Stos #7/2012 na koniec lipca

Stos #7/2012 na koniec lipca

Ponieważ dawno już nie zamieszczałam tutaj żadnych stosików, dzisiaj przyszła kolej na takiego właśnie posta. Część z tych książek już przeczytałam, część dopiero czeka w kolejce. Stosik duży nie jest, pewnie z tego względu, że ostatnio nadrabiam zaległości ze swojej własnej półki :-)

 

Świat wg Bertiego, Alexander McCall Smith - książka sobie poczeka na mojej półce do czasu, kiedy uda mi się zdobyć 3 część cyklu, ten oto czwarty, więc na razie nie ma sensu czytać :-) Z Finty.
Niedzielni poeci, Agnieszka Stefańska - wygrana na blogu u Izis, za co bardzo dziękuję!
Comedia infantil, Henning Mankell - z biblioteki.
Kochanek dziewicy, Philippa Gregory - coraz bardziej lubię tę pisarkę, również z biblioteki.
Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska-Adamczyk - od dawna chciałam przeczytać całą sagę, mam nadzieję niedługo sięgnąć po kolejne części. Biblioteczna.
Krzyk pod wodą, Jeanette Øbro Gerlow, Ole Tornbjerg - od portalu Zbrodnia w Bibliotece, przeczytana na początku miesiąca, recenzja tutaj.

Wkrótce recenzje :-)
Widzicie coś dla siebie?

Jesień cudów

Jesień cudów

Autor: Jodi Picoult
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2007
Liczba stron: 424
Moja ocena: 6/10
Każdy miłośnik książek na pewno słyszał choć raz w swoim życiu nazwisko Jodi Picoult. Nawet jeśli nie czytaliście żadnej jej książki, to na pewno jej nazwisko jest Wam znane. Ja miałam okazję wcześniej już czytać kilka jej książek, jedne są gorsze, drugie lepsze, jednak zawsze historie poruszane w powieściach Picoult podejmują ważne tematy, nad którymi nie da się nie przysiąść na chwilę i nie zastanowić – wydarzenia, które mogą spotkać każdego z nas w każdej chwili, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

Wcale nie inaczej było z książką pani Picoult, którą miałam okazję czytać ostatnio, czyli „Jesień cudów”. Jej główną bohaterką jest siedmioletnia Faith, dziewczynka, która jest świadkiem zdady swojego ojca z inną kobietą – świadkiem tego jest również jej matka, która jakiś czas temu przeżyła już podobną historię z tym samym mężczyzną. Poprzednim razem Mariah wpadła w depresję i trafiła do ośrodka psychiatrycznego – teraz jednak, choć po raz drugi jest zdruzgotana, daje sobie radę. Faith jednak, po zdradzie ojca zaczyna dziwnie się zachowywać – widzi wyimaginowaną przyjaciółkę, zaczyna z nią rozmawiać, nazywa ją Bogiem. Na początku matka dziewczynki nie zwraca na to szczególnej uwagi, ale gdy Faith mówi, że zna tajemnicę jej dzieciństwa, coś, co może znać tylko Mariah – matka zaczyna się niepokoić. Niby dziewczynka normalnie zareagowała na zdradę, znalazła sobie przyjaciółkę, która ją broni i przy której czuje się bezpiecznie, jednak gdy nagle zaczyna nazywać ją Bogiem, recytować wersy z Biblii, której nie zna – Mariah zaczyna martwić się o córkę.

Nie bez znaczenia jest tutaj imię dziewczynki – Faith, które to imię po angielsku znaczy „wiara”. Bo książka w głównej mierze porusza kwestię wiary właśnie – tego, w co wierzymy i dlaczego. Wkrótce o Faith, o jej objawieniach, a nawet cudach, których dokonuje, dowiaduje się cały kraj. Pod domem matki i córki dzień i noc koczuje po kilkadziesiąt dziennikarzy, ale nie tylko – bo również ludzi, którzy wierzą w Faith, są przekonani o prawdziwości jej objawień i cudów przez nią dokonywanych. Faith zdobywa rzeszę fanów, ale i ludzi, którzy za wszelką cenę próbują udowodnić, że dziewczynka jest oszustką i przez swoją wyobraźnię próbuje tylko zwrócić na siebie uwagę.

Jedną z osób, należących do tej drugiej grupy jest Ian – ateista, który w telewizji prowadzi swój program, mający na celu obalić wszelką wiarę w objawienia boskie, cuda itp. On również zjawia się pod domem Mariah i Faith, jednak zdarza się coś, co pozwala mu trochę przybliżyć się zarówno do córki, jak i do matki, bliżej poznać jedną i drugą. Ian, mimo początkowo niezbyt pozytywnego podejścia do wydarzeń, od początku jednak zdobył moją sympatię. Poza tym jesteśmy nawet sami świadkami, jak stopniowo zmienia się jego stosunek do dziewczynki – do tego stopnia, że nawet zaczyna wierzyć w historię Faith, w objawiającą się jej przyjaciółkę – chociaż sam przed sobą niechętnie się do tego przynaje.

Jedyne, co mnie raziło w tej książce, to dojrzałość Faith i domyślam się, że zauważyłam to nie tylko ja. Dziewczynka ma tylko siedem lat, a jej wypowiedzi są tak dojrzałe, jak dorosłego człowieka. Myślę, że Jodi trochę przesadziła z kreacją jej psychiki – fakt, Faith nie jest zwykłą dziewczynką, nie jest wychowywana w żadnej wierze, nie zna Biblii, choć cytuje jej fragmenty – jednak zdecydowanie jest za dorosła jak na swój wiek.

„Jesień cudów” jest książką dobrą. Jak to często bywa u Jodi Picoult, możemy dzięki niej poznać perspektywę każdej ważnej w tej książce postaci z osobna, chociaż narrator przez cały czas jest trzecioosobowy. Porusza do tego ważny temat wiary i tego, co się za tym pojęciem kryje, ale nie tylko. Bo jest to również książka, która pokazuje nam relacje między matką a córką – tym, w co wierzy jedna, a w co druga, co je łączy, a co dzieli. Do tego jest historią, która porusza problem zdrady i radzenia sobie z nią. I tak jak niemalże każda książka Picoult – nie kończy się jednoznacznie, pozostawiając nieco naszej wyobraźni.

Bez wątpienia powieść jest godna polecenia. Nie jest może najlepszą książką tej autorki, jednak wciąga, jest interesująca i mimo trochę irytującej dorosłości Faith – jest książką, która na pewno pochłonie Wasz czas i zostanie na trochę w pamięci.
Zapach spalonych kwiatów

Zapach spalonych kwiatów


Autor: Melissa de la Cruz
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
Liczba stron: 304
Moja ocena: 5/10
Czy lubicie czarownice, latające na miotłach? Magię, czary i odrobinę mitologii? Bo właśnie głównie te elementy sprawiły, że książka w ogóle znalazła się na mojej półce. Plus przepiękna okładka, która oczarowała mnie nawet jeszcze wcześniej. Recenzje, które czytałam o tej książce, również były bardzo przychylne - dlaczego więc miałabym nie sięgnąć po coś, co na pierwszy rzut oka bardzo mnie zainteresowało? Spodziewałam się po tej książce wiele, a na pewno więcej, niż otrzymałam… 

Freya jest czarownicą. Tak samo, jak jej siostra Ingrid i matka Joanna. Jednak mamy XXI wiek, gdzie w jakiekolwiek czary nikt już nie wierzy, zresztą wszystkie 3 kobiety jakiś czas temu otrzymały zakaz używania jakiejkolwiek magii gdziekolwiek – muszą żyć, jak zwykli ludzie. Freyę poznajemy na jej własnym przyjęciu zaręczynowym – jednak nic nie jest takie, jak przyszła panna młoda sobie zaplanowała, bo jej wzrok zamiast na przyszłego męża, co i rusz wędruje w kierunku jego brata. Ingrid jest bibliotekarką, kochającą swoją bibliotekę, której grozi likwidacja. Joanna natomiast jest zwykłą kobietą, prowadzącą dom. Trzy kobiety łączy nie tylko pokrewieństwo – ponieważ wszystkie trzy niemal w tym samym czasie zaczynają przewidywać zbliżające się kłopoty. Joanna znajduje na plaży martwe ptaki, Ingrid otrzymuje tajemnicze mapy z niezrozumiałą inskrypcją, Freyę ciągnie do Kiliana, mimo że za miesiąc poślubi jego brata. Z jakimi problemami przyjdzie się zmierzyć bohaterkom i jakie tajemnice odkryją?

Książka zaczyna się całkiem ciekawie i nie zaprzeczam, najbardziej w niej zainteresował mnie wątek romansu Frei. Jednak przez cały czas zastanawiałam się: o co w tym wszystkim chodzi? Kiedy się coś wydarzy? Spodziewałam się po tej książce trochę żywszej akcji, która zainteresuje czytelnika – ale mnie niestety nic takiego nie spotkało. Książka zaczyna się ciekawie, ale potem po prostu nuży – żadnych ciekawych wydarzeń, wszystko się po prostu dzieje, brak jakichkolwiek zwrotów akcji. Nawet wtedy, gdy znika dziewczyna, która kilka chwil przedtem wypiła miłosny koktajl Frei... gdy kobiety coraz śmielej używają swoich zdolności, aby pomóc otaczającym ich ludziom, obawiając się tajemniczej rady… Autorka nie porwała mnie tym wszystkim w ogóle, jakby nie potrafiła rozwinąć akcji, ubarwić bohaterów. Cała ta historia wydała mi się po prostu nudna, a zakończenie rozczarowało jeszcze bardziej niż treść.

Do tego od samego początku absolutnie mi nie pasowało połączenie XXI wieku, wraz z komórkami, GPSem, internetowymi komunikatorami i mikrofalówkami - ze światem czarów, miasteczkiem gdzieś na uboczu, na granicy rzeczywistości i magii. Jestem pewna, że absolutnie da się to zrobić, ale Melissie de la Cruz się to w tej książce nie udało. Wszystko dzieje się albo tu, albo tam – nie ma tej spójności między oboma światami, nie ma tego łącznika. Czegoś brakuje – sama nie jestem w stanie powiedzieć, czego dokładnie, ale jednak… czuje się niedosyt. Poza tym książka jest tak pełna tajemnic, niemal nimi przesycona, niektóre wydarzenia trudno jest przez to zrozumieć, że czytając ją, tylko się irytowałam. Denerwowały mnie też od czasu do czasu przeskoki akcji – czasem niby kilka dni, ale dni ważnych dla akcji – a tu nic, jakby autorka czym prędzej chciała skończyć powieść, jakby pisała ją na zamówienie, nie biorąc pod uwagę tego, że taki manewr może po prostu zirytować czytelnika i zwyczajnie znudzić.

Poświęciłam na tę książkę kilka godzin w ciągu dwóch dni, ale po przeczytaniu żałowałam, że po nią sięgnęłam – jeszcze bardziej jednak, że wydałam na nią pieniądze. Lubię opowieści o czarownicach, lubię magiczny, czarodziejski świat, pełen tajemnic, ale świat stworzony przez Melissę de la Cruz wcale mnie nie zaczarował. Książka jest napisana dobrze, poprawnie językowo, nie ma w niej banalnych, mdłych dialogów, ale jednak… brakuje jej sporo moim zdaniem. Oczywiście – da się ją czytać, ale nie ciekawi tak, jak spodziewałabym się po książce tego typu. I muszę to napisać, ale cóż – taka jest prawda – że po raz kolejny piękna okładka nadrabia niezbyt ciekawą treść – bo okładka naprawdę mnie zaczarowała, cóż… szkoda.
Dziewczyna z sąsiedztwa

Dziewczyna z sąsiedztwa


Autor: Jack Ketchum
Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2009
Liczba stron: 301
Moja ocena: 8/10
O „Dziewczynie z sąsiedztwa” słyszałam wiele. Czy to były pozytywne czy negatywne opinie trudno powiedzieć – na pewno nie w takim rozumieniu, jakim uważamy te pojęcia na co dzień. W takim razie dlaczego? Dlaczego ta książka wywarła takie poruszenie wśród czytelników, co w niej takiego jest? Musiałam się przekonać na własnej skórze, o co w tym wszystkim chodzi. A skoro jeszcze polecana jest przez samego mistrza grozy i horroru, Stephena Kinga… 

O Jacku Ketchumie słyszałam wcześniej, jednak żadna jeszcze jego książka nie wpadła w moje ręce. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że słynie z horrorów – choć ten gatunek kiedyś był mi bardzo bliski, teraz staram się omijać je z daleka, prawdopodobnie już z nich wyrosłam. Jednak horrory czy thrillery, jakie pisze Ketchum, nie są horrorami, jakie sama znam. Przekonałam się o tym po przeczytaniu „Dziewczyny z sąsiedztwa” właśnie. Dlaczego? Bo nie znajdziemy tu wilkołaków, wampirów, demonów czy jakichkolwiek innych potworów. Jedynymi potworami, jakie tutaj znajdziemy, są… ludzie. I to jest w tej książce najbardziej przerażające.

Jack Ketchum przenosi nas do późnych lat 50. dwudziestego wieku, w zasadzie jest to przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. David, wówczas dwunastoletni chłopiec, jest mieszkańcem małego miasteczka, gdzie w zasadzie znają się wszyscy w okolicy, jednak każdy zajmuje się własnym życiem i nie wtrąca w życie innych. Jednak David nawet nie podejrzewa, że wkrótce zmieni się wszystko… Bo cała historia zaczyna się w chwili, gdy do sąsiadów przybywa czternastoletnia Meg wraz z młodszą, kaleką siostrą Susan. Dziewczynki, po wypadku, w którym straciły rodziców, trafiają pod opiekę ciotki Ruth Chandler, sąsiadki Davida. Jednak Ruth nie traktuje Meg i jej siostry jak krewnych, wręcz przeciwnie, są jej kulą u nogi, co z czasem prowadzi do tragedii… Życie Meg staje się koszmarem, gdy Ruth i jej dzieci zaczynają znęcać się nad dziewczyną…

Cała historia jest opowiedziana z perspektywy Davida. Davida, który jest już dorosły, ale który opowiada nam o wydarzeniach, mających miejsce, gdy był 12-letnim chłopcem. Chociaż sam nie bierze on udziału we wszystkim tym, co przydarza się Meg, jest tego świadkiem, którym targają sprzeczne emocje. Boi się cokolwiek zrobić, cokolwiek powiedzieć, obserwuje biernie wydarzenia. A gdy zdobywa się w końcu na odwagę i pragnie pomóc Meg, wszystko obraca się również przeciwko niemu. Trochę miałam żal do Davida – że nie zrobił kompletnie nic, aby zapobiec temu, co się stało – może i sam nie mógł nic zaradzić, ale przecież mógł powiedzieć komukolwiek o tym, co dzieje się praktycznie tuż za ścianą. Bo Ruth świetnie się z tym maskuje – nadal jest zwykłą kobietą, nie zdradza się na zewnątrz niczym, jednak w obecności swoich dzieci, a potem również dzieci z sąsiedztwa staje się potworem i oprawcą Meg. Ruth, która doprowadza siebie niemalże na skraj szaleństwa – możemy śledzić jej psychikę niemalże od początku – to, jak również jej obraz w oczach Davida – najpierw lubianą i podziwianą, potem wręcz odrażającą i przerażającą sąsiadkę.

Powiem szczerze, że powieść nie porwała mnie od samego początku. Fakt, zaczyna się ciekawie, bo autor zadaje nam pytanie, czym jest ból i daje do zrozumienia, że tak naprawdę nie wiemy o nim nic. Jednak przez pierwsze kilkadziesiąt stron zastanawiałam się, do czego w ogóle ta książka zmierza tylko po to, żeby przez kolejną połowę nie móc się od niej oderwać. Tak, nie mogłam się oderwać, mimo że to wszystko jest tak przerażające i wręcz odrażające, tak okrutne, że aż trudno uwierzyć, że człowiek jest zdolny do takich czynów. Książka wręcz ocieka krwią, czujemy w powietrzu jej zapach, niemalże fizyczny ból. Tak, największymi potworami, jakiekolwiek chodziły i chodzą po świecie, są ludzie – przerażające, prawda?

Jack Ketchum, pisząc „Dziewczynę z sąsiedztwa” wzorował się na prawdziwych wydarzeniach. Nie wiedziałam o tym, biorąc tę powieść do ręki, czułam wręcz ulgę, że to tylko fikcja literacka – jakże byłam w błędzie! Jest to kolejny dowód na to, jak okrutni potrafią być ludzie. Na podstawie wydarzeń przedstawionych w książce powstał również film – cóż, na razie nie wiem, czy mam ochotę go oglądać… ale kiedyś zrobię to na pewno. 

Nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę. Na pewno w przyszłości wezmę w swoje ręce również inne powieści Ketchuma. Na pewno trzyma w napięciu i nie pozwala ot tak odłożyć jej na miejsce, a potem zapomnieć. Jednak Ci, którzy są wrażliwi na takie historie, niech zastanowią się kilka razy nad tym, czy wziąć ją do ręki. Przeraża na wskroś. Do tej pory mam w wyobraźni te wszystkie okrutne obrazy. Nie zdziwię się, gdy czytelnik odłoży ją kilka razy, żeby wrócić do niej później – trzeba przeczytać, żeby się przekonać, o czym mówię.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Opowieści przy kawie

Opowieści przy kawie


Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2011
Liczba stron: 336
Moja ocena: 7/10
Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu wrócę na 44 Scotland Street. Jednak się udało i na mojej półce znalazły się „Opowieści przy kawie” – druga część przygód mieszkańców Edynburga. Stała sobie na półce i stała, a ja nie mogłam się doczekać, kiedy wezmę ją do ręki i zacznę czytać. I nadszedł w końcu ten moment, a potem trochę za szybko się skończył – jak wszystko, co dobre. 

Dzięki Alexandrowi McCall Smith’owi znowu mogłam znaleźć się w domu przy słynnej uliczce Scotland, wśród starych mieszkańców kamienicy i zobaczyć, co u nich nowego. A dzieje się niemało! Bertie w dalszym ciągu chodzi na psychoterapię razem z matką Irene, która chyba jednak potrzebuje jej bardziej niż syn. Jednak Bertie w końcu będzie miał parę uciech w życiu i dobrze – w końcu to tylko sześcioletni chłopiec! Bruce, zapatrzony w siebie, były rzeczoznawca nieruchomości, w końcu otworzy swój własny sklep z winem, ileż jednak przyjdzie mu zapłacić za swoją własną nieuwagę! Bez wątpienia będzie mu się to należało… Domenica, najbardziej doświadczona mieszkanka kamienicy coraz bardziej zaprzyjaźnia się z Pat, nie przestaje śledzić i komentować życia swoich współmieszkańców, jednak podejmie decyzję o dalszej karierze antropologa… Oj, dużo się będzie działo i jestem pewna, że nie będziecie się nudzić!

Kto nie zna jeszcze kamienicy pod numerem 44, koniecznie musi zwrócić uwagę na pierwszą część tej książki „44 Scotland Street”. A nie jest to zwykła książka, bo pisana w odcinkach, pierwotnie do szkockiej gazety „Scotsman”. Rozdziały nie są długie, wręcz przeciwnie, ale dzięki temu czyta się ją szybko. W każdym coś się dzieje tak, że autor jednak nie pozwala nam się znudzić – w końcu na każdej niemalże stronie coś musi się stać – inaczej czytelnik pewnie usnąłby, zanim by się obejrzał. Tutaj nam to nie grozi – i całe szczęście.

„Książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę.”
The Times

„Opowieści przy kawie”, jak i poprzednia część, to doskonały obraz dzisiejszego Edynburga. Ale nie deszczowego, pochmurnego Edynburga, ale jak najbardziej słonecznego, głównie za sprawą humoru, który pojawia się prawie na każdej stronie, nawet jeśli w danej chwili pada deszcz. Jest to taki typowy, brytyjski humor, który uwielbiam – polubiłam ten klimat już dawno temu, przypomniałam go sobie za sprawą pierwszej części i nie mogłam się doczekać, kiedy poczuję go znowu. Teraz, po przeczytaniu „Opowieści…” nie tylko mam ochotę na więcej – chcę całą tę serię mieć na półce i jestem coraz bliższa spełnienia swojej zachcianki.

Cieszy mnie również to, że w „Opowieściach przy kawie” zdecydowanie więcej jest Bertiego i jego ciekawych perypetii. Polubiłam go już w pierwszej części, sześcioletniego chłopca, bez dzieciństwa jak normalne dzieci,  za to z matką, która za sprawą dziecka – jak to nazywa – „przedsięwzięcia Bertie” - spełnia swoje zachcianki i marzenia. Irene nie raz i nie dwa irytowała mnie swoim zachowaniem i zirytuje pewnie jeszcze parę razy w przyszłości, ale któż mi nie przyzna racji, że to jednak niesamowicie barwna brytyjska rodzina? Polubiłam za to Stuarta, ojca Bertiego – on jedyny zdaje się rozumieć synka.

Naprawdę miło jest czasem wziąć do ręki taką książkę, która jest lekka jak piórko, ale która co chwila wywołuje uśmiech na naszej twarzy, która jest najlepszym lekiem na złe samopoczucie, smutek, chandrę. Chcecie poprawić sobie humor? Sięgnijcie po przygody mieszkańców edynburskiej kamienicy – na pewno nie będziecie się nudzić, a poprawa humoru gwarantowana!
Lubię...

Lubię...

I kolejna zabawa... Zostałam do niej zaproszona przez Waniliową i jakiś czas temu również przez mallcziki - nie udało mi się wywinąć... cóż :-)


1. Banerem – jest owo zdjęcie, które pojawia się u mnie – i u każdej otagowanej dziewczyny/chłopaka
2. Napisz kto Cię oTAGował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwą, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. Otaguj kilka osób.


Hm... a więc:

Lubię... biegać. Nie biegam zawodowo, ale dlatego, że chcę i że sprawia mi to przyjemność. W ogóle jestem na tak jeśli chodzi o jakąkolwiek aktywność fizyczną, raczej nie siedzę w wolnym czasie na kanapie oglądając telewizję...

Lubię... czytać. I tego chyba nie muszę komentować. Wolę książkę od telewizji - zdecydowanie.

Lubię... kawę z dużą ilością mleka. Czarnej nie przełknę za żadne skarby, piję tylko tę z mlekiem i bez cukru, najlepiej o poranku :-)

Lubię... czerwoną herbatę. Od dawna jestem jej miłośniczką, i nie tylko czerwonej, jestem fanką wszelakiego rodzaju herbat i mogłabym je pić na okrągło.

Lubię... koty. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła sama jakiegoś przygarnąć, na razie niestety jest to niemożliwe, ale kiedyś na pewno!

Lubię... ład i porządek. Nie to, że jestem jakąś pedantką, ale lubię, jak jest w domu - chociaż na pierwszy rzut oka - czysto. Nie cierpię mieszkać w bałaganie.

Lubię... gotować i piec, szczególnie to drugie. Często eksperymentuję z różnymi nowymi przepisami, poza tym lubię odkrywać nowe smaki.

Lubię... Francję i wszystko co francuskie. Uwielbiam klimat francuskich filmów, kuchnię francuską, kocham brzmienie języka francuskiego, mam nadzieję, że kiedyś go opanuję tak, jak bym chciała.

Lubię... Szkocję i szkockie krajobrazy. Uważam również, że nawet pogoda tam ma swój urok, chociaż przez większą część roku pada :-)

Lubię Rosję. Jeśli już jesteśmy przy krajach. Rosję i literaturę rosyjską, język jakoś nieszczególnie mnie pociąga :-)

Lubię... historię. Interesuję się nią od czasów szkoły podstawowej, kiedy to strasznie lubiłam słuchać opowiadać nauczyciela na temat bitew, średniowiecznych królów i zwyczajów wtedy panujących. Do tego uwielbiam czytać książki historyczne, nie tylko powieści, ale również literaturę faktu - a ze wszystkich epok najbardziej lubię średniowiecze i historię II wojny światowej.

Lubię... słońce. Nie bez powodu moją ulubioną porą roku jest lato. Lubię się położyć na plaży albo na trawie w ogrodzie i po prostu cieszyć się słońcem.

Lubię... chodzić do kina. Nie chodzę często i może dlatego sprawia mi to taką przyjemność.

Lubię... zorganizowanie i planowanie. Najbardziej lubię dni, kiedy sama jestem zorganizowana i zrobię wszystko, co sobie zaplanuję na dany dzień - jestem wtedy szczęśliwa, że kolejny tak udany dzień za mną.

Lubię... punktualność. Cenię ludzi, którzy nie spóźniają się na umówione spotkania, ja staram się tego nigdy nie robić.

Lubię... swój rudy kolor włosów :-) I nigdy nie zamienię go na żaden inny!


Ech... i co ja jeszcze lubię? Długo by opowiadać. Ale to chyba najważniejsze rzeczy, które przyszły mi w tej chwili do głowy. 
Kolejnych osób tagować nie będę, mam wrażenie, że już wszyscy w tej zabawie wzięli udział, a jeśli nie, zapraszam :-)

A Wy, co lubicie???
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu


Autor: Haruki Murakami
Wydawnictwo MUZA, 2010
Liczba stron: 192
Każdy z nas, a co najmniej większość ma jakąś pasję. Nieważne co to takiego, większość ludzi ma jakieś zajęcie, rzecz, czynność, którą robi bo lubi, do której nikt go nie zmusza i która czyni go szczęśliwym, sprawia mu przyjemność. Dla mnie bez wątpienia takim zajęciem jest czytanie, ale nie tylko. Może chociaż bieganie nie jest (jeszcze) moją pasją, to jednak od czasu do czasu, o poranku, lubię wstać wcześniej, wskoczyć w sportowe buty i pobiegać. Chociaż biegam zupełnie amatorsko, to jest to coś, co sprawia mi przyjemność i co robię, bo lubię, coś, do czego nikt mnie nie zmusza.

O czym mówi Haruki Murakami, kiedy mówi o bieganiu? Na pewno nie mówi nam wtedy: Biegajcie, bo bieganie jest zdrowe. Biegajcie, bo jest wspaniałe. Takich słów w jego książce nie znajdziemy. Bo pasja to coś, do czego nikt nas nie zmusza, nie mówi: rób to, bo to jest dobre dla Ciebie. Sami doskonale wiemy, co uczyni nas szczęśliwymi, z czym czujemy się dobrze. Takie właśnie jest bieganie dla Murakamiego. Jego książka to jego własny pamiętnik, opublikowany jakby uzupełnienie do jego wcześniejszych powieści. To opowieść o jego pasjach, marzeniach, rzeczach, które czynią go szczęśliwym. Jest to pewna forma autobiografii, chociaż nie do końca odzwierciedlająca całe jego życie – bo Haruki pisze w niej głównie o bieganiu właśnie i o tym, jaki wpływ na jego życie to bieganie wywarło.

Przyznam szczerze, że jest to pierwsza książka Murakamiego, jaką przyszło mi przeczytać. Z jego twórczością nie miałam jeszcze do czynienia, zawsze do półki w księgarni z tego powieściami podchodziłam jakby od niechcenia, czując, że coś bym przeczytała, dochodząc w końcu do wniosku, że jednak nie. Cały czas jednocześnie nie dawało mi spokoju pytanie: co takiego w tych książkach jest, że zdobyły taką popularność? Coś przecież musi być na rzeczy. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” nie wpadło w moje ręce jednak przypadkiem – ponieważ sama od czasu do czasu biegam, chciałam tę książkę przeczytać. Doszłam też do wniosku, że to będzie doskonały wstęp do poznania twórczości tego popularnego japońskiego pisarza.

Teraz, odkładając ją w końcu na półkę, mam ochotę w tej właśnie chwili założyć buty i biec. Po prostu. Chociaż nie ma tam ani słowa o tym, jakie bieganie jest zdrowe (przecież wszyscy o tym doskonale wiemy!), jak wspaniale wpływa na sylwetkę (o tym też wiemy). Dla mnie, po lekturze tej książki bieganie jest czymś, co zmienia nas nie fizycznie, choć to na pewno efekt uboczny, ale przede wszystkim mentalnie. Coś, co pozwala nam zmierzyć się z problemami, o ile takie są, co pozwala zapomnieć o zmartwieniach, w końcu coś, co robimy, bo chcemy, co lubimy, bo tak czujemy. 

Sięgnęłam po tę książkę również mając nadzieję na to, że da mi odrobinę motywacji. Może nie spodziewałam się tego specjalnie po tej książce, że powie mi: Idź, biegnij. I tak też nie zrobiła. Ale jednak moje oczekiwania co do niej zostały spełnione. Zaspokojone. Bo zamiast słów „biegaj” dała mi coś innego – zrozumienie, po co robią to inni. Co nimi kieruje. Co kieruje Harukim Murakamim, po co on w ogóle biega? I wiecie co? Robi to dokładnie z tego samego powodu, co ja. Bo lubi. Chociaż bez wątpienia jest bardziej doświadczonym biegaczem niż ja, to właśnie to jedno nas łączy.

Co do twórczości Murakamiego – teraz wiem, że obok jego książek obojętnie nie przejdę. Nie odłożę już żadnej na półkę, mówiąc: nie, to jednak nie dla mnie. Cieszę się jednak, ze to właśnie ta książka wpadła pierwsza w moje ręce. A czy polecam? I komu? Na pewno nie osobom, które nie biegają i które nie czytają książek. Bo to będzie dla takich osób jedna wielka nuda. Dla tych, którzy czytają a nie biegają?... Hm… można spróbować, ale nic nie obiecuję. Ale jeśli ktoś biega i choć odrobinę na pojęcie o tym i rozumie, o czym piszę ja i o czym Murakami – książka obowiązkowa. Ja jestem naprawdę pod wrażeniem.
Prowincja pełna słońca

Prowincja pełna słońca


Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo Mg, 2011
Liczba stron: 290
Mazury – nie bez powodu były typowane jako jeden z najpiękniejszych cudów natury na świecie. Ten, kto choć raz tam był, nawet jeśli nie zakochał się w Mazurach od pierwszego wejrzenia, to na pewno zrobiły na nim wrażenie. Mazury są też miejscem, gdzie urodziła i wychowała się Katarzyna Enerlich. I właśnie tam rozgrywa się akcja prowincjonalnego tryptyku pani Kasi – na Mazurach.

Bohaterowie jakże znani nam z poprzednich części… ale jak dużo się u nich zmieni! Będą smutki – może nawet więcej smutków niż radości, ale będą też znowu piękne miejsca do odwiedzenia, będą jeziora, lasy… Ale będą nie tylko Mazury… bo pojawią się na drodze Ludmiły również Włochy i małe miasteczko nad Adriatykiem, w którym znajdzie się główna bohaterka w poszukiwaniu rozwiązania trudnej sytuacji, która ją spotyka. Tak tak, Ludce nie będzie w życiu łatwo, ale jak to każda rozsądna kobieta, nie poddaje się. A dzięki podróży pozna nowych przyjaciół, którzy dużo wniosą w jej życie, zmienią tok myślenia i w pewnym momencie Ludmiła dojdzie do wniosku, że jednak to co jej się przydarzyło, to nic, że niektórzy ludzie są w dużo gorszej sytuacji… jak koleżanka z pracy, Marokanka Amina, która ucieka przed mężem tyranem. Co tu dużo pisać – sami musicie sięgnąć po tę książkę.

Być może nie będzie to recenzja samej „Prowincji pełnej słońca”, a raczej całego tryptyku, który urzekł mnie od pierwszych stron. Trudno jest pisać o kolejnej części jakiejś tam całości, żeby się za każdym razem nie powtarzać, ale muszę napisać, że trzecia część zrobiła na mnie ponownie ogromne wrażenie. Czasem, gdy czyta się kolejny tom jakiejś historii ma się uczucie, że autor jakby na siłę chciał napisać dalsze losy bohaterów, co nie do końca wszystkim wychodzi. Tutaj tego nie ma. Tu jest po prostu zwykła historia, która może spotkać każdego z nas, życiowa – i być może dlatego tak wciąga… Nie ma bohaterów, którzy są szczęśliwi, zawsze się uśmiechają i niczego im w życiu nie brakuje. Nie ma happy endu, który powtarza się w 9 na 10 książek. Ludmiła jest kobietą jak każda z nas, chce być szczęśliwa, ale niestety nie zawsze szczęście puka do naszych drzwi, gdy akurat tego chcemy. 

Ale znowu mamy Mazury. Nie ma tu żadnego przesytu, wręcz przeciwnie, jest to tak pięknie opisane, że tylko pakować walizkę. Ale oprócz Mazur, czego nie było wcześniej, pojawiają się tutaj słoneczne, gorące Włochy. I tak jak klimat Mazur czujemy na kartach książki, tak samo czujemy to palące słońce, które towarzyszy nam razem z Ludmiłą, klimat włoskich uliczek, zapachy regionalnych potraw… Katarzyna Enerlich potrafi stworzyć w swoich powieściach klimat bez względu na to, gdzie akurat toczy się akcja jej powieści. A jest w tych wydaniach jeszcze coś, o czym chyba wcześniej nie wspominałam, a na co warto zwrócić uwagę i co jeszcze bardziej przybliża nam Mazury – zdjęcia Mrągowa i mazurskich wsi, uliczek, które Ludmiła codziennie pokonywała, miejsca w których bywała. Dzięki temu możemy to zobaczyć na własne oczy nie ruszając się z domu.

Cały prowincjonalny tryptyk moim zdaniem trzyma poziom. Znowu nie można się oderwać od książki, znowu przepada się z nią na kilka godzin – cóż, po prostu mnie urzekła i już. Idealne książki na lato, na takie letnie popołudnia – ale koniecznie w odpowiedniej kolejności. Ja dzięki pani Kasi jeszcze bardziej kocham Mazury, ale nie tylko… bo dzięki „Prowincji…” trochę inaczej zaczęłam patrzeć na życie i na to co nas spotyka. Idealna literatura dla kobiet, ale nie jakieś tam zwykłe czytadło, które po skończeniu rzuci się w kąt i zapomni… Tej historii się tak łatwo nie wymaże z pamięci… to mogę Wam obiecać.


Za cały prowincjonalny tryptyk, który tak bardzo mnie urzekł, dziękuję z całego serca Wydawnictwu Mg
Cichy wielbiciel

Cichy wielbiciel


Autor: Olga Rudnicka
Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Liczba stron: 440
Moja ocena: 10/10
Kwiaty, prezenty, listy miłosne – ach, jakie to romantyczne! Która z nas nie chciałaby dostawać takich miłych niespodzianek od czasu do czasu? Niewiele jest takich osób. A co, gdybyśmy takie bukiety i wiersze dostawały od kogoś, kogo nie znamy? Czyż posiadanie cichego wielbiciela nie jest słodkie, ciekawe, intrygujące?... Co jednak by się stało, gdyby takich romantycznych smsów przychodziło do Was po kilkadziesiąt, a czasem i ponad sto dziennie? Co, gdyby nasz tajemniczy wielbiciel wydzwaniając na nasz numer telefonu, zaczął blokować połączenia od innych osób? Gdyby przysyłał kwiaty codziennie do pracy albo na adres naszego domu – gdyby to wszystko dawno przekroczyło granicę dobrego smaku?

Julia jest zwykłą dziewczyną, po studiach, z dobrą pracą, ma kochającego chłopaka Pawła, mieszka z dwoma przyjaciółkami ze studiów. Pewnego dnia dostaje bukiet róż, który przychodzi na adres firmy, w której pracuje. Pierwszą jej myślą jest, że to od Pawła – jednak jak się okazuje, on nic o tym nie wie. Jest więc zaintrygowana, od kogo może być prezent i lekko podekscytowana. Z czasem zaczynają się też głuche telefony – na adres jej służbowej komórki i do pracy. Początkowo jest tylko trochę zaniepokojona, jednak gdy tajemniczy wielbiciel zdobywa numer jej prywatnej komórki i zaczyna wydzwaniać, zdobywa jej adres, na który przychodzą niechciane prezenty – jest coraz bardziej przerażona. On wie o niej niemalże wszystko, ona nie wie o nim nic. Nikt z otoczenia nie widzi problemu, koleżanki i matka jej zazdroszczą… A Julia jest coraz bardziej przerażona.

Pierwszy raz, właśnie za sprawą tej książki spotkałam się z pojęciem stalkingu. Wiedziałam, że istnieje coś takiego jak nękanie, śledzenie ofiary, nagabywanie, nie wiedziałam jednak, że ma to swój własny termin. Julia stała się bezpośrednią ofiarą stalkingu. Cichy wielbiciel to niby nic takiego, przecież to takie romantyczne, te wszystkie prezenty, smsy, bukiety kwiatów… Jednak Julia po kilku dniach ma tego dość, daje do zrozumienia swojemu adoratorowi, że nie interesuje ją nic więcej, że nie bawi ją cała ta sytuacja… Jednak mężczyzna nie ustępuje. Nie pomaga nawet interwencja na policji. Dziewczyna czuje się coraz bardziej osaczana, coraz mniej bezpieczna w świecie, w którym żyje. Nie rozumieją jej przyjaciele, którzy coraz bardziej odsuwają się od niej jak od trędowatej… Bo stalking to nie tylko nękanie ofiary, w dużej mierze przenosi się to również na jej rodzinę, przyjaciół, współpracowników.  W jednej chwili życie Julii przeradza się w piekło, każdy dzień przypomina koszmar, stalker niszczy jej życie krok po kroku. 

„Co jest z Tobą nie tak?
Nic Cię nie zadowala?
Ty niewdzięcznico!
Nie pozwolę się poniżać!
Jesteś żałosna!”

Jestem pod wielkim wrażeniem tej książki. Od dawna chciałam ją przeczytać, czytając kolejne recenzje wiedziałam, że się na niej nie zawiodę – i nie myliłam się. Podziwiam również samą autorkę, Olgę Rudnicką, która mimo młodego wieku stworzyła tak niesamowitą książkę, historię, która w doskonały sposób przedstawia psychikę nękanej ofiary, jak i samego sprawcy. Julia, zwykła dziewczyna, z dnia na dzień traci poczucie bezpieczeństwa, jest przerażona, boi się wychodzić z domu, bliska depresji, czuje się wszystkiemu winna. Nie pomaga zmiana numeru telefonu, adresu – mężczyzna znajdzie sposób, aby zdobyć jej nowe dane. Na uwagę zasługuje tutaj również sam tajemniczy wielbiciel – takie osoby wykazują się niesamowitą inteligencją, sprytem, dotrą do ofiary zawsze i na różne sposoby. A takie nękanie trwać może nawet kilka miesięcy czy lat, może zakończyć się samobójstwem ofiary – dla mnie samej, gdy o tym czytam, jest to przerażające! I pomyśleć, że do niedawna stalking w ogóle nie był karany! Dopiero w zeszłym roku został znowelizowany kodeks karny i w czerwcu 2011 roku weszły z życie przepisy dotyczące karalności takiego zachowania.

Książka jest niesamowita. Nie można się od niej oderwać. Wciąga, trzyma w napięciu. Nie mogłam przestać jej czytać. Napisana jest przyjemnym językiem, czyta się ją błyskawicznie  - cóż, po prostu moja ocena mówi sama za siebie. Cóż tu więcej dodawać? Poza tym porusza temat, który często nie powtarza się ani w literaturze, ani w telewizji – ale bardzo ważny, na który trzeba zwrócić uwagę i wiedzieć, jak się zachować w takiej sytuacji. Bo najbardziej przerażający jest fakt, że ofiarą stalkingu może paść każdy z nas. A prześladowcą może się okazać zupełnie zwyczajny człowiek, niczym się nie wyróżniający, na którego nigdy nie zwrócilibyśmy uwagi. 


Książkę miałam okazję poznać dzięki akcji Włóczykijka
Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli