Podsumowanie października

Podsumowanie października

Dni płyną mi w tym miesiącu szalenie szybko. Dopiero co robiłam pierwszy wpis w październiku, a tu już koniec miesiąca :-)
Sam październik jednak był dla mnie miesiącem takim samym jak poprzednie, nadal szukam pracy i to głównie na tym się skupiam ostatnio... chociaż idzie jak po grudzie... Czemu tak ciężko jest cokolwiek znaleźć? Ja już powoli tracę nadzieję, o ile jeszcze jej nie straciłam.
Z książkami w tym miesiącu jednak nie było źle - mam czas na czytanie, więc nie mogę narzekać.

 
Liczba książek przeczytana w tym miesiącu - 14
Liczba stron przeczytanych w październiku - 5377
Średnia liczba stron dziennie - 174
Książka miesiąca - "Africanus. Wojna w Italii"
Autor miesiąca - Hanna Cygler
Największe rozczarowanie - "Dwie głowy i jedna noga" Joanna Chmielewska

Tak się przedstawiają moje statystyki w październiku. 
A jak u Was minął ten miesiąc?
Natalii 5

Natalii 5

Autor: Olga Rudnicka
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Liczba stron: 560
Ocena: 7/10
Z twórczością młodej autorki, Olgi Rudnickiej, spotkałam się już wcześniej. Jej najnowsza powieść pt. „Cichy wielbiciel” tak mnie wciągnęła, że książki nie byłam w stanie odłożyć na półkę, dopóki jej nie skończyłam. Ciekawa byłam więc, jak będzie z jej poprzednimi, pozostałymi powieściami. Czy również są tak wciągające i godne uwagi, jak wyżej wspomniana? Zgarnęłam więc z półki bibliotecznej „Natalii 5” i nawet nie zagłębiając się zbytnio w fabułę, zaczęłam czytać.

„Pięć kobiet, pięć motywów, jeden spadek”. Kobiet, których nie łączy tak naprawdę nic oprócz… identycznego imienia i nazwiska oraz martwego ojca. Są przyrodnimi siostrami, poznają się jednak dopiero u notariusza podczas odczytywania listu pożegnalnego. Wtedy właśnie dowiadują się nawzajem o swoim istnieniu. Jarosław Sucharski był bowiem mężczyzną bardzo tajemniczym i skrytym. Dowiadując się o swojej chorobie, z wielką dokładnością zaplanował samobójstwo. Jednak mimo tego, że na miejscu policja nie znajduje żadnych odcisków palców, mimo że pokój zamknięty był od środka i brak śladów osób trzecich, komisarz Potocki ma wątpliwości. Mężczyzna miał bowiem sporo wrogów i osób, które bez chwili zastanowienia mogłyby mu zaszkodzić. Wszelkie ślady wykluczają morderstwo, ale również samobójstwo. Jakie tajemnice skrywał ojciec sióstr Sucharskich i jakie skarby ukrył w domu, który w jednej piątej dziedziczy każda z nich? Kobiety przeprowadzają się do domu w Mechlinie, aby razem dojść do prawdy.

Wyobraźcie sobie sytuację, gdy w jednym domu mieszka pięć, zupełnie obcych, ale spokrewnionych ze sobą osób, kobiet, posiadających to samo nie tylko nazwisko, ale i imię. Kobiet, które nie wiedziały o swoim istnieniu aż do teraz. Wszystkie są do siebie, już przez sam fakt i okoliczności, w jakich się spotykają, wrogo nastawione. Ojciec jednak, mimo że był oszustem, kłamcą i bigamistą, zostawił cały swój majątek tylko i wyłącznie swoim córkom, podzielił go na pięć równych części. Zostawił je jednak z masą tajemnic i równie tajemniczym samobójstwem. W domu w Mechlinie znajduje się również coś, co jest pożądane przez ludzi, z którymi Sucharski za życia współpracował. Coś, co ci ludzie za wszelką cenę chcieliby odzyskać. Jednak już sam charakter każdej z Natalii stwarza nie lada problemy. Komisarz Potocki i Kurek już na samym początku dochodzą do wniosku, że trudne osobowości sióstr to za mało powiedziane – podczas przesłuchań trudno im wytrzymać z każdą z osobna, a co dopiero ze wszystkimi razem. Każda z nich jest inna, ale tak specyficzna, że trudno każdej z osobna nie zapamiętać. Same siostry również mają problem z wytrzymaniem ze sobą nawzajem w jednym domu, nie obejdzie się bez kłótni i konfliktów.

Już same te okoliczności są tak komiczne, że trudno byłoby się nie uśmiechać co jakiś czas, czytając tę książkę. Niby jest to powieść kryminalna, jednak nie brak w niej poczucia humoru, indywidualnych osobowości, ciekawych charakterów i zagadek oraz sekretów do odkrycia. Różnorodność bohaterów oraz to, że jest ich sporo nie raz potrafi trochę zamieszać w głowie, czasem wręcz nie wiedziałam, co kto mówi i do kogo, dialogi często to przekrzykiwanie się i kłótnie, jednak fabuła książki jest intrygująca i wciągająca. Mimo wszystko bowiem bohaterki dają się lubić, każda z nich ma w sobie coś, co sprawia, że do każdej jesteśmy w stanie zapałać sympatią, przede wszystkim dzięki humorowi autorki. Olga Rudnicka ma bez wątpienia dość specyficzny styl, do którego może na początku trudno się przyzwyczaić, jednak z każdą kolejną stroną książkę czyta się łatwiej, nie stwarza mimo wszystko żadnych problemów język, jakim jest napisana, dość dobrze przyswajalny w odbiorze.

Mimo że „Natalii 5” nie grzeszy pędzącą akcją, to jednak jej tempo jest dość szybkie, nawet trochę przyspiesza w drugiej połowie książki. Jako kryminał podobała mi się, chociaż jest to kryminał napisany z humorem – warto jednak zwrócić na nią uwagę. Powieść jest ciekawa, intryguje i wciąga, a jeśli ktoś lubi różnobarwnych bohaterów, na pewno nie będzie zawiedziony. Są oni jednym z większych plusów tej książki.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Africanus. Wojna w Italii

Africanus. Wojna w Italii

Autor: Santiago Posteguillo
Wydawnictwo Esprit, Kraków 2012
Liczba stron: 586
Ocena: 9/10
Dość długi czas czekałam na tę książkę. Pierwszą jej część, pt. „Africanus. Syn konsula” czytałam już jakiś czas temu i chociaż jako miłośniczka historii za epoką starożytną nie przepadam, zrobiła na mnie takie wrażenie, jak mało która powieść. Dlaczego z niecierpliwością czekałam na jej kontynuację i czasem z niemałym rozdrażnieniem obserwowałam kolejne przekładane daty jej premiery. Stało się jednak w końcu i mogłam z przyjemnością zatopić się w lekturze.

„Africanus. Wojna w Italii” jest kontynuacją przygód młodego Publisza Korneliusza Scypiona syna i jego potyczek z armią kartagińską pod wodzą słynnego Hannibala. Hannibal bowiem wkracza do Italii i stopniowo odnosi coraz więcej sukcesów mimo początkowo znacznie większej armii rzymskiej. Jednak legiony szybko ulegają przerzedzeniu, a wojna w Imperium Rzymskim przeciąga się coraz bardziej, mimo że początkowo miała dać Rzymianom szybkie i pewne zwycięstwo. Potyczki w Hiszpanii również przynoszą coraz więcej klęsk i ofiar, w których nie brakuje najbliższych młodego Publiusza, nowo mianowanego trybuna, a następnie edyla Rzymu.

Na przestrzeni tych prawie sześciuset stron obserwujemy więc, jak młody Publiusz osiąga coraz wyższe urzędy i dojrzewa do tej roli, jaką znamy z historii. Młody Scypion był bardzo inteligentnym człowiekiem, co niewątpliwie odziedziczył po swoim ojcu i stryju. Mimo tak młodego wieku nie brakowało mu odwagi, miał ogromną wiedzę o strategii i potrafił to wykorzystać w praktyce. Chociaż otoczony przyjaciółmi i zaufanymi ludźmi, miał też jednak sporo wrogów wśród rzymskich oficerów, zazdroszczących mu pozycji, wiedzy i inteligencji. Byli bowiem i tacy, którzy pragnęli, aby to o nich mówiono, gdy chodziło o sukcesy na polach walki, jednak to Publiusz stał się wodzem i najważniejszym strategiem, mimo że armia rzymska wcale taka silna nie była, jakby się wydawało. Przedłużająca się wojna wykończyła nie tylko żołnierzy, ale i mieszkańców, co z czasem z korzyścią przechyliło się na stronę wroga.

Warto zwrócić uwagę również na osobę samego wodza kartagińskiego, Hannibala. Na kartach historii zapisał się on jako doskonały strateg i bardzo inteligentny dowódca, wiedział co robi, potrafił w mig przewidzieć ruchy wroga. Jednak Publiusz bez wątpienia mógł się z nim równać. Chociaż żołnierze legionów rzymskich nie zawsze do końca wiedzieli, jaki jest cel działań i nie rozumieli ruchów swojego dowódcy, byli lojalni wobec niego i nie mieli odwagi się sprzeciwić, ufali Scypionowi.

Co mnie jednak najbardziej urzekło w tej, jak i pierwszej części, to sposób, w jaki Santiago Posteguillo opisał przebieg poszczególnych bitew, oblężenie Tarentu i Nowej Kartaginy. Autor robi to tak, że aż chce się czytać i trudno się od powieści oderwać. Całą książkę czyta się niezwykle lekko i łatwo, nic czytelnikowi nie sprawia problemu, mimo tych blisko sześciuset stron. Strona za stroną przekładać będzie książkę nawet taka osoba, która starożytnością się nie interesuje i która jej nie lubi. Ja osobiście, szczególnie w drugiej połowie, wręcz nie mogłam się od niej oderwać, powieści historyczne to bez wątpienia, obok kryminałów, mój ulubiony gatunek i po tej książce lubię je jeszcze bardziej. Nie mówiąc już o tym, że w końcu, właśnie dzięki „Africanusowi” i Santiago Posteguillo polubiłam starożytność w historii. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie książka o bitwach, ale przede wszystkim o codziennym życiu mieszkańców Rzymu, o tym, jak ważny był dla nich rozwój rzymskiej kultury, robią wrażenie opisy uczt, przyjęć, przedstawień teatralnych. Teatr był ważną częścią rozwoju kulturalnego, a wątek o Tytusie Makcjuszu dodatkowo ubarwia powieść.

Dużym ułatwieniem dla czytelników są dodatki na końcu książki, tak jak to było w pierwszej części. Można zajrzeć do słowniczka, nie znając znaczenia jakiegoś skomplikowanego słowa, można prześledzić mapy Rzymu jak i całej Europy epoki starożytnej, wspomóc się listą konsulów Wiecznego Miasta oraz drzewem genealogicznym dynastii Scypionów.

W tej powieści w zasadzie rozczarowało mnie tylko to, że po przeczytaniu pozostawiła mnie z masą pytań bez odpowiedzi. Kończy się bowiem w jeszcze bardziej interesującym momencie, niż pierwsza jej część. Dalsze dzieje tej historii będzie można jednak śledzić w „Legionach przeklętych”. Ciekawe, ile czasu będę musiała czekać na kolejne losy Publiusza Korneliusza Scypiona?

Podsumowując, ta książka jest niesamowita. Jest jeszcze lepsza od pierwszej części. Jeszcze bardziej wciąga. I do tego sprawiła, że mam ochotę ją wpisać na listę moich ulubionych powieści, bez dwóch zdań. Polecam z całego serca!

Zobacz również:


Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Esprit
Syrena

Syrena

Autor: Tricia Rayburn
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2011
Liczba stron: 360
Ocena: 8/10
Syreny większość z nas zna głównie z bajek dla dzieci, jako sympatyczne, piękne istoty z rybimi ogonami. Niestety, jako przyjazne i miłe, są one przedstawiane chyba tylko w bajkach i kreskówkach. Bowiem w mitologii greckiej syreny to pół-kobiety, pół-ptaki, co może dziwić, bo wszyscy kojarzą te stworzenia głównie z wodą. I słusznie, podążając bowiem za mitologią rzymską, syreny to nimfy wodne, pół-ryby lub ryby z głową kobiety. Nic więc dziwnego, że gdy słyszymy słowo syrena, wyobrażamy sobie najczęściej morze albo ocean. Jednak w żadnej z mitologii syrena nie jest sympatyczną istotą, raczej przebiegłą i niebezpieczną.

Taki też obraz tych stworzeń wykreowała Tricia Rayburn w swojej powieści. Główną bohaterką „Syreny” jest Vanessa, siostra Justine. Obie dziewczyny spędzają swoje wakacje w nadmorskiej miejscowości Winter Harbor. I niby są to zwykłe wakacje jak każde, Vanessa niebawem ma rozpocząć ostatnią klasę szkoły średniej, jej rok starsza siostra Justine jest właśnie w trakcie wyboru uczelni. Nie będą to jednak wakacje szczęśliwe dla rodziny dziewcząt. Bowiem Justine, od dawna lubiąca adrenalinę, wodę, bardziej szalona, po rodzinnej kłótni wychodzi z domu, by poskakać z urwiska do wody. Nazajutrz jednak zostaje odnaleziona martwa nad brzegiem. Policja jest pewna, że to zwykły wypadek, niektórzy podejrzewają, że Justine popełniła samobójstwo… Dla jej siostry nic jednak nie jest takie pewne, Vanessa chce więc wyjaśnić okoliczności śmierci siostry. Wkrótce jednak, w Winter Harbor, giną kolejne osoby – we wszystkich przypadkach są to mężczyźni z bardzo charakterystyczną cechą – szerokim, zastygłym na ich twarzach uśmiechem… Czy ma to jakiś związek ze śmiercią Justine? Co odkryje Vanessa, co na zawsze zmieni jej życie? Tego niestety Wam nie zdradzę.

Po książkę sięgnęłam, ponieważ od dawna miałam na nią ochotę. Wysokie noty, jakie zbierała, mnóstwo pozytywnych opinii i moje osobiste zainteresowanie fabułą sprawiło, że była od jakiegoś czasu na mojej liście życzeń. I nie zawiodłam się na tej książce absolutnie. Mało tego: jestem sama zaskoczona, że aż tak mi się spodobała. Bowiem na co dzień staram się unikać takich historii, powieści dla młodzieży, różnorakich trylogii itp. Z tą książką jednak miałam przeczucie, że będzie inaczej – i nie pomyliłam się.

Syrena nie jest tu sympatyczną postacią z bajek, jakie znamy z dzieciństwa. Jest niebezpieczną istotą, która nie waha się zabić dla własnej korzyści, nieprzewidywalną i przebiegłą. Chociaż przez większą część książki zastanawiałam się, gdzie ta tytułowa syrena, tak naprawdę całą tajemnicę poznałam praktycznie na samym końcu. Jednak cała historia tak mnie wciągnęła od pierwszych stron, że niekiedy nie byłam w stanie jej odłożyć. Co też mnie zaskoczyło.

Główną bohaterką tutaj jest Vanessa, to z jej perspektywy poznajemy całą opowieść. Narracja pierwszoosobowa jest tutaj wręcz strzałem w dziesiątkę, dzięki temu czyta się tą książkę lekko, przyjemnie i z ciekawością. Ale pozostali bohaterowie są równie barwni, nakreśleni niezwykle wyraźnie, co tylko dodaje jej uroku. Poza tym ten ocean… aż czuć zapach słonej wody, unoszący się w powietrzu. Jednak co mi się również podobało (do czego podchodzę surowo i sceptycznie w każdej książce bez wyjątku), to wątek miłości między Vanessą a Simonem. Simon jest mieszkańcem Winter Harbor i bratem chłopaka Justine. Ich uczucie, które się stopniowo rozwija, chociaż na początku nikt nie mówi o nim wprost, jest tak subtelne, delikatne, bez żadnej przesady, jak to bywa w innych tego typu książkach…

„Syrena” jest powieścią, która totalnie mnie zauroczyła, nie tylko bohaterami, klimatem nadmorskiego miasteczka, ale również tym, że wpleciony w fabułę został wątek mitycznych istot, których często w książkach się nie spotyka. Do tego został on rozwinięty do tego stopnia, aby zaciekawić, ale aby czytelnik nie miał uczucia przesytu. Sama jestem zaskoczona tym, że ta powieść tak mnie wciągnęła. Nawet, jeśli ktoś za takimi opowieściami nie przepada, jak ja, to jednak moja ocena mówi sama za siebie – warto tę książkę przeczytać. Ja nie mogę się doczekać, kiedy będę miała okazję sięgnąć po drugą jej część.


Paryski spadek

Paryski spadek

Autor: Ewa Grocholska
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Liczba stron: 431
Ocena: 6/10
„Paryski spadek” krzyczał do mnie swoim tytułem na bibliotecznej półce. A ja, miłośniczka Francji, Paryża i wszystkiego co francuskie, po prostu nie mogłam się oprzeć temu tytułowi. Nazwisko autorki, zupełnie mi nieznane, dodatkowo przyciągało choćby tym, że jest naszą rodowitą pisarką, a ja na polską literaturę zwracam ostatnio bardzo dużą uwagę.

Przyciągnął mnie też do książki opis na okładce. Bo oto mamy przełom lat 70 i 80 ubiegłego wieku. Cztery lata po tym, jak Agnieszka i Ewa spędziły pamiętne wakacje w Paryżu, pracując w hotelu jako pokojówki i malując na rynku portrety turystów, oto nadchodzi szansa na to, aby zobaczyć Paryż jeszcze raz. Otrzymują bowiem w spadku małą mansardę po poznanym cztery lata temu kloszardzie Napoleonie. Okazuje się, że Napoleon wcale nie był bezdomny, ani nawet biedny, popełnił jednak w tamtym czasie samobójstwo, rzucając się z mostu do Sekwany. Ewa i Agnieszka odziedziczyły po nim małe mieszkanko na poddaszu. Aga wyjeżdża więc na kilka dni do Paryża, aby w końcu uregulować wszystkie sprawy u notariusza i ewentualnie zastanowić się, co zrobić z mansardą. Okazuje się jednak, że nic nie będzie takie proste. Początkowo chęć zobaczenia jeszcze raz Paryża, przespacerowania się zachowanymi w pamięci uliczkami i zobaczenia dawnych przyjaciół zamienia się w bardziej skomplikowaną sprawę, mieszkanie bowiem skrywa w sobie mnóstwo tajemnic. Bardzo cennych tajemnic. Samobójstwo Napoleona również budzi wątpliwości.

Biorąc tę książkę z bibliotecznej półki nie miałam pojęcia, że posiada ona swoją pierwszą część pt. „Paryska pokojówka”. Doszłam do tego, gdy książka już była u mnie w domu, postanowiłam ją jednak przeczytać i tak. I słusznie, bowiem nieznajomość pierwszego tomu nie przeszkodziła mi w niczym, aby zrozumieć fabułę i wydarzenia przedstawione w „Paryskim spadku”. Całą historię opowiada nam Agnieszka, główna bohaterka, która bardzo często wraca do wydarzeń sprzed czterech lat, więc nie przeszkadzało mi w ogóle to, że wcześniej ich nie znałam. Cała historia bowiem biegnie swoim torem, są retrospekcje i wspomnienia dawnych wakacji, ale fabuła opowiada już o czymś innym, nie ma więc przeszkód w tym, aby sięgnąć po tą książkę, nie znając „Paryskiej pokojówki”.

Chociaż w Paryżu nigdy nie byłam, od dawna marzę, aby móc się tam znaleźć, przejść uliczkami, zobaczyć Wierzę Eiffla, zajrzeć do Luwru, przespacerować się wzdłuż Sekwany. Paryż to piękne miasto i żeby to stwierdzić, wcale nie trzeba go odwiedzić. Paryż jest jednym z moich najskrytszych marzeń, a po przeczytaniu powieści pani Ewy Grocholskiej mam ochotę spakować się i wsiąść w samolot. Mam tak nieodpartą ochotę znaleźć się tam choć na chwilę. Czytając „Paryski spadek” czułam się bowiem tak, jakbym w tym Paryżu była… Klimat tego miasta jest niesamowity i autorka to doskonale oddaje – paryskie uliczki, małe kawiarnie i restauracje, do których nie da się nie wejść choć na chwilę… czujemy to, jakbyśmy byli tam sami i za to trzeba autorkę pochwalić.

Choć sama powieść może nie powala na kolana, raczej jest to takie zwykłe czytadło dla kobiet, to wypożyczyłam tą książkę z zamiarem przeczytania właśnie takiego czytadła – zmęczona trochę ostatnio kryminałami – i książka w tym celu sprawdziła się doskonale. Nie zadziwia może akcją, wydarzenia w niej są trochę przewidywalne i nawet odrobinę naciągane, tak jakby sama autorka nie miała już pomysłu na drugą część. Nie wspominając już o takich drobiazgach, jak mieszkanie w zakurzonej mansardzie, której nie warto sprzątać, bo przecież nie wiadomo, co się z nią po załatwieniu spraw zrobi (zastanawiałam się, czy Aga śpi w takiej zakurzonej, czteroletniej pościeli po kloszardzie Napoleonie) czy – na Boga! – picie czteroletniej kawy z zakurzonej w kuchni puszki i  do tego częstowanie nią gości!... Niby taki drobiazg, a tak zwrócił na siebie moją uwagę… chociaż teraz raczej chce mi się z tego śmiać, to jednak czasem budziło we mnie niesmak.

Dowiedziawszy się jednak, że pierwsza część jest znacznie lepsza od tej oto, mam wielką ochotę sięgnąć po nią w przyszłości. Choćby dla tego Paryża. Ostatnio mam fazę na właśnie tego typu książki, odejść trochę od czytanych nałogowo kryminałów, a czytać coś lekkiego, kobiecego, nie wymagającego dużo myślenia. „Paryski spadek” spełnił swoją rolę, jaką miał spełnić – mimo wszystko książka mi się podobała – taka lekka opowieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym (a jednak!).

Spodoba się bez wątpienia czytelnikom, którzy nie oczekują wiele po powieści obyczajowej, którzy raczej chcą sobie zrobić przerwę w do tej pory czytanej literaturze. Zasługuje na uwagę i polecam! Ach, ten Paryż…

Top 10 - ulubione okładki książek

Top 10 - ulubione okładki książek

 
Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.




Temat na dzisiaj to: Ulubione okładki książek

 

 

 

 

Oczywiście z Top10 zrobiło się Top13, ale nie potrafię tak po prostu zrezygnować z jednej okładki kosztem innej. Poza tym są tu również całe serie, więc wydaje mi się, że jestem usprawiedliwiona :-)
Uwielbiam okładki serii Zafona i mojej ukochanej Prowincji Kasi Enerlich, reszta to pojedyncze książki, nie każda podobała mi się tak, jakby wskazywały na to okładki (w zasadzie jest tylko jedna taka - ostatnia, czyli "Zapach spalonych kwiatów"), są tu również dwie książki, których jeszcze nie czytałam 
("Pałac Północy" oraz "Książę Mgły").
Dla mnie wszystkie te okładki są piękne, mam do nich ogromny sentyment, każda z nich ma w sobie to coś :-)
 
Profesor

Profesor

Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo Mg, Warszawa 2012
Liczba stron: 312
Ocena: 7/10
Do tej pory, tak się złożyło, że nie miałam okazji czytać żadnej książki Charlotte Brontë. Niedawno w moje ręce wpadła powieść jej młodszej siostry, Anne, jednak nazwisko najstarszej siostry Charlotte Brontë było mi znane tylko i wyłącznie ze słyszenia. Jedna z najpopularniejszych jej książek, „Dziwne losy Jane Eyre” nie jest mi jak na razie znana, po lekturze „Profesora” jednak chyba szybko będę musiała to nadrobić.

Głównym bohaterem „Profesora” jest William Crimsworth. Młody jeszcze mężczyzna, nie mając pomysłu na dalsze życie, postanawia zostać kupcem, a pomóc ma mu w tym jego starszy brat, zatrudnia się więc u niego jako kancelista i pracuje, tłumacząc francuskojęzyczne i niemieckojęzyczne listy. Edward, brat Williama, jako pracodawca i nie tylko, jest tyranem, bohater więc szybko rezygnuje z pracy i postanawia zająć się czymś innym. Kiełkuje w jego głowie pomysł wyjazdu do Brukseli i tam rozpoczęcia nowego życia, szybko wprowadza też go w życie. Znajduje pracę jako nauczyciel języka angielskiego w szkole dla chłopców, niebawem również otrzymuje propozycję nauczyciela w mieszczącej się obok szkole z internatem dla dziewcząt, prowadzonej przez młodą, lecz zdecydowaną kierowniczkę.

„Profesor” jest pierwszą powieścią Charlotte Brontë, jednak wydania doczekała się ona dopiero po śmierci samej autorki. W książce dodatkowo można znaleźć wątki autobiograficzne, bowiem sama Charlotte uczyła w szkole w Belgii, tam też zakochała się w żonatym już właścicielu. Jej historia więc nie skończyła się tak, jak chciała sama Brontë.

Jej bohater jednak jest mężczyzną młodym, ale ambitnym, który do wszystkiego może dojść tylko i wyłącznie własnym wysiłkiem, pracą własnych rąk. Niezwykle wykształcony William postanawia opuścić Anglię, ojczyznę, którą kocha, aby uwolnić się od wszystkich dookoła i zacząć karierę jako nauczyciel języka angielskiego w szkole w Brukseli. Nie będzie łatwo, ponieważ jak wszędzie, jego wysiłkom będą towarzyszyć wzloty, jak i upadki, jednak do wszystkiego, do czego dojdzie, będzie mógł zawdzięczać tylko i wyłącznie sobie.

Powieść to typowy obraz XIX-wiecznej Anglii wraz z jej klimatem, tak charakterystycznym dla książek sióstr Brontë. Ten klimat chyba ujmuje mnie najbardziej i to dla niego w ogóle czytam takie powieści. Ale jest to też obraz innych państw XIX-wiecznej Europy, postrzegany przez głównego bohatera, obraz nie zawsze pozytywny, bowiem William kocha swoją Anglię bardziej niż wszystko i wynosi ją znacznie wyżej niż inne kraje europejskie. W pozostałych narodowościach dostrzega sporo wad, krytykuje Flamandczyków, Francuzów. Ale przede wszystkim „Profesor” jest powieścią o miłości i relacjach damsko-męskich. W epoce wiktoriańskiej walka płci była widoczna niemalże na każdym kroku i nic w tym dziwnego. Czy wygrana przez kobiety, czy przez mężczyzn? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bowiem i dziś zauważamy podobne konflikty na tym tle.

Mimo niezbyt zawrotnej akcji książkę czytało mi się doskonale. Charlotte Brontë pisze tak, że nawet nie wiadomo kiedy powieść dobiega końca, chociaż z chęcią czytałoby się dalej. Może fabuła nie pędzi, trochę może przyspiesza w drugiej części książki, to jednak sama historia Williama jest ciekawa i intrygująca.

„Profesor” jest przede wszystkim dla tych czytelników, którzy lubią w powieściach klimat wiktoriańskiej Anglii, którzy lubią i cenią sobie styl, jaki oferują siostry Brontë, przede wszystkim Charlotte. Ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą książką i teraz na pewno nie będę omijać z daleka jednej z najpopularniejszych powieści autorki, wspomnianej na samym początku. „Profesora” z czystym sumieniem polecam!


Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Mg

Człowiek bez psa

Człowiek bez psa

Autor: Håkan Nesser
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011
Liczba stron: 456
Ocena: 8/10
I oto miałam okazję przeczytać kolejny doskonały kryminał Håkana Nessera. Do samego autora zapałałam sympatią już przy pierwszej jego powieści, jaka wpadła mi w ręce, czyli „Całkiem inna historia”. Tak się jednak składa, że całego cyklu nie czytałam po kolei, „Człowiek bez psa” jest bowiem pierwszą częścią serii o inspektorze Gunnarze Barbarottim. Czym najbardziej ujął mnie Gunnar? O tym za chwilę.

Przenosimy się do szwedzkiego, małego miasteczka Kymlinge. Jest grudzień, do Bożego Narodzenia zostało już niewiele czasu. W rodzinie Hermanssonów szykuje się jednak uroczystość, bo oto głowa rodziny, Karl-Erik, kończy 65 lat, zaś jego córka Ebba, 40. Jest to więc podwójna, sto piąta rocznica. Na uroczystości zbierają się wszyscy – córka Ebba z mężem i dwoma synami, jej siostra z rodziną oraz brat Robert. Jednak nic nie jest takie piękne, a właściwie nie będzie. Ponieważ w nocy przed imprezą na samotny spacer wychodzi Robert – jednak już nie wraca. W noc następną, po imprezie ginie natomiast syn Ebby, Henrik – wymyka się na tajemnicze spotkanie, jednak słuch po nim ginie. Rodzinę dotyka tragedia, jakich mało. W ciągu zaledwie dwudziestu czterech godzin giną dwie blisko spokrewnione ze sobą osoby – czy to przypadek, czy jest w tym wszystkim jakaś zależność i wspólny mianownik?

Gunnar Barbarotti jest tym inspektorem, który prowadzi śledztwo zaginionych osób. Nie poznajemy go jednak od razu, a gdzieś dopiero w połowie książki, wcześniej odkrywamy tajemnice rodziny Hermanssonów. A jest w tej rodzinie tajemnic niemało, są żale, niedopowiedzenia, pretensje. Jednak proza Nessera ma w sobie coś, czego nigdy w żadnej innej jeszcze nie spotkałam, jest to jakaś wisząca w powietrzu tragedia, jakaś tajemnica… Niby wszystko to co trzeba mamy wyłożone na tacy, autor nas nie zwodzi, nie mami, jednak wyczuwamy coś, co nie pozwala nam tej książki odłożyć na półkę. Wisi w powietrzu dookoła jakaś mgiełka ciekawości. Trudno jest to opisać, to trzeba poczuć na własnej skórze. Ale czuć to nie tylko przy tej powieści, czuć również przy „Całkiem innej historii”, jak i jest wyczuwalne przy „Samotnych” – czyli tych kryminałach Nessera, które już miałam okazję czytać.

W „Człowieku bez psa” poznajemy sylwetkę głównego bohatera, czyli inspektora Gunnara Barbarottiego. Ja co prawda poznałam go już z racji tego, że czytałam dalsze jego losy, ta pierwsza część była jednak doskonałym uzupełnieniem pozostałych. A do inspektora zapałałam sympatią niemalże od początku. Dlaczego? Co w nim takiego jest? Myślę, że całokształt, jaki stworzył Nesser. Najbardziej jednak ujęły mnie jego rozmowy z Bogiem. A raczej to targowanie się, dawanie Bogowi punktów ujemnych i dodatnich i ich cięte dialogi. No po prostu rozbraja. Nie wspominałam o tym być może wcześniej, ale w końcu musiałam – nigdy z takim czymś bowiem nie spotkałam się wcześniej.

Håkan Nesser – mówiłam to już wiele razy, ale wspomnę i tym razem – jest genialny w tym, co robi. Mam wrażenie, że wręcz został stworzony do tego, żeby pisać powieści kryminalne, bo robi to doskonale. Nie dość, że jest zagadka, z pozoru nie do rozwiązania, to rozwiązanie i tak zawsze wychodzi na ostatnich stronach, zaskakując czytelnika jak mało co. Musicie poznać Håkana Nessera, jeśli jeszcze go nie znacie – obowiązkowo!

Zobacz recenzje:
 
Baza recenzji Syndykatu ZwB
Agatha Raisin i zakopana ogrodniczka

Agatha Raisin i zakopana ogrodniczka

Autor: M. C. Beaton
Wydawnictwo Edipresse, 2012
Liczba stron: 218
M. C. Beaton to brytyjska autorka romansów historycznych, kryminałów, która pisze głównie pod pseudonimem, jej prawdziwe nazwisko to Marion Chesney. Odniosła dużą popularność na Wyspach Brytyjskich i to tam głównie jest znana, przede wszystkim z serii o Agacie Raisin oraz serii z Hamishem Macbethem w roli głównej. Wydawnictwo Edipresse postanowiło w tym roku wydać kilka jej powieści o Agacie. Nie wszystkie niestety, a szkoda.

Ja od początku zapałałam sympatią do tej serii, chociaż sięgając po pierwszą część byłam trochę sceptycznie nastawiona. Bez powodu i cieszę się, że mogę poznawać co jakiś czas kolejne przygody bohaterki oraz innych mieszkańców Carsely.

Tym razem obiektem zainteresowania wioski staje się nowa mieszkanka Mary Fortune. Agatha wraca właśnie z wakacji i z zaskoczeniem oraz niemałą zazdrością przyjmuje do wiadomości, że jednym z adoratorów Mary jest sąsiad Agathy, James Lacey. Mary jest bez wątpienia piękną i interesującą kobietą, więc nic w tym dziwnego. Jest do tego utalentowaną ogrodniczką, znającą się na kwiatach i ogrodach. Agatha – przeciwnie – jest kompletnie zielona w tym temacie, zapisuje się więc do kółka ogrodniczego. Wkrótce jednak ktoś zaczyna dewastować piękne ogrody mieszkańców, popełniona też zostaje zbrodnia, ofiarą pada nowa mieszkanka, Mary. Agatha szybko dostrzega szansę, aby wkręcić się w śledztwo i dojść do prawdy, mimo ostrzeżeń policji, aby trzymać się od zagadki morderstwa z daleka. Dowiaduje się przypadkiem, że ofiara miała dość dużo tajemnic i wbrew pozorom nie była tak lubiana, jak myśleli wszyscy. Sama Agatha jednak, odnośnie swoich ogrodniczych zapędów, posiada pewien sekret, który chciałaby utrzymać w tajemnicy, choć nie będzie to proste.

Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej podoba mi się ta seria, przede wszystkim za sprawą głównej bohaterki. Uwielbiam humor Agathy, jej ciekawskość i cięte riposty w dialogach. Sama Agatha jest też lubiana wśród mieszkańców Cersely, chociaż samej bohaterce, gdy się o tym dowiaduje, trudno w to uwierzyć. Moją sympatię zdobył też sąsiad Agathy, pan James Lacey – razem stanowią świetną parę w odkrywaniu prawdy i wykrywaniu morderców. James pomagał Agacie przy okazji poprzedniego morderstwa, pomaga i teraz i jemu również coraz bardziej się to podoba. Watek niespełnionej miłości bohaterki do sąsiada również nie raz wywoływał uśmiech na mojej twarzy i pewnie jeszcze nie raz poprawi mi humor.

Naprawdę zachęcam do czytania powieści M. C. Beaton. Wiem, że niektórzy, tak jak ja na początku, podchodzą do takich książek z dystansem, ale uważam, że niepotrzebnie. Są doskonałe do tego, aby odpocząć od cięższej literatury choć na chwilę, poza tym czyta się je błyskawicznie. Doskonałe na chłodne, deszczowe, jesienne wieczory z kubkiem gorącej herbaty.

Zobacz również:
Dwie głowy i jedna noga

Dwie głowy i jedna noga

Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Kobra, Warszawa 2010
Liczba stron: 272
Ocena: 5/10
Każdy chyba zna nazwisko słynnej Joanny Chmielewskiej, polskiej autorki kryminałów. Pisarka ma na swoim koncie niezliczoną ilość książek, nie tylko powieści kryminalnych z tak charakterystycznym dla niej humorem, ale również autobiografii i poradników. Ja sama jestem jej fanką, zwłaszcza jej pierwszych książek, przy których nierzadko płakałam ze śmiechu. Niedawno wpadła w moje ręce jedna z jej nowszych powieści, pt. „Dwie głowy i jedna noga”. Jakie wrażenie zrobiła na mnie ta książka, o tym za chwilę.

Pozwólcie, że po raz pierwszy zacytuję fragment książki z okładki, uważam bowiem, że nic tak doskonale nie opisuje fabuły, jak ten właśnie fragment, który spowodował między innymi to, że po tę książkę w ogóle miałam ochotę sięgnąć:

„Na myśl, że jadę na spotkanie z mężczyzną życia z ludzką głową w bagażniku, coś mi się zrobiło. Dostałam histerycznego ataku śmiechu. Przechyliłam się, wepchnęłam twarz w fotel pasażera, wyłam, piałam, płakałam i nie mogłam się uspokoić. Podkręciłam szybę, żeby mnie nie było słychać, ale i tak jakiś człowiek przyglądał mi się z zainteresowaniem z odległości kilkunastu metrów. Nie mógł chyba odgadnąć, że tak reaguję na kawałek trupa…?
Przeszło mi wreszcie, usiadłam normalnie. Zdołałam się skupić.
Rozwiązanie najprostsze: wyjąc torbę i wrzucić do kosza na śmieci. Nie tu, tu zostałam zauważona. W następnej stacji, na następnym parkingu, gdzie spróbuję się niczym nie wyróżnić.
Znajdą tę głowę i co będzie dalej?”

Który miłośnik Joanny Chmielewskiej po takim opisie nie sięgnąłby po tę książkę? Podejrzewam, że niewiele by było takich osób. I jak najbardziej samo nazwisko autorki już jest dla niej reklamą, nic specjalnego w tym kierunku nie musi robić. Ale czy słusznie?

Jak po przeczytaniu wielu powieści Chmielewskiej, jej pierwszych powieści, śmiałam się do łez i pochłaniałam te książki praktycznie od razu w całości, tak jej nowsze kryminały jakoś mi nie idą. Czyżby autorka się wypaliła? Uwielbiam Chmielewską, przede wszystkim za humor, za to, że jej książki zawsze poprawiają mi samopoczucie, ale tym razem albo mi się już „przejadło”, albo nie wiem. Może brak nowych pomysłów? Bo nic w „Dwóch głowach i jednej nodze” nie ma, czego już bym nie znała, jest podróż po Europie, która powtarzała się nie raz, jest specyficzne podejście do policji i ich działań, są nawet dwie Chmielewskie, które w którejś z powieści też już się pojawiły… Jest jednak coś, czego nie było: trochę nudnawa akcja i jakaś zawiła intryga, która tylko miesza czytelnikowi w głowie. I humor też już jakby nie ten sam. Urozmaiceniem jest postać Grzegorza, czyli wspomnianego mężczyzny życia, ale wątek też jakby nie w pełni rozwinięty, a szkoda… No brakuje ewidentnie czegoś w tej powieści, jeśli porównamy ją do wcześniejszych książek autorki.

Nie mówię oczywiście, że jest zła. Nie jest, ale dobra też nie. Akcja się trochę wlecze, bo ileż można czytać, jak bohaterka, swoją drogą sama Joanna Chmielewska (co też się pojawia wcześniej) wozi ze sobą po Europie w bagażniku ludzką głowę i zastanawia się, co z nią zrobić, radzi się Grzegorza, w końcu oboje zaczynają debatować nad tematem, wywlekają stare znajomości ze szkoły i studiów… Taki miszmasz, który nie wiadomo do czego prowadzi. Czytało mi się tę książkę tak sobie, nie pomyślałam co prawda ani razu o tym, żeby ją odłożyć i dać sobie spokój, ale jednak… co się stało z dawną Chmielewską, nie wiem – faktem jest, że wolę zdecydowanie wcześniejsze, starsze jej książki.

„Dwie głowy i jedna noga” jest raczej powieścią dla fanów autorki, dla weteranów, zaznajomionych już z jej twórczością. Tym polecam jak najbardziej. Nie polecam jednak komuś, kto nie zna jeszcze jej powieści, bo tylko się zrazi. Ci niech poszukają pierwszych jej książek, np. „Romans wszech czasów”, „Krokodyl z kraju Karoliny” czy „Wszystko czerwone” – są genialne i na pewno poprawią Wam humor. A potem dopiero sięgnijcie po „Dwie głowy…” i ewentualnie porównajcie.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Na jesień - stos październikowy #11/2012

Na jesień - stos październikowy #11/2012

Książek co jakiś czas mi przybywa, a ostatnio tendencja ta nawet wzrasta. Co prawda głównie są to egzemplarze do recenzji i pozycje z biblioteki, nie bardzo mogę sobie pozwolić na zakup nowych książek i nie sądzę, żeby się to zmieniło w najbliższym czasie, szkoda. Ale i pochwalę się nowymi nabytkami - oto mój stos książek, których się dorobiłam ostatnim czasem:


"Szósty" Agnieszka Lingas-Łoniewska - książka z wymiany na Fincie, jestem ogromnie zadowolona, że udało mi się ją upolować :-) 
"Tryb warunkowy", "Deklinacja męska/żeńska", "Przyszły niedokonany" Hanna Cygler - ja widać pozycje biblioteczne, recenzję wszystkich trzech części można przeczytać pod tym linkiem. 
"Agatha Raisin i koszmarni turyści" M. C. Beaton - jedyna pozycja, którą kupiłam, uwielbiam tę serię. 
"Profesor" Charlotte Brontë - od wydawnictwa Mg.
"Dwie głowy i jedna noga" Joanna Chmielewska - pożyczona od siostry.
"Śmierć i trochę miłości" oraz "Płotki giną pierwsze" Aleksandra Marinina, recenzję tej pierwszej można przeczytać tutaj :-) 
"Człowiek bez psa" Håkan Nesser - autor, którego uwielbiam, i który uważam, że jest genialny w tym, co robi.



Ostatnio widzę ponadto coraz więcej wpisów, promujących trylogię "Zakręty losu" A. Lingas-Łoniewskiej. Uważam, że warto zwrócić na te książki uwagę. Ja sama mam za sobą pierwszą część tej trylogii, która tak mnie zaczarowała, jak mało która książka do tej pory. Moją recenzję "Zakrętów losu" można przeczytać tutaj, na pozostałe czekam z niecierpliwością.

Premiera całej trylogii w nowym wydaniu i nowych okładkach (wybaczcie, że to napiszę, ale moim zdaniem okropnych) już 17 października!!!



Śmierć i trochę miłości

Śmierć i trochę miłości

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005
Liczba stron: 318
Ocena: 7/10
Aleksandra Marinina jest pisarką, do której zapałałam sympatią już od pierwszej przeczytanej książki. Nie dość, że jest autorką kryminałów, które uwielbiam, to dodatkowo w jej książkach można poczuć ten specyficzny klimat Rosji i mentalność jej rosyjskich bohaterów. Nie inaczej było z powyższą powieścią.

Główną bohaterką kryminałów Marininy jest Anastazja Kamieńska – utalentowana analityk, pani milicjant, z pozoru krucha i delikatna, jednak jak wiemy, pozory mylą. Akcja kolejnej powieści z Nastią w roli głównej rozpoczyna się w przeddzień jej ślubu, gdy w skrzynce pocztowej znajduje anonimowy list, składający się zaledwie z kilku słów: „Nie rób tego. Pożałujesz.” Anastazja niekoniecznie przejmuje się anonimem, jednak daje go do analizy, sama jednak nie zamierza odwoływać ślubu. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy okazuje się, że taki sam list dostała inna panna młoda oraz gdy tuż po ślubie w urzędzie stanu cywilnego zostaje zastrzelona kobieta. Nastia podejrzewa, że to ona miała paść ofiarą, przez pomyłkę jednak zginęła inna osoba. Sytuacja powtarza się praktycznie w tym samym czasie w innym moskiewskim urzędzie. Nastia, ku swojemu niezadowoleniu, właśnie rozpoczyna urlop, bowiem sama chciałaby zająć się bezpośrednio sprawami zabójstw – nic jej jednak nie powstrzymuje od pracy i może nie bezpośrednio, ale uczestniczy w wykrywaniu sprawcy, tym bardziej, że wkrótce, gdy wydarzenia zostają opublikowane przez gazety, do redakcji zgłasza się ogromna liczba kobiet, które na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy otrzymały podobne, anonimowe listy.

„Śmierć i trochę miłości” to kolejny doskonały kryminał rosyjskiej pisarki. Mamy zabójstwo, ba, nawet dwa, mamy zawiłą zagadkę, która na pierwszy rzut oka wydaje się być nie do rozwiązania, mamy również bohaterkę na urlopie, która nie mogąc uciec od pracy, pośrednio uczestniczy we wszystkim. Chociaż Anastazji w tej powieści jest jakby trochę mniej, to jednak została przedstawiona bardziej wyraźnie. Robi wszystko, aby jej ślub nie wywołał dużo szumu, żeby jak najszybciej mieć sprawę za sobą, a jej strój?... Kto ubiera się na własny ślub na czarno? Może to zrobić chyba tylko i wyłącznie Anastazja Kamieńska. Nie, nie myślcie, że ślub na Nastii jest jakimś przykrym wydarzeniem, niechcianym i w ogóle – oboje z mężem bardzo się kochają, są ze sobą od bardzo długiego czasu, jednak oboje są zdania, żeby załatwić ślub jak najszybciej, bez ceremonii i zbędnych ceregieli, w gronie najbliższej rodziny. Zyskała tym we mnie bohaterka jeszcze większą sympatię.

Sama zagadka kryminalna, jak to bywa u Marininy, jest jak najbardziej zaskakująca. Będzie niespodzianka i to wielka i ja na kolejnej powieści się nie zawiodłam. Nic dziwnego, że Aleksandra Marinina jest jedną z moich ulubionych autorek powieści kryminalnych. Po jej książki mogę sięgać w ciemno i z pewnością się na nich nie zawiodę, więc pod tym względem mnie nie zaskoczyła. Jestem natomiast zaskoczona kolejnym dobrym pomysłem na fabułę i jej rozwiązaniem.

Fani powieści kryminalnych bez wątpienia powinni poznać twórczość Marininy. Jest obowiązkowym punktem dla każdego miłośnika tego gatunku. Ja do tej autorki przekonuję już nie pierwszy raz, ale będę robić to za każdym razem, bo uważam, że warto.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Tryb warunkowy, Deklinacja męska/żeńska, Przyszły niedokonany

Tryb warunkowy, Deklinacja męska/żeńska, Przyszły niedokonany

Autor: Hanna Cygler
Wydawnictwo Kurpisz, Poznań 2004
Liczba stron: 254+280+280
Ocena: 8/10
Dość długo zastanawiałam się, jak potraktować całą tę trylogię. Czy pisać recenzje oddzielnie dla każdej z części, czy skupić się na całej historii jako jednej, niczym pojedyncza, długa powieść. Czytałam bowiem te książki jak jedną, tom po tomie, zżyłam się z Zosią i pozostałymi bohaterami bardzo i trudno było mi rozstawać się z nimi. Postanowiłam więc, że to będzie jedna, zbiorowa recenzja dla całej trylogii. Uważam, że bez sensu byłoby pisać praktycznie po raz drugi i trzeci to samo, i to recenzja za recenzją… A tak mogę podzielić się z Wami całą historią Zosi od razu i od razu zachęcić Was do tego, aby, jeśli już trafią w Wasze ręce książki Hanny Cygler, trafiły od razu wszystkie trzy.

Od dawna miałam chrapkę na którąś z książek tej autorki. Czytałam masę ciekawych recenzji właśnie na temat tej trylogii, więc nic dziwnego, że w końcu postanowiłam po nią sięgnąć. Tych książek z pewnością nie zaliczymy do nowości, Hanna Cygler bowiem napisała swoją historię o Zosi już jakiś czas temu, ostatnio jednak możemy znaleźć w księgarniach wznowienie powieści, wydane przez wydawnictwo Rebis. Ja miałam okazję czytać starsze wydanie wydawnictwa Kurpisz, uważam jednak, że nowsza „wersja” bardziej przykuwa wzrok, ma znacznie ładniejsze okładki i pewnie nawet jeszcze przyjemniej by mi się powieść czytało…

Cała akcja zaczyna się w roku 1977. Zosię poznajemy w chwili, gdy dostaje się na wymarzoną anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim, chociaż sama bohaterka pochodzi z Gdańska. Wybór uczelni jednak podyktowany był głosem jej serca, gdzie mieszka i pracuje Marcin – daleki kuzyn i jej wielka miłość. Nic w życiu Zosi jednak nie będzie takie proste. Poznaje bowiem na jednej z imprez Witka, kilka lat starszego od niej mężczyznę… i od tej chwili Zosia rozdarta będzie pomiędzy uczuciem do Marcina, którego zna praktycznie od urodzenia, a tajemniczym Witkiem – niecodzienne pierwsze słowa, wypowiedziane przez Zosię w jego stronę, „Zejdź mi z drogi” zostaną również w jego pamięci na długi czas.

„Tryb warunkowy” zaczyna się pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy Zosia zaczyna naukę na uniwersytecie. Powieść opowiada nam perypetie młodej jeszcze dziewczyny i jej zawirowania uczuciowe, miłość do dwóch tak różnych sobie mężczyzn. „Deklinacja męska/żeńska” to dalsze losy Zosi, już po studiach, rozwój kariery, problemy, małe szczęścia i trochę większe smutki, które swój kulminacyjny punkt osiągają w trzeciej części pt. „Przyszły niedokonany”. Nie jest to pełna radości książka (pisząc „książka”, mam oczywiście na myśli całą trylogię), bo będą też łzy, będą problemy, niedopowiedzenia między bohaterami, ale szczęśliwych chwil również w niej nie brakuje. Jest doskonale skomponowana, pełna równowagi, uczuć, miłości i przyjaźni – czyli tego, co w życiu jest najważniejsze. Powieść, której akcja dzieje się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, począwszy od roku 1977 do 2000, pokazuje dodatkowo w tle przemiany polityczne, dokonujące się na oczach bohaterów, stan wojenny, strajki „Solidarności”, wybór Lecha Wałęsy jako kandydata do pokojowej nagrody Nobla… Wszystkie te wydarzenia silnie oddziałują na bohaterów, jak i na czytelnika – mamy wrażenie, jakbyśmy przenieśli się w czasie o kilkadziesiąt lat wstecz. Zosia dodatkowo rozdarta między Warszawą a rodzinnym Gdańskiem, jeszcze silniej przeżywa swoje emocje.

Polubiłam Zosię od pierwszych stron. Dziewczyna, która jest zdecydowana, wie, czego chce, jednak wybory nie zawsze bywają proste, zmienia się w niezależną kobietę, piękną, która robi wrażenie na mężczyznach. Jednak droga do sukcesu Zosi nie będzie prosta – wręcz przeciwnie, kręta i trudna, pełna cierpień, poświęceń. Zosia wiele przejdzie w swoim życiu, wiele straci, ale równie dużo zyska. Przede wszystkim jednak znajdzie swoją miłość. Będzie ciężko, ale w końcu i przyjdzie dobry czas dla bohaterki.

Piszę o całej tej trylogii jako jednej książce, jednak pamiętajcie, że to tak naprawdę trzy powieści. Powieści, które, tak jak mnie, na pewno nie raz Was zaskoczą, zasmucą, ale i wywołają uśmiech na Waszych twarzach. Mnie chyba najbardziej zaskoczyło zakończenie – zarówno, pierwszego, drugiego, jak i trzeciego tomu. W ogóle wydarzenia w tej książce są nieprzewidywalne,  zaskakujące – dlatego nuda Wam tutaj nie grozi. Będą zwroty akcji, ale będzie też spokojnie – jak już wspomniałam wcześniej – pełna równowaga. Dzięki temu tę książkę czyta się niemalże jednym tchem. Gdy przeczytacie pierwszy tom, nie będziecie w stanie nie sięgnąć po drugi, gdy i drugi będzie za Wami, nie sposób nie wziąć do ręki trzeciego. Bo to będzie jak uzależnienie, takie, które za szybko się kończy, chociaż wcale nie chcemy, żeby zmierzało ku końcowi… Bo czytelnik tak bardzo przyzwyczaja się, zżywa z bohaterami, że szybko zaczyna traktować ich niemalże jak własnych przyjaciół – w końcu śledzi ich perypetie na przestrzeni kilkudziesięciu lat, przez trzy tomy powieści.


Hanna Cygler pisze bardzo przystępnym językiem, prostym w odbiorze, łatwym – czyta się jej powieści w związku z tym szybko – moim zdaniem zdecydowanie za szybko. I może na pierwszy rzut oka „Tryb warunkowy”, „Deklinacja męska/żeńska”, jak i „Przyszły niedokonany” wydają się zwykłymi czytadłami dla kobiet, ja w tej książce widzę znacznie głębszy sens. Możemy się bowiem dzięki niej zastanowić, co dla nas jest najważniejsze w życiu: miłość, rodzina, kariera? Możemy poznać z innej strony historię naszego kraju z ostatnich kilku dekad ubiegłego wieku, poznać nie tylko bliżej Gdańsk czy Warszawę, ale również inne kraje i sytuacje w nich panujące. Ale przede wszystkim jest to historia życia Zosi – życia nie zawsze kolorowego, bardzo często przysłoniętego szarościami, smutkiem, cierpieniem… Książka głęboka, bo porusza nasze serce i nie pozwala o sobie ot tak zapomnieć.

Naprawdę Was zachęcam. Ja jestem zauroczona Hanną Cygler i jej trylogią i jestem pewna, że jeśli ktoś lubi takie historie, będzie zauroczony równie mocno, jak ja. Książka jest niesamowita, bo niesamowita jest historia w niej przedstawiona. Będziecie żałować, tak samo jak ja, że tak szybko się skończyła…

Przeżyłem sowieckie łagry

Przeżyłem sowieckie łagry

Autor: Józef Hermanowicz
Wydawnictwo Promic, Warszawa 2012
Liczba stron: 370
Ocena: 7/10
Sowieckie łagry znamy wszyscy choćby z lekcji historii. Wielu też o nich pisało, choćby Gustaw Herling-Grudziński w „Innym świecie”, książce, którą moim zdaniem powinien znać każdy. Bez wątpienia nie był to raj na ziemi, wręcz przeciwnie, piekło, z którego niewielu ludziom udało się wyjść, duża część zginęła nie zaznawszy wolności. Bo jak się okazało, zakończenie drugiej wojny światowej nie dla wszystkich skończyło się dobrze. Zaczęły się internowania, zsyłki na Sybir, tułaczka po Związku Radzieckim i niepewność jutra. Trudno rozsądzać tutaj, który z przywódców, czy Stalin, czy Hitler, przyczynił się do śmierci większej liczby osób, który z nich był gorszy. Dla obu z nich najważniejsza była władza, choćby miał do niej dojść po trupach.

Ks. Józef Hermanowicz był jedną z osób, które po drugiej wojnie światowej zostały skazane praktycznie za nic, na najwyższą karę 25 lat więzienia i tułaczki po sowieckich łagrach. Taki los spotkał nie tylko jego - wielu księży i nie tylko, zostało skazanych za wiarę i głoszenie Słowa Bożego. Wielu ludzi trafiło do więzień sowieckich nie wiedząc nawet, jakie postawiono im zarzuty. Wielu otrzymało najwyższy wymiar kary – 25 lat, tzw. „pełną szpulę”. „Przeżyłem sowieckie łagry” to wznowienie, wydanych przez wydawnictwo Promic w 1990 roku wspomnień ojca Józefa Hermanowicza z pobytu w sowieckich więzieniach, począwszy od roku 1948 do 1955, kiedy to w końcu został zwolniony i wyszedł na wolność. Siedem lat nieludzkich warunków, ciężkiej pracy, katorgi – nie wszystkim udało się to przeżyć.

Jednak nie jest to zwykła książka opowiadająca, jak to było. Nie ma w niej suchych faktów, jak to często zdarza się w książkach historycznych. Nie ma tu absolutnie miejsca na nudę. Ks. Hermanowicz opowiada bowiem o tych kilku latach w taki sposób, że ani przez chwilę nie myśli się o tym, żeby odłożyć tę książkę na półkę. Pisze natomiast pełnym humoru językiem, który nie raz wywoła uśmiech na naszej twarzy, mimo że pisze o przerażających faktach, które dla nas teraz są nie do pomyślenia. On jednak we wszystkim potrafił znaleźć plusy, dobre strony, dzięki czemu przybliża nam tę jasną stronę życia w sowieckich obozach, potrafi docenić każdą drobną rzecz, która go spotyka i nie zapomina w swojej książce podziękować osobom, które wywarły na jego życie i pobyt w obozach pozytywny wpływ, nawet, jeśli był on niewielki, ot, choćby podzielenie się dodatkowym kawałkiem chleba.

W całej tej sytuacji, w jakiej znalazł się ks. Józef, bez wątpienia pomagała mu jego wiara w Boga i w dobro ludzi, którzy go otaczali. Jednak bez wątpienia nie raz miał też sporo szczęścia. Trwał przy swoim i był człowiekiem, który często mówił to, co myśli, nawet wtedy, gdy słowa mogły go gorzko kosztować bardzo często własne życie. Zresztą na granicy życia i śmierci znalazł się podczas pobytu w łagrach nie raz. Niemalże zwierzęce warunki, brud, głód, zimno, mróz wielu jego obozowych kolegów doprowadziło do kresu życia. On jednak miał szczęście, często w ostatniej chwili, kiedy udzielano mu pomocy, pomagała mu jego wiara. Mało kto z nas bowiem zdaje sobie sprawę, jakie naprawdę warunki panowały w sowieckich obozach.

„Czy słyszeliście, aby ludzie życzyli sobie czegoś złego? Żeby modlili się o chorobę? Zwykle mówią: ‘Niech ci Bóg da zdrowie’, albo klną: ‘Niech cię cholera…’. Ale w łagrze nie było rzadkością, że ludzie życzyli sobie czegoś najgorszego i martwili się, że są zdrowi: ‘Dlaczego innym udaje się zachorować? A ja jak na złość zawsze zdrowy i nigdy nie mogę uczciwie powalić się do łóżka…’
Nie z nadmiaru powodzenia chyba więźniowie odcinali sobie na robotach palce lub w inny sposób okaleczali się czy wpędzali w chorobę. Albo też odmrażali sobie ręce, nogi, byle tylko być zwolnionym od pracy. Początkowo dziwiłem się temu, widząc tak duży procent okaleczonych. Myślałem, że to inwalidzi wojenni.” (str. 166)

Wspomnienia ojca Hermanowicza bez wątpienia są książką inną od pozostałych, traktujących o podobnym temacie. Są napisane językiem prostym, lekkim, nierzadko z humorem, z dystansem autor podchodził do wydarzeń, starając się dostrzec pozytywne aspekty, pełen nadziei, wiary. Co nie znaczy, że nie pokazuje nam realiów tam panujących. To, jak traktowani byli tam więźniowie, w jakich warunkach żyli czasem przeraża i zadziwia, że można coś takiego przeżyć. A jednak – można, dzięki wierze. Taka książka bez wątpienia powinna być obowiązkową lekturą szkolną, takie fakty powinien znać każdy. Ale przede wszystkim przyswajać je w przystępny sposób, a w taki właśnie sposób pisze ks. Józef Hermanowicz. Warto tę książkę przeczytać, również ze względu na piękne wydanie.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Promic.
Zakręty losu

Zakręty losu

Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2011
Liczba stron: 342
Ocena: 9/10
Kto by pomyślał, że książka, która ma dosyć niepozorną okładkę, która praktycznie niczym szczególnym nie przyciąga czytelnika – tak się wedrze we mnie, w moją wyobraźnię, tak poprzewraca wszystko dookoła…  Kompletnie nie byłam w stanie jej odłożyć na półkę, póki nie dowiedziałam się, co się stało z Katarzyną i Krzysztofem, jak ich historia się skończyła… Kto by przypuszczał, że przy tej książce będę płakać, i to tak, jak nie płakałam jeszcze przy żadnej – przed łzami nie powstrzymało mnie nawet to, że czytałam ją w autobusie, na przystankach – gdzie tylko mogłam… I to wszystko z powodu takiej niepozornej książki autorki, którą dopiero teraz miałam okazję poznać i – na szczęście - od razu docenić.

Do tej pory tak się składa, że mam szczęście do książek, które trafiają na moją półkę w ramach akcji Włóczykijka… I tak jak poprzedniej, nie mam po prostu serca jej komukolwiek oddawać… a muszę. A skoro trzeba, to trudno, muszę się z tym pogodzić. Tak się jednak składa, że właśnie wychodzi wznowienie całej tej trylogii Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, więc niewykluczone, że wszystkie trzy części znajdą się kiedyś na mojej półce. Co prawda okładki już mniej mi się podobają, wolę zdecydowanie te starsze i zastanawiam się teraz, jak ja mogłam nie zwrócić uwagi na nią – jest taka tajemnicza, nieodgadniona i znacznie lepsza, moim zdaniem, od nowych.

„Zakręty losu” są pierwszą częścią trylogii o braciach Borowskich, Krzysztofie i Łukaszu. Ale są również opowieścią o miłości Krzysia i Katarzyny, całą trójkę poznajemy 13 lat wcześniej niż dzieje się normalny tok akcji. Bowiem w wyniku małżeństwa ojca Kasi, on i córka przeprowadzają się do nowego domu. Kasia od początku sceptycznie jest nastawiona do macochy i jej córki, do której nie pała sympatią. Staje jednak na wysokości zadania i pewna siebie, że da sobie radę, wyrusza pierwszego dnia po przeprowadzce do parku pobiegać. To właśnie w parku Katarzyna poznaje Krzysia, byłego chłopaka Gosi, swojej przyszywanej siostry, i…. iskrzy. Iskrzy od samego początku. Krzysztof jest pierwszą wielką miłością Katarzyny i jak się okazuje, chodzi do tej samej, maturalnej klasy co ona. Jednak na drodze ich miłości stoi Gosia oraz Łukasz – para, przez którą nic już nie będzie takie proste, przez którą nikt nie będzie potrafił być szczęśliwy.

Trudno mi jest pisać o książkach, które tak jak ta, zostają w moim sercu i tkwią tam przez długi czas. Czasem tyle chciałabym przekazać, podzielić się, ale po prostu brak słów. Tak samo jest z tą. Cała akcja podzielona jest na dwie części, trzynaście lat wcześniej i teraz, jednak pisząc o właściwej akcji, teraźniejszej, tylko popsułabym Wam radość czytania. Dlatego nie mam zamiaru wspominać o tym, chociaż dla mnie książka, każda jej strona, każdy rozdział był wielką niespodzianką, w ogóle nie spodziewałam się takiego przebiegu akcji…

Ta książka jest pod każdym względem niesamowita. Mamy wątek sensacyjny, mamy dramat, w końcu mamy cudowny romans. I to chyba właśnie to ostatnie sprawiło, że ta książka zostanie w mojej pamięci na długo. W miłości Kasi i Krzysia nie ma nic fałszywego, taka miłość zdarza się raz na tysiąc lat, jest w tym coś cudownego, ale i dramatycznego. Nie spodziewajcie się bez przerwy pełnych uniesienia chwil –bo będzie też smutno. Smutno i żałośnie, ale w tym wszystkim nie ma absolutnie żadnej przesady, nie jest słodko – jest dokładnie tak, jak ma być. Agnieszka pisze tak, żeby nie przesłodzić, ale żeby nie było też zupełnie gorzko – pisze idealnie, dzięki czemu tę książkę czyta się co najmniej dobrze. Nie spotkałam się poza tym, głównie u polskich autorów, z połączeniem dramatu, powieści sensacyjnej i romansu w tak umiejętny sposób. Pod każdym względem ta książka zrobiła na mnie wrażenie. W końcu wycisnęła z moich oczu sporo łez, a często to się u mnie nie zdarza…

Nie będę Was przekonywać do tej książki, bo nie potrafię. Po raz pierwszy nie umiem podać sensownego powodu, dlaczego warto po nią sięgnąć. Powodem może być jednak cała ta recenzja. Tyle by się bowiem chciało napisać, że jak przyjdzie co do czego, to nie wiadomo, od czego zacząć. Trudno będzie mi się rozstawać z tą książką, ale pociesza mnie fakt, że z pewnością cała ta trylogia, jak tylko będę miała okazję, stanie na mojej półce. A przede wszystkim pierwsza jej część, moje ukochane „Zakręty losu”.



Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki akcji Włóczykijka.

Pióro dinozaura

Pióro dinozaura

Autor: Sissel-Jo Gazan
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2010
Liczba stron: 400
Ocena: 7/10
Do tej pory nie miałam zbyt często do czynienia z literaturą duńską. Gdy słyszymy „literatura skandynawska”, pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to Szwecja. Nie oszukujmy się, to właśnie tam, spod pióra szwedzkich pisarzy, wychodzą najpopularniejsze kryminały, odnoszące sukces na całym świecie. Nazwisko autorki, powiem szczerze, również nic specjalnie mi nie mówiło. Tak samo tytuł. Co się będę rozwodzić: w ogóle o tej książce wcześniej nie słyszałam. Jednak gdy słyszę o kryminale skandynawskim, trudno mi jest od jakiegoś czasu przejść obok takiej książki obojętnie. A nieznany autor i nieznajomość literatury duńskiej tylko dodatkowo mnie intrygowała.

Sissel-Jo Gazan w swojej powieści przenosi nas w środowisko uniwersyteckie. Dokładniej – Uniwersytetu Kopenhaskiego. To właśnie tutaj zawiązuje się cała akcja i tutaj zmierza do końca. Jeden z profesorów uniwersytetu zostaje znaleziony w swoim gabinecie martwy. Nic nie wskazuje na morderstwo, jednak sprawę komplikuje fakt, że profesor Helland był niezwykle kontrowersyjnym naukowcem, posiadającym raczej więcej wrogów niż przyjaciół. Anna, jego doktorantka, była jedną z takich właśnie osób i tego specjalnie nie ukrywała. Sekcja zwłok profesora okrywa jednak coś przerażającego i tym samym jego śmierć nie staje się zwykłą śmiercią na zawał, jak podejrzewali wszyscy na początku… Na co naprawdę umarł mężczyzna i co spowodowało jego śmierć, dowiecie się czytając książkę, jednak jednego możecie być pewni – będziecie zaskoczeni.

Niby środowisko uniwersyteckie to spokojne otoczenie, gdzie profesorowie prowadzą zajęcia, naukowcy nadzorują pracę nad badaniami, studenci zdobywają wiedzę. Nic bardziej mylnego. Sissel-Jo Gazan pokazuje nam, że za fasadą cichej, uniwersyteckiej społeczności kryje się znacznie więcej – jest to miejsce pełne emocji, chłodnych debat, intryg, kłamstw, gdzie rywalizacja, zawiść, a czasem nienawiść potrafi doprowadzić do tragedii. Świat nauki kryje za sobą bowiem wiele tajemnic, niewidocznych dla nieświadomego oka z zewnątrz.

Zaskoczyła mnie ta książka bardzo pozytywnie, ponieważ sięgając po nią, wiele się po niej nie spodziewałam. Fakt, dłuży się trochę na początku, ponieważ dogłębnie poznajemy niemalże każdego z bohaterów, jednak gdy przez to przebrniemy, będzie coraz ciekawiej. Autorka przedstawiła na wstępie każdego ważniejszego, występującego w książce bohatera i na początku nurtowało mnie pytanie: po co? Jednak czytając dalej i coraz bardziej zagłębiając się w lekturę czytelnik zaczyna rozumieć ten zabieg. Poza tym wcale to tak strasznie na początku nie przeszkadza. Bez wątpienia jednak najważniejszą bohaterką jest tutaj Anna – studentka, która niedługo broni pracę doktorską. To jej należy się według mnie miano głównej bohaterki, mimo że pozostali również odgrywają niemałą rolę. Anna da się lubić, poza tym, że czasem irytowały mnie w niej niespodziewane wybuchy złości. Bohaterowie jednak są dość barwnie przedstawieni, szczególnie Johannes, przyjaciel Anny. Jeśli chcecie wiedzieć, o co mi chodzi, musicie niestety sięgnąć po książkę.

Ciekawa może wydać się również dla czytelnika debata, przestawiona przez Sissel-Jo, dotycząca tego, czy ptaki są potomkami dinozaurów. Z tego też wziął się tytuł powieści. Anna bowiem jest biologiem i próbuje w swojej pracy znaleźć dowody na to, że tak właśnie jest i obalić teorie niektórych naukowców. Temat fajny, niespotykany, i mimo że nazwy wszystkich dawniej żyjących dinozaurów mogą namieszać w głowie, to jednak jest to wszystko dość interesujące.

Powieść na pewno spotka się z uznaniem fanów kryminalnych historii. Ja zachęcam dodatkowo dlatego, że jest to dość oryginalna książka, ciekawie skonstruowane morderstwo, z którym nie spotkacie się w innych książkach tego gatunku. Ja jestem, po przeczytaniu tej książki, bardzo pozytywnie zaskoczona.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli