Cujo

Autor: Stephen King
Wyd.Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Liczba stron: 416
Ocena: 8/10
Są trzy rzeczy, których zawsze, odkąd pamiętam, się bałam. Zawsze pierwszym z nich była wysokość (tak, mam lęk wysokości do dziś), drugim na pewno woda, szczególnie ta głęboka (cóż, nie umiem pływać, kiedy to się zmieni może i przestanę w końcu bać się wody), trzecią jednak bez wątpienia są… psy. Może mi to trochę przeszło z wiekiem, szczególnie lęk przed ogromnymi psami, jednak nigdy nie mogłam rozważać przygarnięcia jakiegokolwiek, bo po prostu nigdy to nie wchodziło w grę. Nie lubię ich i już…

Do czego zmierzam? Do tego, że po przeczytaniu tej książki ani trochę nie zmieniłam zdania, wręcz się w nim utwierdziłam. Książek Kinga nie czytam często, bo mam do niego zawsze dość sceptyczne podejście. Może po prostu wyrosłam już z takich książek, co nie zmienia faktu, że twórczości Kinga nie znam (oprócz „Lśnienia”) i sama nie wiem, dlaczego do jego powieści podchodzę tak ostrożnie. Nic mnie nie usprawiedliwia, ale tak już jest i pewnie pozostanie. Jednak na mojej półce od czasu do czasu pojawia się jakaś jego książka – często pożyczona od kogoś, więc siłą rzeczy zobowiązuję się przeczytać. Tak też było z „Cujo”. Leżała na mojej półce pożyczona od siostry przez dość długi czas i czekała… na to, aż mi się nagle zachce. Sięgając po nią i zaczynając nadal byłam niepewna i sceptycznie nastawiona. Ale czy żałuję? Absolutnie nie!

O czym opowiada ta książka, chyba większość z Was wie, na pewno wiedzą zaś Ci, którzy Kinga uwielbiają. Cujo jest psem dość sporych rozmiarów, w końcu to bernardyn, ale znany jest w okolicy z tego, że jest również psem spokojnym i niezwykle łagodnym. Nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Jednak pewnego dnia, z pogoni nad niewinnym królikiem, Cujo wraca do domu z pogryzionym nosem. To właśnie od tej chwili zaczyna się horror, ponieważ pies zostaje zarażony wścieklizną. Chociaż na początku nic na to nie wskazuje. Cujo jednak robi się coraz bardziej agresywny, jest rozdrażniony, denerwuje go wszystko. Doprowadza to niestety do tego, że z dnia na dzień zmienia się w nieprzewidywalną bestię.

Ta książka mnie po raz kolejny (po „Lśnieniu”) zaskoczyła. Czym? Tym, że znowu dałam się Kingowi wciągnąć i niemalże zatracić. I tak naprawdę nie wiem, z jakiego powodu. Nie ma tu jakiejś niezwykłej akcji, bo cała tak naprawdę skupia się na dwóch rodzinach – rodzinie Camberów, która posiada Cujo oraz rodzinie Trentonów, której związek z pierwszą jest zupełnie przypadkowy, bowiem Joe Camber jest mechanikiem samochodowym, samochód Vica Trentona natomiast odmawia posłuszeństwa. Nie ma tu jednak jakiejś zaskakującej akcji, można nawet powiedzieć, że akcja niekiedy się niemiłosiernie wlecze, bo komu chce się czytać o tym, jak upada agencja reklamowa Vica, czy o tym, jak żona Cambera próbuje przekonać męża do wyjazdu. W tej książce przeplatają się bowiem losy tych dwóch rodzin, zupełnie sobie obcych, jednak połączonych zupełnie przypadkowo w zupełnie przypadkowym miejscu i czasie. Coś w tej książce jednak było, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać i pochłonęłam ją w półtora dnia. Co? Nie mam zielonego pojęcia. Bo akcja tak naprawdę rozwija się dopiero pod koniec. Kilkadziesiąt ostatnich stron czytałam niemalże z wypiekami na twarzy.

Zakończenie? Zaskakujące. Trochę smutne. Nawet łezka w oku może się zakręcić u trochę wrażliwszych czytelników. Nie mam porównania do innych książek Kinga, ale to zakończenie mnie zaskoczyło. I właśnie za to książka ta dostała ode mnie tak wysoką ocenę, głównie za zakończenie, ale przede wszystkim również za to, że ma to coś, co nie pozwalało mi jej odłożyć na półkę, dopóki nie skończę.

Do Kinga jednak stosunku swojego nie zmienię. Nie zmienię również po tej książce mojego podejścia do psów, no bo jak?... Jak mam się nie bać?... Nie da się.

Stephen King jest w ogóle godny polecenia, bez względu na to, na jaką jego książkę traficie. Bez względu na to, jaki ja mam do niego stosunek. Czytajcie, bo warto, a jeśli ktoś dodatkowo lubi książki tego typu, powinien po niego sięgnąć bez dwóch zdań. „Cujo” mi się podobała… chociaż powiedzieć „podobała” to nawet za mało. Polecam! Mimo niezbyt zawrotnej akcji szybko się czyta i wciąga. Świadczy o tym choćby sama moja, wysoka ocena.

15 komentarzy:

  1. Nie czytam Kinga, bo nie lubię czytać i się bać, ale mój mąż jest jego wiernym czytelnikiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja za Kingiem przepadam i przyglądam się tej książce od jakiegoś już czasu w Empiku, zastanawiając się nad kupnem. Twoja opinia pcha mnie w stronę spełnienie, tej drobnej przyjemności. Dzięki! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Są autorzy, po których książki można sięgać "w ciemno". Stephen King do nich należy :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyż mogłabym odmówić sobie książkę Kinga? Zdecydowanie nie:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Na razie czytałam tylko jedną książkę Kinga, ale nie był to dobry wybór - książka wynudziła mnie okropnie. Na szczęście nie uprzedzam się do tego autora i mam ochotę na kolejną pozycję Kinga. Jednak raczej nie będzie to "Cujo", ponieważ już wystarczająco boję się psów, po tym jak kiedyś jeden mnie ugryzł, więc po takiej książce moja obsesja mogłaby jeszcze pogłębić się, a tego nie chcę. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. uwielbiam Kinga i czytałam kiedyś tę książkę jednak zamierzam wrócić do niej po raz drugi :) i cóż za psami również nie przepadam... zdecydowanie wolę koty :) i również nie umiem pływać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś kotolubna, tak samo jak ja :)

      Usuń
  7. Witam następnego fana Kinga:) Oczywiście proza tego autora zawsze jest warta przeczytania. Polecam osobiście Lśnienie i Pod Kopułą :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Lśnienie" to była pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam... zresztą całkiem niedawno. Nie znam jego książek poza tymi dwoma, ale muszę chyba to zmienić :)

      Usuń
  8. Nie czytałam żadnej książki autora, ale chcę to zmienić

    OdpowiedzUsuń
  9. Kinga lubię, więc chętnie bym przeczytała :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zachęcająca recenzja, ale nie jestem przekonana czy to książka dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Wracam do Kinga co jakiś czas i tak coś czuję, że właśnie powoli on nadchodzi... Jeszcze nie wiem co się trafi, ale jeśli będzie to "Cujo", będę zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Kilka dni temu także dodałam recenzję tej książki u siebie, moja opinia jest także pozytywna, choć książkę czytało mi się dość opornie, przez te przestoje w akcji właśnie :)

    A co do wstępu, również nie umiem pływać, mam lęk wysokości, ale przy wchodzeniu na np. krzesło w celu pozbycia się kurzy, bo będąc na jakimś wzniesieniu nic mi się nie dzieje i boję się psów, zwłaszcza tych malutkich , wrednie szczekających. :)
    Jednak książki Kinga nie działają na mnie zastraszająco, czytam je jak inne i mimo, że je uwielbiam, a King to mój ulubiony autor, nie boję się. Jest to dla mnie tym bardziej dziwne, że jestem strasznym wrażliwcem, który płacze na reklamach, o filmach nie wspominając i boi się grać w gry przygodowe, bo za bardzo je przeżywa. A po lekturach Kinga zero strachu, tylko podziw dla twórczości. Eh, baby :)

    zapraszam:
    prywatna-poczytajka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli