Pierwsze podsumowanie miesiąca

Pierwsze podsumowanie miesiąca


Nadszedł w końcu czas na pierwsze podsumowanie na moim blogu :-)

Liczba książek przeczytanych w kwietniu: 11
Liczba przeczytanych stron w miesiącu: 4070
Liczba przeczytanych stron dziennie: 136
Liczba zrecenzowanych książek: 13
Liczba wyświetleń stron w kwietniu: 671




Najlepsza książka, przeczytana w tym miesiącu: "Lśnienie" Stephena Kinga - recenzja tutaj




Najgorsza przeczytana książka:
"Gwałt" Joanny Chmielewskiej



Miesiąc kwiecień był dla mnie głównie miesiącem narodzin tego oto bloga, kształtowania jego wyglądu. I w związku z tym, że jest jeszcze dość świeżutki, niezmiernie się cieszę, że ktoś w ogóle tu zagląda, na początku myślałam, że będę pisać tylko i wyłącznie dla siebie. Więc jestem zadowolona z tak licznych odwiedzin (blisko 700 to dla mnie dużo, szczególnie jak na początek) i że zyskałam również paru stałych czytelników :-) Dziękuję również za komentarze, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak cieszy mnie każdy z nich :-)

Kwiecień był również miesiącem moich pierwszych zwycięstw :-) Zajęłam drugie miejsce w konkursie na recenzję tygodnia portalu nakanapie.pl. Zaczęłam również robić cokolwiek w sprawie nawiązania współpracy z wydawnictwami, więc pewnie niedługo znajdzie się tu również recenzja mojej pierwszej książki, napisanej na życzenie wydawnictwa :-) (jest to takie moje małe osobiste zwycięstwo :P) Mam nadzieję, że ta współpraca z czasem będzie się rozwijać :-)

Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję!

Potem...

Potem...


Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo Albatros, 2006
Liczba stron: 302
Od jakiegoś czasu na mojej półce stała książka pt. „Potem”, jednego z moich ulubionych autorów, Guillaume Musso. A ponieważ byłam pod wrażeniem dwóch przeczytanych przeze mnie wcześniej jego książek, nie mogłam się doczekać, kiedy i tę wezmę w swoje ręce i zagłębię się w lekturze.

„Potem” opowiada historię Nathana, znanego i odnoszącego sukcesy prawnika, którego praca i chęć bogactwa pochłonęła tak bardzo, że zapomina o żonie i córce. Mallory, jego żona, widząc, że mąż coraz bardziej oddala się od niej i od dziecka, mimo że go kocha, postanawia od niego odejść. I niespodziewanie w życiu Nathana zjawia się pewien lekarz, Garrett Goodrich, który posiada niezwykły dar – nad osobami, które w niedalekiej przyszłości czeka śmierć, dostrzega świetlistą aureolę. Nie mówiąc niczego wprost, próbuje ostrzec adwokata. Nathan, przekonany, że wkrótce i jemu przyjdzie odejść z tego świata, bierze urlop i stara się spędzić jak najwięcej czasu ze swoją córką. Próbuje też naprawić stosunki z Mallory, którą wciąż kocha, i która nadal odwzajemnia jego uczucie. 

Musso znany jest z tego, że w swoje powieści wplata zawsze jakich motyw fantastyczny, dzięki temu jego książki są unikalne. Tak samo jest z tą książką. Nathan na początku nie wierzy w ani jedno słowo Goodricha, ale z czasem stanie się on dla niego jedynym człowiekiem, potrafiącym odpowiedzieć na coraz to nowe, kłębiące się w głowie adwokata, pytania. I dzięki lekarzowi właśnie możemy na kartach powieści śledzić przemianę Nathana, nagle jego własna osoba przestaje być ważna, zaczyna rozumieć, że najważniejsza jest rodzina, jego była żona i córka, bez których nie może żyć. I które – o czym jest przekonany – wkrótce zostawi, żeby przenieść się na tamten świat. Jakże będzie zdziwiony, i sam bohater, i czytelnik, kiedy dowie się, co tak naprawdę szykuje dla prawnika przeznaczenie.

„Potem” jest przede wszystkim opowieścią o śmierci, o tym, że nigdy nie jesteśmy na nią przygotowani, że choćby nie wiadomo, jak długie było życie, nigdy nie wystarczy, żeby się nim nacieszyć. Opowiada o tym, że nie wolno zapominać, że wokół nas istnieją osoby, które nas potrzebują, kochają i których potrzebujemy my. Że nie należy tylko i wyłącznie myśleć o sobie. „Potem” jest też powieścią o miłości i o tym, że właśnie ona potrafi nas zmienić na lepsze i daje nam siłę. Polecam z całego serca, bo jest to książka bez wyjątku dla każdego. Bo każdy z nas od czasu do czasu zadaje sobie pytanie: co bym zrobił, gdyby nagle okazało się, że moja śmierć jest blisko?
Ukradziony sen

Ukradziony sen


Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., 2004
Liczba stron: 384
„Ukradziony sen” nie jest pierwszą powieścią Aleksandry Marininy, którą miałam okazję przeczytać. Jest jednak moją pierwszą, opowiadającą o przygodach major Anastazji Kamieńskiej, a to właśnie ona jest główną bohaterką w kryminałach Marininy, które zdobyły ogromną popularność na całym świecie. 

„Ukradziony sen” jest zagadką zabójstwa młodej sekretarki i hostessy Wiktorii, która tuż przed śmiercią twierdzi, że ukradziono jej sen, powtarzający się od wczesnego dzieciństwa. Owa kradzież polega na tym, że pewnego dnia Wiki w radiu, podczas audycji, słyszy dokładny opis obrazów, widzianych przez nią w marzeniach sennych. Tydzień później ginie z rąk nieznanej osoby. Nikt nie wie, co robiła Wiki, gdzie była ani co się z nią działo na tydzień przed śmiercią. Sprawę do rozwiązania dostaje Nastia Kamieńska – jej szef przydziela jej po raz pierwszy takie zadanie twierdząc, że nikomu innemu nie może ufać – podejrzewa swoich podwładnych o współudział w zacieraniu śladów i jak najszybszym umorzeniu śledztwa – prosi jednak Nastię o dyskrecję. Sprawa się komplikuje, gdy podczas pobytu w Rzymie milicjantka dostrzega w księgarni książkę o okładce identycznej z opisanym snem Wiktorii, zaczynają ginąć ludzie, córka kolegi z pracy zostaje uprowadzona, a i samej Anastazji grozi niebezpieczeństwo.

Książka Marininy to jak zwykle bardzo dobrze, sprawnie skonstruowany kryminał. Czyta się ją szybko i z przyjemnością, wciąga w swój świat, sami zaczynamy się zastanawiać, kto jest zabójcą i co się tak naprawdę stało. Jednocześnie jesteśmy ciekawi tego, który z kolegów jest wart zaufania, a który robi wszystko, żeby podłożyć Nastii kłody pod nogi. I wygląda tak naprawdę na to, że bohaterka nie może ufać nikomu, a liczyć tak naprawdę tylko na samą siebie. 

Trochę jednak przeszkadza dość spora liczba bohaterów. Szczególnie na początku trochę trudno to ogarnąć, niezliczona ilość imion, nazwisk, pseudonimów potrafi sprawić, że jeśli się naprawdę nie skupimy na tym, co czytamy, nie wiemy, czy o tej osobie była już mowa, czy to zupełnie nowy bohater. Trochę to męczy. Rosyjskie nazwiska, często podobnie brzmiące, wcale nie ułatwiają sprawy.

Cała książka jednak jest przyjemna w odbiorze. Taki lekki kryminał, który mimo wszystko zaskakuje zakończeniem, bo wszystko tak naprawdę wyjaśnia się dopiero na ostatniej stronie – do końca nie wiadomo, kim jest tajemniczy pośrednik Arsen, który w całej zagadce odrywa zasadniczą rolę. Mogę Was zapewnić, że będziecie zaskoczeni. Bo tak naprawdę żadnemu bez wyjątku ufać nie wolno, każdy może okazać się naszym wrogiem, o czym się przekonacie czytając tę książkę.

Ja do Aleksandry Marininy na pewno jeszcze wrócę, bo polubiłam ją za chwile relaksu, oderwania się od rzeczywistości i odpoczynku, jakie mogłam spędzić z jej powieścią.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
44 Scotland Street

44 Scotland Street

Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo MUZA S. A., 2010
Liczba stron: 312
Czy wyobrażacie sobie sytuację, gdy siedząc na kanapie przenosicie się do ulubionego kraju? W pobliżu szklanka ulubionej herbaty lub kubek kakao, a Wy, leżąc na łóżku, odkrywacie nowe miasto, poznajecie jego mieszkańców – i to wszystko nie ruszając się z miejsca?

Tak właśnie na początku potraktowałam tę książkę – jako powrót do Szkocji, która urzekła mnie już dawno, dawno temu. Im bliżej końca, tym bardziej uświadamiałam sobie, że jednak jest ona czym o wiele więcej.

„44 Scotland Street” nie jest pierwszą książką Alexandra McCall Smitha, napisał on mnóstwo powieści i książek dla dzieci, które cieszą się popularnością nie tylko w Wielkiej Brytanii czy Polsce. Jest jednak pierwszą z kolejnej serii książek o mieszkańcach edynburskiej Scotland Street. Nie jest to tradycyjna powieść. Autor wpadł na pomysł historii w odcinkach na pewnym przyjęciu, nie mając pojęcia, że odniesie ona taki sukces. A sukces odniosła niemały.

Tytułowa Scotland Street znajduje się w artystycznej dzielnicy Edynburga. Na kolejnych kartach książki śledzimy codzienne przygody mieszkańców domu nr 44: dwudziestoletniej Pat, wprowadzającej się do kamienicy, jako współlokatorka zakochanego w sobie, narcystycznego Bruce’a;  pięcioletniego Bertie’ego, uzdolnionego dziecka i jej matki Irene, która zmusza syna do gry na saksofonie, a gdy on się buntuje, postanawia poddać go psychoanalizie; także mieszkającej samotnie, ale bystrej i inteligentnej Domeniki Mcdonald, obserwującej i komentującej życie mieszkańców swojej kamienicy.

Nigdy nie czytałam powieści tego typu, książki w odcinkach, rozdziałach, które są króciutkie, bo pisane pierwotnie do szkockiej gazety „Scotsman”.  Jednak w każdej małej części coś się dzieje, mamy zapowiedź kolejnych wydarzeń, co nie pozwala nam się znudzić. Mało tego – niemalże od pierwszej strony zaprzyjaźniamy się z jej nietuzinkowymi bohaterami i zanim się obejrzymy, chcemy więcej i więcej. Ta książka jest jak balsam dla duszy i ciała, jak lekarstwo na złamane serce, antidotum na chandrę. Czyta się ją błyskawicznie, chociaż nie posiada jako takiej akcji. Jednak jest pełna humoru, barwnych postaci i różnorakich charakterów, napisana przyjemnym językiem – po prostu cudowna. Najlepiej się ją czyta na kanapie pod kocem, z ulubionym kubkiem herbaty Earl Grey pod ręką. Bo jak już zaczniecie, to nie będzie Wam się chciało jej odkładać na półkę – to gwarantuję!

Ja sama sięgnęłam po tę książkę ze względu na Szkocję, którą kocham. A dzięki niej mogłam znowu przenieść się do jej stolicy, przypomnieć sobie edynburskie uliczki, szkockie krajobrazy – nie spodziewałam się, że ta książka urzeknie mnie do tego stopnia, że kiedy ją skończę, będę tego żałować. A tak właśnie jest. Żałuję, że już ją skończyłam i że była taka krótka. Pocieszeniem może być jednak fakt, że to pierwsza część całej serii o mieszkańcach Edynburga, więc na pewno wrócę do jej bohaterów tak szybko, jak to będzie możliwe.

Komu polecam? Wszystkim, ale głównie tym, którzy chcą zażyć sporej dawki dobrego humoru, uśmiechnąć się nie raz pod nosem, oderwać od otaczającego świata i przeczytać coś lekkiego, ale zapadającego w serce i wciągającego. A również tym, którzy tak jak ja są zauroczeni szkockimi miasteczkami i Szkocją samą w sobie. Nie bez powodu recenzja Times'a mówi nam, że ta książka powinna być przepisywana jako lek na zimową chandrę – bo taka właśnie jest. Ja będę czekać, aż wpadną w moje ręce kolejne części przygód mieszkańców edynburskiej kamienicy. Mam nadzieję, że długo nie będę musiała na to czekać.

We własnym gronie

We własnym gronie


Autor: Mari Jungstedt
Wydawnictwo Bellona, 2011
Liczba stron: 392
Literatura skandynawska cieszy się ostatnio dość sporą popularnością. Ja sama nie miałam jeszcze przyjemności przeczytania jakiejkolwiek książki któregokolwiek z pisarzy ze Skandynawii. Natknęłam się jednak całkiem przypadkiem na książkę Mari Jungstedt, mało tego, okładka z daleka wołała do mnie trudnymi do niezauważenia epitetami: „światowy bestseller”, przekonywała do siebie półtora milionami sprzedanych egzemplarzy – pomyślałam: dlaczego nie?

Mari Jungstedt jest podobnież znaną na całym świecie szwedzką pisarką, ja spotykam się z nią po raz pierwszy. „We własnym gronie” jest jednym z kryminałów z serii książek z inspektorem Andersem Knutasem, mało tego, na podstawie książek Jungstedt powstał nawet serial telewizyjny.

Jesteśmy na Gotlandii na międzynarodowym kursie archeologicznym, gdzie co lato zbierają się studenci z całego świata. Prace wykopaliskowe przerywa w jednym momencie zniknięcie jednej ze studentek, która kilka dni później zostaje znaleziona martwa. Sprawa trafia do inspektora Knutasa, który prowadzi równoległe śledztwo porzuconego na pastwisku i zmasakrowanego konia, któremu odcięto łeb. Wkrótce jednak okazuje się, że obie sprawy są ze sobą mocno powiązane, jednak odnalezienie mordercy pozostaje cały czas mało prawdopodobne. Śledztwo w ogóle nie posuwa się naprzód, a giną kolejne osoby – tak samo brutalnie zamordowane, co pozwala przypuszczać policji, że ma do czynienia z mordercą seryjnym, a sposób mordowania ma charakter rytualny – ofiary bowiem najpierw zostają utopione, okaleczone nożem, a na końcu powieszone.

Książka trochę długo się rozkręca na początku. Inspektor Knutas cały czas stara się rozwiązać zagadkę zamordowanego konia, któremu odcięto i zabrano głowę. I mamy wrażenie, że tak naprawdę nie dzieje się nic, co mogłoby przybliżyć i nas, i policję do rozwiązania zagadki. W połowie powieści jednak akcja zaczyna posuwać się szybciej do przodu. Autorka tak skonstruowała swoją fabułę, że prawie do końca nie mamy pojęcia ani żadnych przypuszczeń co do tego, kto może być mordercą. Jednocześnie przybliża nas do niego licznymi wstawkami odnośnie jego kolejnych ruchów, tego co czuje, co robi i co zamierza.

Główny bohater całej serii to, jak można się domyśleć, Anders Knutas… Cóż, niby zakłada się, że powinien on wzbudzać w nas sympatię, a w powieści jest wręcz odwrotnie – zadufany w sobie, samolubny, z zerowym poczuciem humoru inspektor, którego śledztwa w ogóle nie poruszają się naprzód. Być może autorka miała jakiś cel w takim wykreowaniu bohatera – ja go ledwo co strawiłam. Równoważy to jednak drugi główny bohater książki - redaktor lokalnej gazety Johan Berg, zainteresowany morderstwami i prowadzonym śledztwem.

Cała akcja w powieści toczy się jakby dwutorowo – z jednej strony próby rozwiązania zagadki, z drugiej miłosne problemy Johana i Emmy, a między nimi wplecione przerywniki z tajemniczym mordercą w roli głównej. Pomysł moim zdaniem dobry, nie pozwala czytelnikowi się znudzić, jednak autorce średnio to wszystko wyszło. Największym – jeśli nie jedynym – plusem tej powieści jest brak jakichkolwiek przypuszczeń co do mordercy. Książkę jednak szybko się czyta, chociaż nie jest podzielona na tradycyjne rozdziały.

Jeśli ktoś lubi powieści skandynawskich pisarzy albo zaczytuje się w kryminałach, na pewno ta książka spełni jego oczekiwania. Ja za specjalnie oczarowana twórczością pani Jungstedt po tej książce nie jestem, ale myślę, że miłośnicy gatunku na pewno znajdą w niej coś dla siebie.

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Ulubione książki od A do Z

Ulubione książki od A do Z

Zabawa podpatrzona ostatnio na niejednym blogu, ale która bardzo mi się spodobała... I postanowiłam sama taką listę zrobić :-) Z niektórymi pozycjami w ogóle nie miałam problemu, z innymi (było ich niewiele, może 2 czy 3 literki alfabetu) miałam niemały kłopot :-) 
Oto lista:

A – Alibi – Sandra Brown (chyba jedyna na A jaką przeczytałam)
B – Będziesz tam? - Guillaume Musso
C Chłopiec w pasiastej piżamie - John  Boyne
D - Dziewczynka w zielonym sweterku - Krystyna Chiger
E – Emilka ze Srebrnego Nowiu – Lucy Maud Montgomery
F – Firma – John Grisham
G – Gra Anioła – Carlos Ruiz Zafon
H – Harry Potter i więzień Azkabanu – Joanne K. Rowling
I – Inny świat – Gustaw Herling-Grudziński
J – Jeden dzień – David Nicholls / Jeździec Miedziany – Paullina Simons
K - Kiedyś byłam księżną - Jacqueline Pascarl-Gillespie
L – Lśnienie – Stephen King
Ł – Łotr – Trudi Canavan
M – Marina – Carlos Ruiz Zafon
N – Nigdy i na zawsze – Ann Brashares
O – Outlander – Diana Gabaldon
P – Pokój – Emma Donoghue
R – Romans wszech czasów – Joanna Chmielewska
S – Samotność w sieci – Janusz L. Wiśniewski
Ś – Świadectwo prawdy – Jodi Picoult
T – Tatiana i Aleksander – Paullina Simons
U – Uczennica Maga – Trudi Canavan
V – Voyager – Diana Gabaldon
W – Wszystkie marzenia świata – Theresa Revay
Z – Zbieg okoliczności – Joanna Chmielewska

Znacie którąś z tych książek? Umieścilibyście na swojej liście? A może wasze książki w ogóle nie pokrywają się z moimi? :-)
Marina

Marina


Autor: Carlos Ruiz Zafon
Wydawnictwo MUZA, 2010
Liczba stron: 302
Jako wielbicielka Carlosa Ruiza Zafona w pewnym sensie przestałam być obiektywna co do oceny pisanych przez niego książek. Lubię te tajemnicze miejsca, mroczne wydarzenia, lubię jego styl pisarski. I chyba nie będę oryginalna jak napiszę, że „Marina” również, jak pozostałe jego książki, spełniła moje oczekiwania.

W „Marinie” przenosimy się znowu do Barcelony, tak znanej nam już z „Cienia wiatru” i „Gry anioła”. Tym razem jednak jest to Barcelona lat osiemdziesiątych XX wieku. Książka jak zwykle zaczyna się tajemniczo. Oskar Drai jest uczniem szkoły z internatem, ale zafascynowany miastem, w jakim przyszło mu mieszkać, stara się odkrywać jego sekrety. Jednak na pierwszych stronach powieści poznajemy go jako bohatera, który znika na siedem dni i siedem nocy, nikt nie wie, gdzie jest, co się z nim dzieje, szukają go koledzy, nauczyciele oraz policja. Wałęsającego się na dworcu znajduje go przypadkowo policjant. Oskar, za jego namową wraca do internatu. Jest tajemniczy i nic nie chce powiedzieć. Zamyka się w sobie. Wszyscy - koledzy, nauczyciele, szkolni psychologowie chcą wiedzieć, gdzie był i co robił, jednak Oskar cały sekret zatrzymuje dla siebie. Nam jednak, na dalszych stronach książki zaczyna opowiadać całą historię. Historię o nim i Marinie.

Jakiekolwiek opowiadanie dalszej fabuły mija się z celem – książkę czyta się o wiele lepiej, kiedy wie się o niej jak najmniej – przynajmniej dla mnie. Strona za stroną odkrywamy razem z Oskarem jego tajemnicę – poznajemy tytułową Marinę i jej ojca, którzy stają się dla Oskara niemalże jak rodzina. Spacerujemy razem z nimi mrocznymi uliczkami Barcelony, odkrywamy sekret tajemniczej damy w czerni, która niczym zjawa pojawia się i znika… Strona po stronie poznajemy ten mroczny świat wykreowany przez Zafona – świat, który zauroczył mnie do tego stopnia, że mogłabym czytać takie książki non stop i nigdy by mi się nie znudziły.

„Marina” jest książką, która została napisana znacznie wcześniej, niż słynny, bestsellerowy „Cień wiatru” i jest zaliczana raczej do literatury młodzieżowej. Ja jednak i tak dałam się wciągnąć w ten świat, co udowadnia, że powieść ta absolutnie nie jest przeznaczona tylko dla młodych czytelników – równie dobrze może ją przeczytać piętnastolatek, co i siedemdziesięciolatek. To jest właśnie ta pozytywna rzecz w książkach Zafona – są dla każdego.

Do tego „Marina” dla Carlosa Ruiza Zafona jest szczególnie ważną książką, darzy ją największym sentymentem. „Marina” nie zaczyna się od razu historią Oskara Drai, ale czymś w rodzaju listu do czytelnika samego autora, co daje jej duży plus na samym początku. Do tego jest książką smutną, co wyczuwamy już od pierwszych stron. Ale z pewnością godną polecenia i miłośnikom Zafona, jak również tym, którzy jego książek jeszcze nie mieli okazji wziąć do ręki.
Będziesz tam?

Będziesz tam?

Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo Albatros, 2008
Liczba stron: 320
Gdybym mógł cofnąć czas, co zmieniłbym w swoim życiu?
Czy miałbym dość odwagi, by nadać mu nowy sens?
Dokąd bym poszedł? I z kim?

Każdy z nas choć raz w życiu zadał sobie to pytanie. Ja również.
I ten właśnie opis doprowadził do tego, że ta książka znalazła się u mnie na półce. Nawet nie patrząc na wewnętrzną stronę okładki, gdzie jest ten właściwy zarys fabuły, wiedziałam, że nie tylko tę książkę muszę przeczytać, ale i muszę ją mieć u siebie na własność.

A nie jest to pierwsza książka francuskiego pisarza Guillaume Musso, jaką przeczytałam. Z reguły muszę przeczytać dwie lub trzy książki określonego autora, żeby stwierdzić, czy jest on moim ulubionym i czy sięgać po następne. Po przeczytaniu „Wrócę po Ciebie” i „Będziesz tam?” jestem pewna na sto procent, że nie przejdę obojętnie obok pozostałych jego książek. A że Guillaume napisał ich jeszcze kilka, cieszę się, że będę miała okazję wkrótce znowu spotkać się z wykreowanymi przez niego bohaterami.

Musso obrał sobie styl, który najbardziej lubię – w zwykła fabułę wplecione są wątki fantastyczne, przy tym wybiera tematy, które nie pozwalają nam po skończonej książce po prostu odłożyć ją na półkę i zapomnieć, ale skłaniają do zastanowienia się – a co, gdyby mi się coś takiego przydarzyło?

Główny bohater, Elliott Cooper, jest lekarzem, zmagającym się ze śmiertelną chorobą, rakiem płuc. Wie, że mimo iż jest dopiero w wieku 60 lat, jego życie dobiega końca. Musi zostawić swoją jedyną i ukochaną córkę Angie, najlepszego przyjaciela Matta… Jednak, podczas misji humanitarnej w Kambodży, przekłada lot do domu tylko dlatego, żeby zoperować małego chłopczyka z zajęczą wargą, którego zauważa, wsiadając do samolotu. Rezygnuje z powrotu, żeby przywrócić dziecku twarz. Starzec, który opiekuje się chłopcem, w ramach wdzięczności zadaje Elliottowi dziwne pytanie: jakie jest jego największe pragnienie?... Elliott bez zastanowienia odpowiada, że chciałby jeszcze raz zobaczyć swoją ukochaną kobietę, Ilenę. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Ilena od 30 lat nie żyje.
Dostaje więc od starszego człowieka fiolkę z dziesięcioma, dziwnie wyglądającymi, złotymi pigułkami. Pigułkami, które pozwolą mu cofnąć się w czasie o 30 lat i jeszcze raz, ostatni, ujrzeć ukochaną.

Od początku niemalże zadajemy sobie pytanie, czy Elliottowi uda się zmienić bieg wydarzeń? Czy będzie próbował, czy po prostu podda się przeznaczeniu, jakie los wyznaczył dla niego i dla Ileny? Jest rozdarty między dwoma rodzajami miłości – z jednej strony do kobiety swojego życia, z drugiej do córki, która nie urodziłaby się, gdyby nie śmierć ukochanej. A może Elliott znajdzie złoty środek i uratuje obie, bliskie swojemu sercu osoby?

Jestem fanką książek, w które wplecione są elementy fantastyczne… a w „Będziesz tam?” Musso doskonale potrafił te dwa światy ze sobą połączyć – podróże w czasie przeplatać ze światem rzeczywistym tu i teraz, Elliota w wieku lat 30 i 60… Książka wciąga w swój świat od pierwszej strony i Musso, mimo że przeskakuje co chwila co 30 lat, to robi to w ten sposób, że czytelnik nawet tego nie zauważa. Mnie to nie przeszkadzało w ogóle. Jednocześnie sama sobie zaczęłam zadawać pytania… czy jeśli mogłabym cofnąć się w czasie, chciałabym coś zmienić? Czy taka zmiana w ogóle byłaby możliwa? Czy bylibyśmy w stanie zmienić swoje przeznaczenie, czy jest ono nam z góry przypisane?...

„Będziesz tam?” jest niezwykła. Magiczna. W pewnym momencie nawet wciąga do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie jej odłożyć. I zmusza do refleksji, zastanowienia się nad własnym życiem. Godna polecenia wszystkim – bez wyjątku. Dla mnie: jedna z tych ulubionych.

12 x śmierć. Opowieść z Krainy Uśmiechu

12 x śmierć. Opowieść z Krainy Uśmiechu

Autor: Michał Pauli
Wydawnictwo AR TEST, 2011
Liczba stron: 240
Książki napisane na podstawie autentycznych wydarzeń zawsze uważałam za coś więcej niż tylko książki. W końcu nie są to jedynie wymyślone historie, to wydarzyło się naprawdę, więc zawsze w jakiś tam sposób, większy czy mniejszy, trafiają mnie w serce. Jak było z „12 x śmierć”?

Michał Pauli nie jest pisarzem. Jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Urodził się w Kielcach, ale potem mieszkał w różnych częściach nie tylko Polski, ale i świata. Na początku zajmował się ceramiką, ale jego prawdziwą pasją są tak naprawdę podróże. I książka ta opowiada o jednej z nich. O podróży do kraju, który wielu turystów nazywa Krainą Uśmiechu. Cóż, dla niego taką krainą Tajlandia nie była.

Michał Pauli w Tajlandii daje się wplatać w przemyt narkotyków, coś, za co w tamtejszym kraju grozi kara śmierci. Wszystko po to, żeby podreperować swój budżet, bo jak można się domyśleć, ceramika nie przynosiła autorowi zbyt dużych dochodów. W jednej chwili podróż do Krainy Uśmiechu staje się dla autora drogą przez horror. Horror, który trwa 6 lat, a gdyby nie łaska tamtejszego króla, możliwe, że trwałby do końca jego życia – pewnie nawet niedługiego życia, bo gdy czytamy, jakie warunki panowały w Bang Kwang, jednym z najgorszych i najbardziej zatłoczonych więzień świata, to nie chce się wierzyć… Cele podobne do klatek dla zwierząt, w których tłoczą się ludzie. Gdy się czyta, to wydaje się nieprawdopodobne, że coś takiego na świecie istnieje. A Michał Pauli znalazł się w samym środku tego piekła. 

„To jest historia w którą trudno uwierzyć, chociaż jest prawdziwa. O azjatyckich więzieniach, intrygach, zamachach stanu, przemytnikach i płatnych zabójcach. To jest historia jak z filmu, która przydarzyła się Michałowi Pauli naprawdę. 
Nikt z nas nie chciałby znaleźć się na jego miejscu. Nikt nie chciałby usłyszeć wyroku śmierci w sądzie w Azji. Nikt nie chciałby poczuć na nogach kajdan. I właśnie dlatego tę książkę warto przeczytać. Bo ona zaczyna się tam, gdzie kończą się inne historie.”
Tomasz Michniewicz, dziennikarz, podróżnik, fotograf, radiowiec, pisarz


Mam strasznie mieszane uczucia odnośnie tej książki. Historia jest bez wątpienia poruszająca, nikt nie chciałby się znaleźć na miejscu autora. Ale wcale nie znaczy to, że książka jest idealna. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Michał Pauli nie jest pisarzem, o czym wspomniałam wcześniej. Osoby nie mające takiego doświadczenia często korzystają z pomocy literatów, żeby wyszła z takich opowieści książka, pretendująca nawet do miana bestsellera. Autor z takiej pomocy nie skorzystał, a szkoda, bo być może na mojej półce, a pewnie też i innych czytelników, stałaby się jedną z ulubionych. A tak mamy niemalże suche fakty, bez jakichkolwiek emocji, strasznie spłyconą pozycję. To jednak jestem w stanie mu wybaczyć – w końcu nigdy przedtem książek nie pisał.

Brak mi było w tej książce jako takiego początku… a tym bardziej zakończenia. Historia się po prostu zaczyna, szybko, od razu, niemalże od pierwszej strony. Brak jakiegokolwiek wstępu. To samo jest z zakończeniem, co jeszcze bardziej razi. Ot, wypuścili go, wyszedł. Koniec. A tutaj w głowie tyle pytań, tyle wątpliwości… Czy dotarł do Polski? Jak przywitała go rodzina i najbliżsi ludzie? Jak sobie radził po powrocie? I najważniejsze: co się stało z Ewą?... Za dużo tych pytań, a żadnej odpowiedzi. Brakowało mi takiego epilogu, choćby na 3, 4 strony, ale jednak. 

Niewinność?... O tym raczej nie ma tu mowy. Michał Pauli bez wątpienia winny był. Wplątał się w przemyt, chociaż doskonale wiedział, co go może za to spotkać. I zapłacił cenę za drogę na skróty. Cena – fakt – była okrutna, bo został skazany na 12 kar śmierci (chociaż dla mnie to się wydaje niewyobrażalne), ale przecież wiedział, co robi i co mu za to grozi. A podczas czytania ani przez chwilę nie ma słowa, aby się autor do tej winy poczuwał. Cały czas wina stoi po stronie tajskiego wymiaru sprawiedliwości, to oni są bezlitośni, traktują ludzi jak zwierzęta. Żadnej również wdzięczności – ani względem ambasady, która naprawdę robiła wiele, ani tym bardziej rodziny. Cały czas mamy wrażenie, jakby autor nam chciał przekazać, że mu się to należy. A nie zapominajmy, że przecież był winny. Że jego rodzina, znajomi wydali masę pieniędzy na adwokata, na obronę, nagłośnili sprawę w kraju, zrobili naprawdę bardzo dużo, żeby jakoś mu się tam, w więzieniu, żyło. A tu brak jakichkolwiek podziękowań chociażby dla matki, która sprzedała swoje mieszkanie, żeby mieć dla niego pieniądze. 

Cóż… nie chcę zniechęcać, bo historia jest naprawdę warta spędzonego nad nią czasu. Ale nie znaczy to, że nie ma wad. Tutaj te wady są jakby bardziej widoczne, czasem wręcz rażą – ale mając wybór przeczytania tej książki jeszcze raz, zrobiłabym to. Bo jest to mimo wszystko opowieść, która porusza serce… Można wybaczyć autorowi brak doświadczenia literackiego i rasizm – w końcu nigdy nie wiadomo, jak sami byśmy się zachowali, znajdując się w takiej sytuacji. Trudno jest jednak wybaczyć brak tego najważniejszego słowa: dziękuję.

Księgarnia Kumiko & pierwszy stosik późnokwietniowy

Księgarnia Kumiko & pierwszy stosik późnokwietniowy

Jakiś czas temu chwaliłam Wam się drugim miejscem w konkursie na recenzję tygodnia w serwisie NaKanapie :)
Cóż, wczoraj dotarła do mnie przesyłka z księgarni Kumiko wraz z zamówionymi tam książkami. Słyszałam wiele opinii na temat tejże księgarni, wszystkie były bardzo dobre. Ja również się nie zawiodłam. Jest to chyba pierwsza księgarnia internetowa, z której zamawiałam książki, a która tak miło zaskoczyła mnie przesyłką i poszanowaniem klienta (a trochę ich się nazamawiałam, uwierzcie). Nie dosyć, że książki cudownie zapakowane, do książek dołączona zakładka, kalendarzyk kieszonkowy i jeszcze jakiś tam drobiazg, to w dodatku odręcznie napisane przez panią Małgosię podziękowania za zamówienie. To się nazywa księgarnia przez duże K!


W związku z tym przedstawiam Wam pierwszy, co prawda już późnokwietniowy, stosik na moim blogu, następne będą zapewne na początku miesiąca... 
Oto on, stos nr 1/2012:

* POTEM Guillaume Musso - książka, którą zdobyłam dzięki wymianie na LC, z czego bardzo się cieszę, bo pan Musso to jeden z moich ulubionych pisarzy i do tego Francuz :P
* WE WŁASNYM GRONIE Mari Jungstedt - książka z biblioteki, wzięta właściwie całkiem przypadkiem, czeka na przeczytanie w następnej kolejności.
* 12 X ŚMIERĆ. OPOWIEŚĆ Z KRAINY UŚMIECHU Michał Pauli - też przytaszczona z biblioteki, słyszałam o tej książce wiele i wreszcie mogłam sobie wyrobić własne zdanie. Już przeczytana, recenzja w najbliższych dniach na pewno znajdzie się na blogu.
Trzy następne to książki zamówione z ww. księgarni:
* ŚWIĘTOKRADCY William Ryan
* OBLICZE PANA Mariusz Wollny
* 44 SCOTLAND STREET Alexander McCall Smith
Wszystkie trzy zamówione książki kosztowały mnie nie więcej niż 10 zł za sztukę, a każdą z nich chciałam kiedyś tam przeczytać, doszłam do wniosku że to doskonała okazja.
Poza tym jestem zauroczona okładką tej ostatniej. Niby taka zwykła, a jednak coś w niej jest, uwielbiam wydawnictwo MUZA przede wszystkim właśnie za okładki :-)

 * * *
Moje własne książki zawsze czytam na samym końcu, najpierw staram się czytać te biblioteczne lub pożyczone od kogoś. Tutaj jednak nie mogę się doczekać każdej z osobna, więc chyba w końcu zacznę nadrabiać zaległości i czytać te swoje. Więc i recenzji się doczekacie, mam nadzieję, wkrótce :-)

Lśnienie

Lśnienie

Autor: Stephen King
Wyd. Prószyński i S-ka, 1997
Liczba stron: 664
Nie ma chyba osoby wśród miłośników książek, która nie słyszałaby nazwiska Stephena Kinga. Ja sama z twórczością Kinga spotkałam się już dość dawno temu, kiedy wpadła w moje ręce książka pod tytułem „Desperacja”, która nie zrobiła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Mało tego, jakoś zawsze miałam awersję do autorów czy książek, które czytają wszyscy. A na pewno duża większość czytelników. A z „Lśnieniem” tak naprawdę spotkałam się kilka lat temu przy okazji słynnego filmu wyreżyserowanego przez Stanley’a Kubricka, którego zresztą nie obejrzałam nawet do końca. Jakiś czas później przeglądając gdzieś w Internecie listę 100 lektur, które trzeba przeczytać, natknęłam się znowu właśnie na tę książkę.

Jednak King w dalszym stopniu mi jakoś „nie podchodził”, więc odłożyłam to na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ostatnio jednak zauważyłam tę książkę na półce mojej siostry, więc znalazła się, chcąc czy nie chcąc, wśród moich pożyczonych książek do przeczytania. Skoro pożyczona, trzeba więc przeczytać i oddać jak najszybciej. Mimo że był to King, do którego nie pałam zbyt wielką miłością i nigdy nie pałałam, przełamałam się i zaczęłam czytać.

Były nauczyciel, Jack Torrance, dostaje pracę dozorcy opuszczonego na zimę, położonego wysoko w górach hotelu. Jest to dla niego szansa, ponieważ od dawna Jack pracuje nad książką, a ta praca dałaby mu czas na jej ukończenie.  W związku z tym wraz z żoną i pięcioletnim synem Danny’m, przeprowadza się na kilka miesięcy do Panoramy. Danny jest bardzo inteligentnym chłopcem, mądrym jak na swój wiek i przede wszystkim obdarzonym „jasnością” – potrafi odczytywać myśli i uczucia innych osób, widzi rzeczy, które się wydarzyły nie wiedząc o tym i potrafi przewidzieć sytuacje, które dopiero mają nadejść – posiada jakby szósty zmysł, który pozwala mu odbierać fluidy, krążące na zewnątrz. Po przeprowadzce do hotelu staje się to jego zgubą – odcięta od świata Panorama wydaje się jakby żyć własnym życiem i wszystko wskazuje na to, że powoli, ale skutecznie doprowadza ojca Danny’ego, Jacka, do utraty zmysłów. 

Stephen King wygrał ze mną. Dałam się wciągnąć w tę pełną grozy i napięcia książkę. Momentami nawet nie mogłam się od niej oderwać. Nie mam porównania z innymi powieściami Kinga, ale czytając gdzieś opinie, spotkałam się z informacją, że swoją przygodę z mistrzem horroru warto rozpocząć właśnie od tej książki. I z tym się muszę zgodzić, bo na mnie zrobiła wrażenie. Nie wiem, jaka byłaby moja reakcja na jakąkolwiek inną jego powieść, z drugiej strony cieszę się, że to właśnie było „Lśnienie”. Zapominając o przeczytanej lata temu „Desperacji”. Bo to właśnie „Lśnienie” tak naprawdę uważam za tę pierwszą.

King stworzył niesamowity klimat, przerażający, pełen grozy, ale do tego stopnia interesujący, że przekładamy strona za stroną, nie zwracając nawet uwagi na objętość, te blisko 700 stron.  Ale to nie jest jedynie horror, który trzyma w napięciu niemalże do ostatniej strony. Dzięki Stephenowi Kingowi czytelnik może się wczuć w rolę każdego bohatera z osobna –poznać dokładnie ich myśli, uczucia i emocje. Do tego książka jest tak realistyczna, że czytając ją wieczorem przed snem, w pustym mieszkaniu, samemu ma się ochotę zaszyć się w kącie z nożem w ręku, czekając na wyimaginowane nie wiadomo co, sami zaczynamy wyczuwać jakieś zło w powietrzu. Chcesz się bać? Czytaj tę książkę w nocy. Efekt będzie na pewno niezapomniany. Tym, którzy nie chcą mieć koszmarów w nocy, radzę sięgać po tę książkę w dzień – ale i wtedy nie gwarantuję spokojnej lektury bez dreszczyku i bez lęków, że gdzieś tam czyha na  nas jakiś potwór w masce, z młotkiem w ręku…

Kinga nie lubiłam, ale za tę książkę go lubię. Nie wiem, czy sięgnę z najbliższym czasie po jakiś inny jego horror, ale do „Lśnienia” chciałabym kiedyś jeszcze wrócić.
Droga do Różan

Droga do Różan

Autor: Bogna Ziembicka
Wydawnictwo Otwarte, 2012
Liczba stron: 412
Na tę książkę trafiłam przypadkiem… pamiętam, że miałam wtedy nie najlepszy humor, więc jak ją zobaczyłam, postanowiłam, że sobie go trochę poprawię. Bo okładka zrobiła na mnie duże wrażenie, kto wie, czy nie ze względu na okładkę ją właśnie kupiłam i na to, że była to nowość dopiero co wydana, ale już rozchwalana. A że jeszcze cena nieduża, tym bardziej doszłam do wniosku, że może gościć na mojej półce z powodzeniem.

„Droga do Różan” jest pierwszą książką z cyklu Otwarte dla Ciebie Wydawnictwa Otwarte i jest pierwszą powieścią wydaną w serii Romans. O czym jest ta książka? Krótko mówiąc: o miłości. O miłości kobiet do mężczyzn i odwrotnie, o miłości do rodziców, do ukochanego miejsca na ziemi. Ale również o przyjaźni, zdradzie, o samotności, „o ogrodach, tajemnicach krakowskich zaułków i gotowaniu” – jak „mówi” okładka.

Książka ma dwie główne bohaterki. Jedną jest Zosia, trzydziestoletnia kobieta, dla której pasją są kwiaty, ogrody i dbanie o dworek w rodzinnych Różanach. Drugą jest Zuzanna, niania Zosi, która ma już swoje lata, wychowała jej ojca i jest dla wszystkich jak członek rodziny. I cała akcja książki toczy się właściwie na dwóch płaszczyznach – jedną z nich jest opowieść współczesna o Zosi, drugą są wspomnienia Zuzanny z młodości. Jest to historia, która tak naprawdę zaczyna się w latach dwudziestych XX wieku, a kończy współcześnie, tu i teraz.

Opowieść z perspektywy dwóch osób nic tej książce nie ujmuje, a wręcz przeciwnie. Czyta się ją z wielką przyjemnością. Ja sama byłam pod dużym wrażeniem tej książki, choć muszę przyznać szczerze, powieści naszych rodowitych autorów jakoś nigdy nie przypadały mi do gustu. A po przeczytaniu „Drogi do Różan” gotowa jestem zmienić zdanie i większą uwagę poświęcać teraz polskim pisarzom.

Sama historia jest lekka jak piórko, można z książką poleżeć na kanapie, odpocząć, zrelaksować się – opowieść doskonała do tego, a całkiem niebanalna, nie jest ckliwą opowiastką o miłości, ale wartą przeczytania książką. Cała gama różnych charakterów, jedne osoby od razu obdarzamy sympatią, do innych odnosimy się z lekką dozą dystansu – daje tej książce kolejny plus. Może niektórych zaskoczę, że główna bohaterka Zosia wcale takiej sympatii we mnie nie wzbudziła, zaliczyłam ją raczej do tej drugiej kategorii bohaterów, co nie znaczy, że książkę czytało mi się źle. Trzydziestoletnia, a czasem naiwna jak dziecko kobieta, co jest w bohaterce dość irytujące – wcale nie sprawia, że mamy tę książkę ochotę odłożyć na miejsce. Bo jest cała masa innych, ciekawszych osobowości.

I wydaje mi się, że jedynym minusem tej książki jest… cena na okładce. Niestety tylko ją szpeci. Bo wydanie jest przyjemne i miło się czyta. A wydanie książki to dla mnie druga kluczowa sprawa, zaraz po treści. Tą książkę jednak można polecić i z jednej, i z drugiej strony.
Dziewczynka w zielonym sweterku. W ciemności

Dziewczynka w zielonym sweterku. W ciemności

Autor: Krystyna Chiger, Daniel Paisner
Wydawnictwo PWN
Liczba stron: 320
Każdy z nas wie, czym jest Holocaust. Czym była druga wojna światowa, nazistowskie Niemcy, sowiecka Rosja. Dużo książek zostało na ten temat napisanych, dużo filmów nakręconych, a nawet jeśli nie czytamy, nie oglądamy, to wiemy choćby ze szkoły, że to był okropny czas, w którym, jeśli mielibyśmy jakikolwiek wybór, nie zdecydowalibyśmy się żyć.

Niestety nie mamy wpływu na to, w jakich czasach żyjemy. Rodzina Chigerów, nie dość, że przeżyła czasy II wojny światowej, to jeszcze przeżyła ją jako ocalała rodzina żydowska, a jak wiadomo, Żydom nie było łatwo w tym okresie. Represje, prześladowania, masowe egzekucje, życie w getcie, obozy koncentracyjne… któż tego nie pamięta choćby z lekcji historii w szkole?... Tyle, że to, czego uczymy się w szkołach to tylko wierzchołek góry lodowej tego, co działo się z Żydami naprawdę.

Bo gdy się czyta tą książkę, to cały czas mamy w głowach świadomość tego, że to się wydarzyło naprawdę. Nie, to nie jest zwykła książka, jaką czytamy na co dzień, nie jest to wymyślona historia z jakimś zaskakującym albo rozczarowującym zakończeniem. Ta historia działa się naprawdę. Krystyna Chiger przeżyła ten okres, mało tego, razem z rodzicami i małym braciszkiem przeżyła okres prześladowań Żydów, ukrywając się w lwowskich kanałach, w smrodzie, brudzie, ciemności, wśród szczurów i robaków. "Setki szczurów, może tysiące. I robaki. Pokłady tłustych, oślizłych robali wszelkich rozmiarów, robali pokrywających całe ściany, kamienie, warstwy mułu. To było obrzydliwsze niż najokropniejszy koszmar, a my byliśmy w samym jego środku."* Któż z nas byłby w stanie spędzić choćby jeden dzień w takich warunkach? Podejrzewam, że niewielu. Krysia spędziła tam razem z rodziną nie jeden dzień, nie tydzień, ale 14 długich miesięcy. Bez światła słonecznego, bez świeżego powietrza, z kawałkiem chleba i 3/4 szklanki wody z pobliskiej fontanny dziennie, bez kwiatków i śpiewu ptaków, za którymi najbardziej tęskniła, bez możliwości zabawy z innymi dziećmi, śmiejącymi się i często słyszanymi ponad głowami. 14 długich miesięcy, których ja osobiście nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić. A wszystko to tylko po to, żeby żyć. Żeby przetrwać. Bo dla nich nie liczyło się nic innego, nie liczyło się morze szczurów, które biegały wszędzie, nie liczyły się warunki życia, liczyło się tylko życie.

W ukrywaniu się pomagała im trójka Polaków, kanalarzy. Ludzi, którzy co prawda na początku nie pomagali bezinteresownie, bo dostawali za opiekę pieniądze. Ale również ludzi, którzy z czasem stali się dla ukrywających się w kanałach Chigerów i pozostałych jak rodzina. Cała społeczność, te kilkanaście osób ukrywających się, to była taka podziemna rodzina. Leopold Socha, nazywany przez Ignacego Chigera Poldkiem, a przez Krysię uważany za dobrego Anioła Stróża rodziny, pomagał im do końca, nawet wtedy, gdy zabrakło pieniędzy. Człowiek z niekoniecznie czystym sumieniem, nie do końca doskonałą przeszłością – uważał, że pomagając, odkupi swoje dawne grzechy.

Czytałam tę książkę ze łzami w oczach. Praktycznie non stop starałam się nie rozpłakać na poważnie. No bo jak to w ogóle możliwe, że takie rzeczy naprawdę się działy? Niby czytam o tym w książkach, słyszę w telewizji, ale czy każdy z nas zdaje sobie sprawę, jak to naprawdę było i że to wszystko to była najprawdziwsza prawda?
A tutaj do tego, jakby jeszcze cała ta historia to było za mało, mamy opowieść siedmioletniej dziewczynki, opowieść z perspektywy małego dziecka, które nie do końca jeszcze zdaje sobie ze wszystkiego sprawę i nie wszystko rozumie. Dziewczynki i jej małego braciszka, który, kiedy wyszedł z kanałów, nawet nie pamiętał, że istnieje jakieś inne życie, „na zewnątrz”.

„Niełatwo jest opowiedzieć historię życia, które łatwe nie było.”**

O takich książkach i takich historiach trudno jest pisać, dlatego podziwiam z całego serca Krystynę Chiger... za to, że udało jej się przelać to wszystko na papier i że takie historie nie zginą właśnie między innymi dzięki niej... I za to, że przez cały ten czas w kanałach nie straciła pogody ducha i nadziei. Chociaż miała wtedy tylko 7 lat.

* str. 123 tejże książki
** str. 9 książki

* * *
Muszę się nieskromnie pochwalić, że dzięki "Dziewczynce w zielonym sweterku" zajęłam drugie miejsce w konkursie na recenzję tygodnia NaKanapie.pl. Fajne wyróżnienie, tym bardziej, że nigdy nic takiego nie wygrałam i że kiedyś jakiekolwiek pisanie w ogóle było mi obce :-) 
Dla niewtajemniczonych nagrodą dla drugiego i trzeciego miejsca jest bon na darmową przesyłkę w księgarni internetowej Kumiko - zawsze coś. Książki już zamówione, teraz tylko czekam na przesyłkę :-)
Światła września

Światła września

Autor: Carlos Ruiz Zafon
Wydawnictwo MUZA, 2011
Liczba stron: 256
Carlos Ruiz Zafon jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Stał się nim dzięki powieści „Cień wiatru”, książki, którą czytałam już jakiś czas temu, a która była niewątpliwie bestsellerem nie tylko w naszym kraju. „Światła września” to jedna z najnowszych powieści Zafona, wydanych w Polsce, chociaż w rzeczywistości napisana została znacznie wcześniej, nawet przed „Cieniem wiatru” i „Grą anioła”, które odniosły wielki sukces wśród polskich – i nie tylko – czytelników.

„Światła września” przenoszą nas do Francji początku XX wieku. Simone, matka dwójki dzieci, po śmierci męża, nie może się pozbierać zarówno psychicznie, jak i finansowo, próbując spłacić długi zaciągnięte przed śmiercią męża. Niespodziewanie dostaje jednak propozycję pracy, która pozwoliłaby jej wyjść na prostą i spełniłaby marzenia o normalnym życiu w spokojnym miasteczku, zapewniła dobrobyt jej oraz dwójce dzieci – Irene i Dorianowi. Simone zostaje więc ochmistrzynią w domu Lazarusa Janna, fabrykanta zabawek, i przenosi się do tajemniczego Domu na Cyplu. Chociaż na początku pracodawca budzi w niej niepokój, to jednak wkrótce zaprzyjaźnia się z Lazarusem, jednak jego dom w dalszym ciągu wywiera na niej przerażające wrażenie… dom pełen dziwnych mechanicznych zabawek z dziwacznie świecącymi oczami, przypominających czasem do złudzenia ludzi… Nagła śmierć mieszkanki domu Lazarusa i zarazem jego pracownicy zmienia jednak wszystko i w jednej chwili zamienia życie Simone, Irene i Doriana w dni przepełnione strachem i próbą odkrycia, kim, lub raczej czym jest tajemniczy cień, zjawa, która nie pozwala im spokojnie zasnąć i zmienia spokojne życie w koszmar.

Carlos Riuz Zafon, zanim jeszcze stał się popularnym i uwielbianym pisarzem w Polsce, napisał cykl powieści dla młodzieży i książka ta należy do jednej z nich. Uważam jednak, że nie tylko młodszy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie. Zafon w swojej książce przenosi nas w świat pełen magii i tajemnicy, której nie oprze się nikt, choćby tylko po to, żeby razem z Irene i jej przyjacielem rozwikłać zagadkę tajemniczego cienia. Książka wciąga od pierwszej praktycznie strony. Zafon genialnie stopniuje napięcie sprawiając, że czytamy dalej, ciekawi, co znajduje się na kolejnej stronie, cały czas zaskakuje wartką akcją.

Zafon, jak zwykle w swoich książkach, przyciąga nas mrocznym i pełnym grozy klimatem – i „Światła września” nie są pod tym względem wyjątkiem. Akcja, która dzieje się w tajemniczym Cravennmore, domu pełnym mechanicznych zabawek, które w niczym zwykłych zabawek dla dzieci nie przypominają, sekrety Lazarusa, niesamowite zjawiska przyrody – wszystko to przyprawia o dreszcze i sprawia, że mamy wrażenie, jakbyśmy sami tam byli i uczestniczyli w odkrywaniu mrocznych sekretów i walce dobra ze złem.

Z pewnością książka spodoba się nie tylko fanom znakomitej prozy hiszpańskiego pisarza, chociaż dla wielbicieli Zafona jest bez wątpienia lekturą obowiązkową. Szczególnie polecam ją tym, którzy nie znają jeszcze żadnej z książek autora, bo jest doskonałą pozycją do wprowadzenia w ten mroczny, pełen tajemnic świat. I na pewno nie tylko młodzi czytelnicy odnajdą w tej powieści coś dla siebie, bo mimo że została sklasyfikowana jako proza dla młodzieży, starszy czytelnik również będzie zadowolony i nie odłoży tej książki z poczuciem zmarnowanego czasu. Baśniowy świat Zafona, pełen sekretów, urzeka każdego, bez względu na wiek.
Czarna lista

Czarna lista

Autor: Aleksandra Marinina
Wydawnictwo W.A.B., 2010
Liczba stron: 350
Z Aleksandrą Marininą spotkałam się po raz pierwszy. Ponieważ od dawna mam sentyment do książek o Rosji, o Rosjanach i pisanych przez Rosjan (sama nie wiedząc czym to jest spowodowane), decyzja o tym, żeby zapoznać się z jakimś kryminałem Marininy była przemyślana – nie trafiłam na nią przypadkiem. A że Aleksandra Marinina jest byłą milicjantką, pracownicą moskiewskiego wydziału kryminologii – któż inny mógłby znać lepiej to środowisko, jak nie ona.
Marinina prawie dwadzieścia lat przepracowała w rosyjskiej milicji, w 1992 roku ukazała się jej pierwsza powieść kryminalna, a po kilku latach od wydania pierwszej książki w stu procentach oddała się twórczości pisarskiej. Jej książki popularne są na całym świecie, dowodzi temu choćby fakt, że zostały przetłumaczone na dwadzieścia trzy języki, niektóre z nich doczekały się nawet ekranizacji w rosyjskiej telewizji.

„Czarna lista” to co prawda nie pierwszy jej kryminał, ale pierwszy, przeczytany przeze mnie. A że lubię sobie czasem poczytać również tego typu powieści, nawet się nie zastanawiałam, jak wypatrzyłam tę książkę na półce w bibliotece.

Akcja rozgrywa się w czarnomorskim kurorcie, gdzie podpułkownik Stasow spędza urlop wraz ze swoją córką Lilą. Trwają tam równocześnie przygotowania do festiwalu filmowego, gdzie mają zostać przyznane najważniejsze rosyjskie nagrody filmowe. Jednak kandydatka do głównej nagrody ginie zamordowana przez tajemniczą osobę, po niej giną jeszcze kolejne trzy osoby związane z festiwalem. W sprawę zabójstw angażuje się Władisław Stasow, jednak jego pomoc nie jest mile widziana w kręgach władz. Poza tym ktoś usilnie próbuję zniechęcić go do rozwiązana zagadki, jego ośmioletniej córce cudem udaje się uniknąć zamachu na jej życie, w końcu wszystkim w otoczeniu Stasowa zaczyna grozić poważne niebezpieczeństwo. Jednak mimo wszystko Władisław się nie poddaje, próbując rozwikłać aferę i uniknąć śmierci kolejnych osób.

Co mi się najbardziej podobało w tej książce? Bez wątpienia osoba głównego bohatera, do którego zapałałam sympatią od pierwszej strony – tak, od pierwszej i nie ma w tym żadnej przesady. Często się uśmiechałam pod nosem, czytając tą książkę, a kilka razy nawet wybuchłam niepohamowanym śmiechem, co mi się zdarzyło nawet w komunikacji miejskiej, wywołując dziwne spojrzenia. Ta książka naprawdę bardzo wiele zyskuje dzięki pierwszoosobowej narracji – Władik ma takie poczucie humoru, które najbardziej lubię, trochę ironiczne, trochę żartobliwe – dzięki temu tę książkę pożera się niemal, nawet nie wiedząc kiedy… I zanim się obejrzymy… już koniec.

Oprócz głównego wątku morderstw są też oczywiście wątki poboczne, które nawet ostatnio zaczęłam bardziej zauważać, niż te właściwe. I chyba musiałabym nie być kobietą, żeby nie napisać o uczuciu, które rodzi się między ppłk Stasowem a Tatianą, mieszkanką tego samego pensjonatu, w którym mieszka Władik z córką. Tatiana jest uwielbiana przez Lilę, pewnie w głównym stopniu ze względu na to, że jest pisarką, a Lila, mimo że jest dopiero ośmioletnim dzieckiem, wykazuje się nie lada inteligencją – a książki to jej miłość. Między Władisławem a Tatianą wybucha romans, o który nawet sam Stasow by siebie nie podejrzewał (jego była żona, wyglądająca niczym modelka z wybiegu, jest zupełnym przeciwieństwem Tatiany, która jest lekko przy tuszy), w związku z czym z czasem i Tatianie grozi niebezpieczeństwo, związane z aferą i śledztwem.

A poza tym jeszcze to, co najbardziej lubię – mentalność rosyjska, bohaterowie i zachowania charakterystyczne dla tego kraju. W dodatku to wszystko łączy się z powieścią pełną intryg, rozczarowań, nieodgadnionych zagadek, często ni stąd, ni z owąd olśnień głównego bohatera, co tworzy książkę Marininy w pełnym słowa znaczeniu kryminałem przez duże K. Polecam szczególnie tym, którzy jeszcze nie znają twórczości rosyjskiej pisarki. Ja jestem pewna, że swojej przygody z Aleksandrą Marininą na tej książce nie zakończę.
Chłopiec w pasiastej piżamie

Chłopiec w pasiastej piżamie

Autor: John Boyne
Wydawnictwo Literackie, 2006
Liczba stron: 192
Książkę tą chciałam przeczytać, odkąd tylko się ukazała w księgarniach jako nowość. A że jakoś czasu mi wtedy zabrakło, żeby od razu ją kupić, potem miałam wielkie problemy z jej dostaniem. Rozeszła się niczym świeże bułeczki. Niedawno jednak natknęłam się na nią w bibliotece i nawet się długo nie zastanawiałam – od razu zgarnęłam ją z półki, żeby nikt przede mną tego nie zrobił.

Autorem „Chłopca w pasiastej piżamie” jest irlandzki pisarz, historyk, który ma już parę książek w swoim dorobku. Co jednak intryguje w tej książce od pierwszej chwili jest opis fabuły na okładce, a właściwie… jej brak. Próbujemy być przekonywani, że lepiej nam się będzie czytać, nie wiedząc o czym jest ta książka. Zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że tym bardziej postanowiłam ją przeczytać – no bo jak to, brak streszczenia, przecież to się nie zdarza. Trzeba przeczytać i się przekonać, czy rzeczywiście tak warta jest przeczytania.

Ja Wam jednak co nieco o niej opowiem. Głównym bohaterem jest dziewięcioletni Bruno, który wraz z rodzicami i starszą siostrą przenosi się z Berlina, gdzie mieszkał od urodzenia i gdzie miał wielu przyjaciół, na wieś. Przeprowadzka jest związana z pracą jego ojca, który zostaje komendantem obozu koncentracyjnego. Bruno na początku bardzo tęskni za Berlinem, dziadkami i przyjaciółmi, pewnego dnia jednak z nudów wybiera się na odkrywanie okolicy i przypadkowo poznaje innego chłopca w swoim wieku, który jest Żydem, więźniem obozu. Nie przeszkadza im to, że dzieli ich drut kolczasty – chłopcy się zaprzyjaźniają.

Nie o to tu chodzi jednak, żeby streszczać całą fabułę. Przecież nawet wydawca przekonuje nas tym opisem na okładce. Najlepiej będzie jak zaczniemy czytać nie znając tematu. I moim zdaniem ma rację. Książka może nic na tym nie straci, jeśli przeczytamy jej streszczenie, ale na pewno wiele zyskuje w naszych oczach, jeśli nie wiemy tak naprawdę o czym jest.

A jest opowieścią pisaną z perspektywy dziewięcioletniego chłopca, który nie do końca jeszcze rozumie otaczający go świat, nie zdaje sobie sprawy, ile zła wokoło go otacza. Czasami nawet mamy wrażenie, że czytamy książkę dla dzieci. Bruno próbuje zrozumieć świat na swój sposób, zadaje pytania, na które często nie dostaje odpowiedzi, których by się spodziewał. I właśnie to głównie mnie w tej książce poruszyło – że świat postrzegany oczami dziecka może być tak odmienny od tego, który widzimy oczami dorosłej już osoby. Że 9-letni Bruno często nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest dobre, a co złe, ma swoje zdanie na temat pewnych rzeczy, które wpoili mu rodzice. Nie wie, co to takiego jest obóz koncentracyjny, nie ma pojęcia, czym zajmuje się jego ojciec i że to złe - według niego ojciec jest dla niego kimś godnym naśladowania, a jego praca przecież znaczy tyle dla państwa i jest taka ważna. I wreszcie – Bruno tak naprawdę nie wie, kim jest tytułowy chłopiec w pasiastej piżamie. Dla niego to jest po prostu nowy i jedyny przyjaciel, jakiego znalazł w nowym miejscu – bardzo ważna osoba, na tyle ważna, że z czasem Bruno nie może się doczekać, kiedy znowu go zobaczy i będzie mógł porozmawiać.

Ta książka mną wstrząsnęła. Dosłownie. Wstrząsnęła i urzekła do tego stopnia, że przestałam na chwilę myśleć o innych rzeczach, tylko myślałam o Brunonie. Urzekło mnie w niej spojrzenie – na wojnę, na obóz koncentracyjny, na sytuację Żydów i holocaust – oczami dziecka, które tak naprawdę nie wie, co to, i że to złe. Nie wie, kim są ludzie zza drutu kolczastego, dlaczego chodzą w dziwnych piżamach w paski, dlaczego wokół jest tylu żołnierzy – dla nas dorosłych są to okrutne wydarzenia, czego dziewięcioletni chłopiec nie potrafi dostrzec i zrozumieć, jego to jedynie ciekawi. Warto sięgnąć po tę książkę, chociażby po to, żeby poznać ten naiwny świat widziany oczami dziecka, poznać trochę inną perspektywę, w jakiej jest opisany. Że zło dla dziecka niekoniecznie musi być złem. Książka warta przeczytania, porusza do głębi i która na długo zostaje w pamięci.

Początek

Podobno początki są najtrudniejsze - cóż... zobaczymy.

Bloga o książkach zawsze chciałam prowadzić, ale nigdy nie było czasu ani okazji. A że teraz zbiegło się to ze zmianami w moim prywatnym życiu, pomyślałam sobie... czemu właśnie nie teraz?

Ten blog będzie o tym, co czytam. Przede wszystkim. Może na początku ta strona nawet bloga nie będzie przypominać, ale mam nadzieję, z czasem się to zmieni :-) I będę go coraz bardziej rozbudowywać.

A więc... zapraszam!
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli