marinina bez wątpienia piszę łatwym, plastycznym językiem, który nie sprawia nam żadnych problemów, karki same się przekładają, jednocześnie kryminałów Marininej chyba nigdy nie ma się dość. Przynajmniej ja tak mam. Chociaż w „Kolacji…” nie widać tak bardzo tego, co najbardziej lubię w rosyjskiej literaturze, a mianowicie tego klimatu Moskwy, nie jest w niej aż tak bardzo widoczna rosyjska mentalność, nie czyni bynajmniej to tej książki gorszą, bo czytelnik, który za tym nie przepada, z powodzeniem może wziąć tę powieść do ręki z wielkim prawdopodobieństwem, że odłoży tę książkę na półkę bez uczucia straconego czasu.

Ja sama ułożyłam sobie w głowie wyzwanie, aby przeczytać wszystkie powieści Marininej i mam nadzieję, że mi się to uda. A ten kto jeszcze jej nie zna, nie zna jej powieści i nie wie, kim jest Anastazja Kamieńska – polecam tę właśnie książkę jako wstęp, głównie z tego względu, że jest pierwszą książką rosyjskiej autorki i świetnie wprowadza w pozostałe jej powieści. Marinina to gratka dla miłośników kryminałów.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Całkiem inna historia

Całkiem inna historia

Autor: Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011
Liczba stron: 526
Ocena: 8/10
Przeczytałam gdzieś kiedyś, że kraje skandynawskie mają najmniejszy odsetek przestępstw w Europie, a może i na całym świecie, jednak to właśnie w Szwecji, spod pióra szwedzkich autorów, powstają najlepsze kryminały. I muszę przyznać, że jest w tym ziarno prawdy. Już samo nazwisko Henninga Mankella jest dowodem na prawdziwość tych słów, a moim zdaniem do tego grona równie dobrze można zaliczyć Håkana Nessera, szwedzkiego autora powieści kryminalnych, który zadebiutował pierwszą powieścią w roku 1988. Mnie jednak, aż do tej pory, nie był on w ogóle znany, jednak głodna kolejnego dobrego kryminału, trafiłam na niego w końcu w bibliotece.

O czym opowiada „Całkiem inna historia”? Już na pierwszych kartach książki poznajemy kilkoro Szwedów, którzy co prawda mając ze sobą niewiele wspólnego, spędzają razem urlop we Francji. Los połączył ich zupełnie przypadkiem w tym samym miejscu i czasie, decydują się więc spędzać ten urlop wspólnie. Jest lato 2002 roku.
Pięć lat później jednak ktoś zaczyna ich po kolei zabijać. Nie są to zwykłe zabójstwa, ponieważ kilka dni przed planowanym morderstwem inspektor Gunnar Barbarotti dostaje od mordercy listy z ostrzeżeniem, co się stanie i czy policja będzie starała się go powstrzymać. Dla prowadzących śledztwo coraz bardziej niezrozumiałe stają się pobudki mordercy, nie mówiąc już o rozwiązaniu zagadki, kto nim jest. Sprawa odbija się też szerokim echem w mediach, które starają się zwalić winę na policję – wiadomość o tajemniczych listach przedostaje się do prasy, a inspektorowi grozi zawieszenie. Jednocześnie Barbarotti zastanawia się, dlaczego morderca wybrał właśnie jego, dlaczego wiadomości nie przychodzą na adres komisariatu? Czy jest to ktoś, kogo osobiście zna? I dlaczego morderca nigdy nie zabija w ten sam sposób, za każdym razem stosuje inną metodę?

Muszę przyznać, że powieść mnie wciągnęła i to bardzo. Jednocześnie zupełnie się tego nie spodziewałam. Chociaż narrator w tej powieści jest trzecioosobowy, książka podzielona jest na kilka części, każda część zaczyna się jednak od tajemniczych notatek z Mousterlin z 2002 nie mniej tajemniczego mężczyzny, który, jako wspomniany wcześniej jeden z urlopowiczów we Francji, opisuje wydarzenia, w których uczestniczy. Powieść jest przeplatana tajemniczym pamiętnikiem i bez wątpienia dodaje jej to uroku i zagadkowości. Bo tak naprawdę nie do końca wiemy, kto jest mordercą jednocześnie mając świadomość tego, że jest nim ten właśnie człowiek. Ale kim on naprawdę jest? Tego nie wie nikt, nawet inspektor Gunnar, do którego kierowane są. A ofiar cały czas przybywa – giną kolejne osoby, które w 2002 roku spędzały razem urlop w Bretanii.

Gunnar Barbarotti jest również bohaterem wcześniejszej powieści Nessera „Człowiek bez psa”. Ja wyżej wymienionej powieści nie miałam okazji czytać, co prawda nie przeszkadza to w czytaniu, bo książki, mimo że mają wspólnego inspektora policji, są tak naprawdę o czymś innym. Jednak obie książki, jak i następne, „Drugie życie pana Roosa” oraz „Samotni” tworzą cykl o inspektorze Barbarottim. Jednak mam nadzieję, że na tych czterech częściach się nie skończy. Bowiem od samego prawie początku zapałałam taką sympatią do głównego bohatera, że z przyjemnością sięgnę po inne części tego cyklu, a niewykluczone, że w ogóle po inne książki Håkana Nessera.

Bezspornie Nesser za sprawą „Całkiem innej historii” udowodnił mi, że jest wart tego, żeby po jego powieści sięgać. „Całkiem inna historia” jest bowiem kryminałem trochę innym od całego ogromu tych, które ostatnio powstają, może dlatego, że jest trochę inaczej skonstruowana, autor bowiem przeplata wydarzenia z roku 2002 z rokiem aktualnym, w tym wypadku 2007, narrację trzecioosobową z pierwszoosobową. Intryguje bez wątpienia, ciekawi, czytelnik chce wiedzieć więcej, jednocześnie nie wiedząc nic, a zakończenie… cóż, zakończenie z pewnością Was zaskoczy… Sama chętnie w tym momencie wcisnęłabym jakiś spoiler, jednak chyba nie o to tu chodzi, prawda? Jednak uwierzcie, nie bez powodu dałam tej książce tak wysoką ocenę.

Kochacie kryminały? Ta książka jest bez wątpienia dla Was. Nie lubicie ich? Cóż, ta powieść jest doskonała do tego, żeby ten gatunek naprawdę polubić, a być może odkryć kolejnego godnego uwagi pisarza. Bo Håkan Nesser jak najbardziej zasługuje na uwagę. Więc jeśli jeszcze go nie znacie – kiedy już poznacie, nie pożałujecie. To mogę obiecać!

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Top 10 - książki, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać

Top 10 - książki, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Jako że tematów Top 10 do tej pory było w bród, przedstawiam Wam dzisiaj jeden z nich:
Książki, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać - w moim przypadku te, po które na pewno w przyszłości jeszcze raz sięgnę :-)

1. Chłopiec w pasiastej piżamie, John Boyne - po tę książkę kiedyś jeszcze sięgnę na pewno nie raz, jednak nie ma to jak czytać coś po raz pierwszy. Długo nie mogłam się po niej otrząsnąć i do teraz jest jedną z moich ulubionych.

2. Kobiety z domu Soni, Sabina Czupryńska - kolejna z grona moich ulubionych, wystarczy spojrzeć okiem na recenzję... Przeczytałam ją jednych tchem i na pewno jeszcze kiedyś znowu to zrobię.

3. Marina, Carlos Ruiz Zafon - najlepsza książka Zafona, jaką do tej pory czytałam i jaką przeczytam jeszcze na pewno po raz kolejny, jest niesamowita...

4. Cichy wielbiciel, Olga Rudnicka - książka, na którą polowałam od bardzo dawna i która, jak już do mnie dotarła, nie pozwoliła odłożyć mi jej na półkę choć na chwilę - z przyjemnością wymazałabym ją z pamięci by móc przeczytać jeszcze raz :P

5. Trylogia Czarnego Maga, Trudi Canavan - wszystkie 3 z chęcią znowu bym przeczytała, a najlepiej i następną po niej Trylogię Zdrajcy... Nie wiem, co w nich takiego jest, ale je naprawdę bardzo lubię :-)

6. Obca, Diana Gabaldon - jak i pozostałe książki z całej serii, ile ja bym dała żeby móc je przeczytać jeszcze raz nie wiedząc o czym są...

7. Kiedyś byłam księżną, Jacqueline Pascarl-Gillespie - kolejna z serii moich ulubionych książek, mimo że płakałam przy niej jak bóbr, to nie zawahałabym się, gdybym, wiedząc o tym, miała przeczytać ją jeszcze raz.

8. Dziewczynka w zielonym sweterku, Krystyna Chiger - tej książki pewnie nawet nie muszę komentować... co ja poradzę, że ta tematyka interesuje mnie jak mało co...

9. Jeździec Miedziany, Paullina Simons - ta książka tak mi zapadła w pamięci, jak mało co, mimo że czytałam ją już dobre parę lat temu...

10. Biała Wilczyca, Theresa Revay - chociaż porównywana do tej wyżej, nie ma w niej nic z Jeźdźca, jednak jest godna polecenia jak najbardziej i z chęcią sięgnę po nią kiedyś jeszcze raz :-)
Stosik sierpniowy #8/2012

Stosik sierpniowy #8/2012

Książek ostatnio mi przybywa... nieważne, czy to z biblioteki, czy do recenzji, więc dzisiaj wpis z serii stosikowej :-) I niewykluczone, że na początku września również pojawi się kolejny, bo planuję zakupy do własnej biblioteczki... ale to w najbliższej przyszłości, na razie przedstawiam Wam to, co ostatnio uzbierało się u mnie na półce.

 

Jacek Getner "Dajcie mi jednego z was" - książkę otrzymałam do recenzji od samego autora, za co mu niezmiernie dziękuję - przeczytałam już trochę recenzji na jej temat i niedługo sama zobaczę, jaka jest :-) 
Stephen King "Cujo" - z siostrzanej półki, wzięłam, ale nie wiem, kiedy przeczytam, mam lekki dystans do Kinga, zobaczymy.
Philippa Gregory "Kochanice króla" - uff, wreszcie udało mi się wypożyczyć, czekałam na tę książkę w kolejce i czekałam... :-)
Camilla Läckberg "Księżniczka z lodu" - tej autorki jestem ciekawa od dawna, w końcu trzeba nadrobić zaległości...
Håkan Nesser "Całkiem inna historia" - kolejna książka z serii kryminałów skandynawskich, które ostatnio uwielbiam :P
Aleksandra Marinina "Kolacja z zabójcą" - tej chyba nie trzeba komentować, założyłam sobie cel przeczytania wszystkich książek tej autorki i powoli do tego zmierzam :-)

Jednocześnie stosik jest zapowiedzią najbliższych opinii, które się na moim blogu pojawią, jednocześnie nie mogę się doczekać tego, kiedy pognam na zakupy i kupię najnowszą książkę Canavan, ostatnią część Trylogii Zdrajcy - ładnie się te 6 tomów będzie prezentować na mojej półce :D
Przyjemnego czytania życzę Wam i sobie oczywiście  :-)


Czerwień rubinu

Czerwień rubinu

Autor: Kerstin Gier
Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2011
Liczba stron: 344
Moja ocena: 7/10
Podróże w czasie fascynują chyba niemalże każdego. Mnie w każdym razie na pewno i od dawna. Nie wiem, od kiedy dokładnie, być może zafascynowana serią Diany Gabaldon zaczęłam szukać tej tematyki w literaturze – a muszę przyznać, wiele jej nie znalazłam. Nic więc dziwnego, że na słynną trylogię Kerstin Gier miałam chrapkę od dawna – na początku moją uwagę jednak przykuły okładki, szczególnie okładka części pierwszej – do tego stopnia, że książka w końcu znalazła się na mojej półce. Jednak leżała tam aż do teraz, w końcu wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać, jednak nie spodziewając się tak naprawdę niczego. Naczytałam się co prawda mnóstwa pozytywnych recenzji, czasem wręcz piejących z zachwytu nad książką, zawsze jednak odnoszę się do tego sceptycznie. Jak było tym razem? O tym za chwilę.

Na początek przybliżę trochę zarys fabuły, chociaż zainteresowani – nawet jeśli jeszcze nie mieli okazji czytać tej powieści – na pewno wiedzą o co chodzi. Gwendolyn jest szesnastolatką, jakich wiele. Mieszka z rodziną w Londynie, jednak jej rodzina, chociaż na pierwszy rzut oka wcale się taka nie wydaje, nie jest taka zwyczajna. Niektórzy jej członkowie posiadają bowiem gen podróży w czasie, który uaktywnia się zwykle między szesnastym a siedemnastym rokiem życia. Według ciotek i babki gen ten odziedziczyła kuzynka Gwen, Charlotta – do pierwszej podróży przygotowywana jest od dawna. Jednak pewnego dnia, niemalże na środku ulicy, Gwendolyn przenosi się na kilka minut do nieznanych jej czasów – okazuje się, że to nie Charlotta, ale właśnie Gwen jest podróżniczką – jej rodzice, chcąc uchronić ją przed problemami z tym związanymi zafałszowali datę jej narodzin, która warunkuje odziedziczenie tajemniczego genu. Główna bohaterka, kompletnie do tego nieprzygotowana, w jednej niemalże chwili musi przejąć obowiązki kuzynki, nauczyć i dowiedzieć się wszystkiego na ten temat – bowiem wkrótce będzie musiała wypełnić misję, o której do tej pory nie miała zielonego pojęcia. Nie jest jednak sama. Towarzyszy jej dwa lata starszy od niej Gideon – również, tak jak ona, podróżnik w czasie.

„Czerwień rubinu” jest pierwszym tomem Trylogii Czasu. I tak jak się tego po pierwszym tomie spodziewałam – jest mnóstwo niewyjaśnionych tajemnic, zagadki piętrzą się czytelnikowi w wyobraźni, jednak nic tak naprawdę do końca nie zostaje wyjaśnione. Jednak nie przeszkadzało mi to – zdaję sobie sprawę z tego, że to dopiero początek całek historii, a kolejne tomy wyjaśnią wszystko, co mnie po lekturze tej powieści nurtuje. A nurtuje wiele, bo „Czerwień rubinu” jest jakby dopiero wstępem do całej trylogii Kerstin Gier. I chociaż do takich książek podchodzę z dystansem – chodzi tu zarówno o fakt, ze książka jest częścią większego cyku, jak i o to, że to w końcu powieść dla nastolatek – to jednak tę książkę czytało mi się z przyjemnością. Może nie jest to jakaś wielka literatura, czego w końcu można się spodziewać po książce dla młodzieży, i to raczej tej damskiej części młodzieży – z przyjemnością jednak muszę napisać, że jest to, jak do tej pory, jedna z lepszych książek z tego gatunku, jakie czytałam.

Gwendolyn jest w końcu zwykłą nastolatką, jaką zapewne ja byłam jeszcze niedawno, a i jakich teraz nie brakuje, a Kerstin Gier przedstawiła ją w taki sposób, że polubiłam ją niemalże od razu. A tego własnie zawsze boję się w książkach dla młodzieży – beznadziejnej bohaterki, która sama nie wie, czego chce i mdłych dialogów z przyjaciółką (bo nie oszukujmy się, powiela się to w wielu powieściach młodzieżowych). Tutaj tego nie ma ku mojej uldze. Tym samym mam świadomość tego, że książka nie zmarnowała mojego spędzonego nad nią czasu, a wręcz przeciwnie – wciągnęła i zainteresowała. Bo oprócz wyżej wspomnianej bohaterki, jest w tej powieści magia, są podróże w czasie, jest wątek romantyczny (Gideona też obdarowałam w końcu ciepłymi uczuciami, choć nie było łatwo), a nawet element kryminalny, trochę z thrillera – więc co tu dużo pisać, niczego tej książce nie brakuje, a skoro wciąga i intryguje, więc jest jak najbardziej dobrze. 

Z przyjemnością sięgnę teraz po kolejne dwie części tej trylogii – bo ten początek, którym jest „Czerwień rubinu” tylko wzmógł mój apetyt na podróże w czasie, na kolejne zagadki, tajemnice, problemy Gwen i zadania, które będzie miała do wykonania, jak również na to, żeby odpowiedzieć sobie na pytania, które pojawiły się po przeczytaniu „Czerwieni…”. A jest tych pytań niemało i żadnej na nie odpowiedzi. Mam nadzieję, że kolejne tomy rozjaśnią nieco wszystko.

Wcale mnie nie dziwi fakt, że książka ta nazbierała tak wiele pochlebnych opinii i recenzji – uważam, że w pełni na to zasłużyła. Może dzięki niej przekonam się trochę do takich trylogii i będę chętniej je czytać? Co prawda wampirom i wilkołakom, których ostatnio w literaturze aż się roi, podziękuję, ale inna tematyka jak widać okazuje się bardzo ciekawa i intrygująca, więc… kto wie? „Błękit szafiru” jednak oraz trzecia, ostatnia część pt. „Zieleń szmaragdu” na pewno wkrótce zagoszczą na mojej półce – tego jestem w stu procentach pewna.
Comédia infantil

Comédia infantil


Autor: Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008
Liczba stron: 320
Moja ocena: 7/10
Nazwisko Henninga Mankella znane jest niemalże wszystkim miłośnikom kryminałów. Sam autor zasłynął głównie serią o komisarzu Wallanderze – sama oczarowana byłam swojego czasu tą serią, jak i wspaniałym kunsztem samego autora, talentem, który pozwolił stworzyć mu tak doskonały kryminał. Chcąc więc przeczytać inną jego książkę i będąc pewna, że to będzie kolejny wspaniały kryminał – w moje ręce trafiła „Comédia infantil”. Mój błąd jednak polegał na tym, że nawet specjalnie nie wczytałam się w notę wydawcy, bo przynajmniej miałabym jakieś rozeznanie, co do tego, jaką naprawdę książkę czytam. Bo głodna kolejnego kryminału dopiero po wnikliwszym przestudiowaniu fabuły dotarło do mnie, że „Comédia infantil” wcale kryminałem nie jest…

Akcja całej historii dzieje się w Afryce, dokładniej w Mozambiku, w mieście Maputo, gdzie pewnego wieczora piekarz, Jose Antonio Maria Vaz słyszy strzały z broni, a chwilę później, na scenie teatru, sąsiadującego z piekarnią, znajduje postrzelonego dziesięcioletniego chłopca. Chłopiec mówi, że ma na imię Nelio i jest przywódcą ulicznej, dziecięcej bandy. Jose Antonio umieszcza rannego chłopca na materacu ułożonym na dachu piekarni. Kto postrzelił Nelia? Kim właściwie jest chłopiec, jak znalazł się w teatrze, gdzie są jego rodzice, koledzy? Jose Antonio Maria Vas, jak i czytelnik, dowie się tego w ciągu najbliższych nadchodzących nocy, podczas których będzie opiekował się chłopcem, zmieniał mu opatrunki i dotrzymywał towarzystwa. Poznamy historię Nelia i tego, kim jest. A nie jest to historia radosna.

Nie wiem czemu na pierwszy rzut oka wzięłam tę książkę za kryminał. Nie ma on nic z kryminału, jest za to powieścią społeczno-obyczajową, czego elementy można znaleźć również w kryminałach autora. Mankell Afrykę, a przede wszystkim Mozambik, zna bardzo dobrze, tak dobrze, jak Szwecję – mieszka w obu tych krajach na przemian. Dlatego bez wątpienia znane mu są problemy współczesnej Afryki, zna tamtejszą sytuację polityczną i społeczną, to wszystko nie jest mu obce. I część tego wszystkiego można znaleźć w „Comédia infantil”. Można w niej zobaczyć obraz Mozambiku, ale głównie jest to obraz gorącego, targanego wojnami domowymi państwa, o niestabilnej sytuacji politycznej – obraz biedy, nędzy, brudu, ale przede wszystkim okrucieństwa, bandytyzmu, obojętności na ludzki los.

Los chciał, że Nelio znalazł się w samym środku tego świata, złego i okrutnego. W ciągu dziewięciu nocy, podczas których chłopiec opowiada piekarzowi swoją historię, dowiadujemy się, jakie Nelio miał życie, jak stracił rodziców, był świadkiem brutalnego morderstwa swojej kilkumiesięcznej siostry – jak w jednej chwili znalazł się na ulicy – dziesięciolatek, zdany tylko i wyłącznie na siebie w okrutnym świecie zamieszek politycznych, walki o władzę, brutalności. Przez dziewięć nocy Nelio wprowadza nas w swoją historię, której narratorem jest Jose Antonio Maria Vaz – tylko ten człowiek poznał bowiem całą tę opowieść, opowieść, która jest straszliwie smutna, ale jednak brak w niej jakichkolwiek pretensji – Nelio nie ma ich ani do ludzi, którzy zamordowali jego siostrę, ani do świata – jest pogodzony ze swoją sytuacją, z tym, że jest umierający, mimo że ma dopiero 10 lat – jest pogodzony ze śmiercią, absolutnie się jej nie boi. Nelio jest jak na swój wiek niezwykle dojrzałym chłopcem.

Nie jest to opowieść o umieraniu. Raczej o świecie do granic złym, przepełnionym ludzkim okrucieństwem i brutalnością, jednak nie brak w opowieści Nelia magii, elementów baśniowych, niesamowitych przygód dzieci, których sytuacja zmusza do tego, że muszą natychmiast wydorośleć, przeżyć z dnia na dzień w kraju, w którym toczy się wojna domowa. I powiem szczerze, nie spotkałam się po autorze, znanym z doskonałych kryminałów, takiej książki. Jakże innej od pozostałych. Myślę nawet, że nie bez powodu „Comédia infantil” jest uważana za jedną z najważniejszych w dorobku autora i była nominowana do prestiżowych literackich nagród. Warto jest tę książkę przeczytać – choćby dlatego, żeby zobaczyć, jak bardzo książki jednego autora mogą się od siebie różnić – dla mnie świadczy to tylko o jednym: o tym, że Henning Mankell jest bez wątpienia wybitnym autorem i uważam, że każdy czytelnik powinien mieć na koncie chociaż jedną jego książkę – nieważne, czy to będzie kryminał, czy cokolwiek innego napisanego przez Mankella.
Męskie gry

Męskie gry


Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004
Liczba stron: 502
Moja ocena: 8/10
Pogoda, słońce, wakacje i urlopy sprawiają, że mam coraz większą ochotę na kryminały. Nie na lekkie, wakacyjne opowieści, ale na coś z dreszczykiem właśnie. Z tej przyczyny sięgnęłam właśnie po książkę Marininej. Ponieważ polubiłam jej styl oraz główną bohaterkę, Anastazję Kamieńską, książka ta była dla mnie nie lada przyjemnością, a wybór na pewno był trafiony.

Tym razem Nastia próbuje rozwikłać zagadkę serii zabójstw, w których główną podejrzaną staje się… wysoka kobieta, niewykluczone, że jest to była koszykarka. Sposób zabijania bezwzględnie wskazuje na osobę wysoką, której ofiara się nie bała – ofiary bowiem są duszone w bramach swoich domów lub kamienic. Jednak to nie wszystko, ponieważ Anastazja dodatkowo musi się uporać z nowym szefem swojej sekcji, bezwzględnym człowiekiem, którego od początku nikt nie akceptuje. Bohaterka zastanawia się nawet, czy nie zmienić pracy, którą tak kocha – praca z nowym przełożonym staje się bowiem z czasem dla niej koszmarem i bliska jest załamania nerwowego. Jak to się wszystko skończy, czy Nastia poradzi sobie ze śledztwem i nowym szefem?...

Główną bohaterkę powieści Marininej polubiłam niemalże od razu. Bo jest to kobieta silna (chociaż może pozory mówią inaczej) przede wszystkim psychicznie, kobieta, która wie czego chce, kocha swoją pracę, czuję się wśród współpracowników jak w domu… Obdarzonej niezwykłą intuicją pani analityk jednak tym razem, po odejściu dawnego szefa, coraz więcej wysiłku sprawia przychodzenie do pracy – do tego stopnia, że zastanawia się nad odejściem. Kobieta jak kobieta, w końcu nikt nie jest idealny, nawet ona. I plus dla Mariniej za to, że stworzyła nie doskonałą bohaterkę, bez problemów, ale taką, którą może być każda z nas. 

Do tego zagadka kilku morderstw, historia, która od pierwszej chwili wciąga czytelnika, nie pozwala się od powieści oderwać. Nie wiem, co takiego mają w sobie kryminały Mariniej, ale zawsze czyta mi się je bardzo szybko, kartki same się przekładają, wciągają, do tego są lekkie i przyjemne dla czytającego. Ta książka nie jest inna, a nawet jeszcze lepsza od pozostałych, które do tej pory czytałam. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych kryminałów tej autorki, z jakimi miałam przyjemność się zapoznać. Głównie ze względów wyżej wymienionych, ale nie tylko. Bo plus mogę jej dać również za klimat współczesnej Moskwy i obraz rosyjskiej milicji. Świetne. 

Cóż, mój głód na kryminały dzięki tej książce wcale nie został zaspokojony, a wręcz przeciwnie – mam ochotę na więcej, najlepiej, jeśli będzie to kolejna książka rosyjskiej pisarki. Marinina stała się dzięki „Męskim grom” bowiem jedną z moich ulubionych autorek. Polecam wszystkim miłośnikom kryminałów!

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Cukiernia pod Amorem - Zajezierscy

Cukiernia pod Amorem - Zajezierscy


Autor: Małgorzata Gutowska Adamczyk
Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2010
Liczba stron: 472
Moja ocena: 7/10
Książkę Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk miałam w planach od dawna. Jednak raczej w planach bliżej nieokreślonych, raczej w stylu: ot, wpadnie mi przypadkiem w ręce, to przeczytam. Nawet jak znalazłam ją ostatnio na półce w bibliotece, nie byłam do końca przekonana – wypożyczyć, czy nie. Jednak wzięłam i mimo że wszelkie sagi rodzinne są mi raczej obce, nagle poczułam nieodpartą ochotę wziąć ją do ręki i zacząć niemalże od razu, kusiła mnie niesamowicie, przyciągała jak jakiś magnes. Nie opierałam się temu długo.

Ciekawa byłam strasznie, co w tej książce takiego jest, że czyta ją tyle osób, że ma rzesze fanów, że zdobyła tak wielką popularność. Fakt, okładka zwraca uwagę, ale opis wydawcy raczej zwyczajny… Bo cóż tam takiego jest? Ot, zwykle miasteczko Gutowo, gdzie podczas wykopalisk archeologicznych naukowcy trafiają na mumię kobiety i pierścień. Niby nic niezwykłego, jednak pierścień zdaje się być tym samym, który widnieje na fotografii jednego z przodków Igi – córki właściciela tytułowej Cukierni pod Amorem. Iga zaczyna interesować się tym, kim jest kobieta, która jak wiadomo skradła pierścień jej przodkom i czy to ta sama kobieta, którą znaleźli archeolodzy. Samoczynnie niemalże Iga wikła się w dawne tajemnice swojej rodziny, próbując rozwiązać zagadkę odkrywa sekrety, poznaje swoje pochodzenie.

Zaczynając czytać tę książkę, nic nadzwyczajnego w niej nie znalazłam. Ale z biegiem stron coraz bardziej ciekawa dalszych wydarzeń, byłam niemalże zafascynowana. Bo jest to opowieść o jednym z największych, najświetniejszych mazowieckich rodów: Zajezierskich. Od razu zwróciły moją uwagę przeskoki w czasie, dość spore, bo rok współczesny, czyli 1995 przeplatany jest opowieściami o początkach i dalszych losach rodziny Zajezierskich z drugiej połowy XIX wieku. Mimo że autorka bardzo często przeskakuje z jednego wieku w drugi, z jednego bohatera do innego – nie odczułam tego dotkliwie, ba, prawie w ogóle mi to nie przeszkadzało – czekałam z niecierpliwością, kiedy znowu przeniesiemy się do końca XIX wieku, kiedy znowu będę mogła poznać dalsze losy Tomasza i jego rodziny. Bez wątpienia opowieść o Zajezierskich urzekła mnie bardziej od wydarzeń teraźniejszych z udziałem Igi. Dlaczego? Bo historia ta pełna jest opisów dziewiętnastowiecznych dworków, opisów przyrody, popularnych potraw, strojów… Może nie znajdziemy tutaj zaskakujących zwrotów akcji, niespodziewanych wydarzeń – w końcu „Cukiernia pod Amorem” jest sagą rodzinną, a tym nie przypisuje się zwykle zawrotnego tempa akcji – jednak jest w tej książce przede wszystkim klimat tamtejszej epoki – to mnie najbardziej w niej urzekło.

Spodziewałam się jednak tego, że książka nie skończy się jednoznacznie – i się nie pomyliłam. W końcu jest to pierwsza z trzech części tak popularnej wśród czytelników sagi. Jednak to co mnie spotkało na samym końcu było jednak rozczarowaniem – bo książka mi się po prostu urwała. Nie został zakończony ani jeden wątek, tak jakby ktoś uciął całą historię, podzielił na części byle gdzie, nie patrząc na treść. Tym samym jeszcze bardziej jestem głodna dalszej części – jeszcze bardziej, niż gdy książka kusiła mnie, leżąc jeszcze na półce i czekając na swoją kolej. Bez wątpienia teraz muszę się postarać o to, aby w moje ręce wpadły kolejne losy bohaterów, kolejna dawka niesamowitego, dziewiętnastowiecznego klimatu, kolejna porcja świetnej, polskiej literatury.

Tak jak napisałam na początku – ta książka jest jak magnes. Gdy już się na nią trafi, nie sposób przejść obojętnie, trzymać ją w nieskończoność na półce. Nie sądziłam, że tak mnie to wszystko porwie, tak zaintryguje – powieść, którą przeczytała znaczna większość czytelników – mnie na początku ten fakt lekko odrzucał, ale gdy zaczęłam czytać, wciągnęłam się bez reszty. Może i książka ma swoich zaciekłych wrogów, nie widzących w niej nic dobrego, jednak zdecydowanie większe grono to jej fani – i w tym momencie wcale mnie to nie dziwi. Sama – dzięki Zajezierskim – stałam się członkiem tej właśnie grupy. Jak będzie dalej i czy to się zmieni – dowiecie się mam nadzieję wkrótce – chciałabym, żeby to się nie zmieniło.


Cukiernia pod Amorem
Zapowiedzi sierpniowe - czyli co chcę i muszę przeczytać

Zapowiedzi sierpniowe - czyli co chcę i muszę przeczytać

Przeglądając sobie ostatnio różne strony w poszukiwaniu książek, znalazłam kilka, na które czekam od jakiegoś czasu z niecierpliwością... więc czemu by Wam ich nie pokazać... 
Może sami znajdziecie coś dla siebie? :-)


Premiera: 08.08.2012
Wydawnictwo Galeria Książki

Canavan polubiłam dzięki Trylogii Czarnego Maga i czekałam na tę część od zeszłego już roku. Widać - w końcu się doczekałam :)

Wydarzenia w Sachace zmierzają do punktu kulminacyjnego, gdy Lorkin powraca po kilku miesiącach spędzonych wśród buntowników. Królowa Zdrajców powierza mu doniosłe zadanie wynegocjowania przymierza między jego ludem a Zdrajcami.
Lorkin musi zostać budzącym postrach czarnym magiem, aby móc okiełznać potęgę całkowicie nowego rodzaju mocy wykorzystywanej do tworzenia klejnotów. Wiedza ta może przynieść zmiany w Gildii Magów lub sprawić, że Lorkin na zawsze pozostanie wygnańcem.
Królowa Zdrajców to triumfalne zwieńczenie „Trylogii Zdrajcy” zapoczątkowanej przez Misję Ambasadora i rozwiniętej w tomie pod tytułem Łotr.

Premiera: 15.08.2012
Wydawnictwo Świat Książki

Czytałam tę książkę na początku roku i pewnie kiedyś do niej wrócę... Byłam pod takim wrażeniem, że długo nie mogłam się po niej otrząsnąć...

Autorka była jeszcze nastolatką, gdy w rodzinnej Australii poznała Bahrina, studenta architektury – malezyjskiego księcia. Zakochana, poślubiła go i osiadła w Malezji. Wkrótce bajkowy romans przerodził się w koszmar naznaczony religijnymi przesądami, samotnością, zdradą i złym traktowaniem. Ale mieli już dwoje dzieci… Jacqueline, uciekając, wywozi je do Australii. Wkrótce Bahrin podstępem uprowadza dzieci z powrotem do Malezji. Zrozpaczona matka przez lata prowadzi bezowocną walkę o odzyskanie potomstwa.

Premiera: 15.08.2012
Wydawnictwo Świat Książki

Druga część wyżej wspomnianej książki, której jeszcze nie udało mi się przeczytać. Cieszy mnie jednak to, że Świat Książki postanowiło wznowić wydanie tych dwóch książek, naprawdę warto zwrócić na nie uwagę.

Jacqueline wciąż próbuje odzyskać synka i córeczkę z rąk byłego męża – malezyjskiego księcia, a osobista tragedia staje się dla niej motorem do działania na szeroką, międzynarodową skalę. Autorka nawiązuje kontakty z rodzicami innych uprowadzonych dzieci i stara się im pomóc. Niebawem staje się ekspertem w dziedzinie uprowadzeń, doradzając w tym zakresie m.in. rządom USA i Unii Europejskiej. Prowadzi też działalność humanitarną w Afryce, Bośni, Kosowie. I wciąż czeka na spotkanie z ukochanymi Iddinem i Shah.

Premiera: 22.08.2012
Wydawnictwo Znak

Katarzyna Wielka intryguje mnie od bardzo, bardzo dawna... do tego moja fascynacja Rosją... nic dodać, nic ująć :-)

Portret jednej z najbardziej bezwzględnych kobiet w historii
Młodziutka, na pozór niewinna księżniczka Katarzyna przybywa na życzenie carycy Elżbiety do Pałacu Zimowego. Zostaje przedstawiona jako kandydatka na żonę Piotra - następcy rosyjskiego tronu. Wybór ten zdecydowanie nie wszystkim przypada do gustu.
Aby przetrwać, musi przyswoić sobie reguły pałacowej gry i pamiętać o jednym: wszyscy oszukują.
Katarzyna Wielka to napisana z ogromnym rozmachem powieść, która pozwala zajrzeć, niczym przez dziurkę od klucza, do komnat i alków Pałacu Zimowego, by odkryć historię przemiany i dochodzenia do władzy jednej z najśmielszych/ najbardziej bezwzględnych kobiet w historii.


Premiera: wrzesień 2012
Wydawnictwo Albatros

Musso mogę czytać w ciemno. A ta książka na pewno znajdzie się na mojej półce, obok innych tego autora :-)

Madeline Greene była policjantką, teraz prowadzi piękną kwiaciarnię w Paryżu. Jonathan Lempereur był wielkim szefem kuchni, ale wpadł w finansowe tarapaty, zbankrutował i opuściła go żona. Obydwoje mają za sobą trudne chwile, a kiedy wpadają na siebie na lotnisku w Nowym Jorku, nie mają ochoty na uprzejmości. W zatłoczonej kawiarni jest jeden wolny stolik, muszą więc usiąść razem... Zarówno Madeline, jak i Jonathan mają telefony komórkowe. Ale, że przypadkiem je zamienili, zdają sobie sprawę po dotarciu do celu podróży... Przypadek, czy przeznaczenie?
Ludzka ciekawość jest nieposkromiona. Ani Madeline, ani Jonathan nie mogą powstrzymać się od przejrzenia zawartości komórek tego drugiego, a prywatne dokumenty kryją różne tajemnice...



Zwykle nie publikuję notek z zapowiedziami, ale chyba zmienię zdanie i stanie się to stałym punktem na moim blogu - żeby nie było nudno :-)
Widzicie coś dla siebie? Którą z tych książek również widzicie na swojej półce?

Kochanek dziewicy

Kochanek dziewicy


Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Książnica, Katowice 2009
Liczba stron: 600
Moja ocena: 8/10
Philippa Gregory znana jest głównie miłośnikom powieści historycznych, przede wszystkim dzięki słynnej książce „Kochanice króla”, która doczekała się nawet ekranizacji. Ja wyżej wspomnianej książki jeszcze nie miałam okazji przeczytać, jednak mając na celu przeczytanie wszystkich jej powieści, ostatnio trafiłam na „Kochanka dziewicy”. Dla mnie Philippa Gregory jest bowiem jedną z ulubionych pisarek i po jej książki mogę sięgać w ciemno. Na tej książce również się nie zawiodłam.

„Kochanek dziewicy” jest przede wszystkim portretem królowej Elżbiety I w pierwszych latach panowania. Urzeczona urokiem sir Roberta Dudleya, którego znała niemalże od dzieciństwa, Elżbieta czyni go na swoim dworze koniuszym koronnym, żeby mieć go obok siebie niemalże przez cały czas. I tak się też dzieje. Robert, od dawna zakochany w królowej, nie cofnie się jednak przed niczym, aby zdobyć jej serce i mu się to udaje. Jednak na drodze cały czas stoi im żona Dudleya, Amy Robsart, która w żadnym wypadku nie godzi się na rozwód. Doprowadzi ją to w końcu do zguby.

„Kochanka dziewicy” czytało mi się doskonale, niemalże jak dobry, historyczny romans. Romans, który zresztą miał miejsce naprawdę. Uczucia Elżbiety do Roberta Dudleya nie popierał jednak praktycznie nikt na dworze, a także wśród ludu – co autorka doskonale przeniosła na karty książki. Zarówno Elżbieta, jak i Robert mieli grono swoich wrogów, którzy nie cofnęliby się przed niczym, żeby strącić królową z tronu i pozbawić życia Dudleya – nie cieszył się on bowiem sympatią prawie nikogo na dworze, wydaje się, że prawdziwym i głębokim uczuciem darzyła go jedynie Amy – uczuciem jednak nieodwzajemnionym.

Powieść Philippy to portret tak naprawdę trójki bohaterów. Elżbiety, rozkapryszonej, chwiejnej królowej, która zmienia zdanie nawet nie z dnia na dzień, a z godziny na godzinę, czym doprowadza do szału wszystkim, najbardziej zaś swego lorda sekretarza. Omamiona przez Roberta Dudleya zdaje się niemal całkowicie mu podporządkowywać. Jej postać jest przedstawiona niezwykle barwnie, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że te kilka pierwszych lat panowania Elżbiety to niemal kropla w morzu, jednak Philippa tak umiejętnie potrafiła przedstawić charakter Elżbiety, jako królowej niedoświadczonej, stawiającej dopiero pierwsze kroki nie tylko na tronie, ale również wśród swoich dworzan. Kochającej miłością żarliwą i pełną namiętności sir Roberta, którego osoba w powieści odrywa tak samo wielkie znaczenie, w końcu jest tytułowym bohaterem. Robert nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swoje cele – głównym z nich jest nic innego jak władza i korona. Człowiek ambitny do bólu, mający ogromny wpływ na królową, jednak na ich drodze cały czas stoi lady Dudley – nie zgadza się bowiem na rozwód. Ona jedna zdaje się szczerze kochać męża, jednak mimo że jest kobietą zamężną, jest kobietą niezwykle samotną, zwykłą, oddaną mężowi dziewczyną – jednocześnie trochę niemądrą w swych dążeniach do wspólnego szczęścia jej i męża – Amy zdaje sobie w duchu sprawę z tego, że jej małżeństwa już nie da się uratować, cały czas jednak ma nadzieję, co doprowadzi do tragedii.

„Kochanek dziewicy” jest kolejną książką Philippy Gregory, która mnie urzekła, wciągnęła ogromnie, zadziwiła barwnością bohaterów, klimatem szesnastowiecznej Anglii. Jest do tego doskonałym uzupełnieniem powieści, którą czytałam niedawno, „Błazna królowej”, w której to Elżbieta pojawia się jako siostra panującej Marii i następczyni tronu. Mimo że jest to książka dość obszerna, autorka nie szczędzi na rozległych opisach – nie przeszkadzało mi to w ogóle, jestem pod wrażeniem i cieszę się, że Philippie znowu udało się mnie zaskoczyć. Książka moim zdaniem jest doskonała, a ja dodatkowo zainteresowana historią średniowiecznej Anglii miałam nie lada gratkę czytając ją – to właśnie lubię w tej autorce. Jest bez wątpienia godna polecenia nie tylko miłośnikom powieści historycznych.
Podsumowanie lipca

Podsumowanie lipca


Wakacje mamy w pełni, a u mnie właśnie mija czwarty miesiąc prowadzenia bloga... Ale ten czas zleciał, nawet nie wiem, kiedy...
Czas więc się wziąć za podsumowanie lipca. Dla mnie ten miesiąc nie przedstawia się zbyt pięknie, bo ilość książek, którą udało mi się przeczytać, nie jest zbyt duża, bo tylko 9, nie wiem, czy wpłynęła na to pogoda, czy stres, czy problemy osobiste... Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję na to, że sierpień będzie bardziej obiecujący i pod względem książkowym, i pod względem własnych osobistych spraw.


Oto moje książki przeczytane w lipcu:

Krzyk pod wodą - Jeanette Øbro Gerlow, Ole Tornbjerg RECENZJA
Opowieści przy kawie - Alexander McCall Smith RECENZJA
Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka RECENZJA
Dziewczyna z sąsiedztwa - Jack Ketchum RECENZJA
Jesień cudów - Jodi Picoult RECENZJA
Zapach spalonych kwiatów - Melissa de la Cruz RECENZJA
Kochanek dziewicy - Philippa Gregory 
Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk 
Męskie gry - Aleksandra Marinina 

Najlepszej wskazać niestety nie potrafię, bo większość była warta uwagi i godna przeczytania i żadnej nie żałuję. Do mojego grona jednak ulubionych autorów trafiło aż dwóch: jak się domyślacie, jest to oczywiście Philippa Gregory oraz Aleksandra Marinina - jej kryminały po prostu uwielbiam! :)
Oby sierpień był dla mnie łaskawszy nie tylko pod względem książek :) Tego życzę sobie i oczywiście Wam :)
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli