Wrzesień jak z Matrixa [podsumowanie września]

Wrzesień jak z Matrixa [podsumowanie września]


Taki właśnie miałam wrzesień. Wcześniej narzekałam od czasu do czasu, że czas mi szybko leci, ale wrzesień po prostu pobił wszelkie rekordy wszystkiego. Nie pamiętam go kompletnie, a raczej pamiętam... jako miesiąc, w którym wręcz przykuta do łóżka sobie przez cały ten czas chorowałam... Więc czuję się, jakbym ten cały miesiąc autentycznie przespała... 

Trochę też przegapiłam naszą piękną, złotą polską jesień, która niedawno do nas przyszła. Uwielbiam jesień, właśnie szczególnie taką, kiedy nie ma błota, za to jest masa pięknych złotych liści na drzewach i pod nimi i świeci piękne słońce. Na szczęście to dopiero początek jesieni, ale mam nadzieję, że taka właśnie, przyjemna, będzie długo.

Mam teraz w planach ponadrabiać wszelkie zaległości, bo powoli chyba zaczynam wracać do świata żywych. Nareszcie. Przede wszystkim nadrobić zaległości w książkach, bo i czytać za bardzo nie miałam ochoty we wrześniu i strasznie się już za tym stęskniłam. A o innych planach napiszę może później... Pisałam Wam już kiedyś, że nienawidzę się przeprowadzać? Cóż, tej jesieni znowu czeka mnie przeprowadzka właśnie, ale powiem Wam, że... cieszę się na nią.

Dzisiejsze podsumowanie będzie krótkie, bo i wrzesień był dla mnie... hm... krótki i przeżyty jak w Matrixie właśnie...

A jak Wam minął ten miesiąc?
Gdańsk część 1: Westerplatte

Gdańsk część 1: Westerplatte


Wiem, wakacje już za nami i szczerze mówiąc każdy chyba już o nich zapomniał, ale... ja jednak wciąż żyję nimi (stąd cieszę się na to, jaką pogodę obecnie mamy i chciałabym, żeby została taka jak najdłużej), a samego Gdańska moimi oczami jeszcze nie oglądaliście :-) A to jest chyba dobry moment (chodzi mi o miesiąc wrzesień), żeby zacząć pokazywać Wam Gdańsk od... Westerplatte.



Sam spacer na Westerplatte (płynęliśmy tam tramwajem wodnym, polecam!) to już jest atrakcja. Piękne morze. Cisza! Można się zatrzymać co jakiś czas i podziwiać. Naprawdę cudowna sprawa.



Podobało mi się również to, że chociaż ludzi zwiedzających było sporo, to jednak jest tam tak spokojnie. Można bez pośpiechu pospacerować, zatrzymać się, popatrzeć. Naprawdę, zadziwiające.


Przy samym pomniku niestety jest zazwyczaj już więcej ludzi... Ale on sam robi ogromne wrażenie. Naprawdę polecam samemu się przekonać.



Nie skłamię, jeśli napiszę, że dzień (a w zasadzie to pół dnia), który spędziliśmy właśnie tam, to był najlepszy dzień mojego urlopu. Pogoda piękna (chociaż pogoda przez cały czas była piękna), chociaż wrzesień najprawdopodobniej też jest doskonałym miesiącem na odwiedzenie Gdańska i Westerplatte - z wiadomych powodów.


Już myślę o tym, jak dobrze byłoby tam wrócić w przyszłym roku (chociaż pewnie nie będzie to proste tak jak w tym).

Widzieliście już Westerplatte na żywo?
Jeśli nie, zostawiam Was dzisiaj z fotkami i naprawdę zachęcam - piękne miejsce, pełne historii. Trzeba je odwiedzić koniecznie.
O tym, jak dobrze czasem zapomnieć telefonu komórkowego oraz inne sierpniowe wspominki [podsumowanie sierpnia]

O tym, jak dobrze czasem zapomnieć telefonu komórkowego oraz inne sierpniowe wspominki [podsumowanie sierpnia]


Chciałam to podsumowanie opublikować już wczoraj, jednak ani wczoraj, ani w poniedziałek nie znalazłam czasu na jego napisanie... Bardzo dawno już nie było tak, że wychodziłam z domu o 7 rano, a wracałam o 21. I w poniedziałek więc, i wczoraj wręcz padłam na łóżko ze zmęczenia, bo kto by nie padł, prawda? A na pewno nie miałam już chęci otwierać laptopa. I po 8 godzinach pracy od poniedziałku do piątku mam tej ochoty coraz mniej. Ostatnio naprawdę wolę się nacieszyć innymi rzeczami, niż siedzieć z głową w monitorze komputera :-) Moje ostatnie zakręcenie doprowadziło do tego, że wczoraj w ogóle nie miałam ze sobą komórki cały dzień i... nawet nie odczułam jej braku :-) No, może raz, kiedy chciałam sprawdzić, która godzina :-) Taka przerwa jednak czasem dobrze robi.

Pisałam już wcześniej, że ja, kaleka samochodowy, który boi się wsiąść za kierownicę, zapisałam się na kurs prawa jazdy. Tadam! Zaczęłam kurs praktyczny, mam za sobą kilka godzin i muszę przyznać, że... jazda samochodem wcale nie jest taka trudna i zła... Ja mogłabym nawet napisać, że jestem w stanie to polubić, ba! nawet chyba już trochę polubiłam... Raczej to dobry znak :-)

A tak w ogóle to znowu sierpień mi przeleciał jak przez palce. Nawet nie wiem, kiedy. Jutro znowu zaczyna się rok szkolny, a pamiętam jak w zeszłym roku o tej właśnie porze rozpoczynałam kolejną swoją (obecną) pracę i byłam tak samo zestresowana, jak te dzieciaki, które szły do szkoły :-) No i to świadczy boleśnie również o tym, że niedługo zacznie się jesień. Nie ukrywam, że to lato jest moją ulubioną porą roku, ale jesień również lubię - bardzo.

Tak sobie teraz myślę i próbuję przypomnieć, co ja właściwie robiłam w sierpniu... Skupiłam się znowu na pracy po urlopie, ale i sporo miałam czasu jednak również dla siebie. Zaczęłam dbać o włosy, przez co trochę mniej wypadają. Przeczytałam jedną świetną, genialną wręcz książkę, ale nic dziwnego, bo to książka Cherezińskiej, więc czego innego można się było spodziewać? Spędziłam kilka dni na wsi, którą kocham całym sercem i gdybym mogła, spędzałabym tam naprawdę więcej czasu. A koniec sierpnia obfitował w jeszcze inne wieści, ale o nich na razie sza!

Ciekawa jestem, jaki będzie wrzesień... Mam nadzieję, że również dobry :-)
#MyFirst7Jobs, czyli moje pierwsze (i kolejne) doświadczenia zawodowe

#MyFirst7Jobs, czyli moje pierwsze (i kolejne) doświadczenia zawodowe

#myfirst7jobs

Spotkaliście się już z #MyFirst7Jobs? Bo ja już na kilku blogach widziałam podobne posty, dotyczące pierwszych w życiu prac i doświadczeń zawodowych... i tak mi się to spodobało, że postanowiłam sama spróbować, a przy okazji przypomnieć sobie, jak to było... i trochę odgrzebać dawne wspomnienia, bo niekiedy wiążą się z tym naprawdę cudowne chwile...

No to do dzieła - oto moje pierwsze siedem prac:

1. Zbieracz truskawek

Tak, zaczynałam praktycznie od podstawówki i to były moje takie naprawdę pierwsze zarobione pieniądze. To była taka praca na wakacje, a raczej na pierwsze jej tygodnie - zbierałam owoce, głównie truskawki, a zarobione pieniądze zawsze odkładałam na coś. Nie istniały jeszcze dla mnie banki, miałam naście lat, więc konta nie posiadałam, a pieniądze trzymałam w pudełku, jednak były moje - jaka frajda wtedy z tego była, że mam własne pieniądze... W ten sposób też jakiś czas później zarobiłam na swój pierwszy bilet do Anglii :)

2. Stażystka w biurze

...czyli pierwsza praca, do której musiałam wstawać rano i wracać popołudniu. Trwała kilka miesięcy, pieniędzy nie było z tego dużo, ale pokazała mi, jak wygląda taka "prawdziwa" praca, a i oszczędzić trochę mogłam, bo mieszkając jeszcze z rodzicami zarabiałam wtedy tylko dla siebie - odłożyć mogłam wszystko, co zarobiłam. Pamiętam, że już pod koniec mojego stażu nie mogłam się doczekać, kiedy to wszystko już się skończy mimo wszystko :)

3. Opiekunka w Anglii

A potem powędrowałam prosto do... Wielkiej Brytanii. I to chyba była taka moja prawdziwa, dorosła praca. Pojechałam, bo strasznie wtedy tego pragnęłam (teraz sama się sobie dziwię, ileż to ja w sobie zamozaparcia miałam wtedy i odwagi, żeby wyjechać sama za granicę...), chciałam zobaczyć, jak tam się żyje (a trochę takiej namiastki już miałam kilka miesięcy wcześniej odwiedzając tam siostrę), nauczyć się języka. Więc pojechałam i nigdy tego nie żałowałam.

4. Asystentka fizjoterapeuty

Praca również w Anglii i bardzo podobna do poprzedniej, ale jednak... byłam bardzo dumna, że sama tam, w innym świecie znalazłam sobie pracę lepszą od poprzedniej i lepiej płatną. W ogóle to... leciałam do Anglii z zamiarem zostania tam na co najmniej kilka lat, a może na zawsze? Los jednak ułożył się inaczej. Do Polski wróciłam po dwóch latach. Dlaczego? Bo po prostu tęskniłam za nią, za znajomymi, za rodziną.

5. Recepcjonistka

Po moim "medycznym" doświadczeniu szybko znalazłam pracę w Polsce, w prywatnej przychodni. I tam jak do tej pory chyba pracowałam najdłużej, bo prawie 3 lata... Jednak nijaka perspektywa na przyszłość i umowa zlecenie z czasem mnie stamtąd wygoniły, aby zacząć pracować, również jako recepcjonistka, w hotelu. Z językiem angielskim praktycznie nie miałam problemów, więc tej pracy też nie musiałam długo szukać. Okazało się jednak, że to nie dla mnie, głównie dlatego, że praca na zmiany, szczególnie nocą, sprawiała, że chodziłam czasami jak zombie.

6. Archiwista

Ach... i w końcu trafiłam do wymarzonego miejsca! Do archiwum z prawdziwego zdarzenia, nie żadnego tam składziku na dokumenty! Strasznie żałowałam, że tylko na rok (umowa na zastępstwo), ale w końcu to było coś, co mi się naprawdę podobało, z czym chciałam wiązać swoją przyszłość, wreszcie mogłam też zacząć studia historyczne, bo w końcu miałam na to pieniądze. I strasznie żałowałam, że po roku musiałam opuścić tamto miejsce, żałowali też prawie wszyscy, z którymi pracowałam...

7. A potem znowu zostałam recepcjonistką...

Niestety po upływie czasu, na jaki podpisałam wcześniejszą umowę, znowu zostałam bez pracy, na szczęście moje doświadczenie pozwoliło mi na to, aby znaleźć coś innego. Nie było wtedy mi łatwo, ale udało się i ze zdobycia tej pracy też byłam strasznie dumna i znowu odetchnęłam z ulgą, że będę miała z czego żyć. Jak widzicie, od rodziców wyprowadziłam się dawno (miałam chyba 20 lat) i chyba wcześnie jak na tamte czasy(?... zależy jak na to patrzeć), zawsze ciągnęło mnie do tego, żeby jak najszybciej się uniezależnić i utrzymywać sama...


Obecna praca jest moją ósmą pracą. A jak policzyć również takie małe kilkudniowe epizody w moim życiu (bo i takie były), to pewnie nawet dziesiątą albo jedenastą... Cóż, może to i dużo, ale ja naprawdę nie czuję się jakaś mega doświadczona zawodowo... W moim życiu też, między jedną pracą a drugą bywały momenty, kiedy nie pracowałam dość długo, czasem to były przerwy kilkudniowe, ale czasem kilkumiesięczne, a nawet roczna, która doprowadziła mnie wtedy do takiej frustracji i niemalże depresji, z którą ciężko było mi sobie poradzić. W pewnym momencie jednak praktycznie o 180 stopni zmieniłam swoje podejście i wtedy zmieniło się praktycznie wszystko. Bo uwierzyłam, że mogę. I uparcie dążyłam do celu. Nikt mi nigdy nie załatwił żadnej pracy (a jak próbował, to ZAWSZE kończyło się to fiaskiem), do wszystkiego doszłam sama. I mimo tak różnych prac, których się podejmowałam, nie żałuję chyba żadnej. A obecną również bardzo lubię.

A Wy pamiętacie swoje pierwsze prace?...
A może się pobawimy?... Liebster Blog Award

A może się pobawimy?... Liebster Blog Award


Pamiętam, jak na początku, gdy zaczęłam prowadzić tego bloga, zabaw tego typu było bardzo dużo. I w wielu brałam udział jak głupia. Z czasem odpuściłam, bo i nie miałam za bardzo czasu, ani też specjalnej ochoty. Ostatnio jednak znowu widzę dużo takich blogowych wpisów, a do wzięcia udziału w tym zaprosiła mnie Kasia z Na Regałach, której dziękuję i oczywiście podejmuję się!


1. Jaka była najpiękniejsza książka o miłości, którą przeczytałaś?

"Jeździec Miedziany" Paulliny Simons. Kocham tę książkę, chyba nigdy nie przestanę.

2. Zawsze kończysz zaczętą już książkę?

Prawie zawsze. Bo często jest tak, że książki, po które sięgam, mają to "coś", ukryte czasami właśnie gdzieś pod koniec. Więc czasem warto się przemęczyć. Oczywiście jak coś mnie strasznie nudzi i zwyczajnie nie mam ochoty czytać dalej, to nie czytam. Uważam, że skoro czytam, to robię to po to, żeby sprawić sobie przyjemność, więc jak nie czytam dla przyjemności to... po co czytać?

3. Po literaturę jakiego kraju sięgasz najczęściej i najchętniej?

Polską. Ostatnio przewija się u mnie notorycznie i nie raz pisałam o tym, że warto sięgać po naszych rodzimych autorów.

4. Jakie jest Twoje największe marzenie związane z książkami?

Napisać własną :)

5. Ulubiona para książkowa (niekoniecznie miłosna)?

I tu się powtórzę: Tatiana i Aleksander. A mogą być dwie? :) Jak mogą, to jeszcze Claire i Jamie Fraser z serii Diany Gabaldon.

6. Najładniejsza wizualnie książka, którą posiadasz w swojej biblioteczce?

"Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque" - piękny album o Paryżu, do którego mam słabość - teraz znacznie mniejszą niż kiedyś, ale jednak nadal ją mam...

7. Podaj 5 tytułów, które bardzo chciałabyś przeczytać, ale z różnych powodów boisz się za nie zabrać.

"Stara baśń" - pamiętam, jak czytałam tę książkę w szkole podstawowej, nie mogłam przez nią przebrnąć jako lekturę. Teraz nawet ściągnęłam na czytnik ebooka, ale ciągle mi nie po drodze...
"Saga o Wiedźminie" - uwielbiam serial telewizyjny, książkę mam w planach od dawna, ale... no właśnie, sama nie wiem, czemu jeszcze nie sięgnęłam po nią.
Jak się głębiej zastanowię, to w planach wciąż mam przeczytanie np. "Krzyżaków", Trylogii Sienkiewicza, powieści Orzeszkowej... Tak, chciałabym sobie przypomnieć stare lektury szkolne. I boję się, że albo mi się już nie będą tak podobały, albo przeciwnie - świadoma tego, jak bardzo lubię takie książki - spodobają mi się bardziej...

8. Jaka jest Twoja ulubiona pora dnia na czytanie książek?

Wieczór. Chociaż tak naprawdę chyba każda, byle by mi nikt nie przeszkadzał.

9. W jaki sposób piszesz recenzje, wpisy na bloga? Sporządzasz notatki czy może po prostu siadasz i od razu piszesz gotowy tekst na bloga?

Najczęściej siadam i piszę i wychodzi tekst, czasem zanotuję kilka ważnych rzeczy, o których nie chciałabym zapomnieć, pisząc. Naprawdę różnie, zależy od nastroju i czasu, jaki mam i jaki przeznaczam na bloga.

10. Z jakiego wpisu na swoim blogu jesteś najbardziej dumna i dlaczego?

Nie mam pojęcia... Musiałabym przekopać się przez masę wpisów... Ale pamiętam, że po przeczytaniu "Pana Lodowego Ogrodu" byłam dumna z napisanej recenzji, chociaż i tak nie oddała ona w pełni tego, co czułam po przeczytaniu tej książki. Do tej pory jest moją ulubioną i niedługo chcę ją przeczytać jeszcze raz.

11. Dlaczego prowadzisz bloga?

Bo lubię i sprawia mi to przyjemność :)


Uff... przebrnęłam. I niby powinnam teraz zaprosić do udziału kolejne osoby, ale... pomyślałam sobie, że niech wezmą w niej udział wszyscy, którzy mają na to ochotę. Naprawdę! Więc niech wszyscy czują się zaproszeni - bo napiszę szczerze, jestem dziś potwornie zmęczona i śpiąca. Więc swoimi pytaniami też się nie wykażę, zresztą nie mam talentu do wymyślania ciekawych pytań, ale pytania Kath są bardzo fajne, więc - do dzieła! Ktoś chętny???
10 największych europejskich podróżniczych marzeń

10 największych europejskich podróżniczych marzeń


Jakiś czas temu pisałam o polskich miastach, które koniecznie chciałabym odwiedzić. Plan realizuję, chociaż nie wiem, jak szybko uda mi się go zrealizować - nie w tym jednak rzecz, żeby jak najszybciej coś zobaczyć, ale żeby zobaczyć w ogóle. Tak się składa, że chociaż uważam, iż Polska jest tak piękna, że naprawdę nie trzeba wyjeżdżać zagranicę, żeby pooglądać piękne krajobrazy i zabytki, to jednak mam też taką listę miejsc, jeśli chodzi o europejskie miasta. Zapraszam Was więc dzisiaj - zdjęciowo - szlakiem moich największych europejskich, podróżniczych marzeń.











Może niektórych zdziwi, że nie ma tutaj tak sławnych i często odwiedzanych europejskich stolic, jak Madryt, Paryż czy Londyn (w tym ostatnim akurat byłam...), po prostu ciągnie mnie do nich mniej, ale nie jest tak, że w ogóle nie ciągnie. Kiedyś rękę bym dała sobie obciąć, byle by tylko móc zobaczyć Paryż... teraz... jakoś mi przeszło, chociaż oczywiście nadal bardzo chciałabym tam pojechać (ale ręki już bym nie oddała :D).

No i widać, że moja lista bardzo powiązana jest historycznie, no ale taka już jestem - zawsze wolałam latać po mieście i oglądać zabytki, niż np. leżeć na plaży :-)

Byliście gdzieś? Widzieliście? Coś szczególnie polecacie? Bo chociaż lato już się kończy, a praktycznie jedną nogą jesteśmy już poza wakacjami, to jednak ja lubię właśnie w takich momentach pomarzyć i poplanować, bo szczerze mówiąc mam wielką ochotę wybrać się w przyszłym roku gdzieś właśnie w jedno z tych miejsc...
Dlaczego postanowiłam ograniczyć ilość rzeczy wokół siebie?

Dlaczego postanowiłam ograniczyć ilość rzeczy wokół siebie?


Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Nie, to raczej nie było tak, że nagle rano obudziłam się z myślą: hej, a może zostanę minimalistką?... Nie, to raczej wpłynął na to czas, dość długi okres czasu. A poza tym w dalszym ciągu nie nazywam siebie minimalistką - jeszcze mi dużo do minimalizmu brakuje...

Przeprowadzałam się w życiu sporo razy. Pierwszy raz od razu na głęboką wodę, bo wyprowadziłam się za granicę mając 21 lat. Swoją drogą teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, jak znalazłam w sobie wtedy tyle odwagi i determinacji, żeby spełnić swoje marzenie... Nie wiem, czy teraz bym taką miała. Pamiętam jednak, że wyjeżdżając (a wyjeżdżałam co najmniej na kilka miesięcy, żeby potem z tych miesięcy zrobiło się dwa lata) spakowałam się w jedną walizkę do 20 kg i jeden bagaż podręczny, który był naprawdę niewielki. Zastanawiałam się ostatnio, przypominając sobie o tym, jak ja do diabła to zrobiłam? :-) Tak mało rzeczy...

Gdy dwa lata później wracałam do Polski, rzeczy miałam już o wiele więcej. Na tyle dużo, że zapędziłam do pomocy mojego kuzyna, który dużą część rzeczy zwiózł mi do Polski swoim samochodem, bo ja lecąc samolotem nie zabrałabym się z tym wszystkim i ze dwadzieścia razy... Całe życie bardzo przywiązywałam się do rzeczy (i mam tak cały czas) wokół siebie, a tym bardziej do tego, co zdobyłam własną pracą i tylko dzięki sobie. Tym samym przywiozłam do Polski masę książek (chyba nie wymaga komentarza...), ubrań (zgubił mnie brytyjski Primark i jeszcze parę innych fajnych sklepów), a nawet meble (drobne, bo drobne, ale zawsze)! A pamiętam, że i tak wiele jeszcze tam zostawiłam, bo gdybym mogła, wzięłabym wszystko, wszystko!

Ale powrót do Polski wcale nie był moją największą przeprowadzką. Bo przeprowadzałam się potem jeszcze kilka razy. Każda kolejna to był dla mnie jakiś koszmar. Z każdą kolejną okazywało się, że gromadzę tych rzeczy coraz więcej. Rzeczy, które na dobrą sprawę, wcale nie były mi tak bardzo potrzebne albo nie były potrzebne w ogóle. Ubrań, które w większości leżały w szafie, a ja chociaż w nich nie chodziłam, to ciężko było mi się z nimi rozstać, bo może kiedyś, na jakąś okazję... może jednak... Książki? To był największy problem - zawsze! Kocham książki. Więc moja biblioteczka nigdy nie malała - wręcz przeciwnie - sukcesywnie się powiększała. Ale jak mi przyszło za każdym razem, z każdą przeprowadzką, taszczyć te książki ze sobą... koszmar nad koszmary. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, ile ważą książki, dopóki nie musi ich przenieść z miejsca A do miejsca B. Dla mnie to zawsze była największa katorga.

O ile porządek w szafie chciałam zrobić od kilku dobrych paru lat (tylko jakoś nigdy nie było czasu albo były ważniejsze rzeczy), o tyle z książek wyrosłam niedawno. Ale chyba na zawsze. Zrozumiałam w pewnym momencie, że może i dom z masą książek jest fajny, ale wcale nie potrzebna mi ogromna biblioteka, a wystarczą tylko te książki, które naprawdę chcę mieć, do których kiedyś wrócę, które coś wniosły do mojego życia. Inne po prostu stały, a ja wiedziałam, że drugi raz ich nie przeczytam. Dlatego od niedawna sukcesywnie pozbywam się tych książek, które jeszcze komuś mogą sprawić radość - mi już sprawiły i koniec. Więcej do nich nie wrócę. O książkach pisałam przy okazji wyprzedaży i w dalszym ciągu mam wiele z nich na półce - jeśli ktoś z Was będzie zainteresowany, czekam na maile.

W końcu udało mi się też zrobić porządek w swojej szafie. Czuję, że teraz, po lecie (chociaż jeszcze go trochę zostało, ale ja zawsze myślę na zapas) moja szafa przejdzie jeszcze większą rewolucję. Idea capsule wardrobe spadła mi z nieba - to jest dokładnie coś dla mnie. I wreszcie mam w co się ubrać!

I chociaż jeszcze wiele rzeczy w moim życiu wymaga porządków, to ja już widzę, jak wiele mi to dało. A co dało? Przestrzeń. Nie mówię tu o przestrzeni w szafie czy na półkach (chociaż ta też), ale w głowie. Jakoś tak bardziej uporządkowane są teraz moje myśli, chociaż nadal jest ich milion na minutę. A więc i od razu samopoczucie lepsze. Co mi jeszcze dało ograniczenie rzeczy wokół siebie? Że jakość jest znacznie ważniejsza od ilości. I że skoro tak bardzo potrafię przywiązywać się do rzeczy, nawet tych z reguły niepotrzebnych, to moje zakupy są teraz bardziej przemyślane, a za każdym razem, gdy chcę coś kupić, zadaję sobie po kilka razy jedno pytanie: czy ja naprawdę tego potrzebuję. W końcu zrozumiałam, że człowiek szczęśliwy to nie ten, który ma milion różnych rzeczy wokół siebie, ale taki, który potrafi zrobić pożytek z tego co ma. To również uczy kreatywności i rozwija wyobraźnię. 

Więc tak krótko podsumowując - po prostu mi lepiej z tym. A poza tym... zawsze będzie łatwiej przy następnej przeprowadzce, o ile taka się nadarzy :)
Polska i Wikingowie - rzecz o "Hardej" Elżbiety Cherezińskiej

Polska i Wikingowie - rzecz o "Hardej" Elżbiety Cherezińskiej

Harda - Elżbiera Cherezińska

Uwielbiam książki Elżbiety Cherezińskiej. Nie zawiodłam się jeszcze na żadnej jej powieści i tutaj też nie będzie wyjątku - Harda jest po prostu genialna... I muszę o niej napisać oddzielnie, bo inaczej się nie da.

Uwaga, pytanie! Kto się uczył w szkole o Świętosławie?... Nikt? Albo niewiele z Was? Wiecie co, wcale mnie to nie dziwi, ale też trochę smuci, zawsze... Ja też się nie uczyłam. O Świętosławie dowiedziałam się potem, sama czytając książki historyczne. Nikt mnie nie uświadamiał o jej istnieniu w szkole. Nie wiem, jak wygląda program nauki historii w szkole teraz, ale kiedyś był bardzo okrojony, podejrzewam, że teraz też, jeśli nie bardziej. O Mieszku uczył się każdy, o Bolesławie Chrobrym też, ale tak ważna, związana z nimi postać wciąż gdzieś stoi w cieniu swojego ojca i brata...

Świętosława jest bardzo tajemniczą postacią, ba, niektórzy historycy nawet nie są pewni, czy naprawdę istniała. Ja sama jednak jestem zwolenniczką teorii, że była i wywarła ogromny wpływ na historię średniowiecznej Europy. I dziękuję z całego serca Elżbiecie Cherezińskiej za to, że Świętosława stała się bohaterką jej książki... nawet książek, bo niedługo najprawdopodobniej doczekamy się kontynuacji Hardej. Gdy się o tym dowiedziałam, kończąc tą powieść - uff... odetchnęłam z ulgą... Bo Harda kończy się... hm... ta książka się nie kończy, wręcz przeciwnie, zapowiada kolejną świetną powieść.

I nie sposób się tutaj nie odnieść do innej książki Cherezińskiej, a raczej serii książek. Tak, mam na myśli Północną Drogę. Dlaczego? Bo wydarzenia obu dzieją się niemalże w tym samym czasie i nawet spotkamy znanych nam już bohaterów! Nie tylko tych historycznych, ale i fikcyjnych. Ja sama cieszę się, że najpierw przeczytałam właśnie Sagę Sigrun, Ja jestem Halderd, Pasję wg Einara i Trzy młode pieśni, a potem trafiłam na Hardą. Ale po Hardą powinien sięgnąć każdy, kogo nie tylko interesuje historia Polski czy Skandynawii, ale i każdy czytelnik, który lubi książki o pięknych i wpływowych, silnych kobietach - bo taka była właśnie Świętosława, czy jak kto woli Sygryda Storrada - pod tym właśnie imieniem znana jest w sagach skandynawskich.

Ja ogólnie bardzo interesuję się nie tylko historią Polski, ale i historią Wikingów i skandynawskimi sagami. Po tej książce jednak mam tak wielki niedosyt tej wiedzy, jak jeszcze nigdy. Nie tylko opowieści o córce Mieszka, ale ogólnie o historii Skandynawii jako takiej. Zaczęłam nawet szukać innych książek, opowiadających to samo, ale może z trochę innej perspektywy - jeśli coś takiego znacie, dajcie mi znać w komentarzach. Wiem jednak, że nic mi nie zastąpi Cherezińskiej - ona jest po prostu niepowtarzalna i genialna. Nie ma drugiej takiej pisarki.
Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli