Konkurs: do wygrania "Improwizator" Hansa Christiana Andersena

Konkurs: do wygrania "Improwizator" Hansa Christiana Andersena

konkurs

Chciałabym dzisiaj zaprosić Was do udziału w konkursie - do wygrania będzie mój osobisty egzemplarz "Improwizatora" Hansa Christiana Andersena. Książka ciekawa już ze względu na osobę jej autora. Ale nie tylko, bo jest to naprawdę wartościowa pozycja. Jeśli jesteście ciekawi o czym jest, odsyłam do recenzji w poprzednim wpisie i zapraszam do udziału :)

Regulamin konkursu
1. Organizatorem konkursu, jak i sponsorem nagrody jestem ja, autorka bloga Marchewkowe Myśli.
2. Nagrodą w konkursie jest gzemplarz książki "Improwizator" Hansa Christiana Andersena.
3. Warunkiem przystąpienia do konkursu jest wyrażenie chęci wzięcia w nim udziału poprzez:
  • podanie swojego imienia oraz adresu mailowego w formularzu poniżej 
  • posiadanie adresu do wysyłki w Polsce
  • odpowiedź na pytanie: Dlaczego chciałabyś/chciałbyś dostać tę książkę? (wystarczy dosłownie jedno zdanie)
Bardzo mile widziane będzie obserwowanie mojego bloga na Facebooku lub zapisanie się do newslettera (ale nieobowiązkowe) oraz dalsze udostępnianie (można do tego wykorzystać obrazek główny).
4. Konkurs będzie trwał od dzisiaj, 17.10.2017 do 16.11.2017.
5. O wygranej poinformuję zwycięzcę poprzez wiadomość mailową.
6. Zwycięzca zostanie wybrany przeze mnie na podstawie odpowiedzi z formularza.
7. Konkurs jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
8. Książka zostanie wysłana do zwycięzcy przeze mnie w ciągu 5 dni roboczych od otrzymania adresu do wysyłki.
9. Zgłoszenie w konkursie jest równoznaczne z akceptacją regulaminu i wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych (które zostaną wykorzystane tylko i wyłącznie do wysłania nagrody, do niczego więcej).

Zapraszam i życzę wszystkim powodzenia!





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Improwizator - Hans Christian Andersen

Improwizator - Hans Christian Andersen

wydawnictwo mg

Nie ma takiej osoby, która nie słyszałaby o Hansie Christianie Andersenie. Po prostu nie ma. Ja sama zaczytywałam się w dzieciństwie baśniami stworzonymi przez niego. I zapewne nie ma nikogo, komu chociaż nie obiłoby się o uszy jego nazwisko, a jego baśnie zna każde niemalże dziecko i dorosły. I powiem Wam szczerze: nie miałam pojęcia o tym, że ten duński autor napisał jeszcze inną książkę. W ogóle chyba niewielu ma o tym pojęcie. A napisał. Jakże inną od swoich baśni.

Improwizator to opowieść o chłopcu, który w dzieciństwie traci matkę. Zbiegiem okoliczności trafia do rodziny Borghese, szanowanej i znanej familii w Rzymie. To senior rodu finansuje jego dalszą naukę, jednak Antonio ma jeden wrodzony talent - potrafi improwizować i porywać publiczność, tworzyć taką poezję, którą może mu pozazdrościć niejeden poeta. Jednak nieoczekiwane wydarzenia każą mu wyjechać z Rzymu. Poprzez Neapol, powrót do Rzymu, Wenecję, Capri obserwujemy wędrówkę Antonia i to, jak się zmienia jako człowiek, oraz to, jak podchodzi do miłości.

Nie ma naprawdę okrutniejszego zwierzęcia niż człowiek! Gdybym był bogaty i niezawisły, wnet by się ich przekonanie zmieniło! Ale tak, wszyscy byli mądrzejsi, gruntowniejsi i rozsądniejsi ode mnie. Nauczyłem się wdzięcznie uśmiechać tam, gdzie powinienem był płakać; kłaniać się tym, którymi pogardzałem, i słuchać cierpliwie próżnego gadania głupców. To wychowanie, narzucone mi przez okoliczności i ludzi, śliczne dla mnie zrodziło owoce! - obłudę, gorycz i obrzydzenie życia. (str. 252)

Tę książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Ogromnie dużo jest tutaj opisów przyrody, opisów włoskich miast XIX wieku, wszystko to jest niezmiernie kolorowe, zapierające czasami dech w piersiach. Ma rację wydawca, pisząc na okładce, że Andersen miał niezwykły talent do opisywania wszystkiego: kolorów, smaków, zapachów. Ta powieść jest tym naładowana, ale wcale z tego powodu nie ciężka, wręcz przeciwnie. Czyta się ją swobodnie, jest lekka i przyjemna. Chociaż same przygody Antonia, od wczesnych dziecięcych lat aż do dorosłości nie zawsze były takie kolorowe. Czasem czytelnik poczuje smutek, czasem wręcz irytację na głównego bohatera, czasem poklepie się po głowie ze współczuciem. Ale mimo to Antonio wzbudza sympatię i chcemy dla niego jak najlepiej. To jedna z tych postaci, która, mimo że czasem irytuje, to jednak sprawia bardzo pozytywne wrażenie na czytelniku.

Ale oprócz Antonia to również miłość jest tutaj główną bohaterką. Antonio stroni od miłości, po wielkim zawodzie miłosnym musi opuścić Rzym, podróżuje więc po Italii, poznając nowe miejsca, smaki, zawierając nowe znajomości. Jednak przez cały ten czas stara się uciekać przed miłością, która go tak zawiodła na początku.  Jak to się skończy, można się domyśleć, jednak nie jest to książka, którą czyta się dla zaskakującego zakończenia (chociaż dla mnie takie było). To jest powieść, którą czyta się dlatego, że napisał ją Andersen, czyta się ją dla pięknych opisów i pięknych słów.

Naprawdę polecam tę książkę każdemu, kto lubi delektować się literaturą i kto choć trochę jest ciekaw tego, jaką jeszcze książkę mógł napisać Hans Christian Andersen, oprócz swoich słynnych baśni. Po skończeniu tej powieści absolutnie nikt nie pożałuje czasu nad nią spędzonego. Bardzo się cieszę, że miałam przyjemność ją przeczytać.

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu MG.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Torebkowa capsule wardrobe, czyli ile ja ich właściwie posiadam? + ankieta

Torebkowa capsule wardrobe, czyli ile ja ich właściwie posiadam? + ankieta

capsule wardrobe

Torebki i buty to jest taka rzecz, do której każda kobieta podchodzi inaczej. Jednej wystarczy jedna para szpilek, inna musi mieć ich 20. Jedna posiada 3 torebki, jedną do pracy, jedną na zakupy i jedną kopertówkę na przyjęcia, druga ma ich w szafie dziesiątki, bo lubi zmieniać je co kilka dni, albo nawet codziennie. Ciekawa jestem, jak jest w Wami? Dużo toreb wisi u Was w szafach? Czy raczej podchodzicie do tego minimalistycznie?

Lubiłam kiedyś mieć dużo butów i dużo torebek. Jednak gdy pewnego dnia doszłam do wniosku, że w większości butów nie chodzę, połowa obciera mi piętę za każdym razem, jak je włożę, a druga połowa spada mi zwyczajnie ze stopy, postanowiłam zrobić z tym porządek. Podobnie było z torbami. Jestem co do tego strasznie wybredna i długo muszę szukać tej idealnej. Miałam ich wiele, ale i tak najbardziej sprawdzała się jedna czy dwie. Więc z torbami też zrobiłam porządek. No więc, ile ja ich właściwie posiadam?

Przez ramię i na ramię, czyli dwie codzienne
To są torby, które służą mi już naprawdę długo. Obie mam ponad trzy lata, obie mi się nosi bardzo dobrze, obie nadają się i do pracy, i na zakupy, przenosiłam w nich kilogramy książek i zakupów i jeszcze nic się z nimi nie stało, a o dziwo - są to torby handmade. Wiem, że trudno mi będzie znaleźć osobę z drugą taką samą, o ile w ogóle ją znajdę :) Jestem miłośniczką rękodzieła i w tej kwestii zaufałam również torebkom. Jak widać, był to strzał w dziesiątkę.
torebka handmade

Mała listonoszka na co dzień
To taka torebka, w której mieści się właściwie tylko portfel, telefon, chusteczki higieniczne i ewentualnie czytnik. Na dni, w które wychodzę tylko na spacer z córką, ale może zrobię jeszcze jakieś zakupy? Albo posiedzę w parku i poczytam?

Kopertówka
Mam czarną kopertówkę, która pasuje mi do każdej sukienki, i tej torebki używam naprawdę sporadycznie, na większe imprezy, które potrzebują bardziej formalnego stroju. Czyli dosyć rzadko :)

I to jest w zasadzie tyle. Naprawdę. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, ale mnie naprawdę wystarcza i nie mam ani wrażenia przesytu, ani niedosytu.
Ciekawa jestem, ile Wy posiadacie toreb, drogie Czytelniczki? Czy dla Was cztery torebki to mało, czy dużo? A może jest tu ktoś, komu w ogóle to jest zbędne?

Ankieta
Bardzo interesują mnie Wasze odpowiedzi na pytania, ponieważ pracuję właśnie (w zasadzie to dopiero rozpoczynam pracę) nad pewnym projektem. Dlatego przygotowałam ankietę, której wypełnienie powinno zająć max. 5 do 10 minut, albo może nawet jeszcze mniej. Mnie jednak ogromnie pomoże w mojej pracy. Ankieta jest anonimowa, jednak zachęcam również na końcu do podania swojego adresu e-mail. Nie mam zamiaru spamować Waszych skrzynek, nic z tych rzeczy, jeśli jednak bylibyście ciekawi, co to za przedsięwzięcie, będę mogła Was poinformować w odpowiednim czasie :) Oto ona, zachęcam do wypełniania i serdecznie dziękuję każdej z Was, która to zrobi:






Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Linki miesiąca, czyli co ciekawego czytałam we wrześniu i propozycja dla Was

Linki miesiąca, czyli co ciekawego czytałam we wrześniu i propozycja dla Was

wrzesień

Ten cykl nie jest u mnie regularny. Powiedziałabym raczej, że bardzo nieregularny, bo często gdy trafię na coś ciekawego w sieci, to oczywiście nigdzie tego nie zapiszę i znika - z mojej pamięci przede wszystkim. Ale obiecałam sobie jednak, że postaram się bardziej regularnie sobie zapisywać te ciekawe linki z sieci, choćby po to właśnie, żeby się potem z Wami nimi podzielić. I po to, żebym sama trochę więcej z nich zapamiętała. Taka już ze mnie jest zapominalska, dlatego właśnie między innymi nie potrafię obejść się bez kalendarza...

To będzie garść linków, które jakoś zainspirowały mnie we wrześniu, czymś zainteresowały itp. Postaram się zrobić z tego comiesięczny cykl, ale kto to może wiedzieć, co z tego wyjdzie...

Nie jesteś byle kim, nie traktuj się byle jak - uważam, że jest to jeden z najlepszych tekstów u Ani, naprawdę. W sumie ona każdy ma dobry, lubię u niej czytać nawet zwykłe tygodniki, ale po przeczytaniu tego tekstu coś mnie uderzyło... osobiście we mnie. Jak wiecie jestem młodą mamą (w sensie bardziej mamą, niż młodą, chociaż staro też się nie czuję :D), i kto jest w podobnej sytuacji, zrozumie mnie po przeczytaniu tego tekstu u Ani. Ja myślę, że nic więcej tutaj nie trzeba dodawać. Bo jak się zostaje mamą, to nagle dziecko staje na pierwszym miejscu, a potem długo, długo nic... A gdzie miejsce dla siebie?

Zmiana planów to nie porażka. Dlaczego nie jesteś sobie nic winien - kolejny tekst, który trafił w sedno. Znowu. Ten wrzesień coś w sobie zawsze ma, bo przynajmniej ja jakaś jestem wtedy bardziej nostalgiczna i analizuję różne rzeczy. We wrześniu zrezygnowałam w końcu z czegoś, co do tej pory było dla mnie bardzo ważne, jednak czasem trzeba sobie te cele trochę aktualizować i nie trzymać się kurczowo czegoś tylko dlatego, bo tak. Bo przecież to było takie istotne kiedyś... No właśnie, kiedyś było. Teraz nie musi i nie znaczy to, że ponieśliśmy porażkę, bo nie wyszło. Czy moja rezygnacja będzie trwała, czas pokaże, może wrócę do tego kiedyś...

Gdzie jest dziecko w naszym domu? - czy posiadanie dziecka musi się wiązać z tym, że teraz cały dom będzie zawalony porozrzucanymi zabawkami, klockami, pieluchami itp? Czy jednak można to jakoś ogarnąć? Ja zawsze byłam przekonana, że się da, a Niebałaganka tym bardziej mnie w tym utwierdziła. Chociaż mój dom jeszcze nie jest tak idealny jak jej, to jednak można... A Wy co o tym sądzicie?

14 fajnych rzeczy do zrobienia jesienią - tego chyba nie trzeba komentować. Sama chciałam napisać podobny post, właśnie w stylu: dlaczego warto polubić jesień, ale ostatecznie dałam sobie spokój, bo co chwila teraz jakiś powstaje. Ja jesień kocham, również tą słotną, chociaż dużo bardziej złotą. W tym roku mamy i taką, i taką, ale nie warto jej marnować, tylko czerpać inspiracje i działać :)

Strachy na lachy, które każą Ci odkładać na później - wiadomo, każdy się boi. Czegoś. Że się nie uda, że coś pójdzie nie tak itp. Ale wiadomo też, że strach ma wielkie oczy i jest bardzo motywujący. Fajny tekst u Pani Swojego Czasu, polecam.

Sypialnia w bloku - jak urządzić miniaturowy pokój - nasza sypialnia nie jest tak miniaturowa jak u Natalii, ale niewiele większa. Jakieś 6.5m2. I również właśnie jesteśmy w trakcie jej urządzania (chociaż to bardziej ja jestem, niż mój TŻ). Jak widać, da się i o dziwo można w niej zmieścić jeszcze parę mebli, oprócz łóżka. Nasza będzie wyglądać trochę inaczej no i ma okno, ale ta u Jest Rudo też mi się bardzo, bardzo podoba :)


Tyle będzie na dziś, ale chciałabym Was do czegoś zachęcić. Mianowicie do tego, abyście w komentarzach do tego wpisu sami podawali mi linki do jakichś ciekawych tekstów, które udało Wam się znaleźć w internecie, ale przede wszystkim... do tekstów, które wyszły również spod waszego pióra (ewentualnie klawiatury). Jeśli uważacie coś za coś wartościowego, dawajcie śmiało. Jeśli mnie coś zainteresuje, w przyszłym miesiącu zestawię następną porcję linków i być może będzie tam link właśnie do Ciebie?... Czekam :)



Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Tu i teraz  - podsumowanie września

Tu i teraz - podsumowanie września

podsumowanie września

Właśnie przed chwilą mnie dosłownie olśniło. Byłam pewna, że mam jeszcze jeden tydzień września przed sobą, a okazuje się, że ten tydzień gdzieś mi uciekł, a ja nawet tego nie zauważyłam! Nie wiem jak to się stało, ale czasem funkcjonuję jak w jakimś matrixie, dni mi uciekają, a ja nawet tego nie zauważam.

Wrzesień znowu był miesiącem, który przeleciał ekspresowo. Ale nie o tym chciałam pisać. Bardziej o tym, że postanowiłam zmienić tytuł comiesięcznych podsumowań. Zaczęło się najpierw od worqshop, potem zauważyłam, że coraz więcej jest na blogach wpisów typu "Tu i teraz". Postanowiłam, że i ja się dołączę, bo mi się ta idea po prostu podoba :)


Planuję...
...zastanawiam się jednocześnie, co ja bym mogła ciekawego powiedzieć o swoim wrześniu, i dochodzę do wniosku, że wrzesień jest miesiącem... planowania. Przede wszystkim ostatniego kwartału tego roku, który za szybko mi zleciał - żaden jeszcze nie zleciał aż tak szybko. Doskonale wiem, dlaczego tak się stało i postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce, aby choć jeszcze mały cel osiągnąć przed jego końcem, którego nie udało mi się zrealizować do tej pory. Do tego zrezygnowałam w końcu z jednej rzeczy, która była dla mnie ważna, jednak doszłam do wniosku, że już do niczego nie jest mi to potrzebne, jak na chwilę obecną. Ciężko było, ale było też to konieczne.

Jestem wdzięczna...
...za piękną pogodę, którą nas żegna wrzesień. Dzięki temu mam możliwość i mi się chcę (!) - kto wstaje czasem cztery razy w nocy do dziecka ten rozumie :) - uskuteczniać długie spacery z Izą. Trzeba korzystać z pięknej pogody, dopóki jest, bo zima pewnie nie będzie już taka łaskawa. Jednocześnie...

Słucham...
...podcastów. Do tej pory nie znałam w ogóle tego typu mediów, ale ostatnio wręcz przepadłam. Dlatego jak tylko zabieram Izę na spacer, zabieram również słuchawki i słucham. Mam już nawet kilka ulubionych. Nie wiem, jak ja mogłam nie znać tego wcześniej! Przecież słuchanie podcastów to jest coś, co wcale nie zabiera mi czasu, chociaż wcześniej myślałam, że jest inaczej. Słucham na spacerach, podczas sprzątania, robienia obiadu czy dziergania na drutach. Naprawdę polecam spróbować.


Czytam...
...kryminały i thrillery. Dla mnie to zawsze był idealny gatunek na obecną porę roku, to właśnie jesienią mam największą ochotę na czytanie tego typu książek. Zawsze tak było i przy tym zostaję :) We wrześniu nie przeczytałam wielu książek, raptem trzy (a właściwie trzecią właśnie kończę), ale od dawna już nie idę na ilość. Czytam dla przyjemności, a nie na wyścigi.

Chciałabym...
...nie zapomnieć tego pięknego czasu spędzonego z córką. To po prostu za szybko mija. Dlatego staram się jak najwięcej cieszyć się tymi chwilami, bo one już nie wrócą i jak najwięcej ich zatrzymać. Dlatego robię masę zdjęć, które wylądują wkrótce w albumie. Chciałabym też nadrobić w związku z tym zaległości.

Czuję się...
...totalnie naładowana pozytywną energią. Nie wiem, czy to przez cudowną pogodę ostatnio, czy poważne plany, jakie mam odnośnie 2018 roku. Ale czuję się z tym mega dobrze i niech tak zostanie. Na zawsze :)

Uczę się...
...przede wszystkim wykorzystywać jak najlepiej czas, nie tylko ten przeznaczony wyłącznie dla mnie, ale też ten z rodziną. Poza tym odkryłam, jak wiele rzeczy można nauczyć się z podcastów właśnie, szczególnie tych rzeczy, które mnie od dawna interesowały. 

Oglądam...
...nic. Naprawdę nic nie oglądam. Żadnych seriali, nie pamiętam żadnego filmu, który obejrzałam we wrześniu, bo chyba nic nie obejrzałam tak na dobrą sprawę. Odcinam się od telewizji, której nie mam, ale którą zawsze gdzieś można podglądać w internecie. Staram się mało wchodzić na fejsbuki i inne tego typu media. Wolę poczytać albo wyjść na spacer. W tej chwili to jest dla mnie ważniejsze.


A Wam jak minął wrzesień? Był inspirujący? Leniwy? Pracowity? Ja wbrew pozorom bardzo lubię ten miesiąc. Zawsze był dla mnie takim końcem czegoś, ale jednocześnie nowym początkiem czegoś zupełnie innego.




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Rok z bullet journal - co się u mnie sprawdziło?

Rok z bullet journal - co się u mnie sprawdziło?

bullet journal

Właśnie niedawno zdałam sobie sprawę, że pierwszy swój notes, taki typowy bullet journalowy, założyłam właśnie rok temu! A mam wrażenie, jakby to było co najwyżej kilka miesięcy. Niewiarygodne, jak szybko zleciał ten czas. Dokładnie pamiętam ten dzień, kiedy poszłam do księgarni i kupiłam zeszyt, to był wrześniowy dzień, podobny do dzisiejszego. Też pochmurny i dość chłodny. Wychodzi więc na to, że wrzesień w tym roku mamy bardzo podobny do tego zeszłorocznego.

Ten rok to był czas głównie testowania. Tego, co ma być w moim planerze, co tam się musi znaleźć koniecznie, a co mi jest kompletnie niepotrzebne. Tego, na ile mi wystarczy jeden notes i czy notes w kratkę będzie okay, czy będzie mnie to na tyle denerwować, że będę musiała go zmienić. Rok to jest chyba też taki optymalny czas na to, żeby faktycznie dojść do tego, co nam naprawdę odpowiada, a co kompletnie się nie sprawdza. Wiadomo, niektórzy dojdą do takich wniosków po kilku miesiącach, inni będą potrzebować więcej niż rok. Ale po roku chyba już można sobie co nieco wyklarować, co o tym sądzicie?


Bullet journal - co się u mnie sprawdziło?
  • minimalistyczny bullet journal - bez ozdobników, bez naklejek, bez różnych takich dodatków - fakt, fajnie to wygląda u innych, ale ja doszłam do wniosku, że marnuję na to mnóstwo czasu i energii, które wolałam wykorzystać na samo planowanie, albo jeszcze lepiej: działanie. Ładne, to prawda, ale mi to było kompletnie do niczego niepotrzebne. A ładne bullet journale mogę sobie zawsze pooglądać na instagramie, mój ma mi służyć, nie musi być piękny.
  • kalendarz roczny na początku notesu - ja wiadomo, bullet journal prowadzi się na bieżąco, nie robi się rozpisek na cały miesiąc, ani tym bardziej rok - taki roczny kalendarz na początku zeszytu to jest dla mnie konieczność, przeznaczyłam na to kilka stron i świetnie się sprawdziło - to był element, do którego chyba najczęściej wracam podczas prowadzenia plannera.
  • kalendarz miesięczny na początku miesiąca - swoją drogą i ten, i poprzedni ma jakąś specjalną nazwę w bullet jounalu - nie spodobała mi się, więc jej nie pamiętam :) Zawsze na początku miesiąca lubię sobie zaplanować działania, więc taki kalendarz też się świetnie sprawdził. Jedno spojrzenie i widać jak na dłoni cały miesiąc i to, co nas czeka. Moim zdaniem niezastąpione.
  • habit tracker - to jest jedyna nazwa, która odnosi się bezpośrednio do bullet journala, którą pamiętam, chociaż też jej nigdy nie używałam. U mnie zawsze to były "nawyki". Nawyki nie sprawdzały mi się na początku, nie chciało mi się codziennie ich uzupełniać, ale z biegiem czasu się do tego przekonałam. Teraz bardzo lubię tę część swojego plannera, bo widać, kiedy coś zrobiłam ostatnim razem, ale też jest motywacja do tego, żeby jednak te kratki zamalowywać, żeby nie było pusto. Albo przypominać sobie o czymś ważnym, co muszę zrobić codziennie, a czasem po prostu wylatuje mi to z głowy.
  • lista spraw do załatwienia, budżet domowy, menu - zawsze na początku miesiąca, potem sobie tylko odhaczam to, co zrobiłam, a to czego nie zrobiłam, przenoszę na następny, albo i nie, planuję budżet, menu (chociaż to ostatnie to jest taka bardziej inspiracja, co zrobić na obiad, żeby nie jeść w kółko tego samego, bo często nie mam na niego pomysłu).
  • tygodniówki i dniówki - bardzo długo egzystowałam bez tygodniówek. Uważałam, że do niczego mi nie są potrzebne, bo mam na początku miesiąca kalendarz, na który zawsze mogę spojrzeć, ewentualnie na tyle miejsca, żeby zawsze coś tam dopisać. Dopiero w okolicach marca albo kwietnia znalazłam dla siebie idealny układ tygodniówki, gdzie wpisuję między innymi listę zadań do zrobienia w tygodniu właśnie, listę zakupów itp.
  • adresownik i ważne informacje, które mam zawsze na końcu notesu.


Co się u mnie kompletnie nie sprawdza?
  • codziennik - to jest taka moja robocza nazwa na stronę, na której w jednym zdaniu zapisuje się cały dzień, co się wydarzyło. Robocza, ale tak została, jednak w ogóle tego nie prowadziłam, jak się później okazało. Jasne, coś tam sobie od czasu do czasu wpisałam, jak mi się przypomniało, ale prawda jest taka, że większość dni u mnie wygląda teraz bardzo podobnie, musiałabym tam ciągle wpisywać to samo. Strata czasu i papieru.
  • ozdabianie - tak jak wspomniałam na początku, dla mnie to była strata czasu i energii, którą mogłam wykorzystać inaczej. Wolę minimalistyczny bullet journal. 
  • kolekcje - czyli listy: zakupów, książek, filmów, seriali i co tam jeszcze nam przyjdzie do głowy. Przeczytane książki mam na lubimyczytac.pl. Listy zakupów robię co tydzień, a nawet codziennie, więc mi to niepotrzebne. Seriali oglądam mało (w zasadzie tylko dwa), a filmów też niewiele i zawsze jest to spontaniczny wybór. Na takie listy też było mi szkoda miejsca i czasu. Jeśli faktycznie mam jakieś kolekcje, listy, to są to tylko te bieżące, których nie przepisuje się z notesu do notesu, ale wykreśla i zapomina o nich, bo się dezaktualizują. Jedyną listę, jaką mam, to ksiażki do przeczytania, gdzie faktycznie wpisuję tytuł, który mi wpadnie w ucho i o którym naprawdę nie chciałabym zapomnieć.


Bullet journal jest dla mnie takim trochę eksperymentem. Pamiętacie, jak tworzyłam swój własny planner? (Swoją drogą ten post bije rekord popularności u mnie na blogu, nie mam pojęcia dlaczego.) Dla mnie był on może nie idealny, ale używałam go z przyjemnością i zapisałam do końca. Chociaż do ideału mu sporo brakowało. Chciałabym przyszły rok zacząć również z własnoręcznie zaplanowanym kalendarzem, ale żeby był on bardziej przemyślany. Bullet journal mi w tym sporo pomógł, zrozumieć to, czego faktycznie mi potrzeba. Chociaż nie ukrywam, że być może wcale nie stworzę czegoś swojego od przyszłego roku, może zostanę przy bullet journalu jeszcze jakiś czas? Kto to wie? Lubię zmiany i lubię zmieniać to, co mnie otacza, więc zobaczymy.

A Wam co się podoba w idei bulletjournalingu? Prowadzicie? Czy wolicie zwykłe kalendarze? Co Wam się w nich sprawdza, a co nie? Chętnie poczytam, może jeszcze bardziej udoskonalę swoje planowanie... :)




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

3 najważniejsze rzeczy, których nauczyłam się na studiach

studia

Jest właśnie teraz taki okres w roku, kiedy dużo ludzi myśli o... studiach. Głównie młodych ludzi zaraz po szkole średniej albo tych, którzy już są studentami i czekają na rozpoczęcie roku akademickiego. Mnie wrzesień właśnie z czymś takim się kojarzy - z nowym początkiem, jak nie roku szkolnego czy kolejnego roku studiów, to z idealnym czasem, aby zacząć coś nowego. Niby każdy miesiąc w roku jest na to dobry, to jednak wrzesień tak jakoś najlepiej tutaj pasuje.

I wzięło mnie właśnie na wspominanie moich trzech lat studiów. Lat, pod koniec których zawsze przeklinałam tę swoją uczelnię, bo była nie po drodze studentom, albo że znowu musiałam co drugi weekend poświęcić na siedzenie od ósmej rano, nieczęsto do osiemnastej czy nawet dwudziestej, aby uczyć się nie tylko tego, co mnie interesuje, ale również tego, co wiedziałam, że w życiu mi się nie przyda... Dlatego zawsze byłam i jestem zagorzałą zwolenniczką programu studiów, gdzie student sam sobie może wybierać zajęcia, na które chodzi. Na studiach zaocznych niestety czasem nie ma możliwości czegoś takiego wprowadzić, a szkoda.

Przez te trzy lata (ba! nawet sześć, bo zaraz po liceum poszłam na studia, których nie skończyłam) nauczyłam się wiele. Bynajmniej nie mówię tutaj jednak o wiedzy, jaką próbują nam tam przekazać profesorowie, nie. I uważam, że nie ta wiedza właśnie jest moim największym sukcesem, bo równie dobrze większość tego mogłam sobie sama przyswoić z książek. Ale studia uczą również innych rzeczy. Czego nauczyły mnie?

1. Żeby nie marnować czasu na to, co mnie nie interesuje.
Zawsze, bez znaczenia, jaki kierunek sobie wybierzemy, przyjdzie czas, że będziemy musieli nauczyć się czegoś, co nas kompletnie nie interesuje. Nie ma chyba osoby, która chodziłaby z takim samym entuzjazmem na wszystkie, wszyściutkie zajęcia. Ja również takie miałam. Pech chciał nawet, że im bliżej końca, tym było ich więcej (bo "moja" epoka to głównie średniowiecze oraz, co było wynikiem zapału, jaki potrafił nam przekazać wykładowca, starożytność - generalnie, im wcześniej coś się wydarzyło, tym bardziej mnie to interesowało). Studia historyczne mają też to do siebie, że nawet w zakresie jednej epoki nie wszystko musi wydawać nam się interesujące.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że równie dobrze wiedzę, którą chcę mieć, mogę nabyć w dużym zakresie sama. Pomijając oczywiście fakt, że odkryłam na tych studiach mnóstwo różnych rzeczy, o których nie do końca wiedziałam, a które mi się spodobały na tyle, aby szukać dalej. Generalnie jednak chodzi w tym wszystkim o to, że szkoda mi było czasu na coś, co mnie kompletnie nie interesuje i przekłada się to nie tylko na wiedzę historyczną, ale również na życie. Na wszystko to, co w życiu robię, co lubię robić i czego nie lubię. I że na to ostatnie szkoda mi było po prostu tego życia.

2. Że człowiek uczy się głównie na własnych błędach.
Nie na cudzych. To prawda, zawsze jest lepiej wyciągać wnioski z czyjegoś niepowodzenia, aby nie powtórzyć tego we własnych doświadczeniach. Ale prawdą jest również to, że dużo skuteczniej działa to wtedy, kiedy odczujemy to coś na własnej skórze. Cudze błędy mało nas obchodzą. Albo nie obchodzą w ogóle, a jeśli już, to na krótko i trudniej nam jest je zrozumieć. Dopiero gdy sami odczujemy ich skutki, wtedy jest już zupełnie inaczej. Mnie takie analizowanie i wyciąganie wniosków z popełnionych przez kogoś błędów zawsze dawało niewiele. Dopiero jak odczuję coś na własnej skórze, wtedy dopiero się budzę, bo nagle... auć, boli.

3. Że sama biorę odpowiedzialność za swoje decyzje.
I nie chodzi o to, że muszę. Że skoro zamieszkałam sama, że pracuję, zarabiam, i jeszcze się uczę, to siłą rzeczy już na nikogo nie zwalę odpowiedzialności. Biorę za nie odpowiedzialność, bo chcę. Mogę sama decydować o sobie i mogę to zawdzięczać tylko sobie, nieważne, czy jest to dobra decyzja, czy zła (tutaj kłania się punkt numer 2). I szczerze mówiąc nikomu nic do tego.


Oprócz samej wiedzy (którą, moim zdaniem, w dużej części można przyswoić samemu) studia to jednak dobra rzecz. Bo teoretyczna wiedza, jaką tam dostaniemy, to malutka część tego, czego faktycznie się tam nauczymy. Z większości z tych rzeczy nawet nie będziemy zdawać sobie sprawy, dopóki studia się nie skończą. Widzę to dopiero teraz, z własnego doświadczenia, po zakończeniu tego, co już nie wróci. Podczas tych ostatnich trzech lat studiów milion razy przeklinałam te zajęcia i tę uczelnię, teraz jednak jest mi szkoda... Tych wszystkich spotkań, znajomych, przyjaciół, miejsc, które były ściśle związane ze studiami właśnie. I mimo że chociaż mam to wszystko nadal na wyciągnięcie ręki, to jednak nie jest już to samo, prawda?




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Copyright © 2014 Marchewkowe Myśli