Pięćdziesiąt twarzy Greya

Autor: E. L. James
Wydawnictwo Arrow Books, UK 2012
Liczba stron: 514
Ocena: 3/10
Powiem szczerze: miałam w ogóle nie czytać tej książki. Mało tego, pierwszym momentem, w którym się o niej dowiedziałam, była recenzja na którymś z blogów. Wcześniej nie miałam pojęcia o jej istnieniu, chociaż popularna jest na całym świecie od dość długiego czasu. Recenzje jednak, jakie na jej temat do tej pory przeczytałam, delikatnie mówiąc, dobre nie były. Po co więc czytać coś, co jest tak krytykowane? Po co tracić swój cenny czas?

Pewnie zastanawiacie się więc, po co w takim razie sięgnęłam po tę książkę... Już odpowiadam: z ciekawości. Co w niej takiego jest, że stała się takim fenomenem, niemalże książką kultową w ostatnich kilku miesiącach? Powodowała mną głównie ciekawość. Poza tym pewnie bym jej nie przeczytała, gdyby nie wpadła w moje ręce jej anglojęzyczna wersja. Polskiej bym nie przeczytała, jednak jak zobaczyłam na półce u koleżanki słynnego Greya po angielsku - pożyczyłam. Tyle się naczytałam o polskim przekładzie, że szkoda mi było czasu i omijałam ją szerokim łukiem. Na wersję oryginalną jednak nagle nabrałam ochoty. Z ciekawości.

O czym jest "Pięćdziesiąt twarzy Greya" już każdy chyba wie, nie ma na świecie chyba osoby wśród czytelników książek, która by o niej nie słyszała. Nie będę się więc zagłębiać zbytnio w jej fabułę. Zresztą sama fabuła jest tu dość znikoma, ale dla niezorientowanych: Anastasia jest młodziutką, naiwną studentką, która pewnego dnia, w zastępstwie koleżanki, przeprowadza wywiad z równie młodym, bo 27-letnim przedsiębiorcą, paskudnie bogatym Christianem Greyem. Wtedy wszystko się zaczyna. Dziewczyna jest nim zafascynowana. Grey zdaje się odwzajemniać to uczucie (jeśli o jakimkolwiek uczuciu może tu być mowa)... No i się zaczyna. Ana zdaje sobie sprawę, że facet może być niebezpieczny, jest cholernie zmienny, nieprzewidywalny i do tego w pewnym momencie okazuje się miłośnikiem dość perwersyjnych zabaw w sypialni. Proponuje Anie pewien układ, a mianowicie BDSM.

Więcej pisać nie będę, bo nie ma co się zagłębiać w fabułę, czy akcję, której tutaj nie ma. Początek książki jednak nawet mi się podobał. Mowa tu o pierwszych dwóch, trzech rodziałach. Im dalej jednak w to brnęłam, tym było gorzej. Brak jakiejkolwiek akcji, nudne, powtarzające się dialogi przeplatane scenami dość ostrego seksu. Scenami, które wcale nie powodują tak wyczekiwanych wypieków na twarzy (no, może trochę na początku), ale które również są z czasem do bólu przewidywalne, a niekiedy nawet niesmaczne. Przewidywalne do tego stopnia, że z czasem zaczęłam myśleć: O nie, znowu?... Przygotowana byłam chociaż w tym temacie na coś bardziej gorącego, co pobudza wyobraźnię, a tylko się gorzko zawiodłam.

Nie mam pojęcia, jak autorka mogła stworzyć tak nieciekawą, naiwną i czasami wręcz głupią bohaterkę. Ana w ogóle nie wzbudza w czytelniku sympatii. Jej narracja pierwszoosobowa tylko mnie w tym utwierdziła. I, na Boga, co podkusiło autorkę, aby stworzyć coś, co Anastasia nazywa swoją "wewnętrzną boginią"?... Poza tym fakt, miłość potrafi naprawdę wyczyniać z człowiekiem różne rzeczy, ale to, na co godziła się Ana, spotkało się niekiedy z moim kompletnym niezrozumieniem. Jak kobieta może pozwolić facetowi na coś takiego, na to, aby robił z nią, co tylko chce?... Odezwały się tu nagle moje feministyczne zapędy, bo Ana jest tutaj wręcz zabawką dla Greya. A i Grey nie jest lepszy. Nieprzewidywalny do bólu mężczyzna, owładnięty chęcią rządzenia i panowania, do tego szalenie bogaty multimilioner, z niekończącymi się talentami, niebezpieczny, a do tego tajemniczy, co mnie irytowało w nim najbardziej. Gdzie my tu obserwujemy zmieniający się portret psychologiczny bohatera, to ja nie wiem. Bo dla mnie książka to nic innego jak przewidywalne dialogi między Aną a Christianem i pieprzenie się wszędzie, gdzie popadnie.

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" do tego napisana jest tak prostym językiem, że nawet czytając ją po angielsku można to zauważyć już od pierwszych stron, nie sprawiła mi żadnego problemu, do słownika zajrzałam może z pięć, sześć razy na całe ponad 500 stron. Non stop powtarzające się zwroty i zdania (miałam powoli dosyć czytania o tym, jak Ana znowu przygryza wargę albo przewraca oczami, a Christian mówi do niej, że musi jeść), czasem do znudzenia... Dzięki Bogu nie muszę tu wspominać o polskim tłumaczeniu, bo zwyczajnie z nim nie miałam do czynienia, a pewnie wyszedłby na ten temat kolejny długi akapit.

Miałam dość spory problem z oceną tej książki. Dlaczego? Bo mimo tego wszystkiego, co wyżej napisałam, od skończenia tej książki zadaję sobie pytanie: Czy czytać dalej?... Czy jest w ogóle sens czytać kolejne dwa tomy? I powiem Wam, że mam nawet ochotę zrobić kolejny eksperyment (bo przeczytanie tej książki już nim było) i sięgnąć tym razem po polskie tłumaczenie... aby porównać sobie jedno z drugim. Nie wiem tylko, czy przypadkiem nie wyjdzie jeszcze gorzej. Być może więc zostanę przy oryginale. Bo jednak nie wykluczam przeczytania drugiej części, chociaż na pewno nie w najbliższym czasie. Mam ciekawsze rzeczy do roboty. Jednak jeśli chodzi o ocenę - ta książka nie jest dobra, nie jest nawet przeciętna - dlatego dostała ode mnie tak niską notę. To jest jeden wielki gniot, a autorka wplotła w niego "gorące" (wg niej) sceny sądząc, że wzbudzi to sensację i zainteresowanie - cóż, udało jej się to, bo książka stała się fenomenem na całym świecie. Dlaczego? Nie mam pojęcia, bo we mnie nie wzbudziło to żadnych uczuć - może jakieś były przed przeczytaniem, po skończeniu jednak zostało tylko rozczarowanie.

Pięćdziesiąt twarzy Greya | Ciemniejsza strona Greya | Nowe oblicze Greya

22 komentarze:

  1. Czyli jednak nie warto było.)

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że jednak książka wypada kiepsko. Coś w niej jednak jest, że ciągnie mnie wieczorami do przeczytania choć jednego rozdziału. Miałam podobne odczucia - pierwsze trzy rozdziały zapowiadały się naprawdę interesująco! Tylko im dalej, tym gorzej. Ale nie zniechęcam się. Gdy mam tylko wolny czas, podczytuję ;)

    Z anglojęzycznym wydaniem bym sobie nie poradziła. Niemiecki może jeszcze jeszcze, ale nie angielski. W każdym bądź razie, polski przekład rzeczywiście jest... denny? Na pewno uderzająco prosty i te zwroty "O święty Barnabo"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko jestem ciekawa Twojej opinii, jak już dotrwasz do końca :)

      Usuń
  3. O, jestem bardzo ciekawa Twoich wrażeń z porównania obu wersji językowych! Mam nadzieję, ze jednak dasz radę przebrnąć, choćby dla takich czytelników, jak ja:)
    Jeśli chodzi o autorkę... to kurczę żenujące wypaść na kogoś, kto jara się scenami, które wcale gorące nie są...
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, każdy podnieca się czymś innym :)
      A jeśli wpadnie w moje ręce 2 część, to przeczytam... raczej :)

      Usuń
  4. Zaczęłam ją czytać, a już mnie nuży ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmm przeczytałam z ogromną ciekawością Twoją recenzję. Sama wielokrotnie zastanawiałam się czy warto sięgać po Greya nie tyle dla samej przyjemności czytania (która w tym przypadku jest raczej znikoma) ale choćby po to, aby wyrobić sobie opinię na temat tej "kultowej" już pozycji. Jednak chyba wolę zaoszczędzić swój cenny czas i ostatecznie po Greya nie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  6. W ogóle nie ciągnie mnie do tej książki i absolutnie nie rozumiem jej fenomenu... Zupełnie nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tym fenomenem napędzającym klientów na książkę jest głównie reklamowany seks perwersyjny.)

      Usuń
  7. Oj wiele o niej ostatnio słyszałam, nie przeczytam

    OdpowiedzUsuń
  8. wiele osób pisze, ze to gniot, ale mimo to chciałabym przeczytać i sama się przekonać :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A mnie "Pięćdziesiąt twarzy Greya" kusi dalej. Jestem ciekawa, jakie wrażenie wywarłaby na mnie... Jestem praktycznie pewna, że takie, jak u innych czytelników, aczkolwiek i tak, jeśli będę miała okazję, to sięgnę po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Cię rozumiem, bo i mnie tak kusiła i kusi nadal :)

      Usuń
  10. Czułam dokładnie to samo. Czytając powieść w originale, oszczędziłaś sobie przynajmniej "błyskotliwych" komentarzy bohaterki: "Święty Barnabo i "Rany Julek".

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja również jestem zainteresowana Greyem :) Mimo wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeczytałam i... no cóż, książka słaba, nie oszukujmy się. Jest jednak dowodem na to, że nawet z niczego można zrobić bestseller. Jak inaczej wytłumaczyć fenomen tego "dzieła"?

    OdpowiedzUsuń
  13. Od samego początku książka nie bardzo do mnie przemawiała. Potem były negatywne recenzje, które tylko mnie w tym utwierdzały. Twoja ocena także upewnia mnie w moim postanowieniu nie sięgania po tę powieść :) Wolę poświęcić czas na jakąś ciekawszą powieść :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Co tu duzo mowic... Twoja ocena jest naprawde odpowiednia ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Wiele o tej książce słyszałam. Na początku chciałam nawet przeczytać, tak z czystej ciekawości dowiedzieć się skąd ten fenomen, jednak po przeczytaniu kilku recenzji postanowiłam nie tracić na nią czasu.

    OdpowiedzUsuń
  16. Książka bardzo dziwna. Z jednej strony coś w niej odrzuca, ale z drugiej strony ma się ochotę poznać dalszy ciąg. Ja chętnie sięgnę po kontynuację:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym się niestety muszę zgodzić :)

      Usuń
  17. Mnie jakoś ta książka w ogóle nie interesuje, jest mi totalnie obojętna i szczerze dziwi mnie cały ten szum wokół niej. Nie zamierzam po nią sięgać, bo podobnie jak Pati nie mam zamiaru tracić swojego czasu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli