Podsumowanie maja

Podsumowanie maja

Nie wierzę, że ten miesiąc zleciał aż tak szybko - czas biegnie nawet nie wiadomo kiedy.
Najwyższa pora więc zrobić małe podsumowanie miesiąca:

W maju udało mi się przeczytać 13 książek - wynik dla mnie świetny, choć podejrzewam, że niektórzy z Was mają na koncie nawet więcej :-) Oto moje majowe książki:

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki - Mario Vargas Llosa RECENZJA
Biała królowa - Philippa Gregory RECENZJA 
Szeptem - Becca Fitzpatrick RECENZJA
Piąta kobieta - Henning Mankell RECENZJA
Świętokradcy - William Ryan RECENZJA
Bez mojej zgody - Jodi Picoult RECENZJA
Kobiety z domu Soni - Sabina Czupryńska RECENZJA
Ucieczka z Festung Breslau - Andrzej Ziemiański 
Africanus. Syn konsula - Santiago Posteguillo RECENZJA
Trzydziesty kilometr - Stefano Redaelli RECENZJA 
Proroctwo sióstr - Michelle Zink RECENZJA wkrótce
Niespokojne kości - Melvin R. Starr RECENZJA
Powrót na Route 66 - Michael Zadoorian RECENZJA wkrótce 

Zaś jeśli chodzi o statystyki...
Liczba przeczytanych stron: 4980, co daje dziennie... 160 stron...
Liczba zrecenzowanych w maju książek: 12
Podwoiła się również liczba wyświetleń mojego bloga, co mnie bardzo cieszy, że ktoś tu w ogóle zagląda... nie sądziłam, że tak licznie... 1316 :-)

Jeśli chodzi natomiast o książkę najlepszą i najgorszą, to wystarczy prześledzić moje oceny, problemu z tym nie miałam żadnego:


"Szeptem" (4/10) vs "Kobiety z domu Soni" (10/10) 


Pozdrawiam i zapraszam jutro - będzie niespodzianka!

Niespokojne kości

Niespokojne kości


Autor: Melvin R. Starr
Wydawnictwo Promic, Warszawa 2012
Liczba stron: 312
„Niespokojne kości” wpadły w moje ręce niespodziewanie, jednocześnie bardzo się ucieszyłam, że w ogóle wpadły. Bo od razu niemalże zainteresował mnie opis fabuły na okładce oraz fakt, że akcja powieści nie dzieje się współcześnie. Zagłębiając się coraz bardziej w opis wydawcy, doszłam do wniosku, że nie tylko jest to powieść historyczna – autor fabułę osadził w Anglii – więcej więc do tego, aby zachęcić mnie do przeczytania, nie trzeba było.

Głównym bohaterem powieści i zarazem jej narratorem jest Hugh z Singleton, syn ubogiego rycerza, niedoszły duchowny, który w pewnym momencie, pod wrażeniem jednej z przeczytanych książek, postanawia zostać nie księdzem, a chirurgiem i pomagać ludziom. Bez wątpienia uzdolniony, najpierw zgłębia wiedzę w Oxfordzie, potem uczy się fachu w Paryżu, by ponownie wrócić do Anglii i otworzyć własną praktykę. Pewnego dnia na swojej drodze spotyka lorda Gilberta – najpierw jako swojego pacjenta, okazuje się, że później również jako pracodawcę. Hugh zostaje chirurgiem na dworze lorda, a pech chce, że w tym samym czasie, podczas oczyszczania szamba, zostają znalezione kości młodej dziewczyny. Gilbert najpierw prosi lekarza o zbadanie szczątków, wkrótce jednak okazuje się, że dziewczyna została zamordowana, a lord oczekuje od niego nie tylko identyfikacji kości, ale również znalezienia sprawcy tego występku. Hugh nigdy by nie przypuszczał, że przypadkowo znalezione kości nie będą mu dawały w nocy spać, nie wie, jak zabrać się do odnalezienia mordercy – jednak przyjmuje polecenie lorda Gilberta.

Akcja książki dzieje się w drugiej połowie XIV wieku i muszę przyznać, że klimat średniowiecznej Anglii czuć w niej już od pierwszych stron – a to jest coś, co lubię. Sama powieść jest pisana w formie kroniki prowadzonej przez Hugh z Singleton, chirurga i lekarza dusz, jak sam siebie nazywa. Hugh jest jednak bez wątpienia bohaterem interesującym i da się lubić, z lekką dozą poczucia humoru, które od czasu do czasu sprawia, że uśmiechamy się mimo woli. Ale myślę, że na uwagę zasługuje tu nie tylko Hugh, ale również lord Gilbert. Muszę przyznać, że chyba polubiłam go bardziej nawet od głównego bohatera – postać, która ma w sobie coś, co przyciągnęło moją uwagę, może jest to bezwzględność w podejmowaniu decyzji, może gościnność i zaufanie do swoich dworzan, może wyjątkowe poczucie humoru, a może ten gest jednej podniesionej brwi, zarezerwowany tylko dla dobrze urodzonych? Bez względu na to, co sprawiło, że zapałałam do niego sympatią, fakt jest faktem i bez wątpienia zasługuje na taką samą uwagę jak główny bohater.

Warto również wspomnieć, że część bohaterów książki to postacie autentyczne, część jednak to wymyślone przez autora osoby. Melwin R. Starr poradził sobie jednak z tym znakomicie, wplatając w fikcję literacką prawdziwe wydarzenia i miejsca. Sam język nie nastręcza trudności, co udowadnia fakt, że gdy wzięłam tę książkę z półki po raz pierwszy i zaczęłam czytać, zanim się zorientowałam, przeczytałam ponad 120 stron, które minęły mi nawet nie wiem, kiedy. Czyta się ją błyskawicznie. I co najważniejsze – wciąga. Autor niepozornie zaczyna spokojnie, by w pewnym momencie zastosować niespodziewany zwrot akcji, po którym okazuję się, że do rozwiązania zagadki nie przybliżyło nas nic, a wręcz przeciwnie – trzeba zacząć od początku. Ubarwia tę książkę dodatkowo uczucie, którym Hugh darzy lady Joan, siostrę Gilberta i przemyślenia głównego bohatera z tym związane, jak również zwyczaje, panujące w tamtych czasach, nierzadko dla nas dziwne i śmieszne, jak na przykład fakt, że kąpiel zimą grozi niechybną śmiercią…

Książka ta na pewno przypadnie do gustu miłośnikom powieści historycznych, ale nie tylko. Bo jeśli jest ktoś, kto chce przeczytać kryminał, ale całkiem inny niż dotychczas, to również polecam. Bo jednak próba odnalezienia mordercy w czternastym wieku wcale nie była taka prosta – była nie lada wyzwaniem, o czym się przekonacie, czytając tę historię.



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Promic
Trzydziesty kilometr

Trzydziesty kilometr


Autor: Stefano Redaelli
Wydawnictwo Jedność, Kielce 2012
Liczba stron: 206
Każdy biegacz, który choć raz brał udział w maratonie, wie, czym jest trzydziesty kilometr. Jest to moment podczas biegu, kiedy nagle tracimy siły, zaczynamy odczuwać ból niemalże w każdej części ciała, każdy ruch sprawia nam niemałe cierpienie i pojawiają się wątpliwości, czy rzeczywiście damy radę dobiec do mety – w końcu to jeszcze aż ponad 12 km…

Stefano Redaelli zna na własnej skórze uczucia towarzyszące podczas biegu w maratonie, temat ten nie jest mu obcy. Sam urodził się we Włoszech, ale od dawna mieszka w Polsce. Obecnie badacz i wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, poeta i prozaik, o którym usłyszałam po raz pierwszy dopiero przy okazji tejże książki. A powieść chciałam przeczytać od dnia premiery, zaintrygował mnie sam fakt, że niewiele jest książek osadzonych w tematyce sportowej – musiałam sama się przekonać, czy ta książka jest warta uwagi.

Radek jest trzydziestoośmioletnim lekarzem pediatrą, zakochanym w Ani, młodszej od niego o ponad dziesięć lat. Związek z nią, zdawałoby się układa się idealnie, ale kiedy Radek w pewnym momencie postanawia się oświadczyć, Ania znika bez słowa. Bez żadnych wyjaśnień odchodzi od Radka, który jest zdruzgotany. Kobieta, która była całym jego życiem, nagle znika i dla głównego bohatera jest to początek walki – walki z tysiącem pytań, dlaczego to zrobiła i walki z depresją, która go dopada i która podsuwa myśli o samobójstwie. Radek, niemalże na granicy życia i śmierci, podejmuje wówczas decyzję, która, choć wcale tego nie podejrzewa, zmieni jego życie.

„…W tym momencie biegający w parku pies zatrzymał się, podniósł łeb i odwróciwszy go w stronę mężczyzny w otwartym oknie, popatrzył na niego przez chwilę. Pomachał ogonem i ruszył dalej sosnową aleją. Nagle Radek zrozumiał, że nie zobaczy ani ziemi, ani nieba. Najpierw chce zobaczyć drogę. Zdecydował, że pobiegnie w Cracovia Maraton.”

Radek nawet nie przypuszczał, że ta decyzja zmieni go o sto osiemdziesiąt stopni. Ze z pomocą Roberta, przyjaciela i biegacza znacznie bardziej doświadczonego od niego, zacznie 3-miesięczny trening, który zaprowadzi go do mety ponad 42-kilometrowej trasy, ale pomoże mu również podnieść się z depresji i odegnać myśli o zakończeniu własnego życia i cierpień, które zaserwowała mu ukochana kobieta. Bo Radek zaczyna walkę nie tylko ze swoim ciałem, ale przede wszystkim z własnymi myślami, ze sobą samym. Jest to książka o głębokiej przemianie człowieka, będącego na granicy, walczącego z własnymi słabościami, ale człowieka, który jest na dobrej drodze, aby tę walkę wygrać. Bo bieg w Cracovia Maraton to tylko początek – początek maratonu życia, z którym zmaga się każdy z nas – tylko od nas samych zależy, czy dobiegniemy do mety z satysfakcją, czy rozczarowani.

Muszę przyznać, że zanim przeczytałam tę książkę, spotkałam się z opinią niezbyt pochlebną na jej temat. Dlatego odniosłam się do niej bardzo sceptycznie. I chyba dobrze, że właśnie takie podejście miałam na początku, bo książka absolutnie mnie nie rozczarowała bardziej, a nawet w pewnych momentach miło zaskoczyła. Język jest prosty, łatwy w zrozumieniu, fakt, mogą czasem irytować drobne literówki, które się w wydaniu zdarzają, ale to wina raczej wydawcy, niźli autora. Do samego autora mam zastrzeżenia tylko w tym, że trochę za dużo w książce wynurzeń filozoficznych, które czasem zwyczajnie nudzą. Jednak książkę czytało mi się przyjemnie, może dlatego, że skupiłam się głównie na samej tematyce biegu i maratonu jako walce z własnymi słabościami. I pod tym względem książka miło mnie zaskoczyła. Może nie jest to jakieś wybitne dzieło, ale historia na pewno godna przeczytania, bo jest o problemach, z którymi zmaga się każdy człowiek, każdy z nas. 

Trzydziesty kilometr jest w maratonie pewnym progiem wytrzymałości, ale czymże jest chwilowe cierpienie i odciski na stopach, które nie zostaną na długo, w porównaniu z satysfakcją dobiegnięcia do mety i przyjemnością, która zostanie po biegu jeszcze długi, długi czas?...


Za książkę i możliwość jej zrecenzowania bardzo dziękuję portalowi nakanapie.pl
Stosik do recenzji #4/2012

Stosik do recenzji #4/2012

Stosik jest mały, ale jestem z niego baaaardzo zadowolona - bo to książki do recenzji, które dostałam pocztą z różnych stron Polski :-)
Właściwy stos, czerwcowy, wstawię za jakiś czas - czekam jeszcze na kilka książek. Jak na razie możecie się spodziewać recenzji tych oto, na zdjęciu :-)



1. TRZYDZIESTY KILOMETR - Stefano Redaelli - od portalu nakanapie.pl, już przeczytana, recenzja znajdzie się tu jutro albo pojutrze
2. AFRICANUS. SYN KONSULA - Santiago Posteguillo - od wydawnictwa Esprit, również już przeczytana, recenzja tutaj
3. ŚLAD ŻYCIA, ŚLAD ŚMIERCI - Paul L. Maier - od wydawnictwa Promic
4. NIESPOKOJNE KOŚCI - Melvin R. Starr - również od wyd. Promic, właśnie zaczynam ją czytać


Poza tym chciałam się również pochwalić - kilka dni temu znowu udało mi się i dostałam wyróżnienie za recenzję tygodnia na portalu nakanapie.pl - tym razem 3 miejsce za recenzję książki Kobiety z domu Soni - więc w czerwcowym stosie znajdą się również zdobycze z księgarni Kumiko :-) I podejrzewam, że to już nie będzie mały stosik, a stos - jest się z czego cieszyć. 
Tylko gdzie ja znajdę miejsce na półce na te wszystkie książki???...


Zapowiedzi wydawnicze, czyli... na co czekam z niecierpliwością

Zapowiedzi wydawnicze, czyli... na co czekam z niecierpliwością

Bardzo rzadko przeglądam strony z zapowiedziami książkowymi, w zasadzie sporadycznie, bo po prostu brak mi wolnej chwili, ale na te pozycje czekam z niecierpliwością już od jakiegoś czasu :-)
Ciekawa jestem, czy odnajdujecie w tych książkach coś dla siebie...


Wydawnictwo Książnica
Data premiery: 30 maj 2012

Jakobina zostaje żoną księcia Bedfordu, angielskiego regenta Francji, który zapoznaje ją z tajnikami nauki i alchemii. Gdy się okazuje, że książę interesuje się żoną tylko ze względu na jej zdolność przepowiadania przyszłości, Jakobina znajduje pociechę w młodym giermku, Ryszardzie Woodville'u. Gdy Jakobina zostaje młodą zamożną wdową, kochankowie pobierają się w sekrecie, po czym udają się na dwór młodego Henryka VI, gdzie Jakobina stanie się najbliższą i najbardziej zaufaną przyjaciółką królowej Małgorzaty Andegaweńskiej. Wkrótce Woodville'owie zyskują prominentną pozycję na dworze Lancasterów, jednakże Jakobina przeczuwa narastające zagrożenie ze strony poddanych szykujących się do buntu. Kiedy król popada w stan tajemniczego snu, w królestwie następuje podział na dwa rywalizujące obozy: królowej Małgorzaty i jej niegodnych zaufania faworytów oraz Ryszarda, księcia Yorku grożącego zawłaszczeniem korony. Jakobina wkracza na zdradziecką ścieżkę wiodącą za linie wroga, gdy bezpieczeństwo jej rodziny i rządów Domu Lancasterów wisi na włosku.




Wydawnictwo Esprit
Data premiery: 20 czerwiec 2012

Rzym, wiosna 216 roku p.n.e. Legiony wyruszają z Pola Marsowego, aby ostatecznie zmierzyć się z nadciągającym w stronę Wiecznego Miasta Hannibalem. Do walki rusza też świeżo mianowany trybun – młody Scypion. Niestety, rozgrywka, która miała przynieść Rzymianom szybkie i miażdżące zwycięstwo, przeciąga się, a wojsk kartagińskich nie powstrzymuje nawet nadciągająca nieubłaganie zima...
Czytelnik, który wcześniej miał okazję zapoznać sie z początkami wojskowej kariery Africanusa, w drugiej części książki będzie mógł obserwować dojrzewanie młodego człowieka do roli, jaką wyznaczyła mu historia. Kontynuacja epickiej opowieści o wielkich bitwach i namiętnościach, bezkompromisowej walce o władzę i Wieczne Miasto...




Wydawnictwo Otwarte
Data premiery: 9 lipiec 2012


To opowieść o trzech niezwykłych kobietach, których historie los splótł z sobą.

O tym, że choć nie co dzień świeci słońce, to jednak każda noc jest jego zapowiedzią, a po miłości nieszczęśliwej może przyjść szczęśliwa.

 
O radości płynącej z lektury starych pamiętników.


O sile kobiecej przyjaźni, która pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.


O radości z pieczenia porzeczkowego ciasta, bo zwykłe rzeczy robione z uczuciem przestają być zwyczajne.

I o miłości, bo przecież nie da się bez niej żyć.




Każdej z tych książek z osobna nie mogę się doczekać, czekam tylko na to, aż będą się mogły znaleźć na mojej półce :-)

Africanus. Syn konsula

Africanus. Syn konsula

Autor: Santiago Posteguillo
Wydawnictwo Esprit, Kraków 2011
Liczba stron: 432
Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie, że uwielbiam powieści historyczne. I chociaż zdecydowanie wolę epokę średniowiecza od starożytności, po książkę tę sięgnęłam z ochotą. Mając cały czas w pamięci filmy, osadzone z akcją właśnie w tamtych czasach, którymi byłam swojego czasu wręcz zachwycona, nie mogłam się doczekać, kiedy „Africanus” wpadnie w końcu w moje ręce. Wiedziałam, że ta książka mi się spodoba i na swoich przeczuciach nie zawiodłam się.

„Africanus. Syn konsula” jest opowieścią o jednym z największych wodzów w czasach starożytności, Publiuszu Korneliuszu Scypionie, którego ojciec (zresztą o tym samym imieniu) w roku 218 p.n.e. pełnił urząd konsula Rzymu. Młody Scypion szybko się uczy i błyskawicznie, ku zaskoczeniu wszystkich, osiąga godność trybuna. Mało kto nie jest pod wrażeniem jego odwagi i sprytu, gdy podczas jego pierwszej bitwy, wydawałoby się straconej już dla Rzymu walki z kartagińskimi wojskami, ratuje z opresji swojego ojca, który od tej pory zawdzięcza mu życie. Publiusz syn przeżywa więc, w wieku siedemnastu lat, swoje pierwsze zwycięstwa i klęski w walce, ale również pierwszą miłość do kobiety, z którą łączy go uczucie i wielka namiętność.

Wydawałoby się, że powieść ma jednego głównego bohatera – młodego Publiusza. Jednak tak naprawdę jest wielowątkowa. Poznajemy również ojca, konsula Rzymu, poznajemy jego brata i stryja Africanusa, Gnejusza Korneliusza, który jest dla tytułowego bohatera od dziecka wzorem naśladowania, jest jego nauczycielem i przyjacielem. Ale poznajemy tę historię nie tylko z perspektywy Rzymu, ale również Kartaginy – bo oto mamy Hannibala, o którym słyszał chyba każdy, wielkiego, inteligentnego przywódcę Kartagińczyków, możemy poznać całą sytuację również z jego strony. Myślę nawet, że osoba Hannibala zasługuje tutaj na oddzielną uwagę, ja sama zawsze byłam pod wrażeniem geniuszu taktycznego i inteligencji Hannibala, a dzięki tej powieści mogłam trochę uzupełnić swoją wiedzę na ten temat. Bez wątpienia był to jeden z największych i najmądrzejszych przywódców w dziejach świata – trudno się z tym nie zgodzić, czytając tę historię.
Wreszcie – śledzimy również perypetie niejakiego Tytusa Makcjusza, obywatela rzymskiego – najpierw pracujący w teatrze, porzuca go, aby przyjąć rolę kupca, a gdy to również mu nie wychodzi, zaciąga się do wojska. Jako rzymski legionista również on ma swoje zdanie na temat sytuacji politycznej w Rzymie i możemy poznać ją również z jego perspektywy.

Bohaterowie w tej powieści są barwni, nakreśleni bardzo wyraźnie, tak że nie mamy problemu z ich wyobrażeniem. Walczą, zwyciężają, ale również ponoszą klęski – nie są idealni, zwyczajni ludzie i właśnie dzięki temu zasługują na uwagę. Ale nie jest to powieść skupiająca się wyłącznie na opisach walk, zmaganiach legionów z wojskami kartagińskimi, obrazach potyczek militarnych. Bo jesteśmy świadkami również normalnego życia, które toczyło się wtedy w Rzymie, obrzędów, rzymskich uczt i tak słynnych w tamtych czasach walk gladiatorów. Chociaż przyznać muszę, że to właśnie zmagania żołnierzy na polach bitwy zrobiły na mnie największe wrażenie – szczególnie opis oblężenia Seguntu, tak barwne, jakby się działo tuż obok.

W całej tej książce nie widzę ani jednej wady. Jest napisana prostym w odbiorze, plastycznym językiem. Do tego na uwagę zasługuje również samo wydanie – pełne map, drzew genealogicznych, słowniczków, które pomagają nam w zrozumieniu całej starożytnej historii. Sama okładka również zrobiła na mnie wrażenie, a jest ona pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę przy wyborze książki. Po prostu – nic dodać, nic ująć.
Nie mogę się doczekać, kiedy będę miała okazję wziąć do ręki kolejną część tej opowieści – bo „Africanus. Syn konsula” jest pierwszym tomem z cyklu o Scypionie Afrykańskim, powieść czyta się błyskawicznie, ale nie kończy się ona jednoznacznie i definitywnie – dając nam nadzieję na dalszy ciąg historii o Publiuszu, która znajdzie się w księgarniach już niedługo.

Miłośników historii do tej książki nie trzeba przekonywać. Ale jeśli nawet nie interesują Was zamierzchłe czasy, to mimo wszystko książka zainteresuje również tych, którzy mają ochotę przeczytać coś innego niż dotychczas – nawet się nie zorientujecie, kiedy ta książka Was porwie w swój świat. Polecam każdemu!


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Esprit

Pokój

Pokój

Autor: Emma Donoghue
Wydawnictwo Sonia Draga, 2011
Liczba stron: 408
Na powieść Emmy Donoghue pt. „Pokój” miałam ochotę od dawna, odkąd przypadkowo trafiłam na opis fabuły gdzieś w Internecie. Jednak dostać jej wcale nie było tak łatwo, w żadnej z księgarń nie mogłam jej znaleźć, chyba że na specjalne zamówienie. Jakże się ucieszyłam, gdy przypadkowo, przy okazji innych zakupów wypatrzyłam jeden jedyny dostępny egzemplarz!

O tej książce słyszałam wcześniej wiele i w sumie były to same pozytywne opinie. I wcale mnie to nie dziwi, już sama fabuła powieści intryguje. Bo co byście zrobili, gdyby pewnego dnia ktoś zamknął Was w pokoju, w którym od tej pory będziecie spędzać 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu przez… siedem lat?! Do tego z małym chłopcem! 

Jack ma pięć lat, w Pokoju się urodził i wychowywał. Nie zna innego miejsca, tu jest jego dom i cały jego świat. Mieszka tu z Mamą, która została zamknięta w Pokoju 7 lat temu i dla niej jest on więzieniem, z którego nie jest w stanie się wydostać. Jak jednak nie zna innego świata poza Pokojem, a Mama przez cały ten czas stara się stworzyć Jackowi namiastkę normalnego domu. 

Już sam fakt, że w jednym miejscu spędza się cały czas, nie widząc nieba, słońca, nie oddychając świeżym powietrzem, wydaje mi się być niewyobrażalny. A Jack się tu urodził. Pokój jest dla niego domem i jedynym światem, jaki przyszło mu poznać. Jednak z czasem, jak każde pięcioletnie dziecko, jest coraz bardziej ciekawy rzeczy, które dzieją się wokół niego, zadaje coraz więcej pytań, żeby zrozumieć otoczenie – i w pewnym momencie to co ma, przestanie mu wystarczać. A Mama ma coraz większe problemy z odpowiedziami na jego pytania.

Powieść jest napisana z perspektywy pięcioletniego chłopca. To on jest narratorem, opowiada o tym co widzi, co myśli i co czuje. I może w pierwszym momencie książka dzięki temu może się wydać ciężka w odbiorze, to jednak z każdą stroną przyzwyczajamy się do języka Jacka i w pewnym momencie odłożenie jej na półkę staje się tak trudne, że wręcz niemożliwe. Uwierzcie, ta książka wciąga naprawdę niesamowicie, najlepiej więc nie mieć żadnych ważnych spraw do załatwienia w międzyczasie. Przerobiłam to na własnej skórze. Do tego porusza tak ważne kwestie, jak więź matki z dzieckiem, dwóch osób, które spędziły ze sobą non stop ostatnie pięć lat życia. Możemy śledzić to, co czuje chłopiec, którego pierwsze lata dzieciństwa spędzone były w uwięzieniu, ale który tak naprawdę nie zdaje sobie z tego sprawy. Wszystko za sprawą Mamy, która okazała się na tyle pomysłowa, zdeterminowana i pełna uczuć, że stworzyła Jackowi normalny dom, w którym ani na chwilę nie poczuł się jak więzień.

Macie jeszcze jakieś wątpliwości co do tej książki? Wystarczy spojrzeć na pozytywne recenzje, wysokie oceny. Ta historia naprawdę zasłużyła na takie opinie. Bo to nie jest zwykła historia, ale powieść, którą można rozpatrywać na różne sposoby – jednocześnie głęboko porusza czytelnika. Czyta się ją szybko i nie zapomina od razu po odłożeniu na półkę. Więc nad czym tu się dłużej zastanawiać?
Kobiety z domu Soni

Kobiety z domu Soni

Autor: Sabina Czupryńska
Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2012
Liczba stron: 472
Cieszy mnie ostatnio to, że coraz częściej wybieram i czytam powieści polskich pisarzy. Bardzo żałuję, że kiedyś niemalże omijałam ich z daleka, sama nie wiedząc czemu, teraz na szczęście to się zmieniło. Jednak do powieści pt. „Kobiety z domu Soni” podeszłam trochę sceptycznie i podejrzliwie. Bo kimże takim jest Sabina Czupryńska, autorka książki? Ja nie słyszałam o niej wcześniej w ogóle – ani o niej, ani o żadnej z jej książek. I słusznie, bo szperając w Internecie dowiedzieć się można, że debiutowała co prawda już zbiorem opowiadań, wydanych na łamach FA-artu, ale „Kobiety z domu Soni” to jej pierwsza powieść.  

„Pięć pokoleń kobiet. Chcą być piękne i kochane, muszą zawalczyć o siebie i szczęście”

Jest to historia o pięciu kobietach, połączonych więzami krwi. Pięć kobiet tak do siebie podobnych, a jednocześnie bardzo się od siebie różniących. 

Na pierwszych stronach książki poznajemy pierwszą z nich – głowę rodu, babcię Antonię – osobę ciepłą, kochaną i kochającą wszystkich, ostoję rodziny. Gdy czytałam o Antoni, w głowie stał mi bez przerwy wizerunek mojej, dawno już nieżyjącej babci – dlatego pokochałam Antonię już od pierwszych stron. Bo jest to kobieta, która zawsze pocieszy, która wie, co odpowiedzieć i jak zareagować w każdej sytuacji. Jednocześnie jednak zadręczającą się myślami, co zrobiła nie tak, wychowując swoją córkę Julię.

Julia jest córką Antonii. Typowa „famme fatale”, kobieta, która wie czego chce, wiecznie niezadowolona z życia, która wszystkim i wszystkimi chciałaby rządzić, mówić, co kto ma robić i jak. Zawsze powtarza, że mężczyźni są całym złem świata, że zdradzają, są nic nie warci – wszystkich bez wyjątku wrzuca do jednego worka – łącznie z mężem, którego miłość do Julii zaprowadzi do tragedii. Jej zachowania i osoby mają po jakimś czasie dość wszyscy, łącznie z Antonią, mężem Julii oraz dwoma jej córkami: Basią i Jagodą. 

Basia jest wnuczką Antonii i córką Julii, starszą siostrą Jagody. Jest piękną dziewczynką, którą wszyscy podziwiają, chwalą i którą faworyzuje matka. Basia ma zawsze to co chce mieć, piękne sukienki, fryzury…  Jednak gdy na świat przychodzi najmłodszy brat Basi, Czesław, Basia schodzi na drugi plan, oczkiem w głowie mamy staje się Czesio. Ale jak każda nastolatka a potem kobieta, Basia pragnie miłości, pragnie kochać i być kochaną – jednak jej życie nie będzie kolorowe – głównie za sprawą matki. 

Jagoda – młodsza siostra Basi, jest jednocześnie jedną z tych córek, które są spychane na drugi plan – najpierw za sprawą Basi, potem małego Czesława. Jagoda od dziecka miała poczucie, że mało interesuje własną matkę, a jej ojciec zawsze starał się jej to wynagrodzić. Zapomniana, zawsze ta druga, która nawet sukienki nosiła po swojej siostrze, nigdy nie mając niczego swojego. Jej głównym celem w pewnym momencie staje się wyprowadzka z domu i stworzenie własnej rodziny, z kochającym mężem, dziećmi, dużym domem z wielkimi oknami i workiem kartofli pod zlewem. I jej marzenia się spełniają, ale czy Jagoda tak naprawdę właśnie tego potrzebuje do szczęścia? Czy jest szczęśliwa? Uciekając od własnej matki, sama, nieświadomie, staje się niemalże lustrzanym jej odbiciem.

No i tytułowa Sonia – córka Jagody. Sonia ma również starszego przyrodniego brata Maćka. Jednak to właśnie Sonia była najważniejsza dla Jagody, najpierw mała dziewczynka, która nie bardzo rozumie odejście taty, potem dojrzała kobieta, niezależna, która wie, czego chce i że tym celem na pewno nie jest miłość mężczyzny – opnie o płci przeciwnej, wpajane jej od urodzenia, przez matkę i babkę Julię zrobiły swoje. Sonia również chcę być szczęśliwa, ale i jej w życiu nie układa się najlepiej.

Czytając tę książkę wróciłam na chwilę do okresu dzieciństwa. Tego prawdziwego dzieciństwa na wsi, gdzie się wychowałam i gdzie często wracam. Chyba głównie za sprawą tego ta książka tak mi zapadła w serce – bo akcja rozpoczyna się właśnie w takim małym miasteczku… Do tego babcia Antonia do złudzenia przypominająca moją babcię. Muszę przyznać, że to właśnie Antonia zyskała moją największą sympatię. Aż trudno uwierzyć, że można tak realistycznie opisać bohaterów, tak barwnie, że ma się wrażenie, jakby cała historia rozgrywała się obok i jakbyśmy sami w niej uczestniczyli. Jakby to była nasza własna rodzina. Pierwszy raz spotykam się z taką książką, do tego polskiego autora. Jednak Polacy potrafią pisać książki – naprawdę dobre książki.

Tę powieść najlepiej jest wziąć do ogrodu, w ciepły słoneczny dzień, położyć się w hamaku lub na trawie… i czytać, czytać, czytać dopóki się nie skończy. Chociaż moje warunki podczas czytania nie były aż takie przyjemne, to jednak szkoda mi było w ogóle odkładać ją na miejsce. I nie chodzi tu tyko o same bohaterki – to jest powieść ponadczasowa o kobietach, które chcą kochać i być kochane, które pragną, chcą być szczęśliwe i cieszyć się życiem – chociaż życie nie zawsze jest kolorowe. Ta książka jest dla każdej kobiety – bo jest o kobietach takich, jak każda z nas. I mogłabym pisać o tej książce jeszcze naprawdę długo, ale czy trzeba aż takich wywodów, żeby przekonać do jej przeczytania? Myślę, że nie. Moja ocena zresztą mówi sama za siebie. Od dziś jedna z moich ulubionych książek i bez wątpienia ulubiona wśród polskich autorów.

„Człowiek w stanie krańcowego obniżenia aktywności emocjonalnej, bez dopływu miłości, bez empatii i samoakceptacji, może przeżyć kilkadziesiąt lat.
Tylko co to za życie?...”



Sabina Czupryńska (ur. 1977) – absolwentka polonistyki, wiedzy o teatrze, studium sztuk wizualnych. Debiutowała na łamach „FA-artu”, opublikowała zbiór opowiadań pt. „Dziesięciu którzy...”. Lubi: wolną jazdę obwodnicą Trójmiasta, szybką jazdę rowerem nad brzegiem morza, nowe ubrania i stare gazety. Nie lubi: hałasu, niekompetencji, gotowania i telefonów po 22:00. Żyje z pracy w teatrze, o którym też kiedyś napisze, a czasem ze stylizacji i projektowania kostiumów.
 
źródło: Prószyński i S-ka
Top 10 - dziesięć kreatywowych pytań i odpowiedzi

Top 10 - dziesięć kreatywowych pytań i odpowiedzi

  Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej bloggera, jego zainteresowania i gusta. Jeśli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

Postanowiłam i ja się w końcu przyłączyć do tej akcji... Może nie będę brać w niej udziału co tydzień, ale na pewno co jakiś czas - zobaczymy :-)

Aktualny temat: 
10 kreatywowych pytań i odpowiedzi

1. Którego bohatera literackiego chciałabyś mieć teraz obok siebie?
Hm... pytanie wcale nie jest proste wbrew pozorom. Ale po dłuższym zastanowieniu chyba Oskara Drai z "Mariny" Zafona. Bez wątpienia jest to ulubiona moja książka tego autora :-)

2. W świecie której książki chciałabyś się teraz znaleźć?
Nad tym nie muszę się zastanawiać - bez wątpienia w Szkocji, na 44 Scotland Street - urzekł mnie typowo brytyjski klimat tej książki. A że Anglię i Szkocję miałam okazję poznać na własnej skórze, z chęcią bym tam wróciła jeszcze raz.

3. Z którym bohaterem literackim zamieniłabyś się teraz miejscami?
Z tym też nie będę mieć problemu - z Clare Fraser z "Obcej" - uwielbiam książki o podróżach w czasie :-)

4. Gdyby porwało Cię UFO, którą książkę zabrałabyś ze sobą na inną planetę?
Podobnie jak w poprzednim pytaniu, zabrałabym wszystkie tomy "Obcej" - najlepiej w oryginale, czyli te które stoją na mojej półce.

5. Gdyby nakręcono film o Twoim życiu, kogo widziałabyś w obsadzie aktorskiej?
Nie mam ulubionych aktorek ani aktorów, ale np. bardzo lubię Annę Dymną i jej aktorstwo w latach młodości - i chyba ją najchętniej widziałabym w roli siebie, oczywiście Annę w wieku 20-30 lat :D

6. W którym serialu chciałabyś zagrać?
Absolutnie w żadnym, nie mam takiej potrzeby, poza tym nie oglądam seriali (hm... a rozglądając się wokoło widzę, że niewiele już takich osób zostało :P)

7. Na czyim koncercie chciałabyś się pojawić - najlepiej na scenie?
Na koncercie zespołu happysad - może być również na scenie, ale nie musi :-)

8. Który malarz powinien namalować Twój portret?
Bez wątpienia Monet - wystarczy spojrzeć na jego obrazy, są piękne...

9. Którą postać z show-biznesu zaprosiłabyś na sobotniego grilla?
Z tym mam niemały problem, ale chyba Dorotę Wellman - uwielbiam jej poczcie humoru.

10. Jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie związane z książkami?
To, gdy w ciepły, słoneczny dzień siedzę na kocyku na trawie w ogrodzie albo nad rzeką i czytam książkę. Zresztą praktykowane do dzisiaj przy sprzyjającej pogodzie :D


Ufff... przebrnęłam przez wszystkie 10 pytań... Łatwo nie było :D
Jutro natomiast można się spodziewać kolejnej recenzji książki, którą niemalże pochłonęłam jednym tchem... 
Ale jakiej - dowiecie się jutro :D


Bez mojej zgody

Bez mojej zgody

Autor: Jodi Picoult
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Liczba stron: 440
Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, że gdyby któreś z Waszego rodzeństwa, rodziców albo innych bliskich było śmiertelnie chore, a życie tej osoby zależałoby od przeszczepu jakiegokolwiek narządu, którego utrata nie zagraża Waszemu życiu – oddalibyście go? Ja tak naprawdę zaczęłam nad tym myśleć dopiero teraz, po przeczytaniu tej książki. I gdyby ktokolwiek z mojej rodziny byłby w potrzebie, nie zastanawiałabym się nawet przez moment. 

Anna tego wyboru nie miała. Urodziła się po to, żeby ratować życie swojej siostrze i jakkolwiek wspaniałomyślnie to brzmi, w rzeczywistości takie nie jest. Kate jest od dzieciństwa chora na rzadką odmianę białaczki. Jej tkanki muszą mieć pełną zgodność z tkankami dawcy, aby były możliwości jakiegokolwiek przeszczepu. Kate jest również starszą siostrą Anny. Anny, która została poczęta w sztuczny sposób, aby móc w przyszłości ratować życie swojej siostry. I mimo, że nic jej nie dolega, od urodzenia nie obce są jej szpitale, zabiegi, operacje. Jest idealnym dawcą dla Kate, do tej pory akceptującym istniejący stan rzeczy. Jednak pewnego dnia, mając trzynaście lat, Anna zjawia się w prywatnym gabinecie mecenasa Alexandra i składa pozew, mający na celu w pełni usamowolnić ją w kwestii podejmowania decyzji o własnym ciele i zabiegach medycznych jej dotyczących. Dla jej ukochanej siostry i jedynej przyjaciółki oznacza to jedno – śmierć. 

Anna, dojrzewająca nastolatka, zaczyna stawiać sobie pytania, przed jakimi staje każda osoba w jej wieku – kim jest i jaka jest jej przyszłość. Podejmuje decyzję, która pozwoli jej samej decydować o własnym losie, jednocześnie stając przed faktem, że gdy to zrobi, straci siostrę. Decyzję, która doprowadzi do tego, że podzieli rodzinę. I czytelnik sam tutaj tak naprawdę nie wie, po której stronie stanąć. Chociaż ja bez wątpienia postawiłam się po stronie Anny, to jednak jej decyzja jest tak trudna, że nie wiadomo co byśmy zrobili, gdybyśmy rzeczywiście znaleźli się w takiej sytuacji… 

Książka jest tak skonstruowana, że brak w niej co prawda podziału na tradycyjne rozdziały, poznajemy jednak po kawałku punkt widzenia każdego, którzy w tej historii uczestniczą: Anny – głównej bohaterki, Sary – jej matki, która za wszelką cenę chce ratować swoją chorą na białaczkę córkę, Briana – ojca Anny, Jesse’ego – starszego brata, ale możemy zobaczyć wszystko również z perspektywy adwokata, który prowadzi sprawę oraz Julii – kuratora sądowego. Każde z nich ma swoje zdanie na ten temat i każde widzi to inaczej, dzięki czemu i my możemy wyrobić swoje własne zdanie z różnych perspektyw. I mimo że każdy bohater z osobna jakoś potrafił swoim myśleniem i postawą zdobyć moją sympatię, to jednak nie udało się to Sarze… 

Od tej książki nie można się oderwać. Gdy już zacznie się ją czytać, wciąga do tego stopnia, że chcemy wiedzieć więcej i więcej. Zaskoczyło mnie to, bo ostatnia przeczytana przeze mnie książka pani Picoult nie zrobiła na mnie większego wrażenia. A tej po prostu nie potrafiłam odłożyć na miejsce, a jak już odłożyłam, to i tak za chwilę do niej wracałam. Bohaterowie byli i są mi bliscy do tej pory i nie będę przesadzać, gdy napiszę, że jest to bez wątpienia najlepsza książka Jodi Picoult, jaką do tej pory przeczytałam (chociaż wiele jeszcze przede mną). Przeczytać powinien ją każdy, a potem usiąść i zastanowić się. Bo nie jest to powieść, którą po skończeniu odkłada się z powrotem  na półkę i o której się zapomina. Jest to książka, która porusza tak ważny temat, że nie sposób o niej zapomnieć jeszcze przez długi czas.

Świętokradcy

Świętokradcy

Autor: William Ryan
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010
Liczba stron: 368
Wystarczyło jedno spojrzenie na okładkę i wiedziałam, że ta książka mnie zainteresuje. Moskwa, rok 1936. Dwudziestolecie międzywojenne. Rosja. Stalin. Czegóż może chcieć więcej miłośniczka historii, zainteresowana Rosją od dawna – do tego stopnia, że zaczęłam szukać tej Rosji również w książkach. Czy spodziewałam się czegoś konkretnego? Nie, raczej odniosłam się do niej sceptycznie, jednak wiedziałam, że mi się spodoba.

Już sam fakt, że akcja dzieje się w Moskwie w latach trzydziestych zachęcił mnie do przeczytania powieści Williama Ryana. A do tego jeszcze kryminał – gatunek, który uwielbiam – czegóż chcieć więcej? Kapitan Korolew, który jest głównym bohaterem książki, dostaje od przełożonego zadanie rozwiązania zagadki morderstwa, której ofiarą jest młoda dziewczyna, brutalnie skatowana i zamordowana. Jej zwłoki zostają odnalezione w dawnej cerkwi. Parę dni później ciało podobnie zmasakrowanego moskiewskiego bandyty zostają znalezione na pobliskim stadionie piłki nożnej. Kapitanowi Korolewowi udaje się wpaść na trop zabitej kobiety, odkrywa, że była ona zakonnicą z USA, a cała sprawa nagle nabiera charakteru politycznego, gdy przypadkiem wychodzi na jaw, że są w nią zamieszane władze NKWD. Korolew w jednej chwili staje więc przed wyborem – prawda albo własne życie.

Nie miałam wątpliwości co do tego, że ta książka mi się spodoba i nie myliłam się. Dzięki Ryanowi możemy choć trochę przybliżyć się do sytuacji w Rosji w latach trzydziestych ubiegłego wieku, tuż przed drugą wojną światową. Ryan stworzył bardzo dobrą powieść kryminalną, która rozgrywa się na tle sytuacji politycznej, panującej w tym okresie w Moskwie, pod banderą stalinizmu i władzy NKWD. A życie w tamtych czasach na pewno nie było proste, nawet dla zagorzałego Rosjanina, popierającego Partię – bo wystarczyło jedno nieodpowiednie słowo przeciwko Stalinowi, Partii czy Rosji, a zwykły szary człowiek mógł skończyć życie nawet nie wiadomo kiedy i dlaczego. Korolew w powieści również nie jest wyjątkiem w tym wypadku – niejednokrotnie musi uważać, na to co i do kogo mówi i ufać tak naprawdę tylko sobie. Bo nigdy nie wiadomo, czy sąsiad i przyjaciel, który do tej pory mieszkał za ścianą, w jednej chwili nie okaże się wrogiem.

Korolew jest oficerem milicji, czterdziestodwuletnim samotnym rozwodnikiem, ale jest bez wątpienia bohaterem, który da się lubić, człowiekiem, którego nie opuszcza dobry humor nawet w mało sprzyjającej do żartów sytuacji. Jest też dobrym śledczym, który zawsze doprowadza swoje sprawy do końca – i morderstwo młodej kobiety oraz moskiewskiego bandyty nie jest wyjątkiem. Zyskał moją sympatię od razu i cieszę się, że „Świętokradcy” to pierwsza, ale nie ostatnia powieść Ryana z tą postacią w roli głównej. Cieszy mnie sama myśl, że jeszcze się z nim spotkam przy następnej książce tego autora. Bo „Świętokradcy” jest pierwszą powieścią z cyklu o kapitanie Aleksieju Korolewie.

Tym, którzy uwielbiają kryminały, tej książki nie trzeba polecać – prawdopodobnie sami po nią sięgną. Jest napisana bardzo realistycznym językiem, czyta się ją szybko, nawet nie zauważając upływających stron. Ale ja polecam ją również tym, którzy szukają choć odrobiny historii Rosji w literaturze, są ciekawi sytuacji, jaka tam panowała w tym czasie – bez wątpienia tacy czytelnicy również znajdą w „Świętokradcach” coś dla siebie. Polecam serdecznie!


Baza recenzji Syndykatu ZwB
Stosik biblioteczny #3/2012

Stosik biblioteczny #3/2012

Mój stosik na drugą połowę maja, nawiedziłam bibliotekę i wynik przedstawiam Wam poniżej:

BEZ MOJEJ ZGODY - Jodi Picoult
PROROCTWO SIÓSTR - Michelle Zink
POWRÓT NA ROUTE 66 - Michael Zadorian
UCIECZKA Z FESTUNG BRESLAU - Andrzej Ziemiański 
KOBIETY Z DOMU SONI - Sabina Czupryńska


Strasznie żałuję, że brak ostatnio dopływu jakiejkolwiek gotówki u mnie - gdyby było inaczej, pewnie już dawno moja biblioteczka byłaby bogatsza o nowe książki - mam już całą listę lektur, które muszę kupić, wśród nich jest także trylogia "Igrzysk Śmierci" - na wielu blogach i nie tylko czytam bez przerwy, jak te książki są zachwalane, więc sama mam zamiar zapoznać się z tą historią :-)

Niestety moja półka jeszcze trochę poczeka na nowe pozycje - zresztą może i dobrze, będę miała czas na to, aby gdzieś znaleźć na nie miejsce :-)

Piąta kobieta

Piąta kobieta

Autor: Henning Mankell
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012
Liczba stron: 504
Z twórczością Henninga Mankella jeszcze nie miałam okazji się zapoznać, chociaż na mojej półce od jakiegoś czasu stał jeden z jego kryminałów. Postanawiając więc nadrobić półkowe zaległości, zabrałam się za czytanie „Piątej kobiety”. Ponieważ z samym kryminałem skandynawskim miałam już wcześniej spotkanie, może nie nieudane, ale na pewno nie idealne, wiele się po tej książce nie spodziewałam. Wolałam, aby raczej miło mnie zaskoczyła, niż rozczarowała.

Akcja powieści rozpoczyna się prologiem, rzecz dzieje się w Afryce. Z rąk fundamentalistów islamskich w Algierii giną zamordowane cztery francuskie zakonnice, oraz, przez przypadek, tytułowa piąta kobieta, szwedzka turystka, która znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Jej śmierć zostaje zatajona. Rok później, w Szwecji, seria brutalnych morderstw nie daje spać komisarzowi Wallanderowi i jego współpracownikom – z rąk tajemniczej osoby ginie starszy mężczyzna, wielbiciel ptaków; chwilę później zostaje odnaleziony w lesie właściciel kwiaciarni; policja odnajduje również ciało pracownika naukowego. Trzy ofiary, które tak naprawdę nic nie łączy… ale czy rzeczywiście? Śladów jest wiele, ale żaden z nich do niczego nie prowadzi. Kurt Wallander rozpoczyna trudne, żmudne zadanie schwytania mordercy. Czy mu się to uda? Musicie się sami przekonać.

„Piąta kobieta” jest jednym z kryminałów z cyklu o komisarzu Kurcie Wallanderze. Ja miałam okazję zapoznać się z tym cyklem dopiero teraz, przy okazji właśnie tej książki. Czy było warto? Zdecydowanie tak. Powieść wciągnęła mnie od razu, do tego stopnia, że mimo braku czasu, pochłonęłam te 500 stron praktycznie w dwa dni. I wcale nie przesadzam, że nie można się od niej oderwać – w życiu nie przypuszczałam, że Henning Mankell takie pozytywne wrażenie na mnie zrobi. Bardzo pozytywne. Bo trzyma w napięciu, które jest stopniowane powoli, ale w ten sposób, że przy książce po prostu nie da się nudzić – gdyby czas mi na to pozwolił, to mogłabym ją czytać, dopóki bym nie skończyła. Nie przeszkadzają liczni bohaterowie, którzy jednak są tak barwni i tak realistycznie opisani, że niemożliwym jest, aby nam się pomieszali. Powieść napisana przyjemnym językiem, czyta się ją po prostu błyskawicznie.

Dla mnie jest to idealny kryminał. Ale nie tylko kryminał sam w sobie, bo porusza również tak ważne sprawy, jak sytuacja kobiet w Szwecji, molestowanie, fizyczne i psychiczne znęcanie się nad kobietami. Autor dyskretnie wplata w fabułę swoje przemyślenia w stosunku do przemocy oraz do tego, po której stronie stoi sprawiedliwość. Pozwala nam przybliżyć się do mordercy, zrozumieć, czym się kieruje i poczuć choć odrobinę współczucia. Nie jest w tej książce najważniejszy fakt zatajenia przed czytelnikiem osoby mordercy– bo ważniejsze jest jednak to, dlaczego to robi.

A sam komisarz Wallander? Cóż, moją sympatię zdobył już na samym początku. I trudno go nie lubić, bo choć jego życie nie do końca jest takie, jakie on sam życzyłby sobie, aby było, to jednak wie, co jest najważniejsze w życiu i że nie jest to praca i kariera zawodowa. Kurt wie, że dla niego najważniejsza jest rodzina i bliscy, i dom, który pragnie wokół siebie stworzyć. I za to mu cześć i chwała. Poza tym trochę zapominalski, nie jest idealny, gubi się nie tylko w śledztwie, ale i w życiu, nie wie wszystkiego i przynajmniej nie zaprzecza, że tak nie jest – jednak nie irytuje czytelnika i potrafi sobie zaskarbić jego sympatię. Polubiłam go. 

Cóż, to jest po prostu książka, którą trzeba przeczytać. Ja jestem pod wielkim jej wrażeniem – i samego talentu Henninga Mankella, że potrafi stworzyć naprawdę bardzo dobry kryminał, i tego, jakie sprawy w nim porusza. Jest to pierwsze moje spotkanie z tym autorem, ale na pewno nie ostatnie, będę w najbliższej przyszłości szukać kolejnych jego książek. I nie mogę się już doczekać dalszego spotkania i przygód komisarza Wallandera.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Szeptem

Szeptem


Autor: Becca Fitzpatrick
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010
Liczba stron: 328
O debiutanckiej powieści Becki Fitzpatrick słyszałam wiele, zarówno zachęcających, jak i niezbyt pochlebnych opinii. Byłam bardzo ciekawa, jakie wrażenie na mnie samej odniesie ta książka, więc gdy tylko nadarzyła się okazja i wpadła w moje ręce, nie zastanawiałam się długo, jednocześnie odnosząc się do niej bardzo sceptycznie. 

Becca Fitzpatrick dla pisarstwa rzuciła pracę w służbie zdrowia, a jej pierwsza powieść zajęła od razu jedno z pierwszych miejsc na listach bestsellerów. Postanowiłam się więc przekonać na własnej skórze, czy wg mnie na to miano rzeczywiście zasłużyła. 

Szesnastoletnia Nora Grey jest uczennicą szkoły średniej, zwykłą nastolatką, dobrze uczącą się, mieszkającą i mającą znakomite stosunki z matką, przyjaźniącą się z koleżanką z klasy, Vee. Pech chciał, że pewnego dnia na lekcji biologii nauczyciel rozsadza wszystkich uczniów i w ten sposób Nora poznaje Patcha. Patch jest tajemniczy, intrygujący i zabójczo przystojny i mimo że Nora na początku wcale się do tego nie przyznaje, nawet sama przed sobą, zakochuje się w nim. No bo przecież któż by się nie zakochał?... Patch ma również trochę mroczną przeszłość za sobą, Nora na początku próbuje się dowiedzieć o nim jak najwięcej, ale bezskutecznie, co jeszcze bardziej ją do niego przyciąga. Patch ma również tajemnicę, którą Nora w końcu odkryje…

Wiele czytelników już na wstępie zachwyca się okładką powieści Fitzpatrick. Powiem szczerze, że na mnie ta okładka wcale nie zrobiła wrażenia, wręcz przeciwnie i gdyby chodziło o samą okładkę, pewnie w ogóle bym nie zwróciła na tę książkę uwagi. Bo po prostu mi się nie podoba. A sama treść?... Hm, muszę przyznać, że nie rozumiem, czym ta książka zdobyła taką popularność. Ja, zaczynając ją czytać, po jakichś 50 stronach pomyślałam sobie: W co ja się wpakowałam? I niestety nie zmieniło się to prawie do końca. Mało barwni bohaterowie, łącznie z główną bohaterką, czasem irytujący, szczególnie przyjaciółka Nory, Vee, mdłe dialogi, czasem tak beznadziejne, że chciałam tylko złapać się za głowę i rzucić tą książką w kąt. Jedyną interesującą postacią w tej książce, chociaż powiedzieć interesującą to i tak za dużo, to sam Patch i tajemnice związane z jego osobą. Mały plus mogę też dać za zakończenie. Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. No, może jeszcze to, że jest krótka, bo gdyby była dłuższa, to pewnie nie wytrzymałabym, niestety, do końca.

Wiadomo, jest to powieść dla młodzieży, przeznaczona raczej dla nastolatek, a ja ją już bez wątpienia nie jestem. Ale mam wrażenie mimo wszystko, że dla mało wymagających nastolatek. Nie wiem, może gdybym miała 15 lat, ta książka zrobiłaby na mnie większe wrażenie, ale w chwili obecnej raczej nie zrobiła żadnego. Wiadomo, że każdy ma inny gust i fajnie, że powieść pani Fitzpatrick ma wielu wielbicieli, ale w mój gust zdecydowanie nie trafiła. I chociaż ma plusy, małe, ale ma, o których wspomniałam wcześniej, to jednak więcej chyba posiada wad.

Mimo wszystko zachęcam do przeczytania tej książki. Dlaczego? Choćby dlatego, żeby wyrobić sobie własne zdanie o niej, bo różne są opinie, jak różni są ludzie. Ja spotkałam się z tymi jak najbardziej zachwalającymi, jak i z tymi niezbyt pochlebnymi. Moje własne jest takie jak widać powyżej. A czy sięgnę po kontynuację?... Powiem szczerze, że na razie mam ciekawsze książki do przeczytania, choć niewykluczone, że jak wpadnie w moje ręce przypadkowo, to się pomęczę i przeczytam. Na siłę nie będę szukać dalszych części. Ale jakaś tam ciekawość jest, czy okaże się lepsza, czy jednak jeszcze gorsza od części pierwszej.
Zostałam oTAGowana!

Zostałam oTAGowana!

Tak, tak, przez TomkaSzymka (i zdaje się, że nie tylko :P) zostałam zaproszona do zabawy wśród bloggerów. Na czym ona polega?
Na udzieleniu odpowiedzi na pytania, zadane przez osobę, która mnie oTAGowała, wyznaczeniu swoich 11 pytań i dalszych osób, które wezmą udział w zabawie.



W związku z tym, że TomekSzymek był pierwszy, odpowiem na jego pytania:

1. Ulubiony rodzaj książki.
Zdecydowanie powieści historyczne. Ale czytam wszystko, co może mnie zainteresować, więc odnajduję się również w kryminałach, literaturze faktu, literaturze obyczajowej i fantastyce.

2. Ulubiony autor.
Tutaj już jest ich wiele: Carlos Ruiz Zafon i Guillaume Musso zdecydowanie górują, ale uwielbiam też książki Chmielewskiej, Paulliny Simons, Diany Gabaldon, niedawno polubiłam Philippę Gregory.... sporo, nie jestem w stanie wymienić jednej osoby.

3. Ulubiona kreskówka z dzieciństwa.
Muminki :-) W ogóle wolę te starsze bajki od tych, które są teraz, Muminki są zdecydowanie na pierwszym miejscu, ale lubiłam kiedyś też stasznie (i nadal lubię) Smerfy, Pszczółkę Maję, Koziołka Matołka - kocham te stare kreskówki, które przypominają mi dzieciństwo.

4. Najlepszy film jaki ostatnio widziałeś/aś.
Ostatnio oglądałam "W ciemności" Agnieszki Holland i zrobił na mnie duże wrażenie, chociaż nie większe niż książka Krystyny Chiger. Książki nic nie pobije.

5. Blog, którego najczęściej przeglądasz.
Nie mam jednego - zdecydowanie. Jest ich kilka, wystarczy spojrzeć na prawo - "Czytam i obserwuję" :-)

6. Jaki będzie temat Twojej następnej recenzji?
Recenzja książki, którą ostatnio przeczytałam - "Szeptem" Becca Fitzpatrick

7. Jakiego polskiego pisarza podziwiasz najbardziej?
Uwielbiam Joannę Chmielewską, a podziwiam? W sumie dopiero niedawno zaczęłam zwracać uwagę na polskich autorów, teraz żałuję, że tak późno... Więc trochę trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

8. Ulubione zwierzę.
Koty. Ale jeśli miałabym wybierać zwierzę, które chciałabym mieć w domu, to jest to kameleon - zakochałam się jakiś czas temu i moja miłość trwa do tej pory :-)

9. Na koncert jakiego zespołu poszłabyś/poszedłbyś najchętniej?
Ostatnio mam ochotę na trochę lżejsze brzmienia i wybrałabym OneRepublic albo happysad. Albo coś trochę cięższego - Sabaton.

10. Jaki serial oglądasz nałogowo?
Nie oglądam nałogowo seriali, w ogóle nie oglądam seriali. A telewizję bardzo rzadko. Czasem trafię na "Dr'a House'a" i chyba to on będzie odpowiedzią na moje pytanie, chociaż na pewno nałogowo go nie oglądam.

11. Ulubiony aktor/aktorka. 
Zdecydowanie brak. Nie posiadam.


A oto moje pytania:
1. Jaką książkę czytasz w tej chwili?
2. Czy masz jedną ulubioną książkę, czy raczej jest ich wiele? Jakie?
3. Czytasz przy muzyce, tv, czy raczej musi to być absolutna cisza?
4. Film, który oglądałeś/aś ostatnio, nakręcony na podstawie książki?
5. Twój ulubiony kolor?
6. Twoja ulubiona pora roku i dlaczego?
7. Ulubione miejsce, w którym czytasz - jest takie, czy to bez znaczenia?
8. O jakiej porze dnia najchętniej czytasz?
9. Czy płakałeś/aś kiedyś przy jakiej książce? Jakiej?
10. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
11. Czy pamiętasz książkę, dzięki której "zaraziłeś/aś" się czytaniem?

Do zabawy zapraszam:
oraz wszystkich którzy mają ochotę wziąć udział w zabawie :-)


Biała królowa

Biała królowa

Autor: Philippa Gregory
Wydawnictwo Książnica, Katowice 2011
Liczba stron: 480
Odkąd usłyszałam o Philippie Gregory, głównym moim celem stało się przeczytanie którejś z jej powieści. Sama autorka znana jest chyba najbardziej ze słynnych „Kochanic króla”, które doczekały się nawet ekranizacji. Ja sama jeszcze nie miałam okazji czytać wyżej wspomnianej książki, ani w ogóle żadnej, dopóki nie trafiła w moje ręce właśnie „Biała Królowa”.

Akcja książki rozgrywa się w drugiej połowie piętnastego wieku w Anglii, gdzie toczą się bratobójcze walki, wojna między dwoma rodami Lancasterów oraz Yorków, znana w historii również pod nazwą Wojny Dwóch Róż. Edward IV York, król Anglii, zakochuje się ze wzajemnością we wdowie Woodville, Elżbiecie i pobierają się po kryjomu. Wkrótce, w mało odpowiednim momencie, małżeństwo wychodzi na jaw. Elżbieta zostaje królową i razem z dwoma synami z pierwszego małżeństwa przenosi się na dwór Edwarda, gdzie musi się zmierzyć z jego matką, przeciwną małżeństwu oraz wszystkimi, którzy nie akceptują jej jako żony Edwarda. Wkrótce również zaczną się toczyć walki o wpływy i władzę w kraju, doradca Yorków, hrabia Warwick przechodzi na stronę wroga, próbując odebrać Edwardowi koronę, a Elżbieta znajduje się w samym centrum tych starć, co jest przyczyną porwania jej kolejnych dwóch synów, następców tronu, którzy znikają bez śladu w twierdzy Tower.

Elżbieta jest królową, ale również matką i kochanką. Jest jednak przede wszystkim kobietą niewyobrażalnie ambitną, która wie, czego chce, kobietą o wyjątkowo silnym charakterze, która nie pozwoli sobie tak łatwo odebrać tego, co jej się należy – i zapłaci za to wysoką cenę. Philippa Gregory stworzyła wyjątkową bohaterkę, ale dzięki swojej powieści przeniosła nas również do piętnastowiecznej Anglii, tak barwnej i ciekawej, ale targanej odwieczną walką o koronę, walką, w której liczy się tylko władza i która nie cofnie się przed niczym – nawet pozbawienia życia własnych braci. Chociaż nie wszystko w powieści Gregory jest prawdziwe, chociaż autentyczne wydarzenia przeplatają się z fikcją literacką, to jednak dzięki tej autorce możemy trochę przybliżyć się do historii Anglii, która moim zdaniem jest równie ciekawa jak nasza.

Ale nie tylko Elżbieta jest tu barwną postacią, bo każdy bohater z osobna jest żywy, doskonale opisany, do tego język, prosty w odbiorze, ale pełen realności nie pozwala nam się przy tej książce znudzić. Świat Anglii XV wieku, pełen intryg, tajemnic, życie na dworze królewskim – wszystko to jest tak niezwykle fascynujące, że chwilami nie byłam w stanie odłożyć tej książki na miejsce. W sumie jedyny minus, jaki mogłabym tej książce dać, to narracja w czasie teraźniejszym, czego nie lubię – tutaj jednak jest to prawie niezauważalne.

Jest to lektura obowiązkowa dla miłośników powieści historycznych, dla ciekawych historii Anglii, ale myślę, że nie tylko, bo każdy może tu znaleźć coś dla siebie. Ja jestem pod wrażeniem. I polecam serdecznie każdemu.

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Autor: Mario Vargas Llosa
Wydawnictwo Znak, Kraków 2011
Liczba stron: 336
Nie wiem dlaczego, ale przez długi czas omijałam Maria Vargas Llosę szerokim łukiem. Byłam pewna, że jego książki nie przypadną mi do gustu, że jego styl mi się nie spodoba – nie czytając nawet ani jednej jego książki! Nie mam pojęcia, skąd te uprzedzenia, ale w końcu zdecydowałam się sięgnąć po jedną z powieści – w końcu ktoś, kto dostał literacką nagrodę Nobla, i to dość niedawno, bo w 2010 roku, musiał chyba czymś na nią zasłużyć, prawda? I takim oto sposobem trafiła w moje ręce książka pt. „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Moja pierwsza książka tegoż oto autora i powiem szczerze, byłam bardzo ciekawa, jakie będą moje wrażenia po przeczytaniu tej lektury.

Akcja powieści rozpoczyna się w Peru, podczas letnich wakacji, gdzie na balu mambo piętnastoletni Ricardo zakochuje się w tajemniczej Chilijeczce. W zasadzie nic o niej nie wie, skąd naprawdę pochodzi i gdzie się wychowała, ale zauroczony jej urodą, kilka razy prosi ją, aby została jego dziewczyną. Nie otrzymuje jednak jednoznacznej odpowiedzi. Lato mija, a Chilijka i Ricardo tracą kontakt. Bohater kończy szkołę i od dawna zauroczony Paryżem, wyjeżdża na stałe do Europy. I nagle właśnie w stolicy Francji spotyka… swoją dawną miłość. Miłość, która mimo tak długiej rozłąki trwa i trwa – przynajmniej ze strony Ricarda. Nawet nie zdaje sobie sprawy wtedy, że niegrzeczna dziewczynka – bo tak właśnie nazywa ją Ricardo – będzie go zwodzić przez kolejne 50 lat jego życia. Co z tego wyniknie? Sami musicie się przekonać.

Książka od pierwszych niemalże stron przypomniała mi inną, ale jakże znaną historię o miłości, która wyszła spod pióra Gabriela Garcii Marqueza. Bo jest to bez wątpienia historia o miłości – o tej, która mimo upływu czasu trwa nadal. Miłość, która potrafi do tego stopnia zawładnąć naszym życiem, że nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym, miłość, która nadaje sens naszemu życiu, a jednocześnie nam go odbiera. Ale miłość Ricarda do niegrzecznej dziewczynki jest również miłością toksyczną, obsesyjną do tego stopnia, że jest poświęcić dla niej wszystko. A jej szelmostwa doprowadzają go nieczęsto do szaleństwa. Bo niegrzeczna dziewczynka jest bez wątpienia kobietą zdolną do wszystkiego. W życiu Ricarda pojawia się i znika przez kolejne pół wieku, nierzadko miesza go z błotem, pokazuje mu, że właściwie nic dla niej nie znaczy, nazywa go biednym chudopachołkiem.. Oboje w międzyczasie próbują ułożyć sobie życie z innymi osobami zdając sobie tak naprawdę sprawę z tego, że z nikim innym nie są w stanie stworzyć prawdziwego uczucia, że potrzebują siebie nawzajem.

Wielu pisało o miłości, ale uważam, że Mario Vargas Llosa zrobił to wyjątkowo. Do tej pory myślałam, że nic nie pobije przeczytanej przeze mnie dość niedawno książki Marqueza „Miłość w czasach zarazy”, aż tu nagle uważam, że ta jest jeszcze lepsza. Do tego czyta się ją błyskawicznie, napisana jest prostym, łatwym do zrozumienia językiem. Może nie każdy będzie w stanie polubić specyficzny styl Llosy, ale całość czyta się niezmiernie szybko i przyjemnie. Do tego mamy nie tylko miłość, która co prawda jest w tej książce najważniejsza, również możemy śledzić sytuację polityczną, jaka panowała w Peru w drugiej połowie dwudziestego wieku, rewolucję, która tam wybuchła, obserwujemy Paryż i Europę, kulturę hippisowską w Londynie, Tokio. Poznajemy innych bohaterów, przyjaciół Ricarda, bardzo często ludzi o ciekawych, barwnych charakterach, którzy praktycznie od razu na wstępie zdobywają naszą sympatię (czasem nawet w przeciwieństwie do głównego bohatera…)

Cóż, Mario Vargas Llosa bez wątpienia zrobił na mnie wrażenie, czego się zupełnie po nim nie spodziewałam. Jestem zaskoczona i teraz tym bardziej nie rozumiem, dlaczego omijałam go do tej pory z daleka. Nie wiem, jak inne jego książki (może będę miała okazję się niedługo przekonać), ale „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” mogę polecić bez zastanowienia.
Oblicze Pana

Oblicze Pana


Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo Otwarte, 2009
Liczba stron: 360
Pamiętam jeszcze, jak podczas lekcji historii w szkole słuchałam opowieści nauczyciela o Krzyżakach, średniowiecznych bitwach i tej najsłynniejszej, o której uczył się każdy – bitwie pod Grunwaldem. Pamiętam również, jak zaczytywałam się w dzieciństwie powieściami Nienackiego o Panu Samochodziku i zakonie templariuszy oraz tajemniczym skarbie, który, nie wiadomo do dziś, czy jest tylko legendą, czy jednak czymś więcej. I teraz, gdy wpadła w moje ręce książka Mariusza Wollnego „Oblicze Pana”, nawet się nie zastanawiałam. Nie musiałam czytać zachęcających opisów wydawców, żeby wiedzieć, że ta książka jest dla mnie. I nie myliłam się.

Na Mariusza Wollnego nigdy wcześniej nie trafiłam, a szkoda, bo tworzy powieści historyczne, które od dawna mnie intrygują. Ma na swoim koncie już kilka książek, których akcja osadzona jest w zamierzchłej przeszłości. „Oblicze Pana” jest tak naprawdę pierwszą książką, której fabuła to czasy współczesne.

Jesteśmy w Krakowie, gdzie przez nieznanych sprawców zamordowany zostaje niemiecki profesor Ernst von Baysen. Ponad pół wieku wcześniej u schyłku Trzeciej Rzeszy, jego ojciec, Hauptsturmfuhrer Helmut von Baysen, trafia na trop tajemniczych relikwii krzyżackich, w których widzi szansę na odwrócenie losów drugiej wojny światowej. Owe relikwie, a wśród nich ta jedna, najpotężniejsza, o największej mocy, zwana świętym Graalem, w czternastym wieku była w posiadaniu Zakonu Rycerzy Świątyni. Jednak ostatni, wielki mistrz zakonu templariuszy Jakub de Molay, 13 marca 1314 roku ginie na stosie, co oznacza koniec potężnego do tej pory zakonu, a tajemnicze relikwie w jednym momencie rozpływają się w powietrzu.

Córka Ernsta von Baysena, Anna Maria, dowiedziawszy się o śmierci ojca, przybywa do Krakowa, aby go pochować. Przy okazji, wraz ze swoim dalekim kuzynem, Tomaszem Bażyńskim, miesza się w śledztwo, pragnąc zdemaskować zabójców ojca. Okazuje się, że w sprawę zamieszane są wspomniane relikwie i sprawa zabójstwa w jednej chwili staje się też próbą odnalezienia miejsca ich ukrycia.

„Oblicze Pana” jest powieścią, w której akcja współczesna miesza się z tą z czternastego wieku oraz z rokiem 1410, datą słynnej bitwy pod Grunwaldem. Każdy wie, jak ta bitwa się zakończyła, ale nigdy nie wiadomo, czy losy nie odwróciłyby się, gdyby Krzyżacy odnaleźli tropy relikwii zakonu i znaleźli się w ich posiadaniu.

Powiem Wam, że ja powieść Mariusza Wollnego… pochłonęłam wręcz, przeczytałam jednym tchem. Bo nie dość, że historią i czasami średniowiecza interesuję się od dawna, to nareszcie znalazłam kogoś, kto tworząc fikcję literacką nie kłóci się z faktami historycznymi. Do tego powrót do wspomnianego wcześniej, ale pamiętanego już jak przez mgłę Pana Samochodzika – książka wprost idealnie stworzona dla tego, kto pamięta historie Zbigniewa Nienackiego. Z tym, że „Oblicze Pana” nie jest już książką dla dzieci czy młodzieży, ale powieścią dla dorosłych. Powieścią, która wciąga od pierwszych stron, od której nie można się oderwać. Plusem tej książki jest również postać Tomasza Bażyńskiego, dalekiego krewnego z polskiej linii niemieckiej rodziny von Baysenów – bohatera, który może nie jest idealny, bo trochę życiowy nieudacznik, absolwent historii sztuki, nauczyciel, ale posiada ogromną wiedzę i inteligencję, która pozwala mu coraz bardziej przybliżać się do rozwiązania zagadki. Do tego bez wątpienia z poczuciem humoru, co nieraz i nie dwa wywołało u mnie wybuchy niepohamowanego śmiechu, szczególnie podczas dialogów z jego dawnym kolegą ze szkoły, a teraz inspektorem, Tadeuszem. Miło też było przekonać się o tym, że Tomasz nie ma serca z kamienia – między nim a Anną Marią powoli zaczyna rodzić się uczucie.

Czy to jest lektura dla każdego? Niekoniecznie, ale na pewno dla czytelników, którzy choć trochę interesują się historią, których intrygują powieści o zakonie templariuszy i Krzyżakach, a również dla tych, którzy mają ochotę przeczytać naprawdę dobry kryminał. Ja Mariusza Wollnego z pewnością wpiszę na listę autorów godnych mojej uwagi i mam nadzieję, że wkrótce będę miała okazję przeczytać inną jego książkę. A „Oblicze Pana” polecam serdecznie!

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Stosik majowy #2/2012

Stosik majowy #2/2012


Przedstawiam Wam mój stosik na majówkę głównie, ale pewnie i na cały bieżący miesiąc:


PIĄTA KOBIETA Mankella - książka z Mrocznej Serii, leży na mojej półce już jakiś czas, pora nadrobić zaległości :-)
MĘSKIE GRY Marininy - za punkty na Finta.pl
A kolejne 4 książki, jak widać, to zdobycze biblioteczne, przytaszczone tuż przed majówką:
SZELMOSTWA NIEGRZECZNEJ DZIEWCZYNKI Mario Vargas Llosa - bardzo byłam ciekawa tej książki od dawna - wrażenia niedługo na blogu, bo nawet udało mi się już tę książkę przeczytać...
SZEPTEM Becca Fitzpatrick - pierwsza część serii pewnie niejednemu z Was znanej, ja jeszcze nie miałam okazji się z nią zapoznać, teraz to nadrobię.
PUSTYNIA Carlos Franz - również książka, której byłam od dawna ciekawa.
BIAŁA KRÓLOWA Philippa Gregory - autorka mi znana, chociaż jeszcze żadnej jej powieści nie czytałam, a że znana głównie z powieści historycznych, więc dla mnie lektura obowiązkowa :-)

Poza tym czekam wciąż na książkę, a w zasadzie dwie książki, które mają przyjść do mnie pocztą, a że tak się złożyło, że trafiłam na dłuuuuugi weekend majowy, więc pewnie doczekam się ich dopiero w przyszłym tygodniu - wiadomo, jak to z naszą Pocztą Polską jest - cóż, jestem cierpliwa :-)

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli