Tu & teraz - styczeń 2018

Tu & teraz - styczeń 2018

tu i teraz

Ponieważ w grudniu nie było żadnego Tu&teraz, styczniowego posta zdecydowałam się puścić trochę wcześniej :) Bo kto powiedział, że to musi być podsumowanie, prawda? Poza tym ostatnio mam też inne sprawy na głowie, ale dobrze byłoby jednak napisać, co się u mnie dzieje. Oczywiście oprócz tego, że święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok zleciały nawet nie wiadomo kiedy, a w międzyczasie jestem też o rok starsza :) 

No więc do dzieła:

Planuję...

Głównie w głowie ostatnio, chociaż i na papierze również. Planów mam sporo, ale wszystko potrzebuje swojego czasu do zrealizowania, co mnie czasem strasznie męczy, bo chciałabym wszystko na już.  

Jestem wdzięczna...

za Izę. Kocham to dziecko nad życie :)

Czekam...

Na to, aż w końcu prześpię całą noc. Czekam też na marzec i cieplejsze dni. Jakoś mi ostatnio ewidentnie brakuje po prostu słońca.

Czytam...

Obecnie na czytniku mam ostatnią, trzecią część "Królów przeklętych" - uwielbiam tę serię, jest naprawdę lepsza od "Pieśni Lodu i Ognia" - bardziej do mnie przemawia.

Chciałabym...

Aby jakimś magicznym sposobem już był marzec albo kwiecień. Nie lubię lutego, a ten się zbliża nieuchronnie. Dobrze, że jest najkrótszym miesiącem w roku.

Czuję się...

Jak w kalejdoskopie. Czasem pełna energii, czasem okropnie zmęczona, do tego stopnia, że o godzinie 20 nie mam już siły palcem kiwnąć. No i jeszcze częściej czuję się po prostu niewyspana. Ale nad tym nie mam kontroli. Myślę, że to nie tylko przez nieprzespane do końca noce, ale i przez tę ponurą ostatnio aurę...

Uczę się...

Cierpliwości przede wszystkim. Łapię się ostatnio na tym, że chciałabym wszystko już, planuję w głowie i mam ogromny zapał, ale dużo rzeczy po prostu czasami wymaga czasu i tyle.

Oglądam...

Co ja ostatnio oglądam? Oprócz nowych odcinków moich ukochanych "Wikingów", odkryłam także inny serial, trochę w innym klimacie, ale również średniowiecznym: "Templariusze". Aha, i oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok jedynkowego serialu "Korona królów" - oglądam, a jak, ale coś mi w tym serialu nie do końca pasuje... cóż. Ale obejrzeć można :)

Słucham...

Ostatnio wpadłam na świetny podcast biznesowy dla kobiet Dagny Banaś - naprawdę polecam, jeśli ktoś lubi podcasty :) Zresztą pisałam o podcastach już tutaj.


A jak Wam leci styczeń?... :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

One Little Word, czyli słowo przewodnie na 2018 rok

One Little Word, czyli słowo przewodnie na 2018 rok

one little word

Nigdy się w to nie "bawiłam". Chociaż na wielu blogach od kilku lat jest to bardzo modne. Wtedy zastanawiałam się: po co? Czy coś to daje? I jeśli tak, to co? Po co wybierać sobie jedno słowo, które niby ma nam towarzyszyć przez cały rok?

Z czasem jednak coraz bardziej zaczęłam się do tego przekonywać i na początku stycznia zdecydowałam się sama sobie wymyślić takie słowo przewodnie na 2018 rok. Po co? Żeby przypominało mi o moich celach do zrealizowania. Celach, na których bardzo mi zależy. Takie słowo to jednak dobry pomysł, bo zawsze gdzieś tam z tyłu jest i przypomina o sobie. Jedno słowo, które obejmie wszystkie nasze postanowienia, marzenia i cele i będzie o tym co jakiś czas przypominać. Tak się bowiem podobno składa, że o większości naszych postanowień na nowy rok zapominamy już pod koniec stycznia. U mnie co prawda nigdy tak nie było, ale doszłam do wniosku, że co mi szkodzi wymyślić sobie słowo, które będzie mi dawało kopa do działania, prawda?

No właśnie... sporo się zastanawiałam nad tym jednym słowem. W zasadzie brałam pod uwagę dwa. Ponieważ w tym roku postanowiłam postawić na samą siebie, bo o sobie nie wolno zapominać (!), szczególnie jak jest się świeżo upieczoną mamą, może dobrym wyborem byłby "rozwój"? Albo "odwaga", bo również sporo by mi się jej przydało w tym roku...
I nagle mnie olśniło... bo skoro ma to być słowo, które ma mi dawać kopa do działania i które ma mi przypominać o moich celach, to dlaczego nie


one little word 2018

I tym samym znalazłam sobie swoje własne słowo przewodnie na ten rok. Po raz pierwszy i jestem ciekawa, czy coś z tego wyjdzie... Czy faktycznie będzie mi majaczyć gdzieś z tyłu głowy i przypominać o sobie co jakiś czas? Może magia słowa zadziała i dzięki temu zrealizuję znacznie więcej, niż gdyby go nie było...
Zobaczymy...





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

32 życzenia na 32 urodziny

32 życzenia na 32 urodziny

urodziny

Początek roku zawsze był dla mnie czasem podsumowań nie tylko ze względu na czyste kartki w kalendarzu, ale i ze względu na moje urodziny. Lubię ten czas. Lubię robić podsumowania i lubię planować na tych czystych kartkach. A potem każdą rzecz z osobna odhaczać jako zrobioną. I zawsze się cieszyłam, że moje urodziny wypadają właśnie na początku roku, właśnie z tego względu, że mogę połączyć je z nową, czystą kartką do zapełnienia w nowym roku. U mnie nie 1 stycznia jest tym czasem postanowień (a raczej celów do zrealizowania), ale właśnie 8 stycznia.

Lubię też upływający czas. Wiem, często piszę, że leci za szybko, nie wiadomo kiedy, ale w upływającym czasie jest coś magicznego. Choćby sam fakt, że nie da się go cofnąć :)

Ten post jest więc trochę takim moim urodzinowym wishlist, ale i noworocznym planem na 2018 rok :) Nie mogłam tego nie połączyć. Sam pomysł zaczerpnęłam od jednej z Was. 
A więc do dzieła... czego życzyłabym sobie na 32 urodziny?

  1. Cieszyć się każdą chwilą z córką.
  2. Mieć czas dla swojego TeŻeta, zrobić coś tylko we dwoje, bo od urodzenia Izy ten czas przesłania w stu procentach ona.
  3. Wyjechać w tym roku na wakacje, bo w zeszłym z wiadomych względów to było niemożliwe.
  4. Wyjechać gdzieś również na dłuższy weekend, gdy poprawi się pogoda na wiosnę i zacznie się robić ciepło.
  5. Ograniczyć ilość rzeczy wokół siebie, a skupić się na doświadczeniach.
  6. Częściej się uśmiechać. 
  7. Nie mieć wyrzutów sumienia.
  8. Zrealizować cele, które chciałabym zrealizować w 2018 roku.
  9. Zawodowo przejść na swoje.
  10. Nie ignorować intuicji, bo często ona daje mi znaki i wiem, że powinnam jej ufać.
  11. Robić to, co chcę robić i nie angażować się w coś, na co nie mam ochoty.
  12. Dbać o siebie, zarówno o ciało, jak i o ducha.
  13. Odżywiać się zdrowo i takiego samego odżywiania nauczyć Izę.
  14. Biegać - jak tylko zrobi się ciepło, a ja będę na tyle obudzona rano, żeby wyjść :) 
  15. Częściej iść za głosem serca.
  16. Uczyć się i rozwijać.
  17. Kupić sobie w końcu porządne biurko, nawet jeśli na chwilę obecną nie mam gdzie go postawić :)
  18. Celebrować poranki - lubię rano wstać, tym bardziej teraz, kiedy jest Iza, a rano zazwyczaj śpi, więc to jest chwila dla mnie (i często też dla bloga).
  19. Zwolnić, nie zatracić się w pędzie nie wiadomo gdzie.
  20. Dostrzegać małe przyjemności i dobre chwile nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka ich nie widać.
  21. Prowadzić dziennik.
  22. Wychodzić z Izą na spacery tak często jak tylko się da.
  23. Łapać chwile na zdjęciach i zamykać je w albumie.
  24. Częściej kupować kwiaty i stawiać w wazonie - wcześniej nawet nie wiedziałam, jak bardzo można tym ożywić mieszkanie.
  25. Nie przejmować się tym, czego nie jestem w stanie zmienić, a po prostu to zaakceptować.
  26. Częściej wyjeżdżać na wieś i spędzać tam czas.
  27. Zrobić w końcu prawo jazdy :)
  28. Mieć dużo czasu na czytanie książek.
  29. Nie liczyć na to, że ktoś się czegoś domyśli (szczególnie TŻ), mówić o tym głośno.
  30. Ograniczyć ilość napływających do mnie informacji, które nic nie wnoszą do mojego życia - czyli zrobić sobie tzw. dietę informacyjną.
  31. Cieszyć się życiem.
  32. Być szczęśliwa.

Tylko tyle i aż tyle. Mam nadzieję, że ten rok 2018 i kolejny rok mojego życia, będzie po prostu dobry. Niczego więcej nie chcę. A do tego wpisu będę, mam nadzieję, często wracać, aby nie zapomnieć o tych 32 punktach.






Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Niby-podsumowanie 2017 roku

Niby-podsumowanie 2017 roku

2017

Zbieram się do tego wpisu już dobre kilka dni, a na pewno od wtorku, bo miałam go opublikować w środę. Zbieram się, zbieram i... jakoś nie potrafię. Ostatnio, szczególnie po świętach złapało mnie błogie lenistwo, chociaż i przed świętami trochę plany mi się posypały ze względu na chorobę mężczyzna, który siedział w domu :) I ten marazm trwa do dzisiaj.

To miało być podsumowanie roku, a właściwie miałam początkowo w planach najpierw opublikować tuż po świętach grudniowe Tu&teraz, a w sobotę, czyli jutro, podsumowanie to właściwe. Ale wiecie co? Olałam to i dobrze mi z tym :) Czasem lubię się trzymać wyznaczonych ram, ale koniec roku, a szczególnie ten czas między świętami a nowym rokiem jest dla mnie takim czasem, że możemy rzucić wszystko, położyć się na kanapie, i leżeć. Nie sądzicie? I przygotować się psychicznie na nowy rok. Jednym słowem - trochę odpuścić. I ja sobie odpuściłam po prostu.

Jednocześnie w mojej głowie przewija się milion myśli podsumowujących ten rok. Nigdy nie udaje mi się tego uniknąć, ale też jakoś specjalnie nie jest mi z tym źle, bo lubię podsumowania. Nawet, jeśli niekoniecznie są takie, jak bym chciała i nie wszystko się udało. W tym roku też nie wszystko, co miałam w planach, udało się zrealizować, ale... jestem naprawdę zadowolona z tego 2017 roku. Ci, którzy czytają mnie regularnie, wiedzą, co było w nim przełomem i muszę przyznać, to było coś, co przesłoniło wszystko inne, potem jest długo, długo nic, a w końcu te niby ważne dla mnie sprawy, które miałam w planach rok temu. Te plany też przechodzą na następny, przynajmniej część z nich.

Od nowego roku jednak mam spore oczekiwania, które też wymagają ode mnie sporo pracy. Jednak zamierzam się nią zając dopiero od 2 stycznia :) Do Nowego Roku robię sobie jeszcze taką prawdziwą labę, potem ruszam pełną parą. Bo nic samo się nie zrobi.

Jaki więc był ten 2017 rok? To był bardzo dobry rok. Rok, który przyniósł mi tą najdroższą, ukochaną istotkę. To jest najważniejsze. To był też rok, w którym skonkretyzowałam swoje plany zawodowe, teraz tylko wystarczy popracować nad ich realizacją. Oraz rok, w którym bardziej zaczęłam żyć tu i teraz, dbać o siebie i swój wewnętrzny spokój. I tyle wystarczy. Jestem zadowolona.

A jaki był Wasz 2017 rok?


***
Ponieważ jest to ostatni wpis na tym blogu w tym starym roku, życzę Wam wszystkim, moim Czytelnikom, dobrych podsumowań i tego, aby kolejny rok był jeszcze lepszy. Żeby spełniły się Wasze plany i marzenia, ale przede wszystkim, żebyście żyli tak, jak chcecie. Życzę Wam szampańskiej zabawy sylwestrowej i kolejnego dobrego roku, po prostu.
***






Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Przegląd książkowy #3

Przegląd książkowy #3


Teraz, tuż przed świętami z czytaniem u mnie jest trochę kiepsko. Sama nie wiem, dlaczego. Zazwyczaj czytam przed snem, a teraz po prostu czasem wolę przyłożyć głowę do poduszki i smacznie zasnąć, póki mam okazję, bo moje dziecię jakoś nie śpi ostatnio zbyt dobrze. A ja siłą rzeczy razem z nim. Ale trochę udało mi się poczytać ostatnio i dzisiaj przedstawiam Wam przegląd tego, co było ostatnio na tapecie u mnie. Jest też trochę świątecznie :)


Płomienna korona, Elżbieta Cherezińska

Czy ja muszę pisać, że uwielbiam tę serię? Po prostu kocham, a najbardziej pierwszą część, "Koronę śniegu i krwi". "Płomienna korona" jest trzecią częścią i mnóstwo opinii się o niej naczytałam, dobrych i gorszych. Ja osobiście uważam, że nic jej nie brakuje, czytało mi się super, chyba nawet lepiej niż drugą część. Chociaż i tak nic nie przebije jedynki :) Cherezińska jest mistrzem, jeśli chodzi o pisanie o historii średniowiecznej, po prostu ją uwielbiam. Całą tę trylogię polecam z całego serca.

Serce z piernika, Magdalena Kordel

Ta książka jest wręcz idealna do czytania przed świętami. Atmosfera świąteczna jeszcze bardziej się udziela, a mi to pasuje. Ale w tej powieści jest coś jeszcze... Pamiętam, jak kilka lat temu mniej więcej o tej porze (gdzieś na początku grudnia) nagle wpadłam na pomysł zrobienia pierników na święta. Bo u mnie raczej się ich nie robiło co roku, a od czasu do czasu. I pamiętam tę aurę, która temu towarzyszyła, chociaż to naprawdę były początki grudnia, pierwsze dni. Takiej atmosfery nigdzie i nigdy nie czułam :) W tym roku postanowiłam to powtórzyć i zrobić z tego coroczną tradycję. Wszystko dzięki tej książce :) Przepis znajdziecie tutaj.

Czarownica, Camilla Läckberg

Kolejna świetna część kryminalnej sagi Camilli :) Uwielbiam tę autorkę, mam wrażenie, że każda kolejna jej książka jest coraz lepsza :) Poza tym mam ogromny sentyment do tej sagi, bo czytałam ją namiętnie tom za tomem, jak byłam w ciąży. Bez dwóch zdań ta autorka, poza Mankellem i Nesserem, jest mistrzem szwedzkiego kryminału - to jest dla mnie taka święta trójca :) "Czarownica" trzyma w napięciu z każdym rozdziałem coraz bardziej, zagadka jest o tyle wstrząsająca, ponieważ morderstwo tym razem dosięga dziecko... Jak ktoś kocha kryminały tak jak ja, to saga Camilli Läckberg to jest pozycja obowiązkowa!

Jedenaście dni w Berlinie, Hakan Nesser

Cóż mogę napisać o tej książce? Hakan Nesser już chyba niczym mnie nie zaskoczy. Albo może powinnam napisać tak: nie zaskoczy mnie tym, że potrafi zaskakiwać z powieści na powieść. A ta książka jest... hm... trochę dziwna, ale to normalne u tego autora :) Poza tym to jedna z powieści, która nie jest kryminałem, a jak wiadomo, to właśnie kryminał jest specjalnością tego autora. Po raz kolejny jednak Hakan Nesser wciągnął mnie w swój czasem pokręcony świat, ale to jest najlepszy dowód na to, że po książki tego autora mogę sięgać w ciemno. Mistrz :)

Dziecko dzień po dniu, Pamela Duckerman

Tak naprawdę, to najpierw zaczęłam czytać drugą książkę Pameli, "W Paryżu dzieci nie grymaszą", jednak przed świętami idzie mi to trochę wolno. Chciałam jednak mieć coś, co mi powie, o czym ta książka w ogóle jest, zanim ją przeczytam, jakie problemy podejmuje. A "Dziecko dzień po dniu" to takie jakby jej streszczenie - 100 najważniejszych porad autorki dla rodziców. Doskonała, żeby po przeczytaniu "W Paryżu..." poukładać sobie jeszcze raz i usystematyzować to, co się przeczytało. Ale już szczerze mówiąc nie porywa. Bo "W Paryżu dzieci nie grymaszą" czyta mi się z niezwykłą przyjemnością. I przyznam się jeszcze, że jest to pierwszy mój poradnik tego typu :) Nie czytałam nic dzieciowego wcześniej, w ciąży też nie czytałam żadnych poradników ciążowych. Ale o tej książce napiszę, jak już ją przeczytam w całości :)


A jak Wam idzie czytanie przed Świętami? Wolniej, czy wręcz przeciwnie? I czy znacie którąś z tych książek? Chętnie się dowiem, jakie są Wasze opinie o nich.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Przychodzi w życiu każdego człowieka taki czas...

Przychodzi w życiu każdego człowieka taki czas...



Połowa grudnia - to jest taki czas w roku, tuż przed świetami, kiedy nie tylko mi włącza się myślenie i podsumowywanie. Większość z nas siłą rzeczy podsumowuje ten mijający właśnie rok, zwalnia, aby wszystko przemyśleć, porobić plany na przyszły. I mnie również to nie omija, zresztą ja lubię ten czas. Lubię podsumowywać, lubię planować. No i oczywiście robić wszystko, żeby te plany zrealizować.

Ale jednocześnie doszłam do wniosku, że tu nie chodzi tylko o ten wyjątkowy czas w roku, jakim jest jego koniec i miesiąc grudzień. Ja chyba doszłam właśnie do takiego momentu w życiu, że siłą rzeczy myślę, analizuję, że chciałabym... a jednocześnie nic nie muszę. Mam wrażenie, że przychodzi w życiu każdego człowieka taki okres, który skłania do myślenia o tym, co będzie. Co się wydarzyło, to się wydarzyło i to jest tylko i wyłącznie nasze, ale co będzie dalej?

Nie ukrywam, że przełomem w tym roku dla mnie, a pewnie i w całym moim życiu jest to, że urodziłam Izę. Ona zmieniła cały mój świat, przewartościowała go, przewaliła do góry nogami, wszystko się zmieniło o 180 stopni, nawet jeśli na zewnątrz tego nie widać. I to ona wpłynęła na to, że zaczęłam myśleć: co będzie dalej? Z naszą rodziną, ze mną, z wszystkimi dookoła, których kocham. Gdy pojawi się na świecie dziecko, człowiek naprawdę zaczyna na pewne sprawy patrzeć zupełnie inaczej - teraz to widzę dokładnie.

Bardzo bym chciała, żeby wszystko zostało tak, jak jest. Żeby moja kochana córa rosła i była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, i żebyśmy my, rodzice, byli z niej dumni z każdym dniem coraz bardziej. Bardzo chciałabym, aby wszystko było tak jak teraz, żeby zawsze byli blisko dziadkowie, którzy są tak szczęśliwi, że mają wnuczkę. Bardzo bym chciała, żeby to wszystko zostało, ewentualnie dochodziły tylko nowe rzeczy, nowe doświadczenia. Ale jednocześnie wiem przecież, że siłą rzeczy za te pięć, dziesięć czy piętnaście lat może być zupełnie inaczej, prawda? I czasami przychodzi w życiu właśnie taki okres, że człowiek... boi się przyszłości. Do mnie chyba właśnie zawitał teraz.

Koniec grudnia chyba dodatkowo nakręca mnie na takie przemyślenia. Bo to był zawsze dla mnie taki miesiąc, który skłaniał do tego. Do rozprawienia się z minionym rokiem. Urodziny córki w tym roku sprawiły, że te moje odczucia względem grudnia nasiliły się milion razy. I moje podsumowanie to nie jest tylko podsumowanie tego roku, który właśnie się kończy, a przynajmniej kilku ostatnich, jak nie kilkunastu minionych lat.

Myślę dużo o swoim dzieciństwie na wsi. Bardzo chciałabym, aby moja Iza również poznała wieś, żeby miała wspomnienia, które będzie pielęgnować i które będą dla niej ważne. Żeby była szczęśliwa. Nic się bardziej w tej chwili dla mnie nie liczy, tylko ona. I my jako rodzina.

Ale gdy się ma dziecko, gdy nie jesteśmy już na świecie tylko my sami, tylko własne ja, ale jest też jeszcze ta mała istotka - takie przemyślenia są nieuniknione. Nie uciekniemy od tego. Nie da się od tego oderwać nijak. I chyba trzeba się z tym pogodzić, że nie zawsze będzie tak kolorowo. Najważniejsze chyba, żeby te wspomnienia pielęgnować jak tylko się da, spędzać ze sobą jak najwięcej czasu, nie zapominać o tym, że to jest najważniejsze.

W te święta chciałabym się naprawdę maksymalnie wyciszyć. Nie biegać jak kot z pęcherzem, nie przywiązywać uwagi tak bardzo do gotowania, dekorowania, prezentów, a zamiast tego cieszyć się tym czasem razem, po prostu. Odpocząć. Tak na maksa, być blisko, cieszyć się, być szczęśliwym.

Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w wieku nastoletnim, tak bardzo chciałam kiedyś być szczęśliwa. Sama za bardzo nie wiedziałam, czego od tego szczęścia oczekuję, ale chciałam bardzo móc kiedyś sama o sobie tak powiedzieć. Stojąc tu i teraz, mogę bez zastanowienia się powiedzieć: tak, jestem szczęśliwa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że szczęściem dla mnie nie będą rzeczy materialne, ale bycie blisko tych, których kocham. Po prostu. I to, że moi bliscy też są szczęśliwi.


*Pisałam ten post dość spontanicznie, poza tym pisałam go również po nieprzespanej nocy, bo moja córka doszła do wniosku, że zamiast spać, lepiej się pobawić :) Więc z góry przepraszam za chaos w nim :) Ale i tak chciałam go napisać i może to był właśnie najlepszy czas na to, kto wie?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Linki miesiąca #3: trochę świątecznie, ale przede wszystkim życiowo

Linki miesiąca #3: trochę świątecznie, ale przede wszystkim życiowo

linki miesiąca

Nie mam ostatnio czasu buszować w internecie. A może ochoty? Pewnie i jedno i drugie. Regularnie jednak wchodzę na obserwowane blogi i dzisiaj będzie taki spis tematów, które zainteresowały mnie na innych blogach. Będzie też krótko. Dlatego, że idą Święta, a ja chcę trochę odpuścić, nie spinać się - chcę, żeby ten grudzień był inny, spokojniejszy, bo po raz pierwszy spędzamy go we trójkę. Więc te Święta tak czy siak będą wyjątkowe. Chcę też usiąść już teraz na spokojnie i zacząć podsumowywać ten rok i zrobić wstępne plany na przyszły. 

A więc do dzieła! Co mnie zainteresowało w minionym miesiącu?


Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia! - naprawdę bardzo fajny wpis o marzeniach i jak je zamienić w cele :) Bardzo mi bliski, może Wam się przyda na zbliżający się nowy rok :)

Macierzyństwo = kryzys i żałoba po starym życiu? - takie tematy są mi siłą rzeczy bardzo bliskie, a ten wywiad powinna przeczytać nie tylko każda mama, ale przede wszystkim każdy tata.

Szydełkowe świąteczne skrzaty - dla tych, którzy lubią dziergać :) Są śliczne, mi jednak brakuje czasu na zrobienie czegoś takiego, ale może Was zainspiruje Pinterest?

Listopad mnie dopadł - wpis jeszcze z listopada, ale strasznie się z nim utożsamiłam :)

Czas i tak upłynie. Co z nim zrobisz? - moje jedno z ulubionych powiedzeń na ten temat: że nie warto z czegoś rezygnować tylko dlatego, że wymaga czasu. Czas i tak upłynie. Nic nie jest tak prawdziwe, jak to zdanie :) Poza tym po raz kolejny przewija się tutaj Edyta Zając, ale jej blog to moje niedawne odkrycie, naprawdę polecam :)

Trzy perspektywy patrzenia na styl - dla tych, których interesują tematy ubraniowe :) Mnie w tej chwili chyba najbliższy jest pierwszy i chyba najbardziej mi się podoba, a Wam?

Własne pieniądze kobiety - dlaczego musisz je mieć? - nic dodać, nic ująć! Po prostu Ania jak zwykle trafiła w sedno, jestem tego samego zdania i nie rozumiem kobiet, które myślą inaczej.

Nigdy w siebie nie wątp - na koniec coś na poprawę nastroju, motywacji, albo po prostu do przeczytania i zastanowienia się przed świętami :) Polecam zresztą całego bloga, uwielbiam go.


Na dziś będzie tyle. Zapraszam do lektury zainteresowanych i jestem ciekawa, czy coś Wam się spodobało? Zaciekawiło? Skłoniło do myślenia? Dzielcie się w komentarzach pod postem :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Najlepsze świąteczne pierniki na świecie

Najlepsze świąteczne pierniki na świecie

przepis

Może to wyda się niektórym osobom dziwne, ale u mnie nigdy nie było tradycji pieczenia pierników na Święta Bożego Narodzenia. Fakt, czasem mama upiekła jakąś babkę piernikową i nie ukrywam, że to było zawsze (obok sernika) moje ulubione ciasto. Pierniczki natomiast zaczęłam piec sama. Nie robiłam ich jednak przed każdymi świętami, bo u mnie nie było po prostu takiej tradycji. W tym roku jednak byłam pewna, że takowe powstaną i... powstały :) Zdziwicie się, czemu tak wcześnie? Bo te pierniki muszą jeszcze odstać swoje przed świętami - inaczej nie byłoby tak magicznie.

Raczej nie publikuję na blogu żadnych przepisów, ale ten na świąteczne pierniki musiał się pojawić - bo uważam, że to są najlepsze pierniki na świecie :) Postanowiłam też opublikować go w miarę wcześnie, żeby ktoś, kto ma ochotę je upiec, mógł korzystać z przepisu do woli :) Pierniki zawsze się udają, nie ma opcji, żeby nie wyszły.

Co potrzebujemy? Oprócz tak oczywistych rzeczy jak wałek do rozwałkowywania ciasta i jakaś misa do wyrobienia (chociaż i bez tego co kreatywniejsze dusze sobie poradzą :D) potrzebne będzie jeszcze:

  • pół kilograma mąki (3 szklanki)
  • 20 dag miodu (ok. pół szklanki)
  • 20 dag cukru pudru (ja zazwyczaj sypię 1 szklankę, można troszkę więcej - 1,25 szkl.)
  • 12 dag margaryny (czyli połowa takiej 250g)
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka sody
  • szczypta soli
  • 1 opakowanie przyprawy do pierników

Rozpuszczamy margarynę w garnku i dodajemy miód oraz przyprawy - wszystko trzeba zagotować i odstawić do przestygnięcia. W międzyczasie mąkę mieszamy z cukrem i sodą. Dodajemy jajko i przestygniętą miksturę piernikowo-miodową i zagniatamy ciasto. Ciasto ładnie się wyrabia, naprawdę nie ma z tym problemu :) Kawałki ciasta rozwałkowujemy na  grubość ok. 5mm i wykrawamy pierniczki. Ja w tym roku zaopatrzyłam się w końcu w foremki, wcześniej radziłam sobie szklanką :) lub nożem :)
Pieczemy na złoty kolor ok. 15 minut w piekarniku rozgrzanym do ok. 160-170 st. Ja ustawiłam na 150 z termoobiegiem. Ważne, aby ich nie przypiec za mocno, więc trzeba to monitorować.

Z tego przepisu wychodzi ok. 70-80 ciastek, ale to też zależy od wielkości foremek, mi wyszło ponad 100 szt. Pierniki oczywiście można polukrować, polać roztopioną czekoladą, ozdobić jak tylko przyjdzie Wam do głowy - tu już zależy wszystko od inwencji twórczej :)

I teraz uwaga: pierniki po wyjęciu z piekarnika i ostudzeniu są... twarde. Praktycznie jak kamień. I takie też powinny być. Dlatego robi się je dużo wcześniej przed świętami - zalecam ok. 2 tygodnie, można zrobić i tydzień wcześniej, ale wtedy po prostu będą bardziej twarde. Można je przechowywać dość długo w zamkniętym pojemniku. Ciastka z czasem zmiękną - złapią wilgoć z powietrza. Polukrowane miękną szybciej, jeszcze szybciej, gdy wrzucimy do pojemnika, w którym je przechowujemy, np. kawałek skórki z jabłka - sposób dla tych, którzy postanowią je zrobić np. tydzień przed świętami :)

przepis

Takie pierniki to też jest świetny prezent pod choinkę dla bliskich - ja już wiem, że obdaruję nimi kilka osób :) I chyba zrobię z tego jednak coroczną tradycję, bo uwielbiam to robić, czuć wtedy naprawdę świąteczną atmosferę - polecam jeszcze gdzieś w tle jakieś świąteczne piosenki :)

Kusi mnie jeszcze zrobienie drugiej porcji takich ciastek, tym razem z imbirem zamiast przyprawy piernikowej. Uwielbiam imbirowe ciastka, a z tego przepisu jeszcze nigdy nie robiłam.

A Wy pieczecie pierniki? Macie jakieś sprawdzone przepisy? A może jakieś inne słodkości robicie na święta?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Moje niezbędniki do albumu - planowane i nieplanowane

Moje niezbędniki do albumu - planowane i nieplanowane

project life

Kiedy postanowiłam sobie, że zacznę robić album Project Life, byłam przekonana, że wystarczy mi do tego minimum. Czyli segregator, koszulki, zdjęcia. Jest tyle darmowych kart do wydrukowania w internecie, skarbnica inspiracji to Pinterest, więc doszłam do wniosku, że kart to ja na pewno nie kupię, bo ich cena mnie przerażała, miałam zamiar szukać sobie sama odpowiednich kart, drukować i wsadzać do albumu. A już na pewno nie pomyślałam o tym, żeby naklejać tam jakieś naklejki czy inne cuda na kiju (wyjątkiem są alfabety, bo z nich można fajne napisy zrobić i takie nabyłam wcześniej).

Jak teraz pomyślę o tym, co miałam zamiar robić wcześniej, a co z tego faktycznie wyszło, to przede wszystkim chce mi się śmiać z mojej naiwności :-) No ale cóż... życie weryfikuje wcześniejsze wybory. Życie i wygoda :-)

Absolutne minimum - segregator, koszulki i zdjęcia

Bez tego Project Life nie istnieje, nie oszukujmy się. Ja się jednak oszukiwałam na początku, bo sądziłam, że to mi w zupełności wystarczy... Może wystarczy na sam początek, kiedy nie mamy specjalnego planu na PL, albo jakiejś konkretnej wizji. Bo od biedy można w koszulki wsadzać same zdjęcia, bez opisów, bez podpisów, jak zwykły album i kropka. Mi się taki album jednak nie widział, wiedziałam, że chcę w nim czegoś więcej, chociaż nie miałam w planach robić jakichś rozbudowanych opisów, jak robią niektórzy. Wiedziałam jednak, że chcę czegoś więcej niż same zdjęcia.

Karty do PL - core kit Becky Higgins

Dlatego pomyślałam o kartach do PL. Jednak bardziej na zasadzie: tyle tego jest w internecie, będę sobie szukać dobierać i drukować. Bo cena gotowych core kitów to już w ogóle zwalała mnie z nóg. Stanęło na tym, że mój album faktycznie miał miejsce na karty, ale puste. Miał zdjęcia, ale obok zdjęć wiało pustką, bo nigdy nie było czasu, aby poszukać kart, które by mi pasowały, a czasu jeszcze bardziej brakowało, kiedy Iza się urodziła. Nie mówiąc już o tym, że trzeba je jeszcze wydrukować. Drukowanie w domu u mnie nie wchodziło w grę, bo drukarki się pozbyłam, bo nie zawsze chciała ze mną współpracować, a poza tym ten tusz (szczególnie kolorowy, bo karty przecież trzeba drukować w kolorze) taki drogi... A papier? Przecież nie będę drukować na zwykłym do ksero... A więc wchodziła tylko i wyłącznie wyprawa do punktu, gdzie drukują takie rzeczy. I tu kolejny problem, bo czasu brak, a nie wszędzie też można wydrukować coś na trochę grubszym papierze.

Lubię wygodę i upraszam sobie życie jak tylko się da, szczególnie teraz, kiedy czas jest ograniczony. Decyzja o kupnie core kitu była więc ostateczna. Patrząc na ich cenę, faktycznie można mieć wrażenie, że strasznie drogo, ale czy naprawdę? A drukowanie w domu nie wyjdzie tyle samo? Albo drukowanie w punkcie? A tu jeszcze trzeba zorganizować wyprawę do punktu i w ogóle. Doszłam więc do wniosku, że kupuję. Kart w zestawie jest sporo, więc pomyślałam, że czego nie wykorzystam, zawsze mogę sprzedać na grupie o PL. I to była dobra decyzja. Bo teraz mój album nie świeci pustkami, a ja mam frajdę z jego uzupełniania.

Zaokrąglacz narożników

Tego to w ogóle nie miałam w planach. Karty od Becky Higgins mają zaokrąglone narożniki, więc takie narożniki w zdjęciach z tymi kartami po prostu lepiej wyglądają. A ja też lubię mieć wszystko idealnie. Więc sobie pomyślałam: będę przycinać nożyczkami. Poddałam się po dwóch zdjęciach :) I kupiłam zaokrąglacz. Jak on ułatwia życie! A jak usprawnia pracę z albumem :)

Klej w taśmie

Kupiłam, bo była taniutka, a nie mogłam znaleźć u siebie w papierniczym taśmy dwustronnej. Uwielbiam, bo to dobry wynalazek, a przyklejenie czegokolwiek to pikuś.

Naklejki

O tym już pisałam wcześniej. Naklejki z literami kupiłam już dość dawno w celu zrobienia fajnych nagłówków, ale do innych naklejek podchodziłam jak pies do jeża. Bo wydawały się zbyt dziecinne (mimo że to album dla dziecka). Ale wystarczy poszukać i znajdzie się coś, co nam odpowiada. Genialne naklejki, szczególnie do albumów dla dziecka, ma Family Portraits. Naprawdę polecam :)

Czarny cienkopis

Początkowo nie miałam ani zamiaru, ani ochoty robić jakichś rozbudowanych opisów w albumie. Ale szybko się do nich przekonałam, bo to zupełnie zmienia jego wygląd. Ja posiadam Microny, ale lubię też standardowe czarne Stabilo, a i piórem z czarnym tuszem zdarza mi się coś napisać.


Powiem Wam szczerze, że faktycznie do Project Life wystarczy sam album, koszulki i zdjęcia. I można spokojnie sobie z tym poradzić. Ale szukanie w internecie dodatków (jeśli chcemy w albumie mieć coś więcej niż same fotki) potrafi, przynajmniej mnie, uprzykrzyć życie, naprawdę. Szybko więc zweryfikowałam swoje plany odnośnie albumu i nie żałuję, bo wygląda teraz zupełnie inaczej.

A Wy wywołujecie zdjęcia? Robicie albumy? Ja skupiam się teraz przede wszystkim na albumie Izy i raczej długo się to nie zmieni. Taki album z pierwszego roku życia to super sprawa :) Naprawdę polecam.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli