Przychodzi w życiu każdego człowieka taki czas...

Przychodzi w życiu każdego człowieka taki czas...



Połowa grudnia - to jest taki czas w roku, tuż przed świetami, kiedy nie tylko mi włącza się myślenie i podsumowywanie. Większość z nas siłą rzeczy podsumowuje ten mijający właśnie rok, zwalnia, aby wszystko przemyśleć, porobić plany na przyszły. I mnie również to nie omija, zresztą ja lubię ten czas. Lubię podsumowywać, lubię planować. No i oczywiście robić wszystko, żeby te plany zrealizować.

Ale jednocześnie doszłam do wniosku, że tu nie chodzi tylko o ten wyjątkowy czas w roku, jakim jest jego koniec i miesiąc grudzień. Ja chyba doszłam właśnie do takiego momentu w życiu, że siłą rzeczy myślę, analizuję, że chciałabym... a jednocześnie nic nie muszę. Mam wrażenie, że przychodzi w życiu każdego człowieka taki okres, który skłania do myślenia o tym, co będzie. Co się wydarzyło, to się wydarzyło i to jest tylko i wyłącznie nasze, ale co będzie dalej?

Nie ukrywam, że przełomem w tym roku dla mnie, a pewnie i w całym moim życiu jest to, że urodziłam Izę. Ona zmieniła cały mój świat, przewartościowała go, przewaliła do góry nogami, wszystko się zmieniło o 180 stopni, nawet jeśli na zewnątrz tego nie widać. I to ona wpłynęła na to, że zaczęłam myśleć: co będzie dalej? Z naszą rodziną, ze mną, z wszystkimi dookoła, których kocham. Gdy pojawi się na świecie dziecko, człowiek naprawdę zaczyna na pewne sprawy patrzeć zupełnie inaczej - teraz to widzę dokładnie.

Bardzo bym chciała, żeby wszystko zostało tak, jak jest. Żeby moja kochana córa rosła i była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, i żebyśmy my, rodzice, byli z niej dumni z każdym dniem coraz bardziej. Bardzo chciałabym, aby wszystko było tak jak teraz, żeby zawsze byli blisko dziadkowie, którzy są tak szczęśliwi, że mają wnuczkę. Bardzo bym chciała, żeby to wszystko zostało, ewentualnie dochodziły tylko nowe rzeczy, nowe doświadczenia. Ale jednocześnie wiem przecież, że siłą rzeczy za te pięć, dziesięć czy piętnaście lat może być zupełnie inaczej, prawda? I czasami przychodzi w życiu właśnie taki okres, że człowiek... boi się przyszłości. Do mnie chyba właśnie zawitał teraz.

Koniec grudnia chyba dodatkowo nakręca mnie na takie przemyślenia. Bo to był zawsze dla mnie taki miesiąc, który skłaniał do tego. Do rozprawienia się z minionym rokiem. Urodziny córki w tym roku sprawiły, że te moje odczucia względem grudnia nasiliły się milion razy. I moje podsumowanie to nie jest tylko podsumowanie tego roku, który właśnie się kończy, a przynajmniej kilku ostatnich, jak nie kilkunastu minionych lat.

Myślę dużo o swoim dzieciństwie na wsi. Bardzo chciałabym, aby moja Iza również poznała wieś, żeby miała wspomnienia, które będzie pielęgnować i które będą dla niej ważne. Żeby była szczęśliwa. Nic się bardziej w tej chwili dla mnie nie liczy, tylko ona. I my jako rodzina.

Ale gdy się ma dziecko, gdy nie jesteśmy już na świecie tylko my sami, tylko własne ja, ale jest też jeszcze ta mała istotka - takie przemyślenia są nieuniknione. Nie uciekniemy od tego. Nie da się od tego oderwać nijak. I chyba trzeba się z tym pogodzić, że nie zawsze będzie tak kolorowo. Najważniejsze chyba, żeby te wspomnienia pielęgnować jak tylko się da, spędzać ze sobą jak najwięcej czasu, nie zapominać o tym, że to jest najważniejsze.

W te święta chciałabym się naprawdę maksymalnie wyciszyć. Nie biegać jak kot z pęcherzem, nie przywiązywać uwagi tak bardzo do gotowania, dekorowania, prezentów, a zamiast tego cieszyć się tym czasem razem, po prostu. Odpocząć. Tak na maksa, być blisko, cieszyć się, być szczęśliwym.

Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w wieku nastoletnim, tak bardzo chciałam kiedyś być szczęśliwa. Sama za bardzo nie wiedziałam, czego od tego szczęścia oczekuję, ale chciałam bardzo móc kiedyś sama o sobie tak powiedzieć. Stojąc tu i teraz, mogę bez zastanowienia się powiedzieć: tak, jestem szczęśliwa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że szczęściem dla mnie nie będą rzeczy materialne, ale bycie blisko tych, których kocham. Po prostu. I to, że moi bliscy też są szczęśliwi.


*Pisałam ten post dość spontanicznie, poza tym pisałam go również po nieprzespanej nocy, bo moja córka doszła do wniosku, że zamiast spać, lepiej się pobawić :) Więc z góry przepraszam za chaos w nim :) Ale i tak chciałam go napisać i może to był właśnie najlepszy czas na to, kto wie?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Linki miesiąca #3: trochę świątecznie, ale przede wszystkim życiowo

Linki miesiąca #3: trochę świątecznie, ale przede wszystkim życiowo

linki miesiąca

Nie mam ostatnio czasu buszować w internecie. A może ochoty? Pewnie i jedno i drugie. Regularnie jednak wchodzę na obserwowane blogi i dzisiaj będzie taki spis tematów, które zainteresowały mnie na innych blogach. Będzie też krótko. Dlatego, że idą Święta, a ja chcę trochę odpuścić, nie spinać się - chcę, żeby ten grudzień był inny, spokojniejszy, bo po raz pierwszy spędzamy go we trójkę. Więc te Święta tak czy siak będą wyjątkowe. Chcę też usiąść już teraz na spokojnie i zacząć podsumowywać ten rok i zrobić wstępne plany na przyszły. 

A więc do dzieła! Co mnie zainteresowało w minionym miesiącu?


Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia! - naprawdę bardzo fajny wpis o marzeniach i jak je zamienić w cele :) Bardzo mi bliski, może Wam się przyda na zbliżający się nowy rok :)

Macierzyństwo = kryzys i żałoba po starym życiu? - takie tematy są mi siłą rzeczy bardzo bliskie, a ten wywiad powinna przeczytać nie tylko każda mama, ale przede wszystkim każdy tata.

Szydełkowe świąteczne skrzaty - dla tych, którzy lubią dziergać :) Są śliczne, mi jednak brakuje czasu na zrobienie czegoś takiego, ale może Was zainspiruje Pinterest?

Listopad mnie dopadł - wpis jeszcze z listopada, ale strasznie się z nim utożsamiłam :)

Czas i tak upłynie. Co z nim zrobisz? - moje jedno z ulubionych powiedzeń na ten temat: że nie warto z czegoś rezygnować tylko dlatego, że wymaga czasu. Czas i tak upłynie. Nic nie jest tak prawdziwe, jak to zdanie :) Poza tym po raz kolejny przewija się tutaj Edyta Zając, ale jej blog to moje niedawne odkrycie, naprawdę polecam :)

Trzy perspektywy patrzenia na styl - dla tych, których interesują tematy ubraniowe :) Mnie w tej chwili chyba najbliższy jest pierwszy i chyba najbardziej mi się podoba, a Wam?

Własne pieniądze kobiety - dlaczego musisz je mieć? - nic dodać, nic ująć! Po prostu Ania jak zwykle trafiła w sedno, jestem tego samego zdania i nie rozumiem kobiet, które myślą inaczej.

Nigdy w siebie nie wątp - na koniec coś na poprawę nastroju, motywacji, albo po prostu do przeczytania i zastanowienia się przed świętami :) Polecam zresztą całego bloga, uwielbiam go.


Na dziś będzie tyle. Zapraszam do lektury zainteresowanych i jestem ciekawa, czy coś Wam się spodobało? Zaciekawiło? Skłoniło do myślenia? Dzielcie się w komentarzach pod postem :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Najlepsze świąteczne pierniki na świecie

Najlepsze świąteczne pierniki na świecie

przepis

Może to wyda się niektórym osobom dziwne, ale u mnie nigdy nie było tradycji pieczenia pierników na Święta Bożego Narodzenia. Fakt, czasem mama upiekła jakąś babkę piernikową i nie ukrywam, że to było zawsze (obok sernika) moje ulubione ciasto. Pierniczki natomiast zaczęłam piec sama. Nie robiłam ich jednak przed każdymi świętami, bo u mnie nie było po prostu takiej tradycji. W tym roku jednak byłam pewna, że takowe powstaną i... powstały :) Zdziwicie się, czemu tak wcześnie? Bo te pierniki muszą jeszcze odstać swoje przed świętami - inaczej nie byłoby tak magicznie.

Raczej nie publikuję na blogu żadnych przepisów, ale ten na świąteczne pierniki musiał się pojawić - bo uważam, że to są najlepsze pierniki na świecie :) Postanowiłam też opublikować go w miarę wcześnie, żeby ktoś, kto ma ochotę je upiec, mógł korzystać z przepisu do woli :) Pierniki zawsze się udają, nie ma opcji, żeby nie wyszły.

Co potrzebujemy? Oprócz tak oczywistych rzeczy jak wałek do rozwałkowywania ciasta i jakaś misa do wyrobienia (chociaż i bez tego co kreatywniejsze dusze sobie poradzą :D) potrzebne będzie jeszcze:

  • pół kilograma mąki (3 szklanki)
  • 20 dag miodu (ok. pół szklanki)
  • 20 dag cukru pudru (ja zazwyczaj sypię 1 szklankę, można troszkę więcej - 1,25 szkl.)
  • 12 dag margaryny (czyli połowa takiej 250g)
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka sody
  • szczypta soli
  • 1 opakowanie przyprawy do pierników

Rozpuszczamy margarynę w garnku i dodajemy miód oraz przyprawy - wszystko trzeba zagotować i odstawić do przestygnięcia. W międzyczasie mąkę mieszamy z cukrem i sodą. Dodajemy jajko i przestygniętą miksturę piernikowo-miodową i zagniatamy ciasto. Ciasto ładnie się wyrabia, naprawdę nie ma z tym problemu :) Kawałki ciasta rozwałkowujemy na  grubość ok. 5mm i wykrawamy pierniczki. Ja w tym roku zaopatrzyłam się w końcu w foremki, wcześniej radziłam sobie szklanką :) lub nożem :)
Pieczemy na złoty kolor ok. 15 minut w piekarniku rozgrzanym do ok. 160-170 st. Ja ustawiłam na 150 z termoobiegiem. Ważne, aby ich nie przypiec za mocno, więc trzeba to monitorować.

Z tego przepisu wychodzi ok. 70-80 ciastek, ale to też zależy od wielkości foremek, mi wyszło ponad 100 szt. Pierniki oczywiście można polukrować, polać roztopioną czekoladą, ozdobić jak tylko przyjdzie Wam do głowy - tu już zależy wszystko od inwencji twórczej :)

I teraz uwaga: pierniki po wyjęciu z piekarnika i ostudzeniu są... twarde. Praktycznie jak kamień. I takie też powinny być. Dlatego robi się je dużo wcześniej przed świętami - zalecam ok. 2 tygodnie, można zrobić i tydzień wcześniej, ale wtedy po prostu będą bardziej twarde. Można je przechowywać dość długo w zamkniętym pojemniku. Ciastka z czasem zmiękną - złapią wilgoć z powietrza. Polukrowane miękną szybciej, jeszcze szybciej, gdy wrzucimy do pojemnika, w którym je przechowujemy, np. kawałek skórki z jabłka - sposób dla tych, którzy postanowią je zrobić np. tydzień przed świętami :)

przepis

Takie pierniki to też jest świetny prezent pod choinkę dla bliskich - ja już wiem, że obdaruję nimi kilka osób :) I chyba zrobię z tego jednak coroczną tradycję, bo uwielbiam to robić, czuć wtedy naprawdę świąteczną atmosferę - polecam jeszcze gdzieś w tle jakieś świąteczne piosenki :)

Kusi mnie jeszcze zrobienie drugiej porcji takich ciastek, tym razem z imbirem zamiast przyprawy piernikowej. Uwielbiam imbirowe ciastka, a z tego przepisu jeszcze nigdy nie robiłam.

A Wy pieczecie pierniki? Macie jakieś sprawdzone przepisy? A może jakieś inne słodkości robicie na święta?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Moje niezbędniki do albumu - planowane i nieplanowane

Moje niezbędniki do albumu - planowane i nieplanowane

project life

Kiedy postanowiłam sobie, że zacznę robić album Project Life, byłam przekonana, że wystarczy mi do tego minimum. Czyli segregator, koszulki, zdjęcia. Jest tyle darmowych kart do wydrukowania w internecie, skarbnica inspiracji to Pinterest, więc doszłam do wniosku, że kart to ja na pewno nie kupię, bo ich cena mnie przerażała, miałam zamiar szukać sobie sama odpowiednich kart, drukować i wsadzać do albumu. A już na pewno nie pomyślałam o tym, żeby naklejać tam jakieś naklejki czy inne cuda na kiju (wyjątkiem są alfabety, bo z nich można fajne napisy zrobić i takie nabyłam wcześniej).

Jak teraz pomyślę o tym, co miałam zamiar robić wcześniej, a co z tego faktycznie wyszło, to przede wszystkim chce mi się śmiać z mojej naiwności :-) No ale cóż... życie weryfikuje wcześniejsze wybory. Życie i wygoda :-)

Absolutne minimum - segregator, koszulki i zdjęcia

Bez tego Project Life nie istnieje, nie oszukujmy się. Ja się jednak oszukiwałam na początku, bo sądziłam, że to mi w zupełności wystarczy... Może wystarczy na sam początek, kiedy nie mamy specjalnego planu na PL, albo jakiejś konkretnej wizji. Bo od biedy można w koszulki wsadzać same zdjęcia, bez opisów, bez podpisów, jak zwykły album i kropka. Mi się taki album jednak nie widział, wiedziałam, że chcę w nim czegoś więcej, chociaż nie miałam w planach robić jakichś rozbudowanych opisów, jak robią niektórzy. Wiedziałam jednak, że chcę czegoś więcej niż same zdjęcia.

Karty do PL - core kit Becky Higgins

Dlatego pomyślałam o kartach do PL. Jednak bardziej na zasadzie: tyle tego jest w internecie, będę sobie szukać dobierać i drukować. Bo cena gotowych core kitów to już w ogóle zwalała mnie z nóg. Stanęło na tym, że mój album faktycznie miał miejsce na karty, ale puste. Miał zdjęcia, ale obok zdjęć wiało pustką, bo nigdy nie było czasu, aby poszukać kart, które by mi pasowały, a czasu jeszcze bardziej brakowało, kiedy Iza się urodziła. Nie mówiąc już o tym, że trzeba je jeszcze wydrukować. Drukowanie w domu u mnie nie wchodziło w grę, bo drukarki się pozbyłam, bo nie zawsze chciała ze mną współpracować, a poza tym ten tusz (szczególnie kolorowy, bo karty przecież trzeba drukować w kolorze) taki drogi... A papier? Przecież nie będę drukować na zwykłym do ksero... A więc wchodziła tylko i wyłącznie wyprawa do punktu, gdzie drukują takie rzeczy. I tu kolejny problem, bo czasu brak, a nie wszędzie też można wydrukować coś na trochę grubszym papierze.

Lubię wygodę i upraszam sobie życie jak tylko się da, szczególnie teraz, kiedy czas jest ograniczony. Decyzja o kupnie core kitu była więc ostateczna. Patrząc na ich cenę, faktycznie można mieć wrażenie, że strasznie drogo, ale czy naprawdę? A drukowanie w domu nie wyjdzie tyle samo? Albo drukowanie w punkcie? A tu jeszcze trzeba zorganizować wyprawę do punktu i w ogóle. Doszłam więc do wniosku, że kupuję. Kart w zestawie jest sporo, więc pomyślałam, że czego nie wykorzystam, zawsze mogę sprzedać na grupie o PL. I to była dobra decyzja. Bo teraz mój album nie świeci pustkami, a ja mam frajdę z jego uzupełniania.

Zaokrąglacz narożników

Tego to w ogóle nie miałam w planach. Karty od Becky Higgins mają zaokrąglone narożniki, więc takie narożniki w zdjęciach z tymi kartami po prostu lepiej wyglądają. A ja też lubię mieć wszystko idealnie. Więc sobie pomyślałam: będę przycinać nożyczkami. Poddałam się po dwóch zdjęciach :) I kupiłam zaokrąglacz. Jak on ułatwia życie! A jak usprawnia pracę z albumem :)

Klej w taśmie

Kupiłam, bo była taniutka, a nie mogłam znaleźć u siebie w papierniczym taśmy dwustronnej. Uwielbiam, bo to dobry wynalazek, a przyklejenie czegokolwiek to pikuś.

Naklejki

O tym już pisałam wcześniej. Naklejki z literami kupiłam już dość dawno w celu zrobienia fajnych nagłówków, ale do innych naklejek podchodziłam jak pies do jeża. Bo wydawały się zbyt dziecinne (mimo że to album dla dziecka). Ale wystarczy poszukać i znajdzie się coś, co nam odpowiada. Genialne naklejki, szczególnie do albumów dla dziecka, ma Family Portraits. Naprawdę polecam :)

Czarny cienkopis

Początkowo nie miałam ani zamiaru, ani ochoty robić jakichś rozbudowanych opisów w albumie. Ale szybko się do nich przekonałam, bo to zupełnie zmienia jego wygląd. Ja posiadam Microny, ale lubię też standardowe czarne Stabilo, a i piórem z czarnym tuszem zdarza mi się coś napisać.


Powiem Wam szczerze, że faktycznie do Project Life wystarczy sam album, koszulki i zdjęcia. I można spokojnie sobie z tym poradzić. Ale szukanie w internecie dodatków (jeśli chcemy w albumie mieć coś więcej niż same fotki) potrafi, przynajmniej mnie, uprzykrzyć życie, naprawdę. Szybko więc zweryfikowałam swoje plany odnośnie albumu i nie żałuję, bo wygląda teraz zupełnie inaczej.

A Wy wywołujecie zdjęcia? Robicie albumy? Ja skupiam się teraz przede wszystkim na albumie Izy i raczej długo się to nie zmieni. Taki album z pierwszego roku życia to super sprawa :) Naprawdę polecam.





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Projekt Planner - czy warto kupić? [recenzja]

Projekt Planner - czy warto kupić? [recenzja]

projekt planner

Ponieważ kończy się właśnie rok 2017, dużo z was pewnie będzie szukać, albo już szuka, kalendarza dla siebie. Na rynku jest tego cała masa, czasem naprawdę trudno się zdecydować. Nie ukrywam, że taki planner czy kalendarz to zawsze jest też dobry prezent pod choinkę, oczywiście dla kogoś, dla kogo wiemy, że będzie przydatny.

Ja osobiście pałam wielką miłością do wszelakich plannerów, kalendarzy czy notesów. Nie mogę obok pięknego kalendarza przejść obojętnie, dlatego długo się czaiłam na kupno właśnie Projekt Plannera. Dlaczego? Głównie ze względu na cenę. Nie jest on tani, i w zasadzie to jest jedyna jego wada. Po czasie uważam również, że wada wadą, ale ta cena nie jest zbyt wygórowana, jeśli weźmie się pod uwagę jego jakość. Naprawdę. 

Swój planner mam już dwa lata, więc mogę już coś konkretnego o nim napisać. A napiszę przede wszystkim tyle, że poza ceną wad on praktycznie nie ma. Oczywiście dla mnie, bo nie każdy lubi planner w formie segregatora, niektórym będą przeszkadzać ringi, które denerwują czasem przy pisaniu... Dla mnie jednak taka forma sprawdza się najlepiej, a przetestowałam ich już sporo.

projekt planner

Mój Projekt Planner to rozmiar a6, czyli ten mniejszy. W takim zdecydowanie lepiej mi się planuje, nie jest ani za duży, ani za mały. Ma uniwersalny rozstaw ringów, pasuje do niego każdy wkład kalendarzowy czy notesowy. A też przetestowałam ich kilka: Allegro, AliExpress, księgarnie i sklepy papiernicze. Ostatnim moim zakupem był kropkowany wkład, znowu od Projekt Plannera i muszę stwierdzić, że to najlepsze, co mogłam do niego kupić, a cena również jest bardzo atrakcyjna i chyba do tej pory najniższa, jaką udało mi się znaleźć (nawet wkłady z Ali są droższe, w ogóle dochodzę do wniosku, ze nie opłaca się ich tam kupować, bo bardzo rzadko można znaleźć coś tańszego). 

Oryginalnie, te dwa lata temu, kupując mój planner, dostałam go z dwoma wkładami kalendarzowymi. Teraz, z tego co się orientuję, jest dostępny zarówno z gotowym wkładem (który wygląda na całkiem fajny), jak i czystym, np. do bullet journala - do wyboru. Poza tym można wybierać z dwóch wielkości, albo a6, albo a5, czyli większy. Co komu pasuje.

Jak się sprawuje po dwóch latach użytkowania? Zabierałam go naprawdę często ze sobą, wrzucałam do torebki, zawsze zabierałam do pracy... Teraz jestem w domu, więc leży sobie zazwyczaj na biurku, ale wcześniej naprawdę sporo przeszedł. Jak wygląda po tym czasie, możecie zobaczyć na zdjęciu. Nie zniszczył się praktycznie w ogóle, jedyne, co zauważyłam, to trochę (dosłownie minimalnie) przybrudzone brzegi, no ale halo, ma dwa lata :D Reszta jak nowa. Nic się nie naderwało, nic nie odkleiło. Po prostu dobry produkt od dobrej, polskiej (!) firmy. 

projekt planner

Oczywiście można sobie zamówić bardzo podobny na AliExpress, wyjdzie pewnie z dwa razy taniej. I tamte plannery też są bardzo fajne. Ale nie dam Wam gwarancji, że wytrzyma w podobnym stanie, tak jak ten. Ja, gdybym wtedy wiedziała, że takie coś jak AliExpress istnieje, zamówiłabym tam.  Nie wiedziałam i kupiłam sobie Projekt Planner. Nie żałuję. Kusiło mnie nawet, aby kupić sobie nowy, w innym kolorze, ale doszłam do wniosku, że z powodzeniem mój niebieski wytrzyma jeszcze spokojnie kolejny rok, a może i jeszcze dłużej. Lubię go, przyzwyczaiłam się do niego. Więc nie będę zmieniać bez powodu.

Ten wpis powstał dlatego, że często pytacie mnie, czy warto. I tylko dlatego. A więc odpowiadam: warto. O ile lubicie segregatory i wiecie, że to Wam będzie odpowiadało. Ja sprawdziłam na własnej skórze, że taka forma planowania odpowiada mi najbardziej. A jeśli nie lubicie ringów i przeszkadzają Wam w pisaniu - kupcie notes albo kalendarz książkowy. Bo Projekt Planner kosztuje sporo i warto być pewnym, jak nie w stu, to chociaż w 90%, że nie rzucimy go po miesiącu w kąt, bo nam nie odpowiada. To jest też dobry prezent pod choinkę, ale dla osoby, której wiemy, że się spodoba. Ja bym się bardzo ucieszyła z takiego prezentu.

No to teraz czas na Was :) W jakiej formie najbardziej lubicie planować? Podzielcie się ze mną w komentarzach, może jakieś ciekawe pomysły podsuniecie?... Macie już na oku kalendarz na przyszły rok, czy dopiero szukacie? A może skusicie się na bullet journal?





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Tu & teraz - listopad'17

Tu & teraz - listopad'17

podsumowanie listopada

Został nam jeszcze tylko miesiąc do końca roku. A pamiętam jak się zaczynał... Dzisiaj przyszła pora na Tu&teraz, bo doszłam do wniosku, że to jest najlepszy czas na podsumowanie miesiąca, a ja wrócę z kolejnym postem niemalże na pewno już w grudniu. Uwielbiam grudzień i nie mogę się go doczekać. Uwielbiam święta, a w tym roku po raz pierwszy spędzamy Święta we trójkę, więc tym bardziej będą wyjątkowe.

Planuję

zawodowo następny rok. Ponieważ wraz z końcem kwietnia skończy się mój urlop macierzyński, muszę przedsięwziąć jakieś dalsze kroki. Trochę sytuacja mnie zmusza do tego, żeby choć na kilka miesięcy wziąć urlop wychowawczy, ale powiem Wam coś w sekrecie: wcale mnie to nie martwi, a wręcz cieszy :) Bo będę mogła dłużej posiedzieć z Izą w domu, a jej nie będę musiała od razu wysyłać do żłobka... W ogóle to przyznam się jeszcze do czegoś: w ogóle nie chcę jej tam wysyłać, bo moje zawodowe plany pozwolą na to, aby była ze mną jak najdłużej w domu. Jak to wszystko w praktyce wyjdzie, zobaczymy. Jednego jestem pewna: nie chcę wracać na etat, a pracować w domu.

Jestem wdzięczna

za czas w ciągu dnia, kiedy dziecko moje śpi, a ja mogę odpocząć i podziałać coś odnośnie tego, o czym pisałam w poprzednim punkcie. Chociaż tych chwil nie jest dużo, bo moja córka nie jest tym dzieckiem, które dużo śpi. Nawet w nocy :P

Czekam

cały czas na to, aż w końcu prześpię całą noc :)

Czytam

Listopad to jest właściwie u mnie miesiąc jednej książki. Cherezińska kolejnym razem chyba pobiła rekord długości swoich książek, czytałam jej "Płomienną koronę", codziennie wieczorem przynajmniej godzinkę zawsze znajdę na czytanie, a czuję, jakbym czytała tę książkę z dwa miesiące... Ale Cherezińską uwielbiam, więc nie narzekam :)

Chciałabym

żeby jak najszybciej przyszedł grudzień, bo uwielbiam ten miesiąc, a listopad zawsze dla mnie nie miał w ogóle barwy, był szary i ponury.

Czuję się

czasem zmęczona, czasem pełna energii, ale tak to jest, jak się zostaje mamą :)

Uczę się

swojego aparatu fotograficznego, o czym pisałam w poprzednim wpisie. Poza tym - wykorzystywać każdą wolną chwilę jak tylko się da.

Oglądam

YouTuba. Zawsze znajdę tam coś dla siebie, a że nie mamy telewizora, to YouTube w tym zakresie u nas rządzi, zazwyczaj wieczorami :)


A jak Wam minął listopad? Coś ciekawego się wydarzyło, coś przeczytaliście, zrobiliście? Również w utęsknieniem czekacie na grudzień, tak jak ja? :)




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Podsumowanie wyzwania fotograficznego

Podsumowanie wyzwania fotograficznego

podsumowanie

Niecałe trzy tygodnie temu, gdy na blogu Jest Rudo Natalia opublikowała wpis z kolejnym wyzwaniem fotograficznym, przeczytałam, pomyślałam chwilę i... wyciągnęłam swój aparat fotograficzny :) Do tej pory przypominałam o nim sobie tylko wtedy, gdy z TeŻetem gdzieś jechaliśmy, bardziej chyba z obowiązku go brałam, bo fajne zdjęcia przecież można robić też telefonem. I to właśnie telefon towarzyszy mi na co dzień przy robieniu fotek. Przyznam się wam szczerze do czegoś: nie lubię aparatów fotograficznych. I z moim jest podobnie - nie lubiłam go, bo nie umiałam i nie umiem robić nim zdjęć. Aż wstyd się przyznać do tego, że nigdy, tak, NIGDY nie przestawiłam w nim nic, a do niedawna nawet nie wiedziałam, że można :) I dziwiłam się, dlaczego mi zdjęcia nie wychodzą...

Wyzwanie Natalii sprawiło, że wyciągnęłam ten aparat, który mam już dobre kilka lat, siadłam do komputera i pierwsze co zrobiłam, to poszukałam w necie jego... instrukcji obsługi. I nagle mnie olśniło. Że niekoniecznie muszę robić zdjęcia na ustawieniach automatycznych, że sama sobie mogę ustawić wartości przesłony, iso i takich tam różnych rzeczy, o którym miesiąc temu nawet nie słyszałam i moje ulubione: zdjęcia makro :) Ja po prostu uwielbiam oglądać zdjęcia w maksymalnym przybliżeniu, ale robienie ich było dla mnie nieosiągalne. Bo myślałam, że mam zły aparat, który się do niczego nie nadaje. A tu taka niespodzianka, bo tym moim zwykłym kompaktem, uwaga: da się!

Zawsze uważałam, że nie potrafię robić fajnych zdjęć. I żeby nie było: nadal tak uważam :) Dlatego właśnie od jakiegoś czasu myślałam, żeby nad tym trochę popracować. Nauczyć się robić zdjęcia lepsze technicznie, ale i popracować nad kreatywnością i znaleźć wokół siebie coś, co chociaż nie zawsze wydaje się fotogeniczne, to przynajmniej spróbować pokazać to w innym świetle. Wyzwanie Natalii spadło mi więc jak z nieba. Pomyślałam: a tam, co mi szkodzi, spróbuję!

Nie sądziłam, że udział w tym wyzwaniu będzie naprawdę dla mnie wielkim wyzwaniem. Wielkim. Po pierwsze nadal jeszcze przez te trzy tygodnie nie nauczyłam się robić zdjęć w ciemnym pomieszczeniu. Że takim wyzwaniem będzie w ogóle zrobienie jakiejkolwiek fotki w świetle dziennym, bo w mieszkaniu cały czas jest po prostu ciemno - taki mamy teraz czas i pogodę. Po drugie ograniczona czasowo przy małym szkrabie nie zawsze to zdjęcie mam czas zrobić, nawet gdy mam nie nie pomysł. A po trzecie nadal ćwiczę swoją kreatywność, ale nie wiedziałam, że to będzie taaaakie trudne. Że czasem zwyczajnie mi brak pomysłu... O wiele lepiej idzie mi, gdy mam obiekt do fotografowania (czytaj: dziecko) i zresztą fotografowanie Izy sprawia mi chyba największą frajdę. A potem zamykanie tych zdjęć w albumie, o czym pisałam tutaj. Z innymi rzeczami jest problem.

Ale skoro podjęłam się tego, bardzo zależało mi na tym, żeby nie zawalić. Bardzo. Więc przedstawiam wam to, co udało mi się stworzyć. Zarówno aparatem, jak i telefonem. I wiem, że moim zdjęciom jeszcze wieeeele brakuje, ale mam zamiar ćwiczyć dalej. Ja swojego aparatu dopiero zaczęłam się uczyć i mam nadzieję, że będzie mi to szło coraz lepiej :) 

Poza domem

Jedno z moich ulubionych zdjęć zrobione przypadkiem, telefonem, wręcz w polowych warunkach, ale może dlatego ulubione...

poza domem


Gdy zajdzie słońce

Zastnawiałam się długo, czy nie wyjść po zmroku z domu i coś cyknąć, ale... w końcu wymyśliłam coś innego...

gdy zajdzie słońce


Aromaty jesieni

I mój ukochany wrzos...

aromaty jesieni


Blisko

Od początku wiedziałam, że dla mnie "blisko" to nie będzie zdjęcie zrobione z bliska :D Tylko coś zupełnie innego...

blisko


Dzień dobry

i dzisiejsze wschodzące słońce...

dzień dobry


W deszczu

Uczę się robić zdjęcia makro, bo zawsze je uwielbiałam, tylko nie miałam pojęcia, że ja też w ogóle mogę i że nie jest to takie trudne, na jakie wygląda...

w deszczu


I to by było na tyle na razie. Jak widać nie podjęłam wszystkich tematów, trochę z braku pomysłu, trochę z braku czasu. Chociaż te zdjęcia to zwykłe zdjęcia i wiele im brakuje do tego, żeby były jako takie, to jednak ta zabawa dała mi sporo frajdy, o dziwo :) I chyba ten aparat będę teraz wyciągać częściej, muszę tylko bardziej zgłębić jego tajniki :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Moje ulubione podcasty i czy w ogóle warto ich słuchać

Moje ulubione podcasty i czy w ogóle warto ich słuchać


Do podcastów od dłuuugiego czasu przymierzałam się jak pies do jeża. Jakoś nie byłam przekonana, nie wiedziałam, z czym to się je, a poza tym błędnie myślałam, że muszę coś zainstalować w telefonie, żeby ich słuchać, bo inaczej się nie da.  Wszystkie te moje przekonania były błędne, a teraz żałuję, że tak długo z tym zwlekałam. Bo dopiero teraz, na urlopie macierzyńskim, szukając jakichś sposobów na to, żeby jak najlepiej wykorzystać czas, robiąc coś w domu, przypomniałam sobie o podcastach, bo przecież to jest idealne rozwiązanie na to, aby troszkę wydłużyć swoją dobę. Bo można robić dwie rzeczy naraz :) No i przede wszystkim wiele się nauczyć, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku.

Przedstawiam Wam dzisiaj listę czterech moich ulubionych podcastów, bo często o to pytacie :)

Finanse bardzo osobiste

Słuchanie podcastów zaczęłam właśnie od audycji Marcina. Na jego bloga trafiłam kiedyś przypadkiem, szukając bodajże jakichś inspiracji odnośnie kalkulatora budżetu domowego. I przepadłam na jego blogu, czytając artykuły niemalże od deski do deski. Dziwne jest to, że to na jego bloga trafiłam wtedy, a nie np. na bloga słynnego Michała Szafrańskiego... O Michale i jego podcaście będzie jednak dalej :) Któryś z odcinków podcastu Marcina to był właśnie ten pierwszy raz, kiedy przesłuchałam w ogóle jakiś podcast. I pomyślałam, że to fajna rzecz... I wtedy też zaczęłam szukać dalej.

Mała Wielka Firma

Do Małej Wielkiej Firmy również trafiłam poprzez podcast Marcina, gdy robił wywiad z jego autorem, Markiem Jankowskim. I... właśnie wtedy na dobre przepadłam, jeśli chodzi o słuchanie podcastów. A że jego tematyka bardzo ściśle wiąże się z tym, co mnie ostatnio bardzo interesuje (jest to podcast typowo biznesowy, ale powiedziałabym, że idealny dla początkujących przedsiębiorców i małych firm), był czas, że słuchałam odcinków Marka niemalże jeden za drugim. Marek Jankowski robi naprawdę bardzo ciekawe wywiady, poza tym zna się na tym, co robi, a podcast prowadzi już naprawdę długo. Nadal, przeglądając spis odcinków, znajduję tam coś, co warto byłoby posłuchać, a czego jeszcze nie znam.

Po nitce Ariadny

Do Ariadny trafiłam natomiast za sprawą rekomendacji. Czytałam o jej podcaście na innych blogach, ale jakoś nie po drodze mi zawsze było do jej audycji. Pamiętam, że kiedyś, kiedy próbowałam się przekonać do podcastów, włączyłam jakiś jej odcinek, ale szybko wyłączyłam, sama nie wiem, dlaczego. Wróciłam dopiero wtedy, kiedy już wiedziałam, czego mogę się spodziewać po podcastach w ogóle, a tematyka znowu świetnie się wpisała w moje zainteresowania (głównie o przedsiębiorczych kobietach i biznesach online). Z Ariadną poszło szybko przesłuchanie tego, co mnie interesowało, bo ma stosunkowo mało nagrań. W tej chwili już chyba mam przesłuchane wszystko, ale lubię wracać do jej podcastów.

Więcej niż oszczędzanie pieniędzy

Podcast Michała Szafrańskiego wiedziałam, że istnieje, ale przypomniałam sobie o tym dopiero wtedy, kiedy wpadłam w ich słuchanie po uszy. I powiem Wam szczerze, że to jest chyba mój ulubiony podcast jak do tej pory :) Co dziwne, nadal mi nie po drodze na bloga Michała (tematyka bloga jest bardzo zbliżona, jak nie taka sama, jak bloga Marcina Finanse bardzo osobiste), tutaj zdecydowanie wolę Marcina. Ale muszę przyznać, że Michał nagrywa po prostu świetne podcasty. Nie tylko o finansach, ale też na tematy rozwoju osobistego, własnej firmy... Już nie wspominając o tym, że jego po prostu świetnie się słucha i trudno przestać, ma po prostu idealnie stworzony do takich rzeczy głos. Dla samego tego głosu warto posłuchać.


Ja wybrałam te cztery, jako moje ulubione i regularnie słuchane, ale podcastów jest naprawdę cała masa na różne tematy w języku polskim, a jak ktoś zna język angielski, może wybierać i wybierać jeszcze więcej :) Można nawet uczyć się angielskiego poprzez podcasty. I nie tylko angielskiego. To jest po prostu świetna rzecz, a co najważniejsze, nie trzeba mieć na ich słuchanie jakiegoś specjalnego czasu. Ja ich słucham głównie na spacerach z Izą, ale też w domu, gdy np. gotuję obiad, sprzątam czy robię masę innych rzeczy, gdzie mogę podzielić swoją uwagę. Więc nie przekonują mnie wymówki typu: ale ja na podcasty nie mam czasu... Nie musisz mieć. Możesz słuchać w kolejce w sklepie, w autobusie, podczas gotowania czy różnych innych czynności. Z tym jest nawet łatwiej niż z czytaniem książek, bo książka wymaga od ciebie uwagi. Tutaj można robić dwie rzeczy naraz, a czasem nawet trzy i nie jest to żadnym problemem.

Poza tym podcastów można słuchać zarówno na komputerze, jak i telefonie. Do tego drugiego są specjalne aplikacje, najpopularniejsze to iTunes albo Stitcher. A ponieważ ja mam telefon z Windows Phone (swoją drogą chyba będę musiała to kiedyś zmienić...), polecam aplikację Podcasts! - wypróbowałam kilka, ale ta najbardziej mi odpowiada.

W planach mam jeszcze podcast Oli Budzyńskiej, może nie wszystkie odcinki, ale ma kilka, które mnie interesują.

A Wy słuchacie podcastów? Może coś innego polecicie oprócz tych czterech? W ogóle jeśli chodzi o polecenia, to polecam też grupę na Facebooku W ruchu słucham podcastów - tam też można fajne rzeczy znaleźć.
A może macie dopiero w planach słuchanie? Albo z jakichś powodów Wam nie po drodze? Nie jesteście przekonani? Z chęcią się dowiem, co na ten temat myślicie :)




Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Mój Project Life - dziecko w albumie

Mój Project Life - dziecko w albumie

dziecko w albumie

Album z pierwszego roku życia dziecka miałam w planach już od bardzo dawna. W zasadzie wiedziałam, że on powstanie, już wtedy, gdy dowiedziałam się, że rodzina nam się powiększy. I że powstanie właśnie w formie Project Life. Zakochałam się w tej formie albumowania już jakiś czas temu, najpierw oglądając zdjęcia dziewczyn z zagranicy, potem te, które co chwila wstawia ktoś na grupie na facebooku. I po prostu przepadłam. Ale jakoś nie mogłam długo się zebrać do tego, żeby powstał album wcześniej, z naszej wspólnej z TŻem codzienności... 

Dopiero pojawienie się na świecie małego szkraba, przewracając wszystko do góry nogami, w końcu mnie do tego zmobilizowało. A właściwie wcale nie musiało mobilizować, bo jak rozkładam ten album, to po prostu robię to z czystą przyjemnością i nie ma nic bardziej relaksującego, jak uzupełnianie kolejnych stron. Czasem nie mogę się tego doczekać :)

dziecko w albumie

Praca nad takim albumem troszkę też zweryfikowała moje oczekiwania i plany :) Na początku myślałam sobie: A tam, to mi nie będzie potrzebne, wystarczą nożyczki, czysta kartka, ect... Nie będę jednak ukrywać, że dużo rzeczy kupiłam dlatego, że po prostu ułatwiają pracę nad albumem (czyt. życie :P), a bez nich ten album jeszcze pewnie długo by nie powstał :) Albo przynajmniej nie wyglądałby tak, jak wygląda teraz. A ja nie dość, że jestem wygodna i lubię ładne rzeczy, to jeszcze dodatkowo czasami chcę tu i teraz, bez czekania.

dziecko w albumie

Uwielbiam patrzeć na te zdjęcia. Uwielbiam otwierać ten album tylko po to, żeby pooglądać sobie te fotki i przypomnieć, jaka była moja córa te kilka miesięcy temu, jak się urodziła, jak rosła... Z każdym kolejnym zdjęciem widać, jak to wszystko i szybko się zmienia... Bez tych fotek nie byłoby tego, bo o takich rzeczach bardzo szybko się zapomina... Może i robimy od czasu do czasu zdjęcia, ale zazwyczaj leżą sobie potem zapomniane w jakimś bliżej nieoznaczonym folderze na dysku w komputerze. Kto potem do tego wraca? Albo jak często? No powiedzcie?

dziecko w albumie

Wywoływanie zdjęć i zamykanie ich w takich albumach ma w sobie magię i przede wszystkim nie pozwala zapomnieć. Dla mnie to jest bardzo ważne, jeszcze ważniejsze właśnie teraz, kiedy Iza jest na świecie. Chociaż może Project Life to nie jest hobby tanie, to nie żałuję żadnej złotówki wydanej na te dodatki. Bo to ogromna inwestycja w to, żeby te ważne chwile nie uciekły w zapomnienie :)

dziecko w albumie

Róbcie swoje albumy. Róbcie albumy swoim dzieciom, fotografujcie swoją codzienność, a potem koniecznie te zdjęcia wywołujcie, żeby nie tkwiły zapomniane na dyskowych folderach! Bo te chwile warte są o wiele więcej i na więcej zasługują :)





Chcesz być na bieżąco? Obserwuj na Facebooku lub Bloglovin
albo zapisz się na Marchewkowy Newsletter, a raz w miesiącu otrzymasz ode mnie list z marchewkowymi aktualnościami:

Copyright © 2016 Marchewkowe Myśli