Czerwień rubinu

Autor: Kerstin Gier
Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2011
Liczba stron: 344
Moja ocena: 7/10
Podróże w czasie fascynują chyba niemalże każdego. Mnie w każdym razie na pewno i od dawna. Nie wiem, od kiedy dokładnie, być może zafascynowana serią Diany Gabaldon zaczęłam szukać tej tematyki w literaturze – a muszę przyznać, wiele jej nie znalazłam. Nic więc dziwnego, że na słynną trylogię Kerstin Gier miałam chrapkę od dawna – na początku moją uwagę jednak przykuły okładki, szczególnie okładka części pierwszej – do tego stopnia, że książka w końcu znalazła się na mojej półce. Jednak leżała tam aż do teraz, w końcu wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać, jednak nie spodziewając się tak naprawdę niczego. Naczytałam się co prawda mnóstwa pozytywnych recenzji, czasem wręcz piejących z zachwytu nad książką, zawsze jednak odnoszę się do tego sceptycznie. Jak było tym razem? O tym za chwilę.

Na początek przybliżę trochę zarys fabuły, chociaż zainteresowani – nawet jeśli jeszcze nie mieli okazji czytać tej powieści – na pewno wiedzą o co chodzi. Gwendolyn jest szesnastolatką, jakich wiele. Mieszka z rodziną w Londynie, jednak jej rodzina, chociaż na pierwszy rzut oka wcale się taka nie wydaje, nie jest taka zwyczajna. Niektórzy jej członkowie posiadają bowiem gen podróży w czasie, który uaktywnia się zwykle między szesnastym a siedemnastym rokiem życia. Według ciotek i babki gen ten odziedziczyła kuzynka Gwen, Charlotta – do pierwszej podróży przygotowywana jest od dawna. Jednak pewnego dnia, niemalże na środku ulicy, Gwendolyn przenosi się na kilka minut do nieznanych jej czasów – okazuje się, że to nie Charlotta, ale właśnie Gwen jest podróżniczką – jej rodzice, chcąc uchronić ją przed problemami z tym związanymi zafałszowali datę jej narodzin, która warunkuje odziedziczenie tajemniczego genu. Główna bohaterka, kompletnie do tego nieprzygotowana, w jednej niemalże chwili musi przejąć obowiązki kuzynki, nauczyć i dowiedzieć się wszystkiego na ten temat – bowiem wkrótce będzie musiała wypełnić misję, o której do tej pory nie miała zielonego pojęcia. Nie jest jednak sama. Towarzyszy jej dwa lata starszy od niej Gideon – również, tak jak ona, podróżnik w czasie.

„Czerwień rubinu” jest pierwszym tomem Trylogii Czasu. I tak jak się tego po pierwszym tomie spodziewałam – jest mnóstwo niewyjaśnionych tajemnic, zagadki piętrzą się czytelnikowi w wyobraźni, jednak nic tak naprawdę do końca nie zostaje wyjaśnione. Jednak nie przeszkadzało mi to – zdaję sobie sprawę z tego, że to dopiero początek całek historii, a kolejne tomy wyjaśnią wszystko, co mnie po lekturze tej powieści nurtuje. A nurtuje wiele, bo „Czerwień rubinu” jest jakby dopiero wstępem do całej trylogii Kerstin Gier. I chociaż do takich książek podchodzę z dystansem – chodzi tu zarówno o fakt, ze książka jest częścią większego cyku, jak i o to, że to w końcu powieść dla nastolatek – to jednak tę książkę czytało mi się z przyjemnością. Może nie jest to jakaś wielka literatura, czego w końcu można się spodziewać po książce dla młodzieży, i to raczej tej damskiej części młodzieży – z przyjemnością jednak muszę napisać, że jest to, jak do tej pory, jedna z lepszych książek z tego gatunku, jakie czytałam.

Gwendolyn jest w końcu zwykłą nastolatką, jaką zapewne ja byłam jeszcze niedawno, a i jakich teraz nie brakuje, a Kerstin Gier przedstawiła ją w taki sposób, że polubiłam ją niemalże od razu. A tego własnie zawsze boję się w książkach dla młodzieży – beznadziejnej bohaterki, która sama nie wie, czego chce i mdłych dialogów z przyjaciółką (bo nie oszukujmy się, powiela się to w wielu powieściach młodzieżowych). Tutaj tego nie ma ku mojej uldze. Tym samym mam świadomość tego, że książka nie zmarnowała mojego spędzonego nad nią czasu, a wręcz przeciwnie – wciągnęła i zainteresowała. Bo oprócz wyżej wspomnianej bohaterki, jest w tej powieści magia, są podróże w czasie, jest wątek romantyczny (Gideona też obdarowałam w końcu ciepłymi uczuciami, choć nie było łatwo), a nawet element kryminalny, trochę z thrillera – więc co tu dużo pisać, niczego tej książce nie brakuje, a skoro wciąga i intryguje, więc jest jak najbardziej dobrze. 

Z przyjemnością sięgnę teraz po kolejne dwie części tej trylogii – bo ten początek, którym jest „Czerwień rubinu” tylko wzmógł mój apetyt na podróże w czasie, na kolejne zagadki, tajemnice, problemy Gwen i zadania, które będzie miała do wykonania, jak również na to, żeby odpowiedzieć sobie na pytania, które pojawiły się po przeczytaniu „Czerwieni…”. A jest tych pytań niemało i żadnej na nie odpowiedzi. Mam nadzieję, że kolejne tomy rozjaśnią nieco wszystko.

Wcale mnie nie dziwi fakt, że książka ta nazbierała tak wiele pochlebnych opinii i recenzji – uważam, że w pełni na to zasłużyła. Może dzięki niej przekonam się trochę do takich trylogii i będę chętniej je czytać? Co prawda wampirom i wilkołakom, których ostatnio w literaturze aż się roi, podziękuję, ale inna tematyka jak widać okazuje się bardzo ciekawa i intrygująca, więc… kto wie? „Błękit szafiru” jednak oraz trzecia, ostatnia część pt. „Zieleń szmaragdu” na pewno wkrótce zagoszczą na mojej półce – tego jestem w stu procentach pewna.

16 komentarzy:

  1. Styl tej powieści (bardzo infantylny) może do siebie zrazić. Na początku czytało mi się szczególnie ciężko. Potem jakoś to poszło, a fabuła chociaż niepozbawiona paradoksów, może się ciekawie rozwinąć w kolejnych tomach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czyta się lekko z początku, to fakt, ale potem można się przyzwyczaić :) Kolejne tomy przede mną, ale jestem ich ciekawa i tak :)

      Usuń
  2. Seria mnie urzekła :) Zdecydowanie najlepsza jest ostatnia część:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do ostatniej części jeszcze mam po drodze drugą, ale na pewno obie znajdą się na mojej półce :)

      Usuń
  3. Wiele słyszałam o tej książce i od dawna mam ją w planach :)
    zapraszam do mnie :
    http://ksiazka-na-kazdy-dzien.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Od dawna ciągnie mnie do tej trylogii, jednak powiedziałam sobie, że najpierw ją skompletuję na swojej półce, a dopiero potem przeczytam. Więc na razie jestem w trakcie zbierania pieniędzy :) co do tematyki wampirów, wilkołaków, zombie i innych mam takie samo zdanie - nie znoszę tego! Nawet nie próbowałam czytać ani tym bardziej oglądać "Zmierzchu", "pamiętników wampirów" czy innych z tej serii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak samo jak ja! Zmierzchu do tej pory nie znam i raczej nie poznam, odrzuca mnie na wstępie od takich książek :P

      Usuń
  5. Jeśli chodzi o powieści dla nastolatek, to omijam je szerokim łukiem, zupełnie mnie do nich nie ciągnie. W tej książce jednak spodobał mi się zarys fabuły, w której nie wsytępują żadne stworzonka typy wampiry/anioły/wilkołaki itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wampiry itp omijam szerokim łukiem... Po tę chętnie sięgnęłam bo jest w końcu o czymś innym :)

      Usuń
  6. Kiedyś w końcu muszę zamówić tę trylogię, bo ciągle czytam dobre opinie o tych książkach, a i temat podróży w czasie bardzo mnie intryguje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, opinie wszędzie są pozytywne :)

      Usuń
  7. trylogia cały czas przede mną
    chętnie jednak po nią sięgnę
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo lubię tę serię, przede mną jeszcze ostatni tom. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam całą Trylogię Czasu. Właśnie za to przeładowanie tajemnicami, niedopowiedzeniami i nagłymi zwrotami akcji. Każdy kolejny tom przedstawia wyższy poziom i kunszt literacki autorki. Jednak ukojenie w rozwiązaniu wszystkich nurtujących nas pytań, znajdziemy dopiero w ostatnim tomie :) Dlatego radzę Ci się przygotować, że "Błękit szafiru" przyniesie jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Uwielbiam tę serię. Co prawda nie jest to arcydzieło literatury światowej, ale cała trylogia w pełni skradła moje serce - albo raczej zrobił to Gideon :) Każdy kolejny tom jest lepszy od poprzedniego, a trójeczka wymiata totalnie. No i te okładki - nieziemskie!

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli