Sukienka z mgieł

Sukienka z mgieł

Autor: Joanna Maria Chmielewska
Wydawnictwo Mg, Warszawa 2012
Liczba stron: 232
Każdy z nas, a chociaż większość, ma takie miejsce, gdzie może odpocząć, zapomnieć o problemach, oddać się chwili i nie myśleć o zmartwieniach, pracy, codzienności, poczuć się sobą. Nieważne, czy jest to dom rodzinny, czy ławka w parku, czy jeszcze coś innego. Dla bohaterów powieści Joanny Marii Chmielewskiej „Sukienka z mgieł” takim miejscem jest Piwnica pod Liliowym Kapeluszem.

Właścicielką kawiarni – bo Piwnica to niezwykła kawiarnia o niezwykłym klimacie – jest Weronika, też niezwykła, bo od razu zdobywająca sympatię odwiedzających kawiarnię, kobieta, która potrafi odpowiedzieć na pytanie, zanim jeszcze pytający je zada, której Piwnica pod Liliowym Kapeluszem jest miejscem, dzięki któremu spełniły się marzenia Weroniki. Wbrew rodzicom, którzy pragnęli, aby ich córka poszła na medycynę i została lekarzem, Weronika postanowiła spełnić swoje marzenia i założyć kawiarnię, w której zapach kawy unosi się niemal od wejścia, restaurację, którą stworzyła sama od początku do końca, dopieściła i wypielęgnowała całym swoim sercem. Niby jest to zwykła kawiarnia, ale jednocześnie niezwykła, ze swoim klimatem – nic dziwnego, że tak bardzo lubią tam wracać nie tylko stali, ale również przypadkowi bywalcy: Andrzejek, który czasem pomaga Weronice przy myciu okien, Anastazja, niby chcąca oderwać się od codziennego, niełatwego życia i napić herbaty z cytryną, Małomówny, zawsze ze swoim laptopem zaszywający się w kącie i nieodzywający się prawie do nikogo… Kawiarnia na wszystkich działa jak magnes. 

Piwnica pod Liliowym Kapeluszem jest dzięki temu magiczna. Sama chciałabym mieć gdzieś w swoim otoczeniu taką właśnie kawiarenkę, gdzie mogłabym usiąść i zapomnieć o świecie dookoła… poddać się jej klimatowi. Bo klimat Piwnicy jest niesamowity, aż trudno uwierzyć, że tak namacalny, tak rzeczywisty został stworzony na kartach książki. Bo czujemy go od niemal pierwszej chwili całym sobą, nie można mu się oprzeć, jest bez wątpienia wyjątkowy.

Ale „Sukienka z mgieł” jest przede wszystkim opowieścią o zwykłych ludziach, takich, jak każde z nas. Historie zwyczajnych osób, przeplatające się ze sobą i połączone w miejscu, stworzonym przez Weronikę – to właśnie łączy bohaterów tej powieści – kawiarnia, do której każdy wraca. Bez wątpienia główną bohaterką jest tu właśnie Weronika, co nie znaczy, że na innych nie należy zwracać uwagi – wszyscy oni są niezwykle barwni – i młody Andrzejek, i tajemniczy Rajmund ze swoim laptopem, Paula i jej córka Kora, jak i Anastazja, również kryjąca sekrety… Autorka dużo miejsca poświęciła również tej ostatniej, dzięki czemu możemy poznać problemy i codzienność Kryśki-Anastazji, jej niełatwe życie i odważne decyzje.

Ale sukienka z mgieł jest również historią, która opowiada nam, jak te najzwyklejsze rzeczy i wydarzenia, jak ludzik z kamyków, jak filiżanka małej czarnej czy latte z mlekiem, jak porcja lodów czekoladowych – może zmienić nasze życie, niby zwyczajne sytuacje, a sprawiające, że dzięki nim czujemy się szczęśliwi, mamy siłę do dalszych działań, podjęcia zwykłych, ale czasem też niełatwych decyzji, które po prostu wywołują na naszej twarzy uśmiech.

Cała historia jest napisana tak lekkim językiem, że nawet nie zauważymy, jak szybko zlecą nam te chwile przy jej lekturze. Ja sama, gdy zaczęłam czytać, niemalże przepadłam na parę godzin. Może nie jest to literatura wysokich lotów, ale na pewno książka, traktująca o ważnych sprawach, która zapada w pamięć, doskonała na letnie popołudnie dzięki niewielkiej objętości.

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Joanny M. Chmielewskiej, ale na pewno nie ostatnie – nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie wcześniejsza jej książka „Poduszka w różowe słonie”.

Poduszka w różowe słonie | Sukienka z mgieł | Karminowy szal

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mg

Prowincja pełna marzeń

Prowincja pełna marzeń

Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, Warszawa 2009
Liczba stron: 352
Poznać twórczość Katarzyny Enerlich miałam w zamiarze od dawna. Nie dosyć, że ostatnio naprawdę dużo bardziej cenię twórczość naszych polskich pisarzy, to o Kasi Enerlich naczytałam się naprawdę sporo pozytywnych opinii. Jakże chciałam na początek poznać jej prowincjonalny tryptyk! Zauroczona tymi książkami byłam od dawna, przede wszystkich ich okładkami. Szalałam więc ze szczęścia, kiedy wszystkie trzy książki znalazłam ostatnio w swojej skrzynce na listy!

Na pierwszy ogień poszła więc „Prowincja pełna marzeń”. Niemal natychmiast wzięłam tę książkę do ręki i zaczęłam czytać i… ach!... Cóż tu wiele pisać! Ludmiłę polubiłam od pierwszych stron. A poznajemy ją w całkiem niefajnej sytuacji, kiedy w redakcji, w której pracuje, zmianie ulega redaktor naczelny – zostaje nim Artur, który natychmiast zaczyna uprzykrzać życie wszystkim w zespole. Niby po to, żeby lokalna gazeta w końcu wyszła na prostą… Jednak czuć z daleka, że Artur coś kombinuje. A kombinuje niemało, co prowadzi do tego, że powoli zespół współpracowników, do tej pory dość silnie ze sobą zżytych, zaczyna się wykruszać… A jakby tego było mało, w życiu Ludki pojawia się pewien Niemiec, szukający swoich korzeni i domu, z którego pochodzi jego ojciec. Dom ten znajduje się w właśnie w Mrągowie, mieście Ludmiły, prawdopodobnie nawet w jej kamienicy… To właśnie stamtąd, z przedwojennego Sensburga, dzisiejszego Malborka, mały Hans, teraz ojciec Martina, musiał uciekać, aby ratować się przed wojną.

Historia Hansa Ritkowsky’ego jest zresztą prawdziwa. Kilkuletni Hans naprawdę musiał opuścić swój dom w przedwojennych Prusach Wschodnich, dom, który kochał i kocha i który za wszelką cenę po wojnie, gdy będzie już dorosły, postanowił odnaleźć. W końcu matka mu powtarzała, że zawsze wraca się do tego, co się pozostawiło. A mały Hans, pewien, że wróci do Sensburga, zostawił we wnęce pod podłogą armię swoich ołowianych żołnierzyków – jak mógłby więc do nich nie wrócić… Nie wrócić do starego pieca kaflowego, jedynej rzeczy, która zapadła mu tak głęboko w pamięci.

„Mamo, my tu wrócimy, zobaczysz, kiedyś mi mówiłaś, że jak się coś gdzieś zostawi, to się tam wraca. Ja zostawiłem, w kąciku pod ruchomą deską podłogi ołowiane żołnierzyki! To na pewno wrócimy…"

Chociaż to jest moja pierwsza książka Kasi Enerlich, spokojnie mogę ją zaliczyć już do moich ulubionych autorów. Ona sama urodziła się w Mrągowie na Mazurach, więc tamte strony nie są jej obce i dziękuję jej z całego serca, że większość swoich powieści osadza z akcją właśnie tam. „Prowincja pełna marzeń” pełna jest Mazur, przesiąknięta mazurskim klimatem, mazurskimi potrawami, zapachami, ziołami. Ale nie czuć tu absolutnie żadnego przesytu, nie mamy dość, wręcz przeciwnie – dzięki tej książce można zakochać się w Mazurach na poważnie! Ja jestem w nich zakochana od dawna – wystarczyła jedna jedyna wizyta, a dzięki tej książce mam ochotę właśnie w tej chwili spakować walizkę i znaleźć się tam, wśród tych mazurskich jezior, zwiedzić te wszystkie mrągowskie uliczki, poznać okoliczne wsie, poczuć ich zapach. Żadna jeszcze książka tak mnie nie oczarowała swoim klimatem. Brak po prostu słów.

A sama powieść? Już sam fakt, że po prostu nie chciało mi się jej odkładać na półkę o czymś świadczy. Czytałam… i czytałam… i czytałam… i nie chciałam w ogóle kończyć. Mało która książka potrafi mnie tak zaczarować, a ostatnio zdarza się to właśnie polskim autorom – teraz, Katarzynie Enerlich… Czyta się szybko, ale nie jest to zwykła opowieść  dla kobiet, ale niebanalna historia, pełna świeżości, gdzie splata się wątek przedwojennych Prus Wschodnich ze współczesną historią Mazur, historia o kobiecie silnej, która wie czego chce, która daje sobie radę w każdej sytuacji, ale jednocześnie samotnej mimo masy przyjaciół i znajomych wokoło… O kobiecie, której życie w jednej chwili się zmienia… Ale jest również historia o marzeniach, tych spełnionych i tych nie mających szansy na spełnienie, o miłości i przyjaźni.

„Dziś myślę, że żaden kraj w Europie nie jest tak uwikłany we własną historię, tę dobrą i tę złą, i że żaden nie cieszy się tak bardzo, widząc kogokolwiek, przybywającego mu z odsieczą, jak choćby znanego gdańszczanina z blaszanym bębenkiem, który pokaże zapomniany czas, odkopie historię… - te słowa Martina zakończyły opowieść o jego ojcu, którą opowiedział mi w moim domu. Pod moim dachem zupełnie przypadkiem splotły się dwa kraje, dwie historie, dwa różne serca. Słowami Martina zamknęłam również swoją opowieść, poruszona tą myślą do głębi…”

Po tej książce mam ochotę odłożyć na bok wszystkie „zagraniczne” książki i nadrobić zaległości w literaturze polskiej. Jak ja dużo traciłam do niedawna, omijając ją szerokim łukiem! Jak jestem wdzięczna losowi, że to się zmieniło!

„Prowincja pełna marzeń”, odkąd tylko wzięłam ją do ręki, jest od teraz jedną z moich ulubionych powieści. Mam Was dalej przekonywać do jej przeczytania? Myślę, że nie trzeba.


Za możliwość przeniesienia się do Krainy Tysiąca Jezior i odkrycia ich na nowo dziękuję z całego serca Wydawnictwu Mg

Stosik recenzencko-biblioteczny #6/2012 w trochę innej odsłonie

Stosik recenzencko-biblioteczny #6/2012 w trochę innej odsłonie

Prezentuję dziś książki, które dotarły do mnie w ciągu ostatnich dni... Ale jakże z tych książek się cieszę! Najbardziej z prowincjonalnego tryptyku pani Kasi Enerlich (w ogóle od tego wydawnictwa spodziewałam się jednej, może dwóch książek, a dostałam cztery!).
A więc...

Od Wydawnictwa Mg:

Katarzyna Enerlich
"Prowincja pełna marzeń"
Pełna wdzięku i świeżości współczesna powieść, będąca hołdem dla uroków polskiej prowincji, w której splata się wątek Mazur dzisiejszych i przedwojennych, czyli byłych Prus Wschodnich. Główną bohaterką jest dziennikarka lokalnego czasopisma, której los stawia na drodze paskudnego szefa, a zaraz potem Niemca poszukującego rodzinnych korzeni. Przedwojenna historia, która zresztą wydarzyła się naprawdę, uruchamia lawinę wydarzeń współczesnych. Wśród przepięknego krajobrazu mazurskiego rozgrywają się wielkie i małe historie.
"Prowincja pełna gwiazd"
Refleksyjna opowieść o prowincjonalnej codzienności, której wielkie i małe historie rozgrywają się wśród mazurskich krajobrazów. Zaskakująca historia kobiety, która odbywa swoistą podróż w czasie, podróż do nieznanych korzeni. Odkrywa przeszłość, której nie znała i tajemnice, które niekoniecznie chciała poznać. Czytelnicy spotkali się z bohaterami powieści w książce – „Prowincja pełna marzeń”.
"Prowincja pełna słońca"
Czy coś - oprócz pierwszej litery - łączy Mazury z Marokiem?
Ludmiła, bohaterka kolejnej części "prowincjonalnego" tryptyku, po raz kolejny stawia czoło życiowym wyzwaniom. Tym razem znajdzie się na emocjonalnym zakręcie. Tajemnicze zniknięcie najbliższej osoby spowoduje, że kobieta wyruszy w zmieniającą jej życie podróż do północnych Włoch.
Spotkanie z Aminą, ofiarą muzułmańskiej tyranii i organizacja jej ucieczki od męża to tylko niektóre z przystanków tej podróży. Na swoją mazurską prowincję wróci odmieniona i przekonana, że szczęście to nie tylko miłość. A gdy już przewartościuje wszystko i od nowa ułoży swoje życie, pojawi się ktoś, na kogo wcale nie czekała. Czy po raz kolejny spotkanie okaże się nieprzypadkowe? 
 
 
"Sukienka z mgieł" Joanna M. Chmielewska
Piwnica pod Liliowym Kapeluszem to miejsce niezwykłe. Podobnie jak i jej właścicielka – Weronika, która potrafi odpowiedzieć na pytanie, zanim rozmówca zdąży je zadać, przeczuwa, co się wydarzy, widzi więcej niż inni... I wie, że ludzie przychodzą do kawiarni niekoniecznie po to, żeby się napić dobrej kawy, a ich oczekiwania czasami mają niewiele wspólnego z tym, co figuruje w menu.
Czego więc szukają i co odnajdują w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem jej goście? Małomówny, który nie rozstaje się ze swoim laptopem, zasłaniająca rękawem siniak Krycha Karpieluk, autystyczna Kora i jej mama, Mateusz zamawiający zawsze kawę Monsooned Malabar, Ala o wyglądzie grzecznej dziewczynki i obgryzający paznokcie Andrzejek… I co może zmienić czasami z pozoru niewiele znaczące zdarzenie? Jakaś wizytówka, która wypadła z portfela, ludzik z kamyków, latte podana zamiast czarnej Monsooned Malabar albo kilka słów wypowiedzianych w odpowiednim momencie…



Od Wydawnictwa Esprit:

"Skrzydła nad Delft" Aubrey Flegg 
Holenderskie miasteczko Delft, połowa XVII wieku. Louise Eeden jest córką uznanego projektanta porcelany i doskonale wie, czego oczekuje się od niej ze względu na interesy rodzinne. Kiedy więc ojciec zleca słynnemu artyście, Jacobowi Haitinkowi, wykonanie jej portretu, przystaje na to, choć niechętnie, podobnie jak godzi się z myślą, że dla dobra prowadzonej przez ojca firmy ma wkrótce poślubić Reyniera de Vriesa, syna największego producenta ceramiki w Delft.
Sytuacja komplikuje się jednak, gdy w pracowni malarskiej dziewczyna poznaje Pietera, młodego pomocnika mistrza Haitinka, i zakochuje się w nim. Ta niemożliwa miłość wydaje się z góry skazana na niepowodzenie, nie tylko ze względu na dzielące młodych różnice majątkowe, lecz również kwestie wiary: ona jest pobożną protestantką, on – katolikiem. Jest jeszcze zazdrosny Reynier, któremu trudno będzie pogodzić się z odmową ze strony Louise…



A poniżej stosik w tradycyjnej odsłonie, razem z dodatkowymi książkami, przytaszczonymi dziś z biblioteki:

 Biblioteczne:
Jack Ketchum - Dziewczyna z sąsiedztwa - dużo o niej słyszałam i aż się boję czytać :P
Jodi Picoult - Jesień cudów

Jak Wam się tym razem podoba mój nowy stos? :-) 

Błazen królowej

Błazen królowej

Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Książnica, Katowice 2009
Liczba stron: 572
„Błazen królowej” to moje drugie podejście do twórczości Philippy Gregory. Od czasu, kiedy przeczytałam „Białą królową”, nie mogłam się doczekać, aż wpadnie w moje ręce inna książka tej autorki. Na szczęście istnieją biblioteki, w których możemy wybierać, co tylko nasza dusza zapragnie, i tak też zdobyłam kolejną powieść Philippy.

Jak to bywa u Philippy Gregory, znowu przenosi nas ona do średniowiecznej Anglii, tym razem do XVI wieku. Do Anglii, prosto z Hiszpanii przybywa żydowski drukarz wraz ze swoją córką Hanną Verde. Oboje uciekają przed prześladowaniami hiszpańskiej inkwizycji, która doprowadziła do śmierci matkę Hanny. W Anglii widzą nadzieję na normalne życie. Hanna nie jest jednak zwykłą dziewczyną – ubiera się jak mężczyzna i pomaga ojcu w prowadzeniu sklepu. Wkrótce jednak, dzięki swojemu nadnaturalnemu Wzrokowi i umiejętności jasnowidzenia, trafia na dwór królewski, aby zostać błaznem umierającego króla Edwarda. Trwa tam jednak cicha walka o to, kto obejmie tron po Edwardzie, jego siostry, Maria i Elżbieta, rywalizują ze sobą, każda z nich ma nadzieje na to, że uda jej się sięgnąć po koronę. Hanna zostaje wplątana w intrygi obu kobiet, nie wie, jaka czeka ją przyszłość, jednocześnie musi ukrywać swoje żydowskie pochodzenie, jeśli chce przeżyć i nie zostać spaloną na stosie. Jednym słowem w jednej chwili zaczyna grozić jej niebezpieczeństwo.

„Błazen królowej” – muszę to przyznać – zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie, niż pierwsza przeczytana przeze mnie książka, wspomniana wyżej. Cała historia jest opowiedziana z perspektywy Hanny, to ona jest narratorem w powieści. Poznajemy stopniowo jej przemianę, z udającej chłopca dziewczyny, pracującej w drukarni swojego ojca, przez błazna, mającego talent jasnowidzenia, który jednocześnie staje się najlepszym przyjacielem i doradcą Marii, która obejmuje tron po Edwardzie, po chwilę, w której Hanna staje się w końcu kobietą, pewną tego, że zawsze i ze wszystkim da sobie w życiu radę. Jednak jej życie i tak nie będzie proste – cały czas musi ukrywać swoje prawdziwe pochodzenie, bo właśnie z tej strony grozi jej największe niebezpieczeństwo.

Książka w dużej mierze skupia się na panowaniu Marii, która obejmuje tron po Edwardzie. Maria jest katoliczką i pragnie uchodzić za miłosierną królową, jednocześnie jej rządy przesiąknięte są krwią niewinnych poddanych, skazywanych na śmierć nawet wtedy, gdy podczas nabożeństwa odwrócą głowę w nieodpowiednim momencie. Mimo wszystko jednak życie i panowanie Marii nie jest łatwe, wkrótce po koronacji odwracają się od niej wszyscy, którzy wcześniej wynieśli ją na tron, największego wroga ma jednak w osobie własnej siostry, Elżbiety. Królowa, której życie przepełnione jest pasmem niepowodzeń, bez wątpienia zdobywa sympatię czytelnika – podobnie do Elżbiety, która niby jest jej wrogiem, ale również da się lubić. Nie wspominając oczywiście o głównej bohaterce, która od pierwszych stron zdobywa zaufanie i podziw czytelnika – bycie zdecydowaną, odważną kobietą, która wie, czego w życiu pragnie na pewno nie było w tamtych czasach powszechne.

Krótko mówiąc – książka mnie oczarowała, podobała mi się jeszcze bardziej od poprzedniej. Bez wątpienia Philippa Gregory może od dziś uchodzić za jedną z moich ulubionych pisarek. A książka na pewno spodoba się miłośnikom historii, średniowiecznych opowieści, angielskich klimatów – polecam serdecznie!

Bezpieczna przystań

Bezpieczna przystań


Autor: Nicholas Sparks
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2011
Liczba stron: 424
Po powieści Sparksa nie sięgam często. Dlaczego? Ponieważ jego książki mają pewien powtarzający się schemat; gdy czyta się je jedna za drugą, zaczynają nudzić – przynajmniej ja tak się czuję, czytając po raz kolejny o tym samym, chociaż w innym miejscu i innych okolicznościach. Nie czytam też namiętnie romansów, a nie oszukujmy się, ten właśnie gatunek przeważa u Sparksa. Czasami jednak lubię przeczytać coś lekkiego i trochę innego od powieści historycznych czy kryminałów. Dlatego też postanowiłam sięgnąć po „Bezpieczną przystań” – żeby przenieść się do trochę innego świata niż zwykle. 

Pewnego dnia, w małym miasteczku w Karolinie Północnej zjawia się Katie. Southport jest na tyle małe, że każdy mieszkający tam zna się choćby z widzenia. Katie jednak stroni od zawierania nowych znajomości czy przyjaźni. Wynajmuje domek i zatrudnia się jako kelnerka, wkrótce jednak poznaje, czy tego chce, czy nie, sąsiadkę Jo, która w tym samym czasie wprowadza się do domu obok. Jo na początku wydaje się być zbyt nachalna, jednak obie kobiety zaprzyjaźniają się. Katie jest też częstym gościem w sklepie Alexa, gdzie robi zakupy – Alex zauważa ją od pierwszego spotkania, w końcu Katie to piękna kobieta, obok której żaden mężczyzna nie przejdzie obojętnie. Na początku jednak bohaterka nie zwraca na Alexa uwagi, bojąc się nowych znajomości. Ale los chce inaczej i oboje zaprzyjaźniają się ze sobą, a wkrótce zakochują. Katie cały czas żyje w strachu, boi się o siebie, ma masę tajemnic, których nie chce wyjawiać nikomu, chce zapomnieć o przeszłości. Czy jej się to uda i czy miłość do Alexa jest w stanie przetrwać? Jakie tajemnice skrywa bohaterka?

Nicholasa Sparksa znają chyba wszyscy, a na pewno większość czytelników o nim słyszała. Jest autorem wielu książek, niektóre z nich doczekały się nawet ekranizacji. Ja do tego autora zawsze jednak podchodzę w lekkim dystansem z powodów wyżej wspomnianych. Jednak od czasu do czasu sięgam po jego powieści i tak też było w tym przypadku. „Bezpieczna przystań” jest jedną z najnowszych książek autora i muszę przyznać, że… podobała mi się. Urzekło mnie w niej głównie miejsce, w którym rozgrywa się cała akcja – małe miasteczko, w którym wszyscy się znają, niedaleko morze, miejscowy sklep, w którym można kupić niemalże wszystko, plaże, gorące słońce. Spokojne miejsce, w którym nikt się nie śpieszy, wszyscy żyją w swoim własnym tempie, nikt nigdzie nie goni. Stworzone jest ono tak realistycznie, jakbyśmy należeli do grona jego mieszkańców. Miło jest czasem przenieść się gdzieś, gdzie sami nigdy byśmy się nie znaleźli, i to wszystko „tylko” za sprawą książki.

Jednak „Bezpieczna przystań” to nie tylko książka o uczuciu dwojga ludzi w pięknym, spokojnym miasteczku. Jest to opowieść o Katie, o kobiecie, która skrywa w tajemnicy swoją przeszłość, pragnąc o niej zapomnieć, stać się kimś innym. Jednocześnie Katie żyje cały czas w strachu, że wydarzenia te wrócą, niszcząc jej życie, które udało jej się stworzyć na nowo, że grozi jej z tego powodu niebezpieczeństwo. Jej wybór jest doskonale zrozumiały – brak jakichkolwiek nowych przyjaźni, znajomości i sympatii to wynik tego, żeby ukryć swoją przeszłość, żeby nikt nie zdołał dojść do tego, kim naprawdę jest. A także ucieczka – ale czy ucieczka tylko przed poprzednim życiem, czy jeszcze przed czymś?

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i niemalże błyskawicznie. Wciąga, trzyma w napięciu, szczególnie pod koniec, gdzie na kolejnych kartach powieści poznajemy tajemnicę i przeszłość Katie. Sparks zaskoczył mnie, ale muszę przyznać, że bardzo pozytywnie. W jego książkach jest coś, co nie pozwala nam o nich przez jakiś czas zapomnieć, jednocześnie są lekkie, idealne na oderwanie się od codziennych czynności i i chwilę relaksu. Fanów autora przekonywać nie trzeba, ale myślę, że nie tylko miłośnicy Sparksa sięgną po tę książkę – idealna na letnie, gorące popołudnie.

Gwiezdny pył

Gwiezdny pył

Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo MAG, 2006
Liczba stron: 220
Gdzieś w Anglii, w bliżej nieokreślonym miejscu, choć jak wiadomo, od Londynu dzieli je cała noc jazdy, leży miasteczko o nazwie Mur. Opowieść ta zaczyna się właśnie tam. Ponoć Mur istnieje do dziś od ponad sześciuset lat. Leży na granitowej skale, pośród niewielkiego lasu. Z Muru wychodzi tylko jedna droga. Na zachód od Muru rozciąga się las. Na południu znajduje się rozległe, zdradzieckie jezioro. Natomiast tuż za wschodnią granicą miasta stoi wysoki, szary, skalny mur, od którego nazwę wzięło miasto.

W murze jest tylko jedna wyrwa, przez którą widać zieloną, rozległą łąkę, za łąką strumień, a za strumieniem drzewa. Czasem między drzewami można ujrzeć przechadzające się tam, osobliwe istoty. Jednak wyrwy strzegą strażnicy z Muru, zawsze dwójka ludzi, zmieniająca się co osiem godzin. Przez Mur nie można przechodzić, nikt nie pasie zwierząt na tamtejszej łące, dzieciom nie wolno się tam bawić. Każdy przybysz jest zawsze zniechęcany do przejścia na drugą stronę, udaje się to tylko nielicznym, którzy wiedzą, czego szukają. Nikt jednak nigdy stamtąd nie powrócił.

Tristan Thorn jest mieszkańcem Muru. Zakochany w pięknej Victorii, gotów zrobić dla niej wszystko, pewnego dnia, widząc spadającą gwiazdę, obiecuje odnalezienie jej i podarowanie ukochanej. Nie wie, co czeka go po drugiej stronie muru, w Krainie Czarów, ale jest w stanie zaryzykować życie dla kobiety, którą kocha. Kraina ta jest niebezpieczna dla każdego, kto się tam znajdzie, ale jest też dla Tristana krainą, z którą łączą go więzy krwi. Postanawia więc wyruszyć w niebezpieczną podróż i odnaleźć gwiazdę. 

Pierwszy raz spotkałam się z twórczością Neila Gaimana. Nigdy jeszcze nie miałam okazji czytać żadnej z jego książek, więc gdy tylko zdarzyła się okazja, długo się nie zastanawiałam. Wiele o jego książkach słyszałam i prawie zawsze były to pozytywne opinie. Jak się udało moje pierwsze spotkanie z nim?

Cóż, Gaiman stworzył niesamowity, niepowtarzalny świat. Po jednej stronie zwykłe miasteczko, po drugiej stronie muru Krainę Czarów, gdzie nic nie jest przewidywalne i tym samym w każdym miejscu, czasie i osobie może czaić się potencjalne niebezpieczeństwo. Magiczny świat, który mimo wszystko przyciąga bohaterów, chociaż odważyć się przejść przez mur potrafią tylko nieliczni, którzy niczego się nie boją – ale przyciąga również czytelnika, który zagłębia się coraz bardziej w lekturze zapominając o rzeczywistości, jakby Kraina Czarów stała się jego własnym, realnym światem. Niesamowita książka, pełna magii, baśniowych opowieści, której nie brakuje czarnych charakterów, niebezpieczeństw, ale również zdrowego humoru, dzięki któremu możemy się nawet od czasu do czasu uśmiechnąć. Książka, niezbyt obszerna, którą czyta się błyskawicznie, niemalże w jedno popołudnie i kończy się zdecydowanie za szybko.

Na podstawie książki został również nakręcony film, którego nie miałam okazji jeszcze oglądać. W ogóle, biorąc tę książkę do ręki, nie miałam pojęcia, że została sfilmowana. Cieszę się jednak, że właśnie książka trafiła pierwsza w moje ręce. Teraz z przyjemnością poszukam i obejrzę film. 

Może jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Gaimana, jednak już teraz mogę powiedzieć, że na pewno nie ostatnie. Dałam się wciągnąć i nie poprzestanę na tej jednej książce. Zaczarowała mnie. I podejrzewam, że zaczaruje również niejedną osobę. Jeśli ktoś lubi fantastyczne opowieści, pełne magii, czarów, baśniowych krain i bohaterów – ta książka oczaruje na pewno każdego takiego czytelnika. Przyjemnie jest czasem przenieść się do innego świata i dziękuję autorowi, że potrafił tego dokonać taką niepozorną książeczką.


Top 10 - najważniejsze nieprzeczytane książki

Top 10 - najważniejsze nieprzeczytane książki

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.


Dzisiejszy temat to... najważniejsze nieprzeczytane książki.



Postanowiłam i ja stworzyć taką listę, na której znajdą się najbardziej przeze mnie poszukiwane książki....  Nie potrafię się zdecydować na 10 najważniejszych, więc pewnie wyjdzie więcej... i zastrzegam, że kolejność zupełnie przypadkowa :-)

"Książę Mgły" oraz "Pałac Północy" Carlosa Ruiza Zafona - te dwie powieści jeszcze przede mną, jednak przeczytam je na pewno, bo uwielbiam powieści Zafona - czekam tylko na okazję, aż wpadną w moje ręce.

Pierwsza część trylogii Kerstin Gier stoi już na mojej półce, jednak jeszcze nie miałam okazji jej czytać. Zaciekawiły mnie w niej podróże w czasie i tak wiele pochlebnych opinii. Miejmy nadzieję, że na nie zasłużyła.

Z twórczością Katarzyny Enerlich od dawna mam zamiar się zapoznać, a prowincjonalny tryptyk pani Kasi po prostu urzekł mnie swoimi okładkami :-) Poza tym coraz bardziej sobie cenię książki naszych polskich autorów.


Kasię Michalak bardzo lubię, a pierwszą część już mam za sobą, bardzo chciałabym przeczytać również kolejne...

O tych dwóch książkach również słyszałam wieeeeele dobrego... Nie mogę się doczekać, kiedy obie wpadną w moje ręce.

Moja ulubiona seria, choć jak na razie przeczytałam dopiero pierwszą część, druga czeka na półce na swoją kolej.


 Wszystkie książki Guillaume Musso, których jeszcze nie miałam okazji czytać - kolejny mój ulubiony autor

Oczywiście książek, które chciałabym przeczytać jest o wiele więcej... nie mogłabym więc się zdecydować na 10... po prostu jest to niemożliwe, ale myślę, że przybliżyłam Wam choć trochę te najważniejsze dla mnie pozycje... :-)
Odnajdujecie u mnie coś dla siebie?

Jawnie w ukryciu

Jawnie w ukryciu

Autor: Zenon Neumark
Wyd. Biblioteka Midrasza, 2008
Liczba stron: 208
Za każdym razem, gdy czytam taką albo podobną historię, mam ochotę krzyczeć: Dlaczego? Dlaczego takie rzeczy w ogóle miały miejsce i to na terenach naszego kraju? Dlaczego ludzie są zdolni do takiego okrucieństwa, które to okrucieństwo jeszcze zwiększa się w obliczu wojny?... Nie wiem, czy na te pytania ktoś kiedyś w ogóle znajdzie odpowiedzi… Druga wojna światowa była bez wątpienia przyczyną ogromnych strat w ludziach, gdy patrzę na liczby, to aż wierzyć się nie chce i zapiera dech w piersiach – i chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że jedną z grup najbardziej prześladowanych podczas wojny była narodowość żydowska. Wielu z nich zginęło w obozach koncentracyjnych, obozach zagłady albo po prostu na ulicy od kuli w głowę.

Zenon Neumark był jednym z Żydów, którym udało się przeżyć ten trudny okres II wojny światowej. Urodzony w Łodzi, w rodzinie żydowskiej, której powodziło się całkiem nieźle i która żyła na dość wysokim poziomie. Często wspomina o tym, że w jego domu praktycznie non stop mówiło się po polsku, tylko rodzice - gdy nie chcieli, aby dzieci rozumiały, o czym mówią - rozmawiali czasem w jidysz. I właśnie doskonały język polski oraz „aryjski” wygląd był jedną z głównych rzeczy, które uratowały mu życie podczas wojny. We wrześniu 1939 roku jego rodzice wraz z siostrą trafili do łódzkiego getta, on sam znalazł się w getcie w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie przebywał razem z dziadkami, w końcu trafił do tomaszowskiego obozu pracy przymusowej. Ucieczkę z obozu miał w planach od dawna, przeciągał termin do ostatniej chwili, w końcu udało mu się cudem uciec dzień przed likwidacją obozu. Doskonale wiedział, co by się z nim stało, gdyby tego nie zrobił. Strach przed ucieczką był, owszem, ale strach przed śmiercią jeszcze silniejszy. Udało mu się przedostać do Warszawy, zdobyć fałszywe dokumenty na polskie nazwisko Matysiak, znaleźć pracę. W Warszawie żył jawnie jako Polak-katolik, brał udział w życiu podziemnym i jako konspirator. Po wybuchu powstania w getcie warszawskim i powstania warszawskiego trafił jednak ponownie do obozu, tym razem w Pruszkowie, a stamtąd przetransportowany został do obozu pracy w Wiedniu.

„Jawnie w ukryciu” to wspomnienia polskiego Żyda, któremu udało się przetrwać. Zrobił to dzięki swojej niesamowitej odwadze i nieczęsto po prostu zwykłemu szczęściu. Wziął los w swoje ręce i uciekł z getta, z obozu pracy, doczekał końca wojny. Sam bardzo często powtarza, że w swoim życiu miał ogromne szczęście, bo nierzadko popełniał gafy, które mogły kosztować go utratę życia. Bez wątpienia największym plusem dla niego było to, że był młody, silny, nie obciążony rodziną. Nie miał do stracenia nic, mógł myśleć tylko o własnym przetrwaniu.

Mimo, że cała historia skończyła się dla Zenona szczęśliwie, to jednak strasznie trudno jest czytać takie książki. Jego wspomnienia wciągają od pierwszych stron, ja jednak byłam rozdarta na pół – z jednej strony chciałam czytać i nie kończyć, z drugiej chciałabym zapomnieć o tej książce, odłożyć ją i nigdy do niej nie wracać. Bo serce się kraje, gdy się czyta, ile osób zginęło tylko za to, że należeli do narodowości żydowskiej, gdy Zenon usilnie starał się dowiedzieć czegoś o swojej rodzinie w getcie, bezskutecznie, gdy podczas podróży do Wiednia niespodziewanie minął ich transport ludności z łódzkiego getta, w którym być może (a jak się okazało – naprawdę) znajdowała się jego rodzina. Mnóstwo jest takich momentów, gdy Zenon był tak blisko nich, a równocześnie tak bezsilny, niemogący nic zrobić.

Było wiele osób, które przyczyniły się mniej lub bardziej do jego ocalenia. Każdej z tych osób autor dziękuje w swoich wspomnieniach, chociaż nie każdej niestety mógł podziękować osobiście. Jednak widać, jak bardzo wdzięczny był tym ludziom i jak bardzo cenne było dla niego to, co zrobili. 

Ja jednak jestem wdzięczna takim ludziom jak Zenon Neumark – że takie historie mimo wszystko odnajdują światło dzienne i sprawiają, że nie czujemy się obojętni na ludzki los, szczególnie los Żydów podczas II wojny  światowej. Takie historie trzeba czytać, żeby ludzie mieli świadomość tego i nie zapomnieli, jak okrutna była wojna. Dziwi mnie trochę fakt, że tak mało o tej książce w sieci, że nie można znaleźć o niej zbyt wielu informacji, że niedużo osób w ogóle o niej wie – bo bez wątpienia zasługuje na uwagę.
Córka kata

Córka kata

Autor: Oliver Pötzsch
Wydawnictwo Esprit, 2011
Liczba stron: 480
Pamiętam, że pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę przy okazji tej książki, była okładka. Chociaż może nie ma w niej nic nadzwyczajnego, to jednak ma w sobie coś, co skłoniło mnie to tego, aby się nią zainteresować. Czasem jednak okładki nas zwodzą, zapowiadają ciekawą historię albo mrożący krew w żyłach kryminał, a tak naprawdę okazuje się, że książka po przeczytaniu nie była warta tyle zachodu i nas rozczarowuje. Jak było z tą powieścią?

Autor przenosi nas do Niemiec XVII wieku, do małego bawarskiego miasteczka Schongau. Poznajemy Jakuba Kuisla, miejscowego kata – człowieka szanowanego, ale mimo wszystko kogoś, od którego ludzie woleli by się trzymać z daleka, żeby przypadkiem nie przyniósł pecha. Poznajemy również jego rodzinę – żonę Annę Marię, córkę Magdalenę oraz bliźnięta – Barbarę i Georga. Życie w mieście płynie spokojnie, gdy nagle nad rzeką zostaje znaleziony mały, umierający chłopiec. O całe zdarzenie  winą zostaje obarczona miejscowa akuszerka Marta Stechlin, która niemalże natychmiast zostaje naznaczona przez mieszkańców mianem czarownicy i wtrącona do więzienia, gdzie czeka na proces i tortury – kat ma wymóc na niej w ten sposób przyznanie się do winy. Jednak Jakub, a jak się okazuje, także miejscowy medyk, Simon, zakochany w córce kata, Magdalenie, nie wierzą w winę kobiety. Wkrótce ginie również w podobny sposób dwójka innych dzieci – wszystkie mają na plecach wytatuowany tajemniczy znak i są sierotami. Jakub wraz z Simonem rozpoczynają śledztwo na własną rękę, próbując wyjaśnić zagadkę i doprowadzić do uniewinnienia Marty. Nie mają na to jednak zbyt dużo czasu. Czy im się uda?...

Oliver Pötzsch przenosi nas w swojej powieści do czasów tuż po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, do roku 1659. Choć, jakby wskazywał tytuł, postacią pierwszoplanową tej powieści wydaje się być Magdalena, nie jest tak jednak w rzeczywistości – głównym bohaterem zdecydowanie jest tutaj sam kat. To on próbuje rozwiązać zagadkę i doprowadzić do wypuszczenia – jak podejrzewa – niewinnej kobiety, a Magdalena i Simon tylko pomagają mu w śledztwie. Jednak samej Magdaleny w tej powieści wcale nie jest tak mało, jakby się zdawało – jej miłość do Simona – z wzajemnością - stanowi tutaj dość ciekawy wątek, który nie pozwala się czytelnikowi znudzić samym tylko śledztwem. Cała powieść trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, jest intrygująca i ciekawa. Niektórzy mogliby się przyczepić do niekiedy zbyt rozbudowanych opisów – ja akurat uważam to za plus, bo lubię, gdy czytelnika trzyma się w niepewności. Czyta się bez wątpienia szybko i przyjemnie.

Ważny jest również sam fakt, że Jakub Kuisl jest postacią autentyczną. Sam autor jest potomkiem niemieckiej dynastii Kuislów, która to od XVI do XIX weku była najsłynniejszą dynastią katów w Bawarii. Jakub naprawdę miał żonę o imieniu Anna Maria i trójkę dzieci – Magdalenę i młodsze bliźnięta. Tak samo jak w powieści, był też znany ze swojego talentu do leczenia i uzdrawiania, był człowiekiem inteligentnym i oczytanym – autor wspomina nam o tym w posłowiu na końcu książki, na które warto zwrócić uwagę i dowiedzieć się, co jest autentyczne i udokumentowane historycznie, a które historie i którzy bohaterowie to tylko fikcja literacka. Jakub Kuisl był naprawdę interesującą i godną uwagi postacią.

Lubię takie opowieści, jestem miłośniczką powieści historycznych – więc wiedziałam, że książka zrobi na mnie wrażenie. I zrobiła. Nie obawiałam się więc wspomnianej na początku okładki. Ale myślę, że nie tylko miłośnicy książek, osadzonych z akcją w poprzednich wiekach znajdą w niej godną uwagi powieść – również czytelnicy wszelakich kryminałów i thrillerów powinni być zadowoleni. A wierzcie mi, opisy samych tortur, narzędzi i egzekucji robią wrażenie! Książka interesująca i bez wątpienia godna polecenia – okładka nie zwodzi, a zapowiada ciekawą, intrygującą powieść.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Esprit

Strażniczka Bramy

Strażniczka Bramy

Autor: Michelle Zink
Wydawnictwo Telbit, Warszawa 2010
Liczba stron: 386
Mimo że po przeczytaniu pierwszej części trylogii „Proroctwa sióstr” miałam trochę mieszane uczucia, książka oczarowała mnie na tyle, że nie mogłam doczekać się, kiedy wpadnie w moje ręce jej kontynuacja. Historia zaciekawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłam poznać ją do końca. Dlatego bardzo cieszę się, że mam już za sobą i drugą część.

Lia i Sonia, znane nam z pierwszej części powieści, wyjeżdżają do Londynu, by tam móc w pełni poświęcić się odszyfrowaniu treści proroctwa i doprowadzić przepowiednię do końca. Jednak niewiele przybliża je do tego, cały czas mają wrażenie, że nie posunęły się w ogóle do przodu. Wkrótce, ku zaskoczeniu Lii, do Londynu przyjeżdża jej ciotka, Virginia, wraz z Edmundem, wiernym sługą zmarłego ojca dziewczyny oraz trzecią z przyjaciółek, Luisą. Lia dowiaduje się wtedy, że czeka ją kolejna, długa i niebezpieczna podróż, która w niczym nie będzie przypominać tej do Londynu – podróż na tajemniczą wyspę, nieistniejącą na żadnej mapie. Czy podróż ta przybliży Lię do poznania dalszej części proroctwa? I czy Lia będzie mogła liczyć na swoje przyjaciółki, czy będzie mogła zaufać tylko i wyłącznie sobie?

Powiem szczerze, że druga część trylogii bardziej mnie zauroczyła od części pierwszej. Może dlatego, że przestałam zwracać uwagę na to, co irytowało mnie w tamtej powieści, a skupiłam się tylko i wyłącznie na fabule?...  Albo narracja w czasie teraźniejszym mniej mi zaczęła przeszkadzać, albo  po prostu już przestałam to zauważać. W każdym razie historia robi się coraz bardziej ciekawa. „Strażniczka Bramy” znowu przenosi nas w ten mroczny świat, ale wydaje mi się, że znacznie więcej jest opisów przyrody, często niebezpiecznej, czytając, sami żyjemy w strachu jak główna bohaterka, świat jest tak realistycznie nakreślony, jakbyśmy sami uczestniczyli w wydarzeniach, nierzadko niebezpiecznych przeprawach, a nawet pościgach, mając nadzieję na szczęśliwe wybrnięcie z tarapatów. Bardzo mi się podoba ten świat – pełen niebezpiecznych istot, niespodzianek, mroczny i przerażający, z mnóstwem mitologicznych odniesień. Michelle Zink zauroczyła mnie tym bez wątpienia.

Pełno ostatnio na rynku różnorakich trylogii, książek dla młodzieży i nastolatek, romansów paranormalnych – na które z pewnością nigdy nie zwrócę uwagi. To jednak ta książka, mam wrażenie jest inna… Plus dla autorki, że nie wymyśliła świata, który powtarza się ostatnio często – świata wilkołaków, wampirów i tym podobnych – serwuje nam dzięki temu coś innego, oryginalnego, czym czytelnik nie czuje się znudzony od samego już czytania opisów fabuły. Bo ja mam właśnie takie odczucia czytając opis kolejnej książki o wampirach. 

Bardzo pozytywnie oceniam obie książki i czekam na okazję, kiedy będę mogła przeczytać dalszą część o losach Lii, Alice i przepowiedni, która zmieniła ich życie o sto osiemdziesiąt stopni. Z pewnością cała trylogia jest warta przeczytania, zachęcam szczególnie osoby, które na takie powieści nie zwracają uwagi – ja sama jestem takim przykładem – więc chyba nie muszę już dłużej przekonywać. Mnie ta historia oczarowała.

"Strażniczka Bramy" to druga część trylogii, w którą wchodzą następujące tomy:
I. Proroctwo sióstr - recenzja
II. Strażniczka Bramy
III. Krąg ognia 
Plany książkowe na najbliższe tygodnie - stos #5/2012

Plany książkowe na najbliższe tygodnie - stos #5/2012


... czyli po prostu stos czerwcowy, który najprawdopodobniej zahaczy również o lipiec :-)

 1. Ulica Tysiąca Kwiatów, Gail Tsukiyama - z wymiany na LC
2. Gwiezdny pył - Neil Gaiman - jw.
3. Córka kata - Oliver Pötzsch - od wydawnictwa Esprit
4. The Pact, Jodi Picoult - po angielsku, nowa, kupiona za grosze w SH
5. Kompozytor burz, Andrés Pascual - zauroczona okładką, musiałam kupić
6. Czerwień rubinu, Kerstin Gier - również własna
7. Zapach spalonych kwiatów, Melissa de la Cruz - jw, z zakupów w Kumiko
8. Opowieści przy kawie, Alexander McCall Smith - jw, mam zamiar skompletować całą serię :-)
9. Jawnie w ukryciu, Zenon Neumark - pożyczona z półki od siostry
10. Strażniczka Bramy, Michelle Zink - jak widać, biblioteczna
11. Siedem lat później, Emily Giffin - również z biblioteki
12. O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Haruki Murakami - jw.
13. Bezpieczna przystań, Nicholas Sparks - jw.
14. Błazen królowej, Philippa Gregory - jw.


* * * * * 
Przypominam Wam również o KONKURSIE, który trwa u mnie na blogu, do wygrania PIĄTA KOBIETA Mankella - szczegóły i chęć udziału można zgłaszać TUTAJ.
Zapraszam serdecznie!!!

Nigdy i na zawsze

Nigdy i na zawsze

Autor: Ann Brashares
Wydawnictwo Otwarte, 2012
Liczba stron: 352
Do sięgnięcia po nowość Ann Brashares tak naprawdę zachęciła mnie okładka – byłam wręcz nią zauroczona – noc, piękne gwieździste niebo i pustynia… Zapowiada się pięknie. Czytając notę wydawcy na okładce, a potem jeszcze pierwsze zdania samej powieści pomyślałam sobie – to jest coś, co lubię, tę książkę muszę mieć. I kupiłam.

„Żyję od ponad tysiąca lat. Umierałem wiele razy.
Zapomniałem ile dokładnie. Mam niezwykłą pamięć, ale nawet ona nie jest doskonała. Jestem człowiekiem.
Pierwsze życia pamiętam trochę niewyraźnie. (…)”

Daniel posiada Pamięć. Pamięta prawie wszystkie swoje wcielenia. Jego pamięć sięga do 541 roku, do czasu, kiedy urodził się i mieszkał w Afryce. To właśnie wtedy poznał kobietę, której będzie szukał przez wszystkie kolejne swoje wcielenia. Jego ukochana nie posiada takiego samego daru, Daniel jednak ma nadzieję na to, że kiedyś, w którymś z kolejnych żyć, przypomni sobie o nim. Przez kolejne 1500 lat widzi ukochaną kobietę w różnych osobach – wystarczy jedno spojrzenie i wie, że to ona… Jednak z różnych powodów nie mogą być razem, okoliczności są różne, często dzieli ich też różnica wieku. W końcu, w 2004 roku poznaje Lucy  – od razu wie, że to osoba, której szuka, a i Lucy coś przyciąga do Daniela, chociaż ona sama tak naprawdę nie wie, co to takiego. Czy los w końcu połączy ich razem i będą szczęśliwi?

Reinkarnacja i podróże w czasie w literaturze od dawna mnie intrygują. Co prawda podróży w czasie tu nie ma, ale ja właśnie tak się czułam, czytając tę książkę – bo Daniel co chwila przenosi nas w tak odległy świat, w którym przyszło mu żyć, przy okazji opowiadania o kolejnych swoich wcieleniach. Co chwila zżerała mnie ciekawość, gdzie w następnym życiu znajdzie się bohater, w jakiej części świata, w którym okresie. Powiem szczerze, że pod tym względem powieść jest napisana naprawdę ciekawie i nie pozwala nam się znudzić. Autorka miała świetny pomysł na fabułę, pomysł, który nie powiela się zbyt często w literaturze – temat reinkarnacji. 

Ann Brashares skonstruowała swoją książkę wplatając w opowieści Daniela o kolejnych wcieleniach ten najważniejszy wątek, dziejący się współcześnie, w roku 2004, perspektywa zarówno głównego bohatera, jak i Lucy. Sprawia to, że nie grozi nam absolutnie żadna nuda, wydarzenia są dynamiczne, wciągają, wzbudzają ciekawość, co będzie dalej. Jednak mam pewne wrażenie, że autorka nie do końca potrafiła wykorzystać swój pomysł na książkę. Czytając o kolejnych życiach Daniela, wciągnęła mnie w swój świat bez reszty, im bliżej jednak końca, tym większe czułam rozczarowanie i tym bardziej mogłam przewidzieć zakończenie. Zawiodłam się trochę.

Jednak „Nigdy i na zawsze” absolutnie jest godna polecenia. Jeśli ktoś ma ochotę na ponadczasową opowieść o miłości, która przezwycięża nawet śmierć, o szansach, jakie daje nam los, o tym, że nic nie należy odkładać na później – ta książka z pewnością spełni jego czytelnicze oczekiwania. Mnie osobiście po tej książce pozostał jakiś bliżej nieokreślony niedosyt. Ale absolutnie nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Jeśli więc ktoś się zastanawia nad przeczytaniem tej książki, niech powie sobie „tak” i wyrobi przynajmniej własne zdanie na jej temat.
Ślad życia, ślad śmierci

Ślad życia, ślad śmierci

Autor: Paul L. Maier
Wydawnictwo Promic, Warszawa 2012
Liczba stron: 512
Wielkanoc to największe i najważniejsze święto wśród chrześcijan. Nie ma chyba żadnego człowieka wierzącego w Boga, który by poddawał w wątpliwość zmartwychwstanie Jezusa. Co stałoby się jednak, gdyby nagle pojawiły się dowody na to, że Jezus był zwykłym człowiekiem i umarł jak każdy człowiek? Co stałoby się ze wszystkimi wierzącymi, z największą religią na świecie?... Cóż – hipotetyczną odpowiedź na to pytanie można znaleźć w powieści Paula Maiera.

Głównym bohaterem książki jest Jonathan Weber, profesor Harvardu. Po napisaniu książki, która odnosi zresztą niemały sukces, Jon, na zaproszenie swojego przyjaciela archeologa, a w przeszłości również nauczyciela, postanawia jednak wziąć roczny urlop na uczelni i dołączyć do prac wykopaliskowych w Rama w Izraelu. Prace postępują spokojnie dopóki Jon nie odnajduje zasypanego kamieniami wejścia do jaskini. Pełen ciekawości posuwa się głębiej - znajduje tam sarkofag ze szkieletem człowieka, żyjącego prawdopodobnie w pierwszym wieku naszej ery. Przy szczątkach leży tajemniczy papirus, doskonale zachowany, z tekstem w języku aramejskim. Ani Jonathan, ani jego koledzy i współpracownicy nie podejrzewają, że ów dokument i znalezione kości – marzenie każdego archeologa – okażą się dla nich wszystkim niemalże przekleństwem, a znalezisko może doprowadzić do kresu zachodniej cywilizacji…

Jaka będzie reakcja całego świata, kiedy okaże się, że w mającym prawie dwa tysiące lat sarkofagu znajdują się zwłoki Chrystusa?... Przecież zmartwychwstanie to najważniejszy element wiary katolickiej, co więc może się stać, gdy ludzie dowiedzą się, że Jezus wcale nie zmartwychwstał i że to, co do tej pory dawało im wiarę w życie wieczne, tak naprawdę staje się fikcją, nieprawdą, zwykłą ułudą? Powiem szczerze, że ja sama nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Co mogłoby  się stać z milionami ludzi, z całą cywilizacją? 

Paul Maier próbuje odpowiedzieć nam na te pytania w swojej książce – książce, która niesamowicie wciąga nie tylko czytelnika, który wierzy w Boga, ale również każdego z nas - bez różnicy, czy jest to katolik, ateista czy fanatyk religijny. Bo problem bez wątpienia dotyczy każdego człowieka na ziemi i jednocześnie zmusza nas do postawienia sobie pytań – jak silna jest nasza wiara, jak zachowalibyśmy się, gdyby okazało się nagle, że chrześcijaństwo zmierza ku upadkowi, że prawdopodobnie cały świat spotka kryzys tak wielki, że aż niemożliwy do ogarnięcia przez ludzki umysł?

Cała powieść jest pełna zaskakujących zwrotów akcji, opisów przedsięwzięć archeologicznych na tyle realistycznych, jakbyśmy sami w nich uczestniczyli, czując na skórze palące słońce gorącej pustyni. Nie brakuje również romantycznych wątków, pełnych namiętności uczuć. Do tego piękne wydanie, którym jestem oczarowana – muszę powiedzieć, że wydawnictwo, wydając całą serię „Corpus delicti” naprawdę się postarało – ten, kto miał do czynienia z jakąkolwiek książką z tej serii, na pewno przyzna mi rację. Aż przyjemnie taką książkę wziąć do ręki i zacząć czytać.

Naprawdę polecam tę powieść – każdemu! Od początku do końca trzyma w napięciu i zmusza do refleksji nie tylko zagorzałego chrześcijanina – mogę Wam zagwarantować, że te 500 stron nawet nie wiadomo kiedy minie. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Promic

Powrót na Route 66

Powrót na Route 66

Autor: Michael Zadoorian
Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2011
Liczba stron: 278
Z czym nam się kojarzy starość? Z laską, siwymi włosami na głowie, zmarszczkami na twarzy? Z garścią leków, branych codziennie przed snem, chorobami, zniedołężnieniem, domem opieki? Zapewne każdy z nas inaczej sobie wyobraża swoją przyszłość, siebie w wieku 60, 70 czy 80 lat… O ile jesteśmy w ogóle w stanie sobie to wyobrazić. Bo powiem szczerze, że mi to przychodzi z wielkim trudem…

„Powrót na Route 66” to druga powieść Michaela Zadooriana. Autor ten ma już na swoim koncie kilka nagród literackich, w tym także za debiutancką powieść „Second Hand”. 

Dlaczego wspomniałam na samym początku o starości?... Ponieważ główni bohaterowie tej książki to małżeństwo, które lata młodości ma już dawno za sobą. Oboje są już u kresu swojego życia. Ona, Ella, jest chora na raka, nie obce są jej szpitale, zabiegi. On, John, chory na Alzheimera mąż Elli, miewa co prawda przebłyski pamięci, jednak przeplatane są one bardzo często kompletnym brakiem świadomości. Oboje, nie chcąc spędzić ostatnich swoich dni w szpitalnych łóżkach, wymykają się córce i synowi, zaniepokojonymi ich zdrowiem – i wyruszają w podróż, na trasę, którą już kiedyś przebyli jako młode małżeństwo z małymi dziećmi, na Route 66.

Ella i John to doświadczone małżeństwo, znające doskonale smutki i radości wspólnego życia. Doskonale się uzupełniają – ona, z powodu choroby wycieńczona i trochę nieporadna, słaba staruszka, ale zachowująca za to doskonałą świadomość umysłu, i on, z zanikami pamięci, ale posiadający jeszcze sprawność fizyczną – są jakby jednym wspólnym życiem, małżeństwem, które doskonale się równoważy i gdzie jedno nie potrafi żyć bez drugiego. Oboje nagle postanawiają się przeciwstawić dzieciom, lekarzom, opiekunom i pragną spełnić ostatnie swoje marzenie. Wyruszają na swój ostatni miesiąc miodowy.

Powiem szczerze, że miałam naprawdę mieszane uczucia co do tej książki. Dlaczego? Bo na początku trochę się ciągnie… zaczyna się spokojnie i wydarzenia w niej po prostu płyną, wszystko się zwyczajnie dzieje, bez zaskakujących zwrotów akcji, bez niespodzianek. Uznałam to, zaczynając tę książkę, raczej za wadę, niż za zaletę. Jednak czytałam dalej i im bardziej zagłębiałam się w lekturze, tym bardziej zaczęłam doceniać taki schemat całej powieści. Bo przedstawia ona po prostu życie – nie jest to film, który zaskakuje nieskończoną ilością wydarzeń, bohaterów – jest to obraz życia, takiego, jakie wiedzie każde z nas, życia zżytego ze sobą, spójnego małżeństwa, mocnego, jak nigdy wcześniej. 

Po raz pierwszy czytałam powieść, w której bohaterowie to ludzie już u kresu swojego życia. Zwykle bohaterowie książek są młodzi, pełni życia, rządni przygód. Tutaj mamy parę nie najmłodszą, zmęczoną już starością, chorobami… Ale jednocześnie parę, która darzy się nawzajem wielkim uczuciem, taki silnym, jak nigdy dotąd. Tak, jest to historia o miłości, ale absolutnie nie jest to tani, ckliwy melodramat, ale romantyczna historia miłości dwojga ludzi, miłości, która trwa do końca.

Nie jest to radosna, pełna nadziei na przyszłość książka. Smutek wylewa się tutaj już od pierwszych stron. Ale na pewno jest to powieść godna uwagi. Chociaż, jeśli ktoś liczy na pełną niespodziewanych zwrotów akcji książkę, to się na niej zawiedzie. Jest to raczej spokojna, ale głęboka opowieść o życiu i miłości. Historia, którą może nie byłam zachwycona od samego początku, ale która jednak sprawiła, że z biegiem stron zmieniłam o niej zdanie całkowicie. Polecam!
Proroctwo sióstr

Proroctwo sióstr

Autor: Michelle Zink
Wydawnictwo Telbit, Warszawa 2009
Liczba stron: 368
Do wszelkiego rodzaju trylogii lub ogólnie opowieści, które nie kończą się na jednym tomie, zawsze podchodzę z lekką dozą sceptycyzmu. Dlaczego, sama nie wiem, być może dlatego, że moja pierwsza przygoda jakiś czas temu z podobną historią nie zakończyła się zbyt fortunnie. Jednak od czasu do czasu daję im szansę. Tak było również z „Proroctwem sióstr” – zachęcona pozytywnymi opiniami, nie powiedziałam jej nie, wręcz przeciwnie, chciałam przeczytać pierwszą część, żeby przekonać się na własnej skórze, czym zachwycają się czytelnicy – jednocześnie podeszłam do tej książki z lekkim dystansem.

Akcja powieści rozgrywa się w Ameryce w XIX wieku. Lia i Alice są siostrami bliźniaczkami, osieroconymi jakiś czas temu przez matkę, a na pierwszych stronach okazuje się, również przez ojca – bo właśnie mamy okazję uczestniczyć w jego pogrzebie. Nad dziewczynkami i ich dziesięcioletnim bratem Henry’m opiekę przejmuje ciotka. Mimo że Alice i Lia to siostry bliźniaczki, dużo je łączy, to i równie dużo dzieli. Pewnego dnia, krótko po śmierci ojca, Lia dowiaduje się o istnieniu w bibliotece ojca tajemniczej książki z jedną tylko stroną, która zawiera niezrozumiałą dla Lii treść proroctwa. Mniej więcej w tym samym czasie na jej nadgarstku pojawia się tajemnicze znamię, Lia nie wie, co to takiego i dlaczego się tam pojawiło. Razem z koleżankami, Sonią, spirytystką i Luisą, koleżanką ze szkoły, u których główna bohaterka dostrzega prawie identyczne znamiona, próbuje odszyfrować znaczenie proroctwa, które, jak się okazuje, dotyczy bezpośrednio bohaterek. Proroctwo to podzieli Lię i jej siostrę do tego stopnia, że staną się dla siebie wrogami.

Historia pisana jest z perspektywy Lii, siostry Alice. Lia to szesnastoletnia dziewczyna (nie wiem, czemu wszystkie bohaterki powieści dla nastolatek mają właśnie 16 lat?) i zdecydowanie ta lepsza z sióstr. Całą historię poznajemy właśnie od jej strony, a szkoda, bo przydałby się również punkt widzenia Alice. Ja sama jestem bardzo ciekawa, co powodowało tą bohaterką i dlaczego obrała akurat tę złą stronę w całej opowieści.

Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tej książki. Michelle Zink stworzyła magiczną, gotycką powieść osadzoną z akcją w XIX wieku. Czytelnik bez wątpienia daje się wciągnąć w ten mroczny świat, ciekawy, co będzie dalej, książka trzyma w napięciu. Ja jednak zdecydowanie nie jestem fanką takich historii. Zrażało mnie dodatkowo to, że narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym, czego nie cierpię. W tej książce jakoś wyjątkowo mi to przeszkadzało. Jednak opowieść o dwóch siostrach bliźniaczkach i tajemniczym proroctwie wciągnęła mnie na tyle, że mam ochotę poznać dalszą część przygód Lii i jej przyjaciółek. Bo „Proroctwo sióstr” to pierwsza część trylogii – mimo wszystko cieszę się, że to jeszcze nie koniec. Po przeczytaniu tomu pozostaje w głowie czytelnika sporo pytań, niedopowiedzeń, wątpliwości. Mam nadzieję, że odpowiedzi na nie wszystkie znajdą się w kolejnych dwóch tomach, które, mam nadzieję, będę miała okazję niedługo przeczytać.

Bez wątpienia książka ta zasługuje na uwagę – mimo wszystko oceniam ją bardzo pozytywnie. Michelle Zink tak skonstruowała powieść, że nie pozwala nam poprzestać na pierwszym tomie i zapomnieć o całej historii, czytelnik mimo wszystko jest ciekaw, jaki jest jej koniec. Spodoba się na pewno miłośnikom mrocznych powieści, osadzonych w magicznym świecie, z elementami fantastyki, ale myślę, że każdy czytelnik znalazłby w tej książce coś dla siebie. Tak więc serdecznie polecam!

"Proroctwo sióstr" to pierwsza część trylogii, w którą wchodzą następujące tomy:
I. Proroctwo sióstr
II. Strażniczka Bramy
III. Krąg ognia
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli