#MyFirst7Jobs, czyli moje pierwsze (i kolejne) doświadczenia zawodowe

#MyFirst7Jobs, czyli moje pierwsze (i kolejne) doświadczenia zawodowe

#myfirst7jobs

Spotkaliście się już z #MyFirst7Jobs? Bo ja już na kilku blogach widziałam podobne posty, dotyczące pierwszych w życiu prac i doświadczeń zawodowych... i tak mi się to spodobało, że postanowiłam sama spróbować, a przy okazji przypomnieć sobie, jak to było... i trochę odgrzebać dawne wspomnienia, bo niekiedy wiążą się z tym naprawdę cudowne chwile...

No to do dzieła - oto moje pierwsze siedem prac:

1. Zbieracz truskawek

Tak, zaczynałam praktycznie od podstawówki i to były moje takie naprawdę pierwsze zarobione pieniądze. To była taka praca na wakacje, a raczej na pierwsze jej tygodnie - zbierałam owoce, głównie truskawki, a zarobione pieniądze zawsze odkładałam na coś. Nie istniały jeszcze dla mnie banki, miałam naście lat, więc konta nie posiadałam, a pieniądze trzymałam w pudełku, jednak były moje - jaka frajda wtedy z tego była, że mam własne pieniądze... W ten sposób też jakiś czas później zarobiłam na swój pierwszy bilet do Anglii :)

2. Stażystka w biurze

...czyli pierwsza praca, do której musiałam wstawać rano i wracać popołudniu. Trwała kilka miesięcy, pieniędzy nie było z tego dużo, ale pokazała mi, jak wygląda taka "prawdziwa" praca, a i oszczędzić trochę mogłam, bo mieszkając jeszcze z rodzicami zarabiałam wtedy tylko dla siebie - odłożyć mogłam wszystko, co zarobiłam. Pamiętam, że już pod koniec mojego stażu nie mogłam się doczekać, kiedy to wszystko już się skończy mimo wszystko :)

3. Opiekunka w Anglii

A potem powędrowałam prosto do... Wielkiej Brytanii. I to chyba była taka moja prawdziwa, dorosła praca. Pojechałam, bo strasznie wtedy tego pragnęłam (teraz sama się sobie dziwię, ileż to ja w sobie zamozaparcia miałam wtedy i odwagi, żeby wyjechać sama za granicę...), chciałam zobaczyć, jak tam się żyje (a trochę takiej namiastki już miałam kilka miesięcy wcześniej odwiedzając tam siostrę), nauczyć się języka. Więc pojechałam i nigdy tego nie żałowałam.

4. Asystentka fizjoterapeuty

Praca również w Anglii i bardzo podobna do poprzedniej, ale jednak... byłam bardzo dumna, że sama tam, w innym świecie znalazłam sobie pracę lepszą od poprzedniej i lepiej płatną. W ogóle to... leciałam do Anglii z zamiarem zostania tam na co najmniej kilka lat, a może na zawsze? Los jednak ułożył się inaczej. Do Polski wróciłam po dwóch latach. Dlaczego? Bo po prostu tęskniłam za nią, za znajomymi, za rodziną.

5. Recepcjonistka

Po moim "medycznym" doświadczeniu szybko znalazłam pracę w Polsce, w prywatnej przychodni. I tam jak do tej pory chyba pracowałam najdłużej, bo prawie 3 lata... Jednak nijaka perspektywa na przyszłość i umowa zlecenie z czasem mnie stamtąd wygoniły, aby zacząć pracować, również jako recepcjonistka, w hotelu. Z językiem angielskim praktycznie nie miałam problemów, więc tej pracy też nie musiałam długo szukać. Okazało się jednak, że to nie dla mnie, głównie dlatego, że praca na zmiany, szczególnie nocą, sprawiała, że chodziłam czasami jak zombie.

6. Archiwista

Ach... i w końcu trafiłam do wymarzonego miejsca! Do archiwum z prawdziwego zdarzenia, nie żadnego tam składziku na dokumenty! Strasznie żałowałam, że tylko na rok (umowa na zastępstwo), ale w końcu to było coś, co mi się naprawdę podobało, z czym chciałam wiązać swoją przyszłość, wreszcie mogłam też zacząć studia historyczne, bo w końcu miałam na to pieniądze. I strasznie żałowałam, że po roku musiałam opuścić tamto miejsce, żałowali też prawie wszyscy, z którymi pracowałam...

7. A potem znowu zostałam recepcjonistką...

Niestety po upływie czasu, na jaki podpisałam wcześniejszą umowę, znowu zostałam bez pracy, na szczęście moje doświadczenie pozwoliło mi na to, aby znaleźć coś innego. Nie było wtedy mi łatwo, ale udało się i ze zdobycia tej pracy też byłam strasznie dumna i znowu odetchnęłam z ulgą, że będę miała z czego żyć. Jak widzicie, od rodziców wyprowadziłam się dawno (miałam chyba 20 lat) i chyba wcześnie jak na tamte czasy(?... zależy jak na to patrzeć), zawsze ciągnęło mnie do tego, żeby jak najszybciej się uniezależnić i utrzymywać sama...


Obecna praca jest moją ósmą pracą. A jak policzyć również takie małe kilkudniowe epizody w moim życiu (bo i takie były), to pewnie nawet dziesiątą albo jedenastą... Cóż, może to i dużo, ale ja naprawdę nie czuję się jakaś mega doświadczona zawodowo... W moim życiu też, między jedną pracą a drugą bywały momenty, kiedy nie pracowałam dość długo, czasem to były przerwy kilkudniowe, ale czasem kilkumiesięczne, a nawet roczna, która doprowadziła mnie wtedy do takiej frustracji i niemalże depresji, z którą ciężko było mi sobie poradzić. W pewnym momencie jednak praktycznie o 180 stopni zmieniłam swoje podejście i wtedy zmieniło się praktycznie wszystko. Bo uwierzyłam, że mogę. I uparcie dążyłam do celu. Nikt mi nigdy nie załatwił żadnej pracy (a jak próbował, to ZAWSZE kończyło się to fiaskiem), do wszystkiego doszłam sama. I mimo tak różnych prac, których się podejmowałam, nie żałuję chyba żadnej. A obecną również bardzo lubię.

A Wy pamiętacie swoje pierwsze prace?...
A może się pobawimy?... Liebster Blog Award

A może się pobawimy?... Liebster Blog Award


Pamiętam, jak na początku, gdy zaczęłam prowadzić tego bloga, zabaw tego typu było bardzo dużo. I w wielu brałam udział jak głupia. Z czasem odpuściłam, bo i nie miałam za bardzo czasu, ani też specjalnej ochoty. Ostatnio jednak znowu widzę dużo takich blogowych wpisów, a do wzięcia udziału w tym zaprosiła mnie Kasia z Na Regałach, której dziękuję i oczywiście podejmuję się!


1. Jaka była najpiękniejsza książka o miłości, którą przeczytałaś?

"Jeździec Miedziany" Paulliny Simons. Kocham tę książkę, chyba nigdy nie przestanę.

2. Zawsze kończysz zaczętą już książkę?

Prawie zawsze. Bo często jest tak, że książki, po które sięgam, mają to "coś", ukryte czasami właśnie gdzieś pod koniec. Więc czasem warto się przemęczyć. Oczywiście jak coś mnie strasznie nudzi i zwyczajnie nie mam ochoty czytać dalej, to nie czytam. Uważam, że skoro czytam, to robię to po to, żeby sprawić sobie przyjemność, więc jak nie czytam dla przyjemności to... po co czytać?

3. Po literaturę jakiego kraju sięgasz najczęściej i najchętniej?

Polską. Ostatnio przewija się u mnie notorycznie i nie raz pisałam o tym, że warto sięgać po naszych rodzimych autorów.

4. Jakie jest Twoje największe marzenie związane z książkami?

Napisać własną :)

5. Ulubiona para książkowa (niekoniecznie miłosna)?

I tu się powtórzę: Tatiana i Aleksander. A mogą być dwie? :) Jak mogą, to jeszcze Claire i Jamie Fraser z serii Diany Gabaldon.

6. Najładniejsza wizualnie książka, którą posiadasz w swojej biblioteczce?

"Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque" - piękny album o Paryżu, do którego mam słabość - teraz znacznie mniejszą niż kiedyś, ale jednak nadal ją mam...

7. Podaj 5 tytułów, które bardzo chciałabyś przeczytać, ale z różnych powodów boisz się za nie zabrać.

"Stara baśń" - pamiętam, jak czytałam tę książkę w szkole podstawowej, nie mogłam przez nią przebrnąć jako lekturę. Teraz nawet ściągnęłam na czytnik ebooka, ale ciągle mi nie po drodze...
"Saga o Wiedźminie" - uwielbiam serial telewizyjny, książkę mam w planach od dawna, ale... no właśnie, sama nie wiem, czemu jeszcze nie sięgnęłam po nią.
Jak się głębiej zastanowię, to w planach wciąż mam przeczytanie np. "Krzyżaków", Trylogii Sienkiewicza, powieści Orzeszkowej... Tak, chciałabym sobie przypomnieć stare lektury szkolne. I boję się, że albo mi się już nie będą tak podobały, albo przeciwnie - świadoma tego, jak bardzo lubię takie książki - spodobają mi się bardziej...

8. Jaka jest Twoja ulubiona pora dnia na czytanie książek?

Wieczór. Chociaż tak naprawdę chyba każda, byle by mi nikt nie przeszkadzał.

9. W jaki sposób piszesz recenzje, wpisy na bloga? Sporządzasz notatki czy może po prostu siadasz i od razu piszesz gotowy tekst na bloga?

Najczęściej siadam i piszę i wychodzi tekst, czasem zanotuję kilka ważnych rzeczy, o których nie chciałabym zapomnieć, pisząc. Naprawdę różnie, zależy od nastroju i czasu, jaki mam i jaki przeznaczam na bloga.

10. Z jakiego wpisu na swoim blogu jesteś najbardziej dumna i dlaczego?

Nie mam pojęcia... Musiałabym przekopać się przez masę wpisów... Ale pamiętam, że po przeczytaniu "Pana Lodowego Ogrodu" byłam dumna z napisanej recenzji, chociaż i tak nie oddała ona w pełni tego, co czułam po przeczytaniu tej książki. Do tej pory jest moją ulubioną i niedługo chcę ją przeczytać jeszcze raz.

11. Dlaczego prowadzisz bloga?

Bo lubię i sprawia mi to przyjemność :)


Uff... przebrnęłam. I niby powinnam teraz zaprosić do udziału kolejne osoby, ale... pomyślałam sobie, że niech wezmą w niej udział wszyscy, którzy mają na to ochotę. Naprawdę! Więc niech wszyscy czują się zaproszeni - bo napiszę szczerze, jestem dziś potwornie zmęczona i śpiąca. Więc swoimi pytaniami też się nie wykażę, zresztą nie mam talentu do wymyślania ciekawych pytań, ale pytania Kath są bardzo fajne, więc - do dzieła! Ktoś chętny???
10 największych europejskich podróżniczych marzeń

10 największych europejskich podróżniczych marzeń


Jakiś czas temu pisałam o polskich miastach, które koniecznie chciałabym odwiedzić. Plan realizuję, chociaż nie wiem, jak szybko uda mi się go zrealizować - nie w tym jednak rzecz, żeby jak najszybciej coś zobaczyć, ale żeby zobaczyć w ogóle. Tak się składa, że chociaż uważam, iż Polska jest tak piękna, że naprawdę nie trzeba wyjeżdżać zagranicę, żeby pooglądać piękne krajobrazy i zabytki, to jednak mam też taką listę miejsc, jeśli chodzi o europejskie miasta. Zapraszam Was więc dzisiaj - zdjęciowo - szlakiem moich największych europejskich, podróżniczych marzeń.











Może niektórych zdziwi, że nie ma tutaj tak sławnych i często odwiedzanych europejskich stolic, jak Madryt, Paryż czy Londyn (w tym ostatnim akurat byłam...), po prostu ciągnie mnie do nich mniej, ale nie jest tak, że w ogóle nie ciągnie. Kiedyś rękę bym dała sobie obciąć, byle by tylko móc zobaczyć Paryż... teraz... jakoś mi przeszło, chociaż oczywiście nadal bardzo chciałabym tam pojechać (ale ręki już bym nie oddała :D).

No i widać, że moja lista bardzo powiązana jest historycznie, no ale taka już jestem - zawsze wolałam latać po mieście i oglądać zabytki, niż np. leżeć na plaży :-)

Byliście gdzieś? Widzieliście? Coś szczególnie polecacie? Bo chociaż lato już się kończy, a praktycznie jedną nogą jesteśmy już poza wakacjami, to jednak ja lubię właśnie w takich momentach pomarzyć i poplanować, bo szczerze mówiąc mam wielką ochotę wybrać się w przyszłym roku gdzieś właśnie w jedno z tych miejsc...
Dlaczego postanowiłam ograniczyć ilość rzeczy wokół siebie?

Dlaczego postanowiłam ograniczyć ilość rzeczy wokół siebie?


Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Nie, to raczej nie było tak, że nagle rano obudziłam się z myślą: hej, a może zostanę minimalistką?... Nie, to raczej wpłynął na to czas, dość długi okres czasu. A poza tym w dalszym ciągu nie nazywam siebie minimalistką - jeszcze mi dużo do minimalizmu brakuje...

Przeprowadzałam się w życiu sporo razy. Pierwszy raz od razu na głęboką wodę, bo wyprowadziłam się za granicę mając 21 lat. Swoją drogą teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, jak znalazłam w sobie wtedy tyle odwagi i determinacji, żeby spełnić swoje marzenie... Nie wiem, czy teraz bym taką miała. Pamiętam jednak, że wyjeżdżając (a wyjeżdżałam co najmniej na kilka miesięcy, żeby potem z tych miesięcy zrobiło się dwa lata) spakowałam się w jedną walizkę do 20 kg i jeden bagaż podręczny, który był naprawdę niewielki. Zastanawiałam się ostatnio, przypominając sobie o tym, jak ja do diabła to zrobiłam? :-) Tak mało rzeczy...

Gdy dwa lata później wracałam do Polski, rzeczy miałam już o wiele więcej. Na tyle dużo, że zapędziłam do pomocy mojego kuzyna, który dużą część rzeczy zwiózł mi do Polski swoim samochodem, bo ja lecąc samolotem nie zabrałabym się z tym wszystkim i ze dwadzieścia razy... Całe życie bardzo przywiązywałam się do rzeczy (i mam tak cały czas) wokół siebie, a tym bardziej do tego, co zdobyłam własną pracą i tylko dzięki sobie. Tym samym przywiozłam do Polski masę książek (chyba nie wymaga komentarza...), ubrań (zgubił mnie brytyjski Primark i jeszcze parę innych fajnych sklepów), a nawet meble (drobne, bo drobne, ale zawsze)! A pamiętam, że i tak wiele jeszcze tam zostawiłam, bo gdybym mogła, wzięłabym wszystko, wszystko!

Ale powrót do Polski wcale nie był moją największą przeprowadzką. Bo przeprowadzałam się potem jeszcze kilka razy. Każda kolejna to był dla mnie jakiś koszmar. Z każdą kolejną okazywało się, że gromadzę tych rzeczy coraz więcej. Rzeczy, które na dobrą sprawę, wcale nie były mi tak bardzo potrzebne albo nie były potrzebne w ogóle. Ubrań, które w większości leżały w szafie, a ja chociaż w nich nie chodziłam, to ciężko było mi się z nimi rozstać, bo może kiedyś, na jakąś okazję... może jednak... Książki? To był największy problem - zawsze! Kocham książki. Więc moja biblioteczka nigdy nie malała - wręcz przeciwnie - sukcesywnie się powiększała. Ale jak mi przyszło za każdym razem, z każdą przeprowadzką, taszczyć te książki ze sobą... koszmar nad koszmary. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, ile ważą książki, dopóki nie musi ich przenieść z miejsca A do miejsca B. Dla mnie to zawsze była największa katorga.

O ile porządek w szafie chciałam zrobić od kilku dobrych paru lat (tylko jakoś nigdy nie było czasu albo były ważniejsze rzeczy), o tyle z książek wyrosłam niedawno. Ale chyba na zawsze. Zrozumiałam w pewnym momencie, że może i dom z masą książek jest fajny, ale wcale nie potrzebna mi ogromna biblioteka, a wystarczą tylko te książki, które naprawdę chcę mieć, do których kiedyś wrócę, które coś wniosły do mojego życia. Inne po prostu stały, a ja wiedziałam, że drugi raz ich nie przeczytam. Dlatego od niedawna sukcesywnie pozbywam się tych książek, które jeszcze komuś mogą sprawić radość - mi już sprawiły i koniec. Więcej do nich nie wrócę. O książkach pisałam przy okazji wyprzedaży i w dalszym ciągu mam wiele z nich na półce - jeśli ktoś z Was będzie zainteresowany, czekam na maile.

W końcu udało mi się też zrobić porządek w swojej szafie. Czuję, że teraz, po lecie (chociaż jeszcze go trochę zostało, ale ja zawsze myślę na zapas) moja szafa przejdzie jeszcze większą rewolucję. Idea capsule wardrobe spadła mi z nieba - to jest dokładnie coś dla mnie. I wreszcie mam w co się ubrać!

I chociaż jeszcze wiele rzeczy w moim życiu wymaga porządków, to ja już widzę, jak wiele mi to dało. A co dało? Przestrzeń. Nie mówię tu o przestrzeni w szafie czy na półkach (chociaż ta też), ale w głowie. Jakoś tak bardziej uporządkowane są teraz moje myśli, chociaż nadal jest ich milion na minutę. A więc i od razu samopoczucie lepsze. Co mi jeszcze dało ograniczenie rzeczy wokół siebie? Że jakość jest znacznie ważniejsza od ilości. I że skoro tak bardzo potrafię przywiązywać się do rzeczy, nawet tych z reguły niepotrzebnych, to moje zakupy są teraz bardziej przemyślane, a za każdym razem, gdy chcę coś kupić, zadaję sobie po kilka razy jedno pytanie: czy ja naprawdę tego potrzebuję. W końcu zrozumiałam, że człowiek szczęśliwy to nie ten, który ma milion różnych rzeczy wokół siebie, ale taki, który potrafi zrobić pożytek z tego co ma. To również uczy kreatywności i rozwija wyobraźnię. 

Więc tak krótko podsumowując - po prostu mi lepiej z tym. A poza tym... zawsze będzie łatwiej przy następnej przeprowadzce, o ile taka się nadarzy :)
Polska i Wikingowie - rzecz o "Hardej" Elżbiety Cherezińskiej

Polska i Wikingowie - rzecz o "Hardej" Elżbiety Cherezińskiej

Harda - Elżbiera Cherezińska

Uwielbiam książki Elżbiety Cherezińskiej. Nie zawiodłam się jeszcze na żadnej jej powieści i tutaj też nie będzie wyjątku - Harda jest po prostu genialna... I muszę o niej napisać oddzielnie, bo inaczej się nie da.

Uwaga, pytanie! Kto się uczył w szkole o Świętosławie?... Nikt? Albo niewiele z Was? Wiecie co, wcale mnie to nie dziwi, ale też trochę smuci, zawsze... Ja też się nie uczyłam. O Świętosławie dowiedziałam się potem, sama czytając książki historyczne. Nikt mnie nie uświadamiał o jej istnieniu w szkole. Nie wiem, jak wygląda program nauki historii w szkole teraz, ale kiedyś był bardzo okrojony, podejrzewam, że teraz też, jeśli nie bardziej. O Mieszku uczył się każdy, o Bolesławie Chrobrym też, ale tak ważna, związana z nimi postać wciąż gdzieś stoi w cieniu swojego ojca i brata...

Świętosława jest bardzo tajemniczą postacią, ba, niektórzy historycy nawet nie są pewni, czy naprawdę istniała. Ja sama jednak jestem zwolenniczką teorii, że była i wywarła ogromny wpływ na historię średniowiecznej Europy. I dziękuję z całego serca Elżbiecie Cherezińskiej za to, że Świętosława stała się bohaterką jej książki... nawet książek, bo niedługo najprawdopodobniej doczekamy się kontynuacji Hardej. Gdy się o tym dowiedziałam, kończąc tą powieść - uff... odetchnęłam z ulgą... Bo Harda kończy się... hm... ta książka się nie kończy, wręcz przeciwnie, zapowiada kolejną świetną powieść.

I nie sposób się tutaj nie odnieść do innej książki Cherezińskiej, a raczej serii książek. Tak, mam na myśli Północną Drogę. Dlaczego? Bo wydarzenia obu dzieją się niemalże w tym samym czasie i nawet spotkamy znanych nam już bohaterów! Nie tylko tych historycznych, ale i fikcyjnych. Ja sama cieszę się, że najpierw przeczytałam właśnie Sagę Sigrun, Ja jestem Halderd, Pasję wg Einara i Trzy młode pieśni, a potem trafiłam na Hardą. Ale po Hardą powinien sięgnąć każdy, kogo nie tylko interesuje historia Polski czy Skandynawii, ale i każdy czytelnik, który lubi książki o pięknych i wpływowych, silnych kobietach - bo taka była właśnie Świętosława, czy jak kto woli Sygryda Storrada - pod tym właśnie imieniem znana jest w sagach skandynawskich.

Ja ogólnie bardzo interesuję się nie tylko historią Polski, ale i historią Wikingów i skandynawskimi sagami. Po tej książce jednak mam tak wielki niedosyt tej wiedzy, jak jeszcze nigdy. Nie tylko opowieści o córce Mieszka, ale ogólnie o historii Skandynawii jako takiej. Zaczęłam nawet szukać innych książek, opowiadających to samo, ale może z trochę innej perspektywy - jeśli coś takiego znacie, dajcie mi znać w komentarzach. Wiem jednak, że nic mi nie zastąpi Cherezińskiej - ona jest po prostu niepowtarzalna i genialna. Nie ma drugiej takiej pisarki.
Wieczorny spacer po sopockim molo

Wieczorny spacer po sopockim molo

sopot

Przyznam szczerze, że to nie molo, nie spacer po plaży, ale Krzywy Domek w Sopocie był moim numerem jeden do zobaczenia :-) Naprawdę. Oczywiście plaża też (na której zresztą było dość mało ludzi, spodziewałam się większych tłumów), molo również (na którym ludzi było już dużo więcej), ale Krzywy Domek bardzo, bardzo chciałam zobaczyć!

sopot

Do Sopotu trafiliśmy już późnym popołudniem, a nawet można by powiedzieć - wieczorem. W zasadzie tylko po to, żeby przejść się po molo, bo jak to tak, odwiedzić Trójmiasto, a nie być na sopockim molo... Może właśnie dlatego na plaży sopockiej nie było tak dużo opalających się. Ale sam Sopot też ma w sobie mnóstwo uroku. No i to morze... Zakochałam się w naszym Bałtyku!

sopot

Na samym molo jednak... tłum ludzi. Zresztą wszędzie w jego pobliżu... ale mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Chłonęłam ten Sopot, aby zapamiętać stamtąd jak najwięcej - powiem Wam, że nawet kosztem zdjęć, bo robiąc zdjęcia w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że myślę o tym, aby ładnie wyszło, a nie cieszę się tym, co widzę. Więc schowałam aparat...

sopot

sopot

Summa summarum wyszło nam z całego trzydniowego pobytu w Trójmieście zadziwiająco dużo zdjęć. A naprawdę po raz pierwszy zależało mi bardziej na tym, żeby cieszyć się morzem, wakacjami i urlopem, a zdjęcia robić przy okazji i przywiązywać do nich mniejszą wagę... Czasem bowiem skupiamy się bardziej na tym, aby koniecznie uwiecznić coś na fotce, a mniej nas jest tu i teraz, nie cieszymy się chwilą...

sopot

Popatrzcie, w Sopocie nawet stacja kolejowa ma swój klimat:

sopot

I jak tu nie pokochać naszego polskiego morza? No jak? Nie da się... Będę musiała uwzględnić je w swoich planach w przyszłym roku jeszcze raz - koniecznie.

sopot
Przegląd książkowy, czyli o tym, co ostatnio przeczytałam

Przegląd książkowy, czyli o tym, co ostatnio przeczytałam

przegląd książkowy

Nauczyłam się ostatnio wykorzystywać każdą wolną chwilę na to, aby przeczytać chociaż kilka stron. Wcześniej ciągle coś było ważniejsze, ale nie wykorzystywałam w pełni takich momentów w ciągu dnia, jak np. czekanie w kolejce czy stanie na przystanku i czekanie na autobus, pociąg (tudzież jazda tym pociągiem, bo zamiast gapić się w okno, można poczytać, prawda?). Nie ukrywam, że z czytnikiem jest o wiele prościej wykorzystywać takie małe momenty w ciągu dnia na czytanie, ale i ze zwykłą, nawet grubaśną książką, się da, sprawdziłam :-)

No i tym samym powstał przegląd książkowy o tym, co ostatnio przeczytałam i o czym chciałabym Wam napisać. Na razie nie będę wracać do recenzji, jakie były na tym blogu do tej pory, bo zwyczajnie nie mam serca/nudzi mnie pisanie długich tekstów, a i Wam pewnie nie chce się w kółko czytać tego samego. Ale myślę, że taka forma (bo nie chcę z książkowych opinii rezygnować zupełnie) też jest w stanie się przyjąć - mam nadzieję. Co sądzicie?

"Zmuś mnie" Lee Child

Z tym autorem spotkałam się po raz pierwszy. Wiem, ma całą serię z tym bohaterem, a ja zaczęłam niemalże od końca, ale... wrócę do książek tego autora jeszcze na pewno. Bo Lee Child pisze lekko, ale ciekawie - prawdę mówiąc nie mogłam się oderwać od tej książki i zdaję sobie sprawę, że pewnie ma lepsze. Czytało mi się tę powieść przyjemnie, lekko i szybko.

"Ostatni list" Maria Ulatowska

To była książka, której strasznie byłam ciekawa. Autorka jest mi bardzo dobrze znana z serii o Sosnówce, ale szczerze mówiąc już od bardzo dawna nie miałam z nią styczności. A o tej powieści słyszałam naprawdę same dobre opinie. Jaka jest moja?
Po raz kolejny sprawdza się moja stara zasada, że co dobre, to polskie. I tutaj też tak jest. Ile to ja już razy pisałam, że warto czytać polskich autorów?... Przez tę książkę po prostu się płynie, ale też dużo się tu dzieje, jest cała masa barwnych postaci, z których główna bohaterka wcale nie jest tą najbarwniejszą. Ale równie godną uwagi. To właśnie przez nią Ostatni list wywołał we mnie całą masę emocji, nie tylko tych pozytywnych, ale i tych mniej przyjemnych  - a takie właśnie książki cenię sobie najbardziej. Czasem bowiem Majka jest tak irytująca i tak samolubna, że chciałoby się stanąć nad nią i krzyczeć: kobieto, tak się nie robi! Czasami przez nią żal mi się robiło innych bohaterów, szczególnie Zbyszka czy Andrzeja.
Strasznie mi ta książka zapadła do serducha, naprawdę... Taka życiowa i skłania do przemyślenia własnych postępowań. Naprawdę warto po nią sięgnąć.

"Slow life. Zwolnij i zacznij żyć" Joanna Glogaza

Joanna może być niektórym z Was znana z bloga styledigger.com. Ja trafiłam na jej bloga całkiem niedawno i chyba o jej książce dowiedziałam się nawet jeszcze wcześniej, przed blogiem. Ale to była pozycja, którą bardzo chciałam przeczytać. I nie żałuję, bo uświadomiła mi wiele rzeczy, o których co prawda niby człowiek wie, ale tak trudno to czasem zauważyć w codziennym pędzie. Co można zrobić, aby mieć czas na swoje pasje? Jak cieszyć się tym, co się ma tu i teraz? Jak żyć tak, jak my chcemy, a nie tak, jak wymagają tego od nas inni? Ta książka odpowiada na te pytania i na wiele innych, naprawdę wartościowa pozycja.

"Trzy młode pieśni" Elżbieta Cherezińska

Czy muszę przypominać, że pani Elżbieta jest moją ulubioną autorką? Chyba nie :-) Tym samym jednak, wraz z tą książką skończyłam czytać serię Północna droga. Szkoda. Bo strasznie już się zdążyłam zżyć z jej bohaterami...
Trzy młode pieśni - napiszę szczerze - nawet nie zainteresowały i nie wciągnęły mnie na początku, jak się tego spodziewałam. Ale nad zakończeniem tej książki wylałam rzekę łez, gdy... nie, nie będę Wam spojlerować, sami się przekonajcie. Tym razem jest to punkt widzenia trzech najmłodszych jej bohaterów: Gudrun, Ragnara i Bjorna, czyli dzieci, które w pewnym momencie stają się dorosłymi, dojrzałymi ludźmi.
I nie trzeba Północnej drogi czytać po kolei, pisałam o tym już przy okazji Pasji wg Einara, mam tylko dla Was jedną wskazówkę: Trzy młode pieśni zostawcie sobie na sam koniec. Bo ta część jest doskonałym dopełnieniem pozostałych. A cała seria jest po prostu wspaniała, naprawdę.
Bo inni to mają lepiej...

Bo inni to mają lepiej...

inni mają lepiej

Znacie to? Chyba w każdym z nas tkwi trochę zazdrości w stosunku do innych ludzi - nie tylko rodziny czy znajomych, ale czasem też zupełnie obcych ludzi... O ile taka mała zazdrość jest zdrowa, bo popycha nas do działania, to czasem jednak przeradza się to w coś, co sama nazywam "lepszymi innymi" :) Jak wiadomo, lubimy narzekać. Tak wiem, generalizuję teraz :-)

Byłam ostatnio u znajomej. Mieszka sama w kawalerce (marzyłam o tym od zawsze, bo im jestem starsza, tym chyba bardziej nie nadaję się do mieszkania z obcymi ludźmi w wynajmowanym mieszkaniu). Mieszkanie ma urządzone tak, że jak tam weszłam (nie pierwszy raz zresztą), to... zabolało mnie serce. Bo to jest dokładnie mój styl mieszkania. Minimalistyczny, poukładany, niczego zbędnego w nim nie ma. Ma pracę, w której zarabia pewnie dwa razy tyle, co ja... Wiecie co? Naprawdę zabolało mnie serce. Dlaczego ja nie mieszkam we własnym mieszkaniu? Dlaczego muszę się dzielić kuchnią, łazienką z zupełnie obcymi osobami, którzy mało mnie obchodzą i których tylko mijam od czasu do czasu, a jedyne słowa, które wymieniamy, to "cześć". Jak ja bym chciała mieć takie mieszkanie, taką pracę...!

Stop!

Hola hola, nagle uświadomiłam sobie jednak, że chyba się za bardzo rozpędziłam...

Fakt, ona ma fajną pracę, ale przecież ja też mam fajną. Którą lubię, i w której nie muszę siedzieć od 8 do 20, bo punkt 16 mnie już tam nie ma (w przeciwieństwie do niej). Fakt, nie mam mieszkania (ech, to mieszkanie własne strasznie mnie boli, bo w tym wieku chyba już powinnam mieć własne, albo chociaż sama mieszkać...), ale mam inne rzeczy, których ona nie ma: mam wspaniałego faceta (z którym kiedyś na pewno będę mieszkać), niedługo będę miała wyższe wykształcenie, którego ona nie ma, może nie mam tyle pieniędzy, ale mam wystarczająco, aby wyjechać na wakacje, na które ona nie jeździ... Niedługo też będę mieć prawo jazdy, którego ona też nie ma. 

I w pewnym momencie wyszło mi na to, że... przecież ja wcale nie mam tak źle, a może nawet mam... lepiej. Chyba pierwszy raz w życiu pomyślałam: hej, a może ona też mi czegoś zazdrości? I zrozumiałam w końcu, że przede wszystkim ja MAM SWOJE ŻYCIE, a ona TEŻ MA SWOJE. Każde jest inne, każde ma swoje mroki i uroki, ale jest moje/jej/Twoje/jego... I każdy z nas powinien je docenić. Bo jest nasze, indywidualne, niepowtarzalne - dlatego właśnie, że NASZE OSOBISTE.

Bardzo długo mi zeszło, aby to zrozumieć. Baaardzo, bardzo długo. I złożyło się na to wiele elementów, ale ostatnie tygodnie o wszystkim przesądziły. Sama nie wiem, dlaczego właśnie teraz, może dlatego, że postanowiłam zacząć spełniać swoje marzenia, być szczęśliwą, że moje marzenia stają się powoli celami do zrealizowania, a nie tylko marzeniami. A jeśli chcę być szczęśliwa, muszę po prostu przestać patrzeć na to, co mają inni - bo nie tylko może się okazać, że jak sama to dostanę, to wcale nie zapewni mi szczęścia, ale muszę nauczyć się również cieszyć z tego, co sama mam. Bo sama to wszystko wypracowałam własnymi rękami. Sama do wszystkiego doszłam. 

Jeśli za każdym razem będziemy zazdrościć rodzinie, znajomym, jakimś bliżej nieokreślonym innym, to... nigdy nie dostrzeżemy tego, co sami mamy. A bez tego po prostu nie da się być szczęśliwym. Ważne, żeby zacząć spełniać SWOJE marzenia, a nie kopiować to, co ma ktoś. Bo sami doskonale powinniśmy wiedzieć, czego chcemy i co nas uszczęśliwi.

I myślę, że zrozumienie tej kwestii jest kluczem do tego, aby w ogóle móc zacząć spełniać swoje marzenia. SWOJE, nie innych. Zrozumieć w końcu, że to co mamy, jest nasze, i cieszyć się z tego. I wiedzieć, czego się chce. Tak po prostu, po ludzku (bo zauważam, że wiele ludzi po prostu nie wie i patrzy na innych).

Bo inni wcale nie mają lepiej. Mają po prostu INACZEJ.
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli