Siedem lat później

Autor: Emily Giffin
Wydawnictwo Otwarte, 2011
Liczba stron: 408
Od pewnego już czasu czekałam na to, aż wpadnie w moje ręce któraś z książek Emily Giffin. Pisarka znana jest bowiem nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, a każda z jej powieści zdobyła niemałą popularność. „Coś pożyczonego”, „Coś niebieskiego”, „Sto dni po ślubie”, „Dziecioodporna” bardzo szybko wspięły się na szczyty list bestsellerów. Mnie jednak zdarzyło się dostać niedawno w swoje ręce jej najnowszą powieść „Siedem lat później”. I raczej nie spodziewałam się niczego konkretnego – ot, zwykłe czytadło dla kobiet, żeby się zrelaksować i umilić sobie czas. Przeczytać coś lekkiego. Jakie wrażenie rzeczywiście odniosła na mnie ta książka?

Tessa i Nick są siedem lat po ślubie. Mają już dwójkę małych dzieci, czteroletnią Ruby i dwuletniego Franka. Poznajemy ich dokładnie w ich siódmą rocznicę ślubu. Rocznicę, która zmieni wszystko. Nick jest bowiem chirurgiem i często w najmniej spodziewanych chwilach wzywany jest do szpitala. Pech chce, że taki telefon dostaje również podczas ich rocznicowej kolacji w restauracji. Tess już dawno pogodziła się z tym, że Nick ma taką pracę, nie ma więc o to do niego pretensji – mąż przerywa kolację i jedzie na dyżur do pracy. Do szpitala trafia bowiem mały Charlie, poparzony podczas zabawy z innymi dziećmi przy ognisku. Chłopiec ma poparzenia na ręce i na twarzy – czeka go więc seria trudnych operacji przeszczepu skóry. Nick bardzo szybko zaprzyjaźnia się z Charliem, a los chce, że również z jego matką, Valerie – osobą, która zmieni wszystko w życiu nie tylko Nicka, ale również całej jego rodziny, łącznie z Tessą i dwójką małych dzieci.

Powieść ma dwie główne bohaterki. Jedną z nich jest Tessa, żona Nicka i mama Ruby oraz Franka. Kobieta, która siedem lat temu z wzajemnością zakochała się w Nicku, mężczyźnie z metra, zerwała zaręczyny z innym człowiekiem miesiąc przed ślubem i wyszła za miłość swojego życia. Bez wątpienia była to miłość od pierwszego wejrzenia, z wzajemnością, bo Nick był w niej również do szaleństwa zakochany. Druga bohaterka to Valerie. Samotna matka, zdradzona tuż przed tym, gdy dowiedziała się, że spodziewa się dziecka, w związku z czym jego ojciec nawet nie wiedział o tym, że ma syna. Bez wątpienia silna psychicznie kobieta, która jest pewna, że da sobie radę ze wszystkim, mimo że bywają w jej życiu chwile zwątpienia. 

Cała historia opowiedziana jest z dwóch perspektyw właśnie – z perspektywy żony Nicka, Tessy oraz jego kochanki – Valerie. Dzięki temu możemy dowiedzieć się co nieco o samych bohaterkach, o tym, co czują i co nimi kieruje. Powieść została jednak tak skonstruowana, że trudno było mi się opowiedzieć po którejś ze stron. Chociaż większa sympatię z mojej strony zdobyła chyba Tessa, jako ofiara, to jednak Valerie też jakoś tam próbowałam zrozumieć. Fakt, kobieta, która doskonale wiedziała w co się pakuje, zdawała sobie sprawę z tego, że Nick jest żonaty, że może to rozbić jego rodzinę i małżeństwo. Ale, jak brzmi słynne powiedzenie, serce nie sługa. Ona też, można by powiedzieć, stała się ofiarą Nicka. Czytelnik tak czy inaczej jej współczuje, nawet jeśli nie ze względu na to, że się zakochała, to chociażby dlatego, że przeżywa wypadek swojego synka i martwi się o niego. Jednak największą ofiarę całej tej sytuacji i tak widziałam w Tess – może dlatego tak bardzo ją polubiłam – bo Tess była pewna, że mąż nigdy nie byłby zdolny do zdrady. Jak można wywnioskować – nigdy nie należy mówić „nigdy”.

Jedyną osobą, która nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, był sam Nick, bardziej postać drugoplanowa, niż główna, chociaż to on właśnie był sprawcą wszystkich późniejszych wydarzeń i jak najbardziej winny wszystkiemu. Nie poznajemy jego perspektywy wydarzeń, stoi jakby na uboczu wszystkiego i jednocześnie bierze bezpośrednio w nich udział. Mam wrażenie, że Nick to taki typowy facet, zmęczony małżeństwem, życiem, który wpadł w wir pracy, któremu brakuje czegoś nowego w życiu. Dlatego posuwa się do zdrady. I chociaż nie należy wrzucać wszystkich mężczyzn do jednego worka, to jednak mam wrażenie, że są dwa worki i ten większy z nich to ten, w którym znalazł się Nick. Sam bohater jest jakiś taki bezbarwny, bez charakteru – nie zapałałam do niego specjalną sympatią. 

Mimo wszystko książka mi się podobała. Wiedziałam, choćby po opisie wydawcy na okładce, że będzie zdrada – ale ciekawość brała górę, jak to się wszystko potoczy, w jakich okolicznościach i jak cała historia się zakończy. Mimo tego, że jest to bardziej książka, którą można zabić nudę, nie należy do wybitnych dzieł, to jednak jest ciekawą, lekką powieścią, przy której można się zrelaksować i zapomnieć o codziennych sprawach, jednocześnie skłania trochę do zastanowienia się nad samym problemem zdrady oraz nad tym, jak my same, kobiety, zachowałybyśmy się w takiej sytuacji. Na pewno nie skreślę Emily Giffin ze swojej listy autorów do przeczytania – wręcz przeciwnie, zapamiętam ją sobie i gdy kolejnym razem będę miała ochotę na jakąś lżejszą lekturę, na pewno do tej autorki wrócę.

19 komentarzy:

  1. Pani Giffin jest jeszcze na mojej liście autorów do poznania i mam nadzieję, że i ja będę mogla kiedyś napisać że ta książka wpadła w moje ręce ;-) Bardzo fajna, szczegółowa recenzja :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam wszystkie części i tak szczerze mówiąc wiem że mi się podobały ale pamiętam jak przez mgłę - szkoda że tak długo trzeba czekać na następne części - myślę że na pewno przeczytam tą cześć tylko będe musiała sobie przypomnieć poprzednie

    OdpowiedzUsuń
  3. Emily Giffin poznałam w zeszłym roku czytając "Coś pożyczonego" i "Coś niebieskiego" niestety właśnie w takiej kolejności, czyli odwrotnie niż czytać się powinno :). Nie powaliła mnie na kolana, ale dosyć przyjemnie się te książki czytało i całkiem możliwe, że jeszcze do niej wrócę. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to taka literatura na zabicie nudy, ale warto przeczytać :)

      Usuń
  4. Właśnie kończę tę książkę i wywarła na mnie nawet dobre wrażenie.
    Ciekawi mnie Twoja ocena: 7/1? Być może 7/10 :) Nie, żebym się czepiała. Ale chyba wkradł się malutki błąd.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, dzięki za zauważenie, bo sama pewnie bym tego nie dostrzegła :)

      Usuń
  5. Czytałam kilka książek Giffin, takie miłe czytadła. W tej mnie nieco Nick denerwował i podobnie, jak Ty nie polubiłam go, ale ucieszyłam się z takiego, a nie innego zakończenia. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Po przeczytaniu książki "Sto dni po ślubie" postanowiłam zapoznać się z całą twórczością Emily Giffin. Lubię czasami sięgnąć po lekką powieść, przy której nie trzeba zbyt mocno ruszać mózgownicą. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie miałam okazji poznać tej serii, ale pewnie na odprężenie i jako relaks spisze się nieźle:))

    OdpowiedzUsuń
  8. Niestety, jakoś ta książka do mnie nie przemawia :/ Odpuszczę sobie.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam wcześniejsze książi tej autorki- w zeszłym roku na urlopie. To lektury w sam raz na wypoczynek-lekkie i przyjemne. Tę pozycję mam w planach-zwłaszcza, że widziałam ją w bardzo korzystnej promocji:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lekkie i przyjemne to słowa doskonale opisujące książki tej autorki :)

      Usuń
  10. Planuję przeczytać - kiedyś... ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Spodobały mi się książki Emily Giffin. Chętnie poznam wszystkie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również, tym bardziej, że dużo ich nie ma :)

      Usuń
  12. autorkę znam, ten tytuł również, choć jeszcze nie czytałam osobiście
    ale nadrobię kiedyś wszelkie zaległości :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Leży na półce i czeka aż ją przeczytam! ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Czytałam całą serię, ale najlepsza z nich wszystkich była pierwsza część. Reszta, według mnie, jest miałka i powiela stereoptypy.

    OdpowiedzUsuń

Czytasz? Pozostaw po sobie komentarz - będzie mi bardzo miło :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli